Robert Gwiazdowski

Gospodarka klasycznie

2010-02-25 12:00

OLEJ GRZEWCZY I OGÓRKI

Od lat wieszczę, że prowadzenie przez rząd polityki gospodarczej i społecznej, a w konsekwencji wyborczej przy pomocy systemu podatkowego musi skończyć się katastrofą.

Właśnie katastrofę taką przeżywają dystrybutorzy lekkiego oleju opałowego, którzy wczoraj zaprosili mnie na konferencję prasową poświeconą kontrolom podatkowym jakie są u nich prowadzone, i ich konsekwencjom.

Nie ma powodów, poza społeczno-politycznymi, żeby lekki olej opałowy miał inną stawkę akcyzy niż olej napędowy, bo to jest prawie taki sam olej. A jak mam dom ogrzewany olejem opałowym i traktor, albo samochód z silnikiem diesla, to musiałbym być świętym Franciszkiem, żeby nie ulec stworzonej przez rząd pokusie wlewania kupionego oleju opałowego nie tylko do pieca, ale i do baku. Owszem to nielegalne, ale nie przestrzeganie zakazu ograniczenia prędkości też jest nielegalne, a proszę pokazać mi kierowcę, który nigdy tego nie zrobił.

Trzej ministrowie finansów próbowali  zrównać stawki akcyzy: w 2001 roku Bauc, w 2005 roku Gronicki i w 2007 roku Gilowska. Za każdym razem projekt rozporządzenia Ministra Finansów z takim uregulowaniem wędrował do kosza. No bo zaraz będą wybory, kto więc się miał zdecydować na drażnienie paru milionów odbiorców oleju opałowego?

Dlatego „Najlepszy Minister Finansów Europy” zdecydował się na inne rozwiązanie: postanowił ścigać dostawców oleju opałowego. Ich jest raptem tysiąc, z rodzinami może cztery tysiące, więc żadna siła polityczna i do tego jeszcze jacyś podejrzani „prywaciarze”.

A ich „ścignąć” nietrudno. Jak nauczał pan prokurator Andrej Wyszynski, „dajcie mi człowieka, a ja znajdę na niego paragraf”.  W prawie podatkowym „paragrafów” jest całe mnóstwo. Tym razem znalazły się  „oświadczenia”. Sprzedawca oleju opałowego, ma odebrać od nabywcy oświadczenie, że będzie on używał olej w celach grzewczych. 

Przy okazji podpowiem Panu Ministrowi, żeby wprowadził obowiązek pobierania przez sprzedawców w warzywniaku oświadczenia od klientek, czy ogóreczki to na mizerię, czy może jednak na maseczkę – bo inna stawka podatkowa w kosmetyce obowiązuje.  O oświadczeniach pobieranych w spożywczym, że cukier i drożdże to w żadnym wypadku nie na bimber już nawet nie wspomnę, bo bimber, w odróżnieniu od maseczki z ogóreczków nielegalny jest sam w sobie i nie można mówić o przestępczej „zmianie przeznaczenia” zakupionego produktu, jak w przypadku oleju opałowego i ogórków.

„Olejarze” mięli pobierać oświadczenia, ale tylko od stycznia 2003 do kwietnia 2004 mogli domagać się od nabywcy wylegitymowania się jakimś dowodem tożsamości w celu sprawdzenia, czy podający się za Andrzeja Wyszyńskiego nabywca, to rzeczy wiście Andrzej Wyszyński, a nie, na przykład, Feliks Dzierżyński. Upoważniał ich do tego  art. 35a ustawy o podatku od towarów i usług i podatku akcyzowym obowiązujący od 1 stycznia 2003 r.  No ale w ustawie z marca 2004 roku o podatku akcyzowym już takiego upoważnienia nie było. W tamtych czasach zwyczaj „pojawiam się i znikam” strasznie był rozpowszechniony. Na przykład „lub czasopisma” też tak się pojawiały i znikały.  Ustawodawca zorientował się dopiero w grudniu 2008 roku, że coś może być „nie halo” i znowelizował ustawę akcyzową tak, że od marca 2009 roku sprzedawcy oleju opałowego znowu mogą żądać od nabywców dowodu tożsamości.  Trzeba było jakoś zareagować, bo rok wcześniej NSA wystąpił do TK z wnioskiem o zbadanie konstytucyjności przepisów dotyczących oświadczeń.  Ale TK od tamtej pory miał tyle spraw na głowie, jak choćby pilne ustalenie kto komu ma siedzieć na kolanach w samolocie do Brukseli - Premier Prezydentowi, czy na odwrót - że „olejarzami” nie miał czasu zająć się do dziś.  Zajęli się za to nimi kontrolerzy z urzędów celnych - bo to oni zajmują się akcyzą.  Kontrolują oczywiście także okres od 2005 do 2009 - gdy poprawności oświadczeń sprzedawcy nie mięli jak sprawdzać.  A jak weryfikują? Na przykład sprawdzają, czy podpis nabywcy jest „czytelny”.

Na banknotach z Władysławem Jagiełło podpis Prezesa NBP też nie za bardzo jest czytelny, a głównego skarbnika to już zupełnie nieczytelny, więc może by tak jakąś sankcję wymyśleć dla wszystkich, którzy się nimi posługują???

 W KRS składa się wzór podpisu, który „czytelny” być nie musi, a dokumenty w imieniu spółki podpisuje się zgodnie z wzorem złożonym w KRS! Jakby się ktoś podpisał czytelnie, a w KRS nie czytelnie, to kontrolerzy taki podpis pewnie też by zakwestionowali! („Dajcie mi człowieka….”)

 Skoro kwestionują oświadczenia podpisane przez Komendy Rejonowe Policji (to nie żart – są takie przypadki!!!) to już nic nie jest mnie w stanie zdziwić. Zresztą być może policjanci też zamiast do pieca lali olej do baku, żeby sobie troszkę pojeździć  „na zarobek” – to znaczy na kontrolę drogową, bo przecież każdy kierowca, nie tylko ten co leje olej opałowy do baku, pojedzie kiedyś szybciej niż wytyczony limit. A skoro w ubiegłym roku wydano 30 mln zł na premie dla urzędników „za dobre wyniki pracy” (ciekawe które?), to mniej przeznaczono na benzynę dla policji.

„Socjalizm to taki ustrój, który bohatersko walczy z problemami nieznanymi w żadnym innym ustroju” – pisał Kisiel. Kontrolerzy ze skarbówki bohatersko walczą z problemami, które stworzyło Ministerstwo Finansów różnicując stawki akcyzy. Ale w swoim pościgu za przestępcami (bynajmniej nie neguję istnienia szarej strefy na rynku paliwowym – wręcz przeciwnie) właśnie przejechali paru niewinnych przechodniów. Przecież wiadomo nie od dziś, że „zbożny” cel uświęca środki. Więc po licznych sukcesach w walce z hazardzistami przyszła kolej na „olejarzy”. Kto następny? Sprzedawczynie z warzywniaka handlujące ogórkami, z których robi się maseczki?

 

2010-02-24 13:50

LISTA A I H.R. 1207 - CZYLI CO NOWEGO SŁYCHAĆ NA RYNKACH FINANSOWYCH

Richard Teitelbaum z Bloomberga „dotarł” właśnie (choć sam nie użył tego ulubionego słowa polskich „dziennikarzy śledczych”) do jednego z dokumentów, nazwanego „listą A”, które Darrell Issa, członek Izby Reprezentantów z Partii Republikańskiej dołączył do akt Komisji Śledczej Kongresu badającej przyczyny kryzysu finansowego. Jest to pięciostronicowy spis obligacji hipotecznych CDO, na które banki, wśród których rej wiódł oczywiście Goldman Sachs, wykupiły w AIG swapy kredytowe warte 62,1 mld USD. Na Goldmana przypada ponad 17 mld USD. Z dokumentu oraz danych Bloomberga wynika, że banki kupujące swapy od AIG to te same banki, które były emitentami CDO. (Secret AIG Document Shows Goldman Sachs Minted Most Toxic CDOs; http://www.businessweek.com/news/2010-02-23/secret-aig-document-shows-goldman-sachs-minted-most-toxic-cdos.html)

Pewnie to przypadek. No i pewnie przez przypadek te właśnie najgorsze obligacje, AIG zdecydowało się objąć ochroną ubezpieczeniową, choć pewnie nie zdecydowałby się na to początkujący makler z odrobiną rozumu w głowie lub przyzwoitości w sercu.

Co ciekawe, w grudniu 2007 dyrektor oddziału produktów finansowych AIG, który sprzedawał swapy, Joseph Cassano, powiedział, że jego firma wycofała się ze sprzedaży swapów ubezpieczających obligacje gwarantowane ryzykownym długiem hipotecznym już pod koniec 2005 r. Jednak z „listy A” wynika, że obligacje warte nominalnie 21,2 mld USD wyemitowane zostały PO 2005 r. Oczywiście dziś pan Cassano może powiedzieć, jak pan Rosół, że mu się daty troszkę pomyliły. Ale może nic mu się nie pomyliło, tylko wykonujący swoją „Boską robotę” Goldman Sachs miał taką siłę sprawczą, że AIG sprzedał mu swapy, choć nie sprzedawał swapów?

Rzecznik Goldmana, Michael DuVally odmówił komentarza w tej sprawie Bloombergowi – podobnie jak wcześniej na temat fałszowania danych finansowych Grecji.

Teraz widać dużo lepiej, jak prorocze było pytanie, które Philip Angelides, Przewodniczący Komisji Śledczej rzucił w dniu 13 stycznia 2009 r podczas przesłuchania prezesów największych banków: jak to możliwe, by banki emitowały groźne obligacje a potem grały na związanym z nimi ryzyku? „Przypomina to sprzedaż samochodów z niesprawnymi hamulcami a następnie kupno polisy od wypadków, jakie one spowodują”.

Rząd przeznaczył na pomoc AIG ponad 182 mld USD z pieniędzy podatników.

AIG wypłaciło z tych pieniędzy bankom pełną wartość CDO, a w zamian przejęło CDO. Rząd przejął zaś 80% akcji AIG, w „aktywach” którego zamiast pieniędzy znalazły się CDO. Pieniądze powędrowały między innymi do Goldman Sachs, pracownicy którego, z zarządem na czele, pobrali wysokie premie za wypracowane „zyski”.

Co prawda w opublikowanym 19 stycznia 2010 oświadczeniu nowojorski FED twierdzi, że: „AIG było przez cały czas odpowiedzialne za respektowanie wymogów jawności danych zawartych w przepisach o rynku papierów wartościowych”, ale e-maile między FED a władzami AIG, które ujawnił Darrell Issa pokazują, że inicjatywa ukrycia listy wyszła od FED. Pod koniec listopada 2008 AIG planował włączyć „Listę A” do dokumentów składanych organom nadzoru finansowego, ale prawnicy FED zapewnili, że nie jest to konieczne. To na żądanie FED, AIG nie podał nazw banków w dokumencie z 24 grudnia 2009  i wykreślił zdanie, że zostały one w pełni spłacone. Z oświadczenia FED wynika, że sugestia o wykreśleniu tego zdania wynikała z faktu, że „ściśle rzecz biorąc AIG zapłaciło nieco mniej niż 100 centów za każdego dolara”. 95? Czy może 99,5???

Z informacji Bloomberga wynika, że zanim FED polecił AIG spłacenie banków w całości, zarząd AIG próbował wynegocjować wykupienie swapów po niższej stawce. Ale po co płacić mniej, skoro można więcej, jak już uzgodniono, że i tak to podatnicy zapłacą, żeby było na premie z „zysku” dla Golden Boys z Goldman Sachs za ich „Bożą robotę”.

Podczas przesłuchania w Kongresie 27 stycznia 2010 roku przedstawiciele nowojorskiego FED wciąż opowiadali się przeciwko pełnej publikacji listy CDO. Radca prawny FED, Thomas Baxter, stwierdził, że ogłoszenie listy posiadanych przez jego instytucję papierów obniży ich wartość: „Stracimy na tym, jeśli gracze na rynku dowiedzą się, co mamy w ręku”!!! To oznacza nie mniej nie więcej tylko to, że FED ma nadzieję sprzedać to co „ma w ręku”, za więcej niż to jest warte. Więc warto zapytać gdzie tę rękę FED trzymał, zanim się obudził?

Już teraz wiemy (a nie tylko się domyślamy) dlaczego Panowie Bernanke & CO tak histerycznie zwalczają projekt ustawy HR 1207 wniesiony przez Rona Paula dopuszczający przeprowadzenie w FED audytu. (Wystąpienie Rona Paula w tej sprawie z tłumaczeniem na polski tu: http://www.youtube.com/watch?v=_aetk7uG7ug).

2010-02-22 23:40

JAK DOBRZE NIE MIEĆ EURO, KTÓRE CORAZ BARDZIEJ „PACHNIE INACZEJ”

Sytuacja na tak zwanych „rynkach finansowych” robi się coraz „ciekawsza”. Smród się robi coraz większy, więc zamiar niezwracania na niego jakiejś szczególnej uwagi jest coraz trudniejszy do zrealizowania.

Wczoraj (21.02) znalazłem w sieci informację, że zdaniem sobotniego (20.02) Der Spigel, powołującego się na źródła w niemieckim Ministerstwie Finansów „kraje używające euro zapewnią Grecji pomoc w wysokości od 20 do 25 miliardów euro”

Cytując „wstępne rozważania” niemieckiego MF, Spigel  napisał, że „udział w pomocy finansowej dla Grecji będzie obliczany na podstawie proporcji kapitału, który każdy z krajów posiada w Europejskim Banku Centralnym.”

Co prawda rzecznik niemieckiego Ministerstwa Finansów powiedział, że nie będzie komentował artykułu, ale jak ktoś mówi „no comments” to wiadomo, że TAK.

Rząd Angeli Merkel zdecydowanie dotąd odrzucał apele o obietnicę pomocy dla Grecji, a rząd George Papandreou odrzucał twierdzenia, że taka pomoc będzie mu potrzebna, ale jak wiadomo „bratnia pomoc” może być potrzebna, nawet jak jest niepotrzebna.

Wysoki rangą urzędnik niemieckiego Ministerstwa Finansów już kilka dni temu dał do zrozumienia, że jakby Grecy pomocy jednak potrzebowali, to bank KfW mógłby kupić greckie obligacje rządowe, albo „udzielić gwarancji” niemieckim bankom kupującym greckie papiery. Zdaniem Der Spiegel z raportu BaFinu (niemieckiego urzędu nadzoru nad rynkiem finansowym) wynika, że niemieckie banki byłyby poważnie zagrożone, gdyby Grecja lub jakiś inny kraj w rodzaju Hiszpanii, Portugalii i Włoch ogłosiły niewypłacalność.

Już chciałem napisać: „a nie mówiłem, że to dobrze, że nie jesteśmy w euro”, bo nie będziemy musieli brać udziału w tej „zrzutce” (zwłaszcza,  że po niej będą musiały pójść następne - jeszcze większe) ale dziś czytam, że … „w niemieckich kręgach politycznych pojawił się pomysł na ratowanie strefy euro i rozszerzenie jej o „zdrowsze” kraje Europy Środkowej i Wschodniej” A takim krajem jest Polska! Ale jest nim nie dzięki jakimś szczególnym osiągnięciom jej premiera, czy „Najlepszego Ministra Finansów w Europie”, czy nawet dzięki zbiorowej mądrości całego rządu, tylko dzięki ciężkiej pracy milionów Polaków i dzięki temu, że nie mają oni, na razie, tego wątpliwego szczęścia, żeby mieć euro! Dlatego powinniśmy powiedzieć: Danke, Frau Merkel. Schön Dank.

Ja bym wolał, żebyście Polski do tego „elitarnego” grona nie „przyjmowali”. To znaczy, żeby Polska nie musiała być „przyjęta” – tak jak Czechosłowacja musiała w 1968 roku „przyjąć” bratnią pomoc państw Układu Warszawskiego.

Dziś w FT „sam” George Soros twierdzi, że działania zmierzające do ratowania Grecji „stawiają pod znakiem zapytania przyszłość i sensowność euro jako wspólnej waluty”. (http://www.ft.com/cms/s/0/e1d88522-1f52-11df-9584-00144feab49a.html?nclick_check=1).sa)

Nie proszę tylko pomyśleć, że nagle Pana Sorosa – znanego inwestora i filantropa –  zacząłem traktować jak wyrocznię, tylko dlatego, że powiedział coś krytycznie o euro. Co prawda niektórzy (zwłaszcza politycy) tak mają, że awansują do grona swoich przyjaciół dotychczasowych wrogów, tylko dlatego, że coś krytycznego powiedzieli o wrogach aktualnie jeszcze większych, ale ostatnie działania właściciela Soros Fund Management zasługują na uwagę, zwłaszcza w kontekście ogólnej sytuacji na tak zwanych „rynkach finansowych”. „Kiedy stopy procentowe są niskie, powstają warunki do powstania bańki spekulacyjnej i w tym momencie właśnie się rozwijają. Pewnym kandydatem do takiego krachu jest teraz złoto” – powiedział Pan Soros podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos pod koniec stycznia 2010. Tymczasem w raporcie opublikowanym 15 lutego 2010 roku Soros Fund Management ujawnił, że ponad dwukrotnie zwiększył inwestycję w SPDR Gold Trust – czyli największego funduszu ETF. Co prawda obowiązek raportowania stanu posiadania jest kwartalny, a raporty mogą być publikowane 45 dni po zakończeniu kwartału, więc informacje, które ujawnił Soros Fund Management mogą pochodzić sprzed Forum w Davos, co by oznaczało, że George Soros mógł powiedzieć, to co tam powiedział zachowując całkowitą konsekwencję, bo przez styczeń 2010 jego fundusz mógł znacząco zmniejszyć swoje zaangażowanie w Gold Trust, to jednak przez trzy ostatnie miesiące 2009 znacząco je zwiększał, a więc ewidentnie przyczyniał się „do powstania bańki spekulacyjnej” na rynku złota, jeśli ucieczkę od „papierków” do złota można nazywać „spekulacją” a nie wyrazem „trzeźwego rozsądku”. Z dużym zainteresowaniem przeczytam więc kolejny raport Soros Fund Management za 1Q 2010 o zaangażowaniu w złoto. Bo informacja, że MFW postanowił sprzedać 191ton złota, raczej potwierdza, niż obala tezy o panice „rynków finansowych”. Ta sprzedaż, akurat teraz, oznacza bowiem nic innego jak próbę ratowania wizerunku pieniądza papierowego w nadziej, że nie nastąpi od niego odwrót ostateczny w kierunku złota właśnie, a to co mówi Soros może być efektem dokonanej przez niego „dywersyfikacji” – to znaczy nabywania nie tylko SPDR Gold Trust, ale także Goldman Sachs, który tak bardzo intensywnie pomagał Grecji w ukrywaniu prawdziwego poziomu jej długu, że mógłby mieć kłopot, gdyby banki europejskie postanowiły jednak nie ratować Grecji w celu ratowania euro. Bo stwierdzenie Sorosa, że przyszłość euro stoi pod znakiem zapytania w przypadku niepewności co do przyszłości Grecji, jest de faco dla polityków europejskich zakochanych w euro wezwaniem do ratowania Grecji w imię ratowania euro i w konsekwencji wynagrodzenia dla Goldmana.

2010-02-18 23:20

NIEWŁAŚCIWIE PRZESŁUCHANI

Pan Rafał Ziemkiewicz napisał, że „próba politycznego rozegrania śmierci Barbary Blidy przeciwko liderom PiS jest jednym z większych propagandowych draństw lewicy i salonu. Barbara Blida popełniła, ponad wszelką wątpliwość, (podkreślenie moje)  samobójstwo. Na pewno podczas jej zatrzymania doszło do nieprawidłowości, ale polegały one na tym właśnie, że funkcjonariusze chcieli być wobec zatrzymywanej uprzejmi, zamiast ją regulaminowo skuć, (podkreślenie moje) co próbie samobójczej by zapobiegło. Można oczywiście podważać zasadność decyzji o zatrzymaniu, dywagować, czy nie wystarczyłoby wezwać byłej minister na przesłuchanie listem poleconym, ale, po pierwsze, to, że podejrzewa się kogoś, wobec kogo zarzuty potem się nie potwierdzą, to w śledztwie sytuacja częsta, po drugie − osoba chora na depresję, a wszystko wskazuje, (podkreślenie moje) że właśnie ta choroba zabiła Blidę, mogłaby (podkreślenie moje) się targnąć na życie równie dobrze na widok wezwania z prokuratury jak na widok ekipy ABW.”

Ponad wszelką wątpliwość, to ja mogę stwierdzić, że rację miał Cesare Beccaria, z nauk którego wywodzi się powiedzenie, że „lepiej jest uniewinnić dziesięciu winnych, niż skazać jednego niewinnego”.

Oczywiście, że jak człowiek ma „deprechę”, to się może zastrzelić na samą myśl o prokuratorze, a co dopiero na widok wezwania do prokuratury. Ale może się też nie zastrzelić. Więc dajmy mu szansę. A zważywszy, że „w śledztwie często zarzuty się nie potwierdzają”, to może lepiej „nie skuć” dziesięciu winnych, niż „skuć” jednego niewinnego?

Może nie wszystko, ale statystyka głośnych medialnie zatrzymań i aresztów tymczasowych w zestawieniu z prawomocnymi wyrokami skazującymi zapadającymi w tych sprawach wskazuje, że dochodzi do rażącego nadużywania środków przymusu.

Cesare Beccaria był rzecznikiem legalizmu w procedurach karnych. I od jego czasu nic (prawie) się nie zmieniło. No może tyle, że inkwizytorów zastąpiły media wydając czasami wyroki na kogoś „wobec kogo zarzuty potem się nie potwierdzają”.

I właśnie dlatego w USA nie tylko nie skazano O.J.Simpsona, ani M.Jacksona, choć „wszystko wskazywało”, że powinno się ich skazać (i żeby rozwiać wątpliwości, zwłaszcza jeśli chodzi o sprawę Simpsona, jakbym był przysięgłym głosowałbym: „winny”), ale nawet nie zgodzono się na ekstradycję pewnego podejrzanego, argumentując, że coś ci świadkowie aresztowani w państwie ubiegającym się o ekstradycję dziwnie często zmieniają zeznania. Dodam od siebie, że też dość często się w celach wieszają, więc to pewnie „depresja ich zabija”.

Za to, z legalistycznego punktu widzenia, całkowicie się zgadzam, z obśmianiem przez Pana Rafała takiego o to argumentu:

„Trudno sobie wyobrazić, że premier Kaczyński, minister Ziobro czy ich podwładni z ABW lub prokuratury pisali sobie polecenia, że mają naciskać i wreszcie coś na Blidę znaleźć. Takie sprawy załatwia się inaczej. Wystarczy awansować na wysokie stanowiska młodych, oddanych sobie ideowców…”

Natomiast całkowicie się nie zgadzam z obśmiewaniem tego argumentu następującym argumentem:

„Czy Państwo jeszcze pamiętają, jak rechotał salon z Ziobry pokazującego niszczarkę? Z argumentu (cokolwiek na siłę włożonego mu w usta), że skoro dowodów nie ma, to dowód, że zostały zniszczone?”

Ja osobiście rechotałbym wówczas tak samo jak teraz, gdyby to rzeczywiście było śmieszne. A nie- jest. Nie jest śmieszne, bo chodzi o ludzką wolność, której można człowieka pozbawić dopiero wówczas, gdy mu się udowodni, ponad wszelką wątpliwość, że był winny popełnienia zarzucanego mu czynu, zabronionego w czasie jego popełnienia, a nie wówczas, gdy się „ponad wszelką wątpliwość” wie, że istniał „układ” (choć nie ma na to dowodów) albo, że były „naciski” w sprawie znalezienia owego „układu”, choć na to też nie ma dowodów.

Ale z drugiej strony, jak mawiał Feliks Dzierżyński, „nie ma niewinnych, są tylko niewłaściwie przesłuchani”. 

2010-02-16 15:00

ŚWINKI CZTERY I WILK KRUGMAN - “O NIEMNIEJ POŻYTECZNYM JAK PRZYJEMNY NAJLEPSZYM PIENIĄDZU “

Staram się trzymać z dala od publicznych komentarzy na temat tak zwanych „rynków finansowych”, bo jeszcze ktoś weźmie sobie do serca moje opinie i postanowi „zainwestować” zgodnie z nimi i wtedy zamiast odpowiedzialności tylko za siebie, będę miał na głowie jeszcze innych… Tak to postępują jedynie poważni analitycy i uczestnicy „rynku”. Nie mamy euro, więc losy tej waluty specjalnie mnie nie frapują, nasze OFE nie mogą zabranych mi pod przymusem pieniędzy inwestować w „świńskie” obligacje, więc co się dzieje w Grecji też mnie na razie nie obchodzi, zacznie dopiero latem – jak przyjdzie pora wakacji. Póki co ważniejsze są warunki pogodowe w Alpach. Ale informacje na temat PI(I)GS biją jednak po oczach, tak, że nie sposób choćby chwilki się nad nimi nie zatrzymać. To drugie „I” zależy od tego, czy Włochy (Italy) już dodamy do czterech „świnek” (Portugal, Irland, Greace, Spain), czy jeszcze nie. Ale od składu drużyny „świnek” ważniejszy jest cel gry. Za sprawą „świnek” i debaty: pomogą, czy nie pomogą, wraca bowiem „sprawa euro”.

Wczoraj głos zabrał na ten temat sam Poul Krugman. Laureat Nagrody Nobla z Ekonomii i wielki zwolennik Planu Paulsona tudzież innych trików monetarno-księgowych podejmowanych w celu „ożywienia” gospodarki.

I co rzecze nasz „Zaratustra”, który, tak jak Nietzsche ogłosił śmierć Boga, ogłosił  śmierć wolnego rynku, a „nadczłowiekiem” zrobił prezesa FED, który przy pomocy maszyny drukarskiej uratuje gospodarkę?

Otóż rzecze, tak w skrócie, że grecki kryzys pokazuje, że nie należało jeszcze wprowadzać w Europie wspólnej waluty (The Making of a Euromess http://www.nytimes.com/2010/02/15/opinion/15krugman.html)

Bardzo to ciekawe, bo jeszcze tydzień temu Pan Profesor uznał koncentrowanie się na problemach Grecji za „Understandable”, albowiem Grecka ekonomia „is very small” w porównaniu do takiej, na przykład, Hiszpanii (http://krugman.blogs.nytimes.com/2010/02/09/anatomy-of-a-euromess/)

Właśnie dlatego Panie Profesorze, że problem grecki jest mały (stosunkowo) Frau Angela i Monsieur Nicolas mogą się na nim „koncentrować”. A dokładniej mogą się koncentrować na gadaniu o nim. Bo jak dojdzie do Hiszpanii, to już nie będzie o czym nawet gadać, biorąc pod uwagę poziom zaangażowania banków niemieckich i francuskich w hiszpańskie obligacje i bony skarbowe, co można zobaczyć między innymi tu: http://socioecohistory.wordpress.com/2010/02/13/europes-exposure-to-pigs-problem/

Jak wynika z danych BIS (Bank for International Settlements), niemieckie, francuskie i brytyjskie banki mają „zaangażowane” (czytaj: „utopione”) w „świnkach” ponad 2 biliony USD („po amerykańsku ponad 3 triliony)! Niemieckie – 540 miliardów („po amerykańsku” bilionów), co stanowi 26% całej ich ekspozycji w papiery dłużne, francuskie – 370 miliardów/bilionów (18%), a brytyjskie – 350 miliardów/bilionów.

„Niemiaszki” mimo to zachowują większy spokój, od, jak zwykle bardziej panikujących Francuzów. Główny ekonomista Societe General Klaus Baader dość nerwowo powiedział Bloomberg’owi „The crisis in Greece is…a concrete problem for Europe ′s whole banking sector” i nie omieszkał dodać, że „that explains the interest of finance ministers in stabilizing the situation”.

Trzeba jednak pamiętać, że na Grecję przypadają „raptem” 253 miliardy/biliony. Toż to „pikuś”. Na Hiszpanię przypada ponad 840 miliardów/bilionów USD! A na Irlandię nie wiele mniej, tylko inaczej rozłożone – głównie w bankach angielskich. No chyba, że „Goldmaniątka”, którzy pomagali Grekom ukrywać prawdziwą wysokość ich długu, fałszując dane dotyczące currency i przyjmując w rozliczeniach CCS (Cross Currency Swap) fikcyjne kursy walutowe (http://www.nytimes.com/2010/02/14/business/global/14debt.html) zrobili to lepiej niż się nam wydaje i prawdziwy dług Grecji jest wyższy.

Ale wracając do Krugmana: najciekawszy jest taki oto „Krugmaniz”: „the real story behind the euromess lies not in the profligacy of politicians but in the arrogance of elites — specifically, the policy elites …” Bardzo mnie zaciekawiło tak wyraźne odróżnienie „politicians” od „policy elites”. Od dawna było wiadomo, że nie wszyscy „politicians” zasługują na miano „elite”, bo generalnie niektórzy są „oszołomami”. Ale dotąd za oszołomów uchodzili ci, którzy uważali, że wprowadzanie euro jako projektu stricte politycznego, który ma przyśpieszyć integrację Europy, a w szczególności uchronić nas od niemieckiej dominacji, a w jeszcze większej szczególności od dominacji na kontynencie niemieckiej marki (funt się jakoś wówczas jeszcze trzymał) nie ma szans powodzenia z przyczyn ekonomicznych właśnie. A tu proszę – do „oszołomów” dołączył Krugman. Co więcej, za winne wszystkiemu uznał te „policy elites”, które „pushed Europe into adopting a single currency well before the continent was ready for such an experiment”.

Rychło w czas – chciałoby się rzec. Ale jakby się Krugman zorientował wcześniej czym się może skończyć wspólna waluta dla krajów tak odmiennych jak Niemcy i Grecja, i gdzieś o tym rozpowiedział, to nie dostałby Nobla. No chyba że „pokojowego” – zamiast Gore’a albo Obamy, za „ratowanie świata przed nieurodzajem” (ekonomicznym). Bo dziś Nobla z Ekonomii mogą dostać tylko „drukarze”. A Krugman zresztą do dziś nie uważa, żeby problemem była jakaś tam „rozrzutność” Greków, którzy przecież w zestawieniu z radami Krugmana udzielanymi Obamie, wydają się nad wyraz powściągliwi w wydawaniu pieniędzy – zwłaszcza, że teraz to ich nie mają, a euro dodrukować sami sobie nie mogą. Hiszpania była przecież mniej rozrzutna niż Grecja, a problemy za chwilę będzie miała jeszcze większe. Ależ oczywiście rozrzutność nie stanowi na krótką metę żadnego problemu! Jak można drukować/dewaluować własną walutę, to można jakoś dociągnąć do wyborów, a potem winę za kryzys zrzucić na następców, bo w nieskończoność bez konsekwencji drukować się jednak nie da.

Najbardziej rewolucyjne jest twierdzenie Krugmana, że Hiszpania, czy Grecja mogłaby szybko pokonać kryzys dewaluując swoją narodową walutę. Gdyby ją jeszcze miały!!!

Co na to nadwiślańscy zwolennicy euro? Ich reakcja nie będzie niespodzianką. Bo reakcją będzie brak reakcji. W nadziei, że na tę wypowiedź Krugmana nikt nie zwróci specjalnej uwagi. Większą niespodzianką jest twierdzenie Krugmana, że to wszystko „nie powinno być niespodzianką”. „Na długo, zanim wprowadzono euro, ekonomiści ostrzegali, że Europa nie jest gotowa na jedną, wspólną walutę. Ostrzeżenia te zostały zignorowane i przyszedł kryzys ” - pisze Krugman. Znaczy się, że musiał Krugman do panteonu ekonomistów dopuścić Miltona Friedmana. Co prawda nazwisko tego „faszysty” i „poplecznika Pinocheta” – używając tonu Nami Klein  – nie pada w felietonie Krugmana, ale przecież to właśnie autor „Wolnego wyboru” wieścił, że euro długo nie wytrzyma jako wspólna waluta. W tej sytuacji trzeba będzie pewnie wprowadzić jakieś zmiany w encyklopediach na temat Friedmana, jak robił Winston Smith w „1984”.

Jak zatem uratować Grecję, Hiszpanię i ewentualnie inne świnki, a wraz z nimi euro? Toż to oczywiste! Trzeba przyspieszyć integrację polityczną – aby kraje europejskie zaczęły funkcjonować jak stany w USA. To też może nie przynieść rozwiązania problemu – jak pokazuje przykład zbankrutowanej Kalifornii. Może lepsze byłoby, żeby Kalifornia wprowadziła własną walutę, niż żeby się Europa szybciej jednoczyła?

Najważniejsza jest jednak konkluzja: euro to projekt polityczny, a nie ekonomiczny. Nad Wisłą niektórzy też już podzielają ten pogląd. Na popularnym blogu przeczytałem: „Jakże inaczej wyglądałaby teraz Unia, gdyby wpierw przyjęto konstytucję tego związku państw, w której byłyby jej prawdziwe władze (nie to, co teraz mamy), prawdziwe zasady głosowania (bez liberum veto), prawdziwe, twarde, łatwe do wyegzekwowania reguły rządzące finansami i jednolite podatki, dzięki czemu nie byłoby szkodliwego dumpingu podatkowego. Po ugruntowaniu takiej Unii można by było zapraszać powoli kolejne państwa, które musiałby się zgodzić ze wszystkimi jej regulacjami. Nie byłoby derogacji powalających na przykład na nieprzyjęcie euro. Byłyby za to zasady pozwalające szybko i bez problemu wykluczyć z Unii państwo, które nie stosowałoby się do jej praw”. To taka troszkę „Libellus aureus nec minus salutaris quam festivus de optimo Reipublicae statu de que nova insula Utopia” („Książeczka zaiste złota i niemniej pożyteczna jak przyjemna o najlepszym ustroju państwa i nieznanej dotąd wyspie Utopii”). Pamiętajmy tylko, że Morus prawdopodobnie celowo nazwał swoją wyspę dwuznacznie. „Utopia” od greckiego outopos (ou — nie, topos — miejsce) to „nie-miejsce”, albo miejsce, którego nie ma, lub od eutopia dobre miejsce. Czyli dobre miejsce, którego nie ma. Przyjęcie „wspólnej konstytucji” przez Niemcy, Francję i Wielką Brytanię czy wybór wspólnych „prawdziwych władz” były tak samo realne, jak

Mam dwa pytania. Po pierwsze, czy „przyłączanie” miałoby wyglądać tak jak w przypadku  Kalifornii do USA? A po drugie: czy samemu też można byłoby wystąpić? Czy trzeba byłoby czekać na „wykluczenie”? Grecy, Hiszpanie i coraz więcej Włochów już od jakiegoś czasu wiedzą to samo, co dostrzegła Pan Profesor Krugman, że łatwiej byłoby im z własną walutą. Ale nikt ich nie tylko nie „wykluczy”, ale nawet nie pozwoli „wystąpić” jakby im przyszedł taki pomysł do głowy. No chyba, że pomysł taki przyjdzie do głowy Niemcom, którym obiecywano, że euro będzie tak silne, albo nawet jeszcze silniejsze, jak marka a nie jakaś tam drahma, czy pesso! Jakby się jednak „Niemiaszki” połapały, że mają zamiast marki coś na kształt lira, to sami mogliby strefę euro „rozwiązać”. A dalsze kupowanie obligacji greckich czy hiszpańskich przez niemieckie banki może spowodować, że się w końcu „połapią”.

Prosiłbym więc wszystkich zwolenników euro o uznanie faktów oczywistych: euro jest projektem politycznym, a nie ekonomicznym. A unia ekonomiczna, to zupełnie co innego niż polityczna. Posiadanie wspólnej waluty nie jest konieczne do funkcjonowania strefy wolnego handlu, która się charakteryzuje brakiem barier celnych, a nie takim samym kolorem papieru, na którym jest napisane, że to oficjalny środek płatniczy.

Wspólna waluta papierowa ułatwia integrację polityczną, a nie ekonomiczną. Jak się nie powiodła francuskim socjalistom i brytyjskim torysom misja polityczna u Pana Gorbaczowa, żeby się broń Boże nie godził na zjednoczenie Niemiec, (http://www.timesonline.co.uk/tol/news/politics/article6829735.ece) rozpoczęła się polityczna gra walutą i integracją. Za swą zgodę na połączenie Niemiec Monsieur Mitterand zażądał zgody Her Kohla na wspólną walutę, na którą Francuzi będą mieli taki sam wpływ, albo może nawet większy, jak Niemcy. I do dziś euro pozostało projektem politycznym, przy pomocy którego, niektóre „policy elites” - używając określenia Krugmana - chciałyby nam  ustanowić „niemniej pożyteczny jak przyjemny, najlepszy ustroju państwa na nieznanej dotąd wyspie Utopia”.

2010-02-14 12:50

HIGH LIFE, BON TON… CZYLI NOWA JAKOŚĆ PRACY SŁUŻB SPECJALNYCH

Krytyka nie idzie w las. Tyle razy krytykowałem prokuratorów i służby specjalne za ewidentne nadużywanie władzy, że najwyraźniej poskutkowało…

Otóż funkcjonariusze CBA, którzy przeszukiwali mieszkanie Marcina Rosoła, pół godziny wcześniej zadzwonili do niego z pytaniem, czy jest w domu, bo mają nakaz prokuratorski wydania komputerów i pendrive ′ów  Jak wyjaśnił rzecznik CBA Jacek Dobrzyński, „Pan Marcin Rosół nie przebywał w miejscu stałego zameldowania. Dlatego też funkcjonariusze CBA telefonicznie ustalili miejsce jego pobytu”

Jakoś tak przypomniał mi się tekst piosenki Jerzego Jurandota:

Żyli raz pan i pani

zbyt dobrze wychowani.

Kultura ich niezwykła

służyła za przykład.

(…)

W pożyciu nawet bliskim

o formy dbali wszystkie –

tak byli wychowani

ów pan i pani.

Gdy siła czasem znana

targała sercem pana

mógł wkroczyć najlegalniej

w głąb pani sypialni,

miał taktu jednak tyle

że wpierw posyłał bilet.

High life, bon ton,

savoir vivre, pardon….
 
 
P.S. Dla wszystkich, którzy przeczytali we wczorajszej Wyborczej sprawozdanie z debaty na temat bezpiecze ństwa energetycznego uprzejmie wjaśniam, że w oryginale było: „w latach 80-tych PRZESZKDZAŁY mi rosyjskie czołogi, a dziś NIE PRZESZKADZA mi rosyjska ropa czy gaz”, a nie, że się „bałem rosyjskich czołgów”.

2010-02-13 0:50

GIESCHE

Przeczytałem następującą informację:

„ABW zatrzymała cztery osoby z reaktywowanej spółki Giesche. Na podstawie przedwojennych akcji domagały się zwrotu majątku wartości setek milionów złotych.”

Ród Giesche był przed II wojną światową jednym z największych producentów węgla kamiennego w Europie. Należała do niego jedna trzecia powierzchni Katowic. Jednak w 1926 roku rodzina sprzedała swoje udziały w polskiej spółce Amerykanom. Po wojnie majątek spółki został znacjonalizowany w oparciu o przepisy ustawy o wywłaszczeniu mienia poniemieckiego.

W 2005 roku paru „łebskich gości ” z Pomorza reaktywowało spółkę, która nigdy nie została rozwiązana i przez cały czas figurowała w rejestrze, na podstawie akcji, które, jak stwierdzili, odkupili od spadkobierców Amerykańskich akcjonariuszy.

Nie wiem czy tak było, czy może kupili je w skupie makulatury, czy na pchlim targu. W każdym razie, reaktywowana spółka złożyła do sądów pozwy, domagając się zwrotu przedwojennego majątku, gdyż nie był on „poniemiecki” tylko „poamerykański”.

Skarb Państwa stwierdził, że akcje Giesche zostały zdeponowane w 1939 r. w koncernie Saco w Stanach Zjednoczonych. Na mocy układu z pomiędzy PRL i USA z 1960 r. Polska wypłaciła „podmiotom amerykańskim” 40 mln USD odszkodowania. Przez kolejne 20 lat strona polska wypłaciła taką sumę w ratach po 2 mln USD rocznie”. „Jeśli więc ktoś ma tu jakieś zobowiązania, to rząd amerykański, nie Polska”.

Zapowiadała się ciekawa, precedensowa sprawa sądowa. Ale pan Prokurator z ABW, mając pewnie na celu względy tak zwanej ekonomii procesowej, żeby sądy nie musiały wgłębiać się w szczegóły kazał zamknąć członków zarządu Giesche za „usiłowanie wyłudzenia mienia znacznej wartości, na kwotę co najmniej 341 mln. zł, bo, zdaniem Pana Prokuratora „spółka działała na szkodę skarbu państwa” (domagając się zwrotu majątku).

Jeżeli In formacja medialna jest rzetelna, to znaczy, że zaczynają już zamykać za fakt złożenia pozwu do sądu przeciwko Skarbowi Państwa!!!!!

Aż trudno sobie wyobrazić, co by się mogło stać, gdyby jakiś sędzia uznał, że skoro akcjonariusze byli amerykańscy, to majątek nie był „poniemiecki”. Na wszelki wypadek lepiej przymknąć powoda, niż sędziego. A jak sobie posiedzi przez kilka miesięcy w kilku, albo nawet kilkunastoosobowej celi z pospolitymi kryminalistami, w której przypadają 3 m2 na aresztanta,  to może przemyśli, czy lepiej pozwu nie cofnąć. A jak się sędzia z mediów dowie, to też się zastanowi, czy warto narażać się na zarzut działania w zorganizowanej grupie przestępczej, gdyby do procesu miało jednak dojść.

Miałem właśnie w imieniu jednego klienta złożyć pozew o odszkodowanie od skarbu państwa, ale w takiej sytuacji to się chyba zastanowię, bo jak wygram, to konieczność wypłaty przez skarb państwa odszkodowania z całą pewnością będzie stanowiła dla niego „szkodę”

 

2010-02-08 17:50

POLSKIE STRONNICTWO LIBERALNE - CZYLI PREMIER PAWLAK O SYSTEMIE EMERYTALNYM

„W Polsce zdarzały się już wcześniejsze wybory” – powiedział Pan Wicepremier Waldemar „Terminator” Pawlak na pytanie DGP, co się stanie, jeśli PO nie poprze jego pomysłu w sprawie reformy systemu emerytalnego http://www.dziennik.pl/polityka/article544471/Pawlak_Od_KRUS_zalezy_los_koalicji.html  

Dotąd wszyscy twierdzili, że KRUS trzeba „zreformować” (czytaj: podnieść rolnikom podatki) bo sa „uprzywilejowani”. Ciągle powtarzałem, że jak jedni są uprzywilejowani, to najlepiej tak samo „uprzywilejować” wszystkich, i wtedy już nikt nie będzie uprzywilejowany. No o proszę: „Nie może być tak, że system emerytalny przynosi profity wyłącznie kilku instytucjom finansowym – i to nawet w czasach kryzysu” – powiedział Pan Premier Pawlak. I dodaje: „Mamy do czynienia z sytuacją, w której państwo krańcowo się zadłuża, a instytucje finansowe nadal uważają, że nawet w kryzysie należy im się kolejna walizeczka pieniędzy (…) Nie możemy dać się zwieść kilku gościom, którzy dobrze żyją sobie z obecnego systemu kapitałowego, i na których cały kraj musi pracować”.

Jak zawierałby z TFI umowę, na podstawie której Fundusz (Inwestycyjny) zarobi zawsze, a ja może, jak się uda, to jest to wolny rynek. Ale jak przychodzi poborca podatkowy i pod przymusem zabiera mi pieniądze dla innego Funduszu (Emerytalnego) – też prywatnego, który zarobi zawsze, i to tyle, ile pozwoli mu państwo, a ja może zarobię (jak w przypadku z TFI), jak jakiś balonik znowu nie pęknie Panu Blankfein’owi przy dmuchaniu, to jest to rozbój w biały dzień.

Wyczytałem gdzieś, że mamy podobno najbardziej liberalnego Premiera od 1989 roku? Czyżby chodziło o Pana Premiera Pawlaka? Bo Pan Premier Kaczyński przed Komisją Śledczą  zeznawał podobno (piszę podobno bo oczywiście nie słucha posiedzeń Komisji i znam tylko ze „słyszenie”) że jest dobry lobbing (w imieniu firm państwowych) i „zły” – w imieniu różnych „określonych” grup – czyli chodzi zapewne o „Układ”. No bo oczywiście lobbing uprawiany pod sejmem przy pomocy kilofów jest skuteczniejszy – czytaj „dobry”, od takiego uprawianego na cmentarzach, który skuteczny bywa jedynie czasami – ergo jest zły (przynajmniej z punktu widzenia skuteczności, czyli wydatkowanej energii i środków finansowych w relacji do efektów). Ale dzień wcześniej Pan Premier Tusk tez podobno zeznał, że celem prac nad „ustawą hazardową” było, żeby większe zyski miał budżet, a nie „branża”. Oczywiście „branża” brzmi bardziej „liberalnie” niż „określony układ”, ale podsunąłbym Panu Premierowi jeszcze parę innych pomysłów. Bo czy to normalne, żeby na rozpijaniu narodu zyski miała jakaś branża „spirytusowa”, albo „piwna”? Nie lepiej już przywrócić monopol spirytusowy państwa? Nie mówiąc już o „branży” tytoniowej. Przecież z każdego opakowania bije napis, że Minister Zdrowia  ostrzega, że palenie powoduje raka, a mimo to jakaś „branża” czerpie z tego zyski! To przecież ewidentny skandal. Kiedyś być państwowy Monopol Tytoniowy! I komu to przeszkadzało?

A tu „ludowiec”, deklaruje wprowadzenie systemu „takiego jak w Szwecji czy Kanadzie, gdzie państwo zapewnia podstawową emeryturę obywatelską, a wolny i świadomy obywatel dba o dodatkowe zabezpieczenie”!!! Zdaniem Pana Premiera Pawlaka, jak również moim, „KRUS jest prostym systemem emerytalnym. Obowiązuje w nim stała, ryczałtowa stawka. I za tę stawkę przysługuje podstawowa emerytura. Za stawkę w wysokości 68 złotych otrzymuje się świadczenie w wysokości około 600 złotych. To nie jest dużo – ale podobnie działają systemy emerytalne w krajach, takich jak Szwecja czy Kanada. Tam o to, co jest ponad standard, każdy troszczy się sam. Dlatego jeśli by wprowadzić system podobny do KRUS na przykład dla osób prowadzących działalność gospodarczą, to działałby on w sposób całkowicie racjonalny. Łatwo policzyć, że stawka w wysokości 100 złotych miesięcznie odprowadzana przez 40 lat i lokowana na 5 procent w skali roku dawałaby na koniec ok. 150 000 złotych. Gdybyśmy te pieniądze wypłacali w ciągu następnych 20 lat, to moglibyśmy wypłacać sobie po 1000 złotych miesięcznie. Tak właśnie działa KRUS!  To rozwiązania o wiele bardziej nowoczesne i efektywne. W dodatku bardziej liberalne – bo zakładające, że zabezpieczenie ponadstandardowe powstaje w oparciu o wolność gospodarczą obywatela”.

I na koniec jeszcze jeden cytacie: „Chwilę temu premier ogłosił, że (…) zadba o to, by został zniesiony przepis uniemożliwiający kobietom ubieganie się o becikowe, jeśli do dziesiątego tygodnia ciąży nie zgłosiły się do lekarza. Nic mnie – i PSL – tak ostatnio nie ucieszyło – bo analogiczny projekt złożył w tej sprawie nasz poseł Mirosław Kasprzak pół roku temu…”

Szanowny Panie Premierze – nic mnie – i CAS – tak ostatnio nie ucieszyło – bo analogiczne projekty głosimy od lat. I absolutnie nie mam za złe, że się Pan Premier na mnie nie powołał, bo przecież do tak oczywistych wniosków każdy może dojść samemu.

Życzę powodzenia we wcielaniu liberalnych i rozwiązań w „oparciu o wolność gospodarczą obywatela”. Pan Premier Miller przysłużył się przedsiębiorcom liniowym podatkiem dochodowym w wysokości 19%. Pan mógłby się im jeszcze lepiej przysłużyć „liniową” składką  „na ZUS” w wysokości 100 zł.

A tak a propos  wcześniejszych wyborów, to coś mi podpowiada, że PiS i SLD z całą pewnością na zaproponowaną przez Pana Premiera reformę emerytalną przystaną. Pod warunkiem  wszelako, że PSL przyłączy się do „koalicji telewizyjnej” i zagłosuje za konstruktywnym wnioskiem nieufności wobec rządu Pana Premiera Tuska. A kto mógłby wówczas stanąć na czele nowego rządu?

 

2010-02-05 18:20

FEAR THE BOOM AND BUST

 

http://www.youtube.com/watch?v=whGlF-hjCaI - „bezcenne” :)

2010-02-04 21:20

ORLEN JUŻ NIE W MOŻEJKACH?

Po wpisie sprzed ponad już trzech lat („Orlen w Możejkach” http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=45), o którym postanowiłem przypomnieć, bo nikt mnie dziś nie chwalił, a wręcz przeciwnie zostałem „skarcony” za krytykę doskonałego systemu emerytalnego, więc sam się muszę pochwalić dla poprawienia ego, czas na kolejny.

We wtorek 2 lutego pojawiła się informacja o sondowaniu przez Orlen sprzedaży Możejek. 

http://gielda.onet.pl/sondowanie-sprzedazy-mozejek,18727,3170712,1,prasa-detal

http://www.rp.pl/artykul/9211,428068_Orlen_i_Mozejki__czyli_zwiazek_przed_rozwodem___.html

Wśród komentarzy przeczytałem, że „najwyższa cena, jaką można by osiągnąć za Możejki, to taka, za jaką Orlen kupił spółkę w 2006 r. (84,36 proc. kosztowało ponad 2,34 mld dol)”.

I że „w grę może wchodzić tylko rosyjski inwestor, bo bez niego rurociągiem do Możejek nigdy nie popłynęłaby ropa”.

To drugie zdanie, to akurat święta prawda, dlatego krytykowałem w 2006 roku strategię kupowania Możejek „wbrew” Rosjanom i uwypuklania tego właśnie „priorytetu”.

Ale po pierwsze, Wańkowicz takie myślenie nazywał „chciejstwem”. „Rosyjski inwestor” musiałby upaść na głowę, żeby dziś zapłacić Orlenowi za Możejki, tyle samo, ile zapłacił za nie Orlen. No chyba, żeby Rosjanie chcieli okazać się większymi „polakofilami” niż my „rusofobiami”. Albo że przy okazji ubiją z nami jakiś dodatkowy interes.

Przeczytałem również, że „sprzedaż Możejek w obecnym otoczeniu makro i przy aktualnych wynikach finansowych oznaczałaby wygenerowanie dużej straty na tej transakcji”. Komentarz ten został opatrzony tytułem „Orlen straciłby prawie 4 mld na sprzedaży Możejek”.

http://nafta.wnp.pl/orlen-stracilby-4-mld-zl-na-sprzedazy-mozejek,100739_1_0_0.html

Więc jako „oszołom”, który kupno Możejek krytykował (zdecydowana większość analityków była „za”, czemu nie należy się dziwić, zważywszy na wysokość kredytów, jakie Orlen musiał zaciągnąć na tę inwestycję w bankach, w których pracowali owi analitycy) teraz mam równie „oszołomski” scenariusz.

Możejki nie są warte tyle, ile Orlen za nie zapłacił i nigdy nie były – zwłaszcza bez rosyjskiej ropy. Możejki zawsze były rafinerią eksportową. Przerabiały ropę rosyjska i eksportowały produkty naftowe na Zachód. Pomysł, że ropę do Możejek będziemy importować, na przykład z Wenezueli, przerabiać ją i z powrotem eksportować produkty naftowe na dotychczasowe rynki zbytu oznacza, że  ktoś nie uważał chyba na lekcjach geografii. A jaki może być inny rynek zbytu na produkty Możejek? Skandynawia, „Pribaltika” i…. Polska! Jak Orlen miał zamiar podjąć konkurencję w Norwegii ze Statoil, to bardzo żałuję, że nie dane nam było poobserwować jej wyników. A może to podbój rynków litewskiego, łotewskiego i estońskiego (razem coś około 6 milionów mieszkańców – tyle samo co w województwach śląskim i opolskim) miał przynieść jakiś super zwrot z zainwestowanego kapitału? Wykorzystanie pełnych mocy produkcyjnych Płocka i Możejek oraz realizacja programu „10+” w Gdańsku oznaczała konkurencję na… rynku Polskim. Czyli czysty kanibalizm.
Ergo – Orlen nie straci na „sprzedaży Możejek”, tylko stracił na ich „zakupie”.
Być może warto wykonać jakiś telefon do Amerykanów, którzy w 2005 roku proponowali Orlenowi na części rafineryjnej takie samo joint venture, jakie Orlen na części petrochemicznej ma z Basellem. Orlen miał wnieść do spółki aktywa rafineryjne i stacje benzynowe, ConocoPhillips swoje stacje plus gotówkę dla wyrównania wielkości wkładów i GWARANCJĘ DOSTAW ropy naftowej o określonych parametrach na określonej formule cenowej. Aleśmy Amerykanom „popędzili kota”, bo stawiali warunek: do nich miała należeć kontrola operacyjna (głównie nad wydatkami). Ale jako że „nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki” to raczej nie liczyłbym na powtórzenie takiej propozycji z ich strony. Jednak zawsze warto spróbować. Tylko trzeba znać numer telefonu.
Lotos wielokrotnie wspominał o idei budowy Koncernu Bałtyckiego. Podobno współpracą z Lotosem zainteresowany jest Statoil, ale wolałby zostać inwestorem strategicznym w połączonych polskich spółkach energetycznych (Orlen, PGNiG) bo sam Lotos to dla Norwegów za mały gracz.. Byłoby super, gdyby to była prawda. W tym przypadku jestem pewien, że Pan Prezes Paweł Olechnowicz zna telefon na który trzeba zadzwonić.
Jak się z Amerykanami ani z Norwegami rozmowa telefoniczna nie uda, to pozostanie, na przykład, jakiś fundusz „z Kataru”. Ale to oznacza, że za parę lat odkupią biznes Rosjanie.
Więc bym radził nie korzystać z „katarskiego” pośrednika i dogadywać się bezpośrednio z Rosjanami, dopóki mamy aktywa, które są coś warte i interesujące. Kupując Możejki Orlen zamierzał do „ochrony rynku” przed „zalewem tanich paliw ze wschodu”. Ja to bym się ucieszył, jakbym mógł kupować „tanie paliwa”, ale rozumiem, że interes indywidualny to co innego niż „interes społeczny”. Niestety najczęściej bywa tak, że „interes społeczny” jest największym „interesem indywidualnym” dla tego, kto definiuje „interes społeczny”. Cel nie został jednak zrealizowany, bo i tak na stacjach Łukoil możemy kupić „tańsze paliwo ze wschodu” niż na stacjach Orlenu. Co więcej prawdziwe nieszczęście będzie wówczas, gdy zaleje nas jeszcze tańsze paliwo z zachodu! A zaleje nas jak Łukoil sfinalizuje trwające podobno rozmowy z TotalFinaElf i kupi rafinerię w Leuna tuż za naszą zachodnia granicą, którą w 2000 roku próbował kupić Orlen, ale politycy zablokowali tę transakcję. Total sprzedał już Łukoilowi 45% akcji w holenderskiej rafinerii Vlissingen. Przy okazji podpisywania umowy prezes Totala, Christophe de Margerie, powiedział, że „w Rosji nie jest trudno pracować. Trzeba się tylko nauczyć, jak pracować…”. No właśnie. Bo w zamian Total podpisał umowę z koncernem Nowatek o wspólnej eksploatacji złóż gazu na półwyspie Jamał na Syberii. 20% akcji Nowatek ma Gazprom. Nowatek wydobywa co prawda tylko 30 mld m3 gazu rocznie, ale pewnie teraz będzie wydobywał więcej. I choć Rosjanie wybili połowę Wielkiej Armii Francuzów w 1812 roku, to się dogadali. A jak się dogadają i w sprawie rafinerii w Leuna? To Orlen po kilku latach znajdzie się w takiej samej sytuacji finansowej, jak obecnie znajdują się Możejki bo Rosjanie będą przerabiać swoją ropę, w swojej rafinerii w Europejskiej Strefie Wolnego Handlu. A w Polsce jest do kupienia wystarczająca ilość stacji benzynowych od ich prywatnych właścicieli, żeby zrobić konkurencyjną sieć sprzedaży detalicznej. A skoro „Goldmaniątka” znów grają na zwyżkę cen ropy, bo im zostało pewnie trochę kontraktów kupionych po 147 USD za baryłkę, to Rosjanie będą znowu mieć na inwestycje.
Jak można „dokuczyć” Rosjanom? Zrobić z nimi interes tak, żeby nie dać się im wykiwać i samemu na tym interesie zarobić. Ale nie można przy tym próbować wykiwać ich. To się nazywa w biznesie „win-win strategy”. Ale politycy o takiej to nie słyszeli. Bo przecież tylko jeden może być prezydentem czy premierem więc w nadchodzących kampaniach wyborczych będą się licytowali, kto lepiej zadba o Orlen, jak kiedyś się licytowali, kto lepiej zadba o stocznie. A Rosjanie nie muszą sie troszczyć o kampanię wyborczą, bo z góry wiadomo, kto wygra i moga myśleć w dłuższej perspektywie czasowej. Moim zdaniem bardziej upokarzające jest prowadzenie zaciekłej pyskówki, jak w przypadku North Stream, gdy wiadomo, że Rosjanie i tak postawią na swoim i się będą z nas śmiać, niż zrobienie interesu, tak, żeby na nim zyskać i żeby się śmiać nie mogli. A w Rosji nadszedł własnie czas, jak przewidywałem, że przyjaźń Pana Prezydenta z Panem Premierem jest coraz bardziej „szorstka”, jak kiedyś Kwaśniewskiego z Millerem. (http://wyborcza.pl/1,76842,7522693,Doradcy_Miedwiediewa_proponuja_prezydentowi_antyputinowska.html) Jako że obaj Panowie mają swoje interesy ekonomiczne ulokowane w innych spółkach energetycznych, możnaby było to wykorzystać w negocjacjach z nimi. Przydałaby się teraz jakaś wiedza „specjalna” służb specjalnych o tym, co się pod rosyjskim dywanem dzieje, ale niestety polskie slużby specjalne zajęte są wzajemną konkurencją o obsadzanie stanowisk w polskich spółkach energetycznych i nie mają za bardzo czasu na zajęcie się rosyjskimi.