Robert Gwiazdowski

Gospodarka klasycznie

Archiwum: luty 2010

2010-02-27 13:10

MIŚ PL 2012. SERIA II. ODCINEK 8

No i proszę… Dwa i pół roku pisania o naszym Misiu 2012 w „drugim obiegu” (bo taki charakter ma dziś Internet) nie poszło całkiem na marne.

Inauguracja serii „Misia” miała miejsce już w maju 2007:

http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=153

W dwóch seriach i razem osiemnastu ich odcinkach relacjonowałem i obśmiewałem budowy stadionów na EURO 2012.

Wczoraj zwróciła na problem uwagę Gazeta Wyborcza: (http://wyborcza.pl/1,75248,7603706,Diabli_biora_Stadion_City.html) stwierdzając, że „po Euro 2012 w stolicy pozostanie problem - Stadion Narodowy za 1,6 mld zł. Na jego utrzymanie Polacy będą łożyć miliony zł rocznie”

Informacja ta nie jest, niestety, prawdziwa. Nie 1,6 mld zł, tylko prawie 2 mld zł wydamy na stadion. „GW” uległa propagandzie Ministerstwa Sportu i spółki PL 2012 i nie liczy VAT, bo „VAT można odliczyć”. A kto niby odliczy? Inwestor – czyli spółka Pl 2012. A skąd ta spółka ma pieniądze? Ma je z kasy państwowej. A budżet, który finansuje spółkę Pl 2012 to sobie ten VAT od czego odliczy???

„Wszystko sprowadzi się do wybudowania za pieniądze podatników najdroższego na świecie „studia telewizyjnego” dla UEFA, która zgarnie za wyłączne prawo do sygnału ok. 1 mld euro. My zostaniemy z gołym stadionem i rachunkami” – powiedział Gazecie Michał Borowski, były Naczelny Architekt Warszawy za prezydentury (warszawskiej) Pana Lecha Kaczyńskiego, inicjator konkursu na „Stadion City” i szef Narodowego Centrum Sportu (NCS) do lipca 2008 r.

Święta prawda. Szkoda tylko, że zaczyna się upowszechniać dopiero dziś.

A miało być tak pięknie. „Stadion City miało być unikalną częścią Pragi, a sam stadion stanowić centralny obiekt całego założenia, żyjący 24 godziny na dobę, otoczony przestrzenią publiczną i różnymi funkcjami: hala widowiskowa, wystawy, kongresy, hotele, centrum handlowe, biura” I wszystko to „za pieniądze inwestorów”. Już się zacząłem zastanawiać czy rzeczywiście tak wielu chętnych inwestorów postanowiło się przenieść z bankrutującego Dubaju w okolice Portu Praskiego, a jeśli tak, to dlaczego Minister Drzewiecki „blokował tę inwestycję”.

Pewnej podpowiedzi dostarcza takie zdanie, które się wyrwało przedstawicielowi jednej z agencji zajmujących się nieruchomościami. „Wartość terenów pod zabudowę komercyjną to jakieś 130 mln euro” - stwierdził Alex Kloszewski z firmy międzynarodowych doradców ds. nieruchomości Colliers International.

I przyszło mi do głowy pytanie: Czy Skarb Państwa, planował inwestorom tereny te sprzedać? A jeśli tak to w jakim trybie? Czy może plan był taki, żeby przeznaczyć je pod zabudowę komercyjna jakoś inaczej – co w dużej mierze wyjaśniałoby zamieszanie, które się zrobiło w związku z „Stadion City”

Kolejne zdanie zaczyna napawać mnie przekonaniem, że chodziło o ten drugi scenariusz. Otóż: „Koncepcja Stadion City została blisko dwa lata temu wyłoniona w jednym z największych konkursów urbanistycznych po II wojnie. Budżet sięgający pół mln zł, trzech organizatorów: NCS, czyli powołana przez resort sportu spółka skarbu państwa, stołeczny ratusz i PKP.” Konkurs był po to „by wyłonić architekta, który dostanie zlecenie na narysowanie całego nowego kwartału Warszawy. To oznacza, że architekt wytycza granice działek, przypisuje im konkretne funkcje, przesądza (podkreślenie moje) gdzie komercja, gdzie przestrzeń publiczna. Miało powstać szczegółowe opracowanie pokonkursowe - jako podstawa i gotowy „wsad” do planu zagospodarowania przestrzennego. Plan uniemożliwia wolnoamerykankę w gospodarowaniu gruntami, chroni teren przed przypadkową zabudową i zapewnia przejrzystość, bo proces jego uchwalania podlega kontroli publicznej”.

Może więc chodziło o to, który to architekt „przesądzi” gdzie co ma powstać na terenach wartych 130 mln euro, żeby Radni Warszawy, którzy sprawują swoje funkcje, bo ktoś ich wpisał na listy wyborcze, oczywiście pod „kontrolą publiczną”, bo każdy z nas może się udać na posiedzenie Rady Warszawy, demokratycznie mogli taki plan przegłosować?

Jedno z praw Murphy’ego powiada, że „jak coś może pójść źle, to na pewno pójdzie”. Dokładam do tego „rozwinięcie Gwiazdowskiego”: „jak w coś jest zaangażowany rząd, prawdopodobieństwo, że pójdzie źle, rośnie w postępie geometrycznym”.


2010-02-27 12:30

PROTOKÓŁ ROZPRAWY I WYNAGRODZENIE SĘDZIEGO

Stowarzyszenie Sędziów Orzekających Iustitia zaprotestowało właśnie przeciwko pomysłom elektronicznego protokołowania rozpraw. „Nie sprzeciwiamy się samemu „elektronicznemu protokołowi”. Ale proponowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości” zapisy, są nie do przyjęcia” – powiedział w Radiu Tok Fm Bartłomiej Przymusiński, rzecznik prasowy Stowarzyszenia.

Sprzeciw sędziów budzi rezygnacja z tradycyjnego protokołowania zeznań. Ministerstwo Sprawiedliwości proponuje by pozostała tylko jego forma skrócona. Reszta będzie rejestrowana kamerami i mikrofonami. „Możemy sobie robić notatki, ale to przecież mija się z celem. Gdy przesłuchuje się świadka, trzeba zwracać uwagę na to co mówi, ale też jak mówi, gestykuluje, jak reaguje na zadawane pytania - nie ma możliwości by w tym czasie notować”- tłumaczy Pan Sędzia Przymusiński.

I dodaje: „dziś na zapoznanie się z protokołami, które dyktuje sędzia - wystarcza czasem kilka minut. Odtwarzanie nagrań rozpraw - na przykład przy pisaniu uzasadnienia wyroku trwać będzie godziny”.

Ciekawy jestem bardzo, czy Pan Sędzia widział kiedyś rozprawę, z której sporządzany jest protokół elektroniczny. Nie mówię już o Ameryce. Wystarczyłoby w jakimś sądzie arbitrażowym. I to nawet nie w takim jak ICC w Paryżu, ale choćby takim jak Sąd Arbitrażowy przy KIK w Warszawie. Nie chwalę oczywiście wszystkich  wyroków tego sądu, gdyż niektóre z nich wzbudzały moje najwyższe zdumienie, ale właśnie o ekonomikę rozprawy i możliwość ustalenia, jak są wątpliwości, co zostało przez świadka, czy stronę powiedziane, a co nie dzięki protokołowi elektronicznemu. Bo to właśnie on pozwala „zwracać uwagę na to co mówi świadek, jak mówi, gestykuluje, jak reaguje na zadawane pytania”. Jak sędzia prawie KAŻDE zdanie świadka musi przerywać, żeby je podyktować do protokołu, to świadka dekoncentruje, wybija z rytmu – i to właśnie wówczas  nie sposób zwracać uwagi na naturalne zachowania świadka. A jak Pan Sędzia Przymusiński stwierdza, że „ niema możliwości by w tym czasie notować”  to się zastanawiam o co chodzi? Jako arbiter w protokołowanym elektronicznie procesie nigdy nie miałem najmniejszych problemów z zanotowaniem szczególnie istotnego stwierdzenia świadka, czy strony i nie zauważyłem, żeby koledzy arbitrzy też mięli.

Argument jest tak infantylny, że skłania do przypuszczeń, iż jest tylko „przykrywką” dla argumentów niewypowiedzianych wprost.

Otóż protokół elektroniczny odbiera sędziemu i jego protokolantowi władze nad protokołem!!! Dziś jest tak, że protokolant ze zdania wypowiedzianego przez świadka, czy stronę, protokołuje co sam zrozumie, albo co mu wyraźnie podyktuje sędzia, przerywając świadkowi zeznania, żeby mieć czas na podyktowanie do protokołu, co zostało powiedziane w poprzednim zdaniu. I zapewniam, że dyktując sędzia nie obserwuje świadka, nie „ zwraca uwagi na to co mówi, jak mówi i gestykuluje” (bo mu właśnie przerwał) gdyż w tym czasie zwraca się do protokolanta. W najlepszych sądach arbitrażowych poza „recordingiem” rozprawa jest także protokołowana przez zawodowego stenotypistę – protokołowane jest więc każde słowo z rozprawy. W Polsce protokolantem jest najczęściej młody praktykant, bez żadnego doświadczenia prawniczego, który zapisuje „słowo w słowo” co mu podyktował sędzia, a jak sędzia nie dyktuje, to „coś tam sobie” zapisuje zgodnie z własną inwencją i rozumieniem „świata i świadka”.

Potwierdza to Pan Sędzia Przymusiński, mówiąc: „teraz dyktujemy osobie protokołującej najważniejsze rzeczy, trafiające w sedno sprawy, które nam wyjaśniają jej podłoże, sens. Pomijamy dygresje zeznających, niczego najczęściej nie wnoszące”. Tylko „nic nie wnosząca dygresja” w zeznaniach jednego świadka może stać się kluczowa dla sprawy po wysłuchaniu „dygresji” jakiegoś innego świadka, na którejś z następnych rozpraw! Stąd częste „awantury” o wpisanie czegoś do protokołu rozprawy, bo adwokat (dobry adwokat) zadając jakieś pytania świadkowi, już wie jakie będą kolejne pytania zadawane temu świadkowi i następnym świadkom, a sędzia tego nie wiem. Więc coś co dla sędziego wydaje się „dygresją” może mieć kluczowe znaczenia dla spraw.

Dlatego kolejna rozprawa zaczyna się najczęściej od zgłaszania wniosków o uzupełnienie protokołu z poprzedniej rozprawy. Ale skoro nie była ona nagrywana, to o tym, co zostało powiedziane (bardzo często kilka miesięcy wcześniej – bo z taką częstotliwością rozpraw  

A już zupełnie mnie powalił następujący argument: „są osoby, dla których już wizyta w sądzie jest bardzo stresująca. Co będzie gdy tego dojdą kamery i mikrofony? Z drugiej strony mogą się znaleźć tacy, których już sama świadomość, że ich  zeznania są nagrywane, pobudzi do „występów”. Zamienią salę sądową w teatr”. Trzeba zatrudnić technika, który tak ustawi mikrofony i kamery, że świadkowie w ogóle nie zwrócą na nie uwagi. A jak jakiś świadek na widok „sitka” reagował będzie jak polityk, to zawsze można go „ostudzić” konkretnymi pytaniami. Trzeba je tylko umieć zadać. Ale rozumiem, że sędziowie, którzy decydują o tak ważnych dla ludzi sprawach w odróżnieniu od wielu dziennikarzy mają umiejętność zadawania takich właśnie pytań.

„Może i skróci czas trwania rozpraw, ale wydłuży pracę sądów”. Bo „dziś na zapoznanie się z protokołami, które dyktuje sędzia wystarcza czasem kilka minut. Odtwarzanie nagrań rozpraw - na przykład przy pisaniu uzasadnienia wyroku - trwać będzie godziny”.  Jak tak się stanie to już będzie pewien sukces. Bo podobno dziś poważnym problemem organizacyjnym, wydłużającym kolejki w sądach, jest brak sal rozpraw. Jak rozprawy będą krótsze, to można będzie ich więcej przeprowadzić. A Pani Sędzia (ten zawód jest dość sfeminizowany) po dniu rozpraw, zamiast spieszyć się do domu, żeby „tłuc kotlety” na obiad dla dzieci odbieranych ze szkoły po drodze z sądu do domu, posiedzi troszkę dłużej żeby wysłuchać nagrań z rozprawy napisać dobre (i bardziej obiektywne) uzasadnienie wyroku.

W zamian całkowicie zgadzam się innymi z postulatami zgłaszanymi przez Stowarzyszenie Iustitia w sprawie wynagrodzenia sędziów, a nawet bronię – jak w poprzednim wpisie – ich prawa do państwowej emerytury i przechodzenia w stan spoczynku. Ten zawód powinien być dobrze wynagradzany. Wówczas kotlety będzie mógł tłuc mąż, który pójdzie sobie na urlop „tacierzyński” bo Pani Sędzia ze swojej pensji spokojnie utrzyma rodzinę. A zresztą, skoro zawód sędziego, jak postuluję od lat powinien być, jak w Ameryce, ukoronowaniem kariery prawniczej, to będą to już kotlety dla wnuków.


2010-02-26 1:50

FOR ZUS

W Gazecie Wyborczej Pan Dr Wiktor Wojciechowski -z SGH i Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR) w artykule z cyklu poświęconego  debacie na temat systemu emerytalnego i „reformy” KRUS postawił tezę: „Im szybciej członkowie rodzin rolniczych będą przenoszeni z KRUS do ZUS, tym wyższe oszczędności dla wszystkich podatników i większe szanse na skok cywilizacyjny na wsi.”

http://wyborcza.pl/1,75515,7601274,Drogie_emerytury__Jak_zlikwidowac_KRUS_.html

A jak doszedł do tej konkluzji?

Punktem wyjścia jest teza: „Wbrew temu, co twierdzi pani prof. Józefina Hrynkiewicz ( “KRUS jest dobry, a nie zły ” “Gazeta ” 10 lutego) przesunięcie najbogatszych (podkreślenie moje)  rolników z KRUS do ZUS przyczyniłoby się do uzyskania znacznych (podkreślenie moje) oszczędności w finansach publicznych”.

Jako, że mam zwyczaj zastanawiać się co czytam przyszło mi do głowy kilka pytań.

Pytanie 1: Jak mówimy o „znacznych oszczędnościach w finansach publicznych” to znaczy jak wysokich? Rozumiem, że to zależy od odpowiedzi na pytanie 2: jak mamy przesuwać do ZUS  „najbogatszych”, to znaczy których??? Czy możemy się zgodzić, że to ci, którzy mają gospodarstwa powyżej 20 ha? Chyba nie możemy, bo kilka akapitów dalej Pan Wojciechowski snuje wizję oszczędności, do których by doszło: „gdyby taka reforma objęła również połowę rolników, którzy posiadają mniejsze gospodarstwa, tj. od 10 do 20 hektarów (stanowią 13,2 proc. wszystkich gospodarstw rolnych)” A jeszcze dalej pisze, że „docelowo (podkreślenie moje) wszystkie osoby, dla których prowadzenie działalności rolniczej jest głównym źródłem utrzymania, powinny być przeniesione do powszechnego systemu emerytalnego”. W związku z tym nasunęło mi się pytanie 3: to w końcu „najbogatszych”, czy „wszystkich”? A skoro „docelowo”  wszyscy powinni być przeniesieni do ZUS, to automatycznie trzeba postawić pytanie 4: „docelowo” to znaczy w jakiej perspektywie czasowej: 3 lata, czy 30 lat?

Chyba raczej 30 bo Pan Wojciechowski pisze (całkiem słusznie), że „zwiększenie zatrudnienia mieszkańców wsi w przemyśle lub usługach można w dużym stopniu osiągnąć dzięki poprawie jakości infrastruktury transportowej. (…) Dobrze rozwinięty system komunikacji autobusowej lub kolejowej sprzyja wysokiej mobilności pracowników”.

Jeśli uznamy, że poprawa infrastruktury jest warunkiem sine qua non zmian na polskiej wsi, to trudno sobie wyobrazić, żeby nastąpiła ona w krótkiej perspektywie. A byłoby sporą nieuczciwością wykonać jedynie „krok w dobrą stronę” i zlikwidować KRUS, choć nie b Edzie komunikacji ani autobusowej, ani kolejowej, która pozwoliłaby na „zwiększenie zatrudnienia mieszkańców wsi w przemyśle lub usługach”.

Postulaty Pana Dr Wojciechowskiego są następujące: „Po pierwsze, już dzisiaj do powszechnego systemu emerytalnego powinni zostać przesunięci wszyscy (podkreślenie moje) rolnicy posiadający największe (podkreślenie moje) gospodarstwa rolne”. Jest tu zatem odpowiedź iście dialektyczna na pytanie numer 3: „wszyscy” posiadający „największe gospodarstwa” Ale natychmiast wracamy do tematu związanego z pytaniem numer 2: „największe” gospodarstwa to znaczy jak duże?

„Powinny trafić tam również (to znaczy do ZUS – przyp. mój) osoby ubezpieczone w KRUS, dla których głównym (podkreślenie moje) źródłem utrzymania jest działalność pozarolnicza”.  Więc mam pytanie 5: „główność” zmierzymy jak?  Dochodem? To jak zmierzymy dochód z działalności rolniczej? Przychód ze sprzedaży płodów rolnych? Czy przychód pomniejszony o koszty? Jak koszty, to jakie? Tu z lubością powtórzę moje ulubione pytanie do zwolenników obejmowania rolników podatkiem dochodowym o stawkę amortyzacji konia? Pan Dr Wojciechowski pisze bowiem, że „w dalszej kolejności, sukcesywnie, do ZUS należy przesuwać osoby, które prowadzą mniejsze (podkreślenie moje) gospodarstwa rolne”. Warto więc zadać pytanie 6: „mniejsze” to znaczy jak małe? Bo tak się składa, że w „mniejszych” – czyli takich poniżej 10 ha, siłą pociągową do dziś bywa koń!

Zdaniem Dr Wojciechowskiego: „wysiłek aktywizacyjny należy koncentrować na osobach mieszkających na wsi, które mają nie więcej niż ok. 40 lat. Z tego powodu KRUS powinien być całkowicie zamknięty dla młodych, którzy rozpoczynają pracę zawodową. Nie wpuszczając ich do KRUS, wzmocniono by ich chęć do pracy w sektorach pozarolniczych”. Może by wzmocniony ich „chęć” do pracy, ale czy wzmocniono by chęć przedsiębiorców do ich legalnego zatrudniania, skoro pozapłacowe koszty pracy (składki płacone do ZUS) są tak wysokie, że generują bezrobocie. Skąd to wiem? Sam z siebie, ale uzbroiły mnie dodatkowo w argumenty publikacje autorów z… FOR.

Kolega Pana Dr Wojciechowskiego, Pan Dr Artur Rzońca (aktualnie członek RPP) napisał w „Rzepie” artykuł: „Dlaczego i jak obniżyć opodatkowanie dochodów z pracy”. Wiem, bo było to w czasach kiedy jeszcze czytałem „Rzepę”, ale można go znaleźć poprzez link na stronie http://www.for.org.pl: http://www.rp.pl/artykul/19423,168963_Dlaczego_i_jak_obnizyc_opodatkowanie_dochodow_z_pracy_.html

Pan Dr Rzońca napisał: „Aby podtrzymać szybki rozwój, musimy podnieść odsetek pracujących (…) Aby więcej ludzi pracowało, zatrudnianie musi stać się dla firm bardziej opłacalne (…) Dla spełnienia tych warunków trzeba by zmniejszyć klin, jaki między koszty pracy ponoszone przez firmy a siłę nabywczą pobieranych przez pracowników wpychają podatki, z których część jest nazywana składkami” (podkreślenie moje) !!! Ja generalnie dużo czytam, więc przeczytałem też kiedyś taką publikację: „Jak podatki mogą nas przybliżyć do cudu gospodarczego”. Chyba nietrudno zgadnąć po moim sarkastycznym tonie, że jest to publikacja wydana prze… FOR.

http://www.for.org.pl/upload/File/raporty/Raport_Jak_podatki_moga_nas_przyblizyc_do_cudu_gospodarczego_FINAL.pdf

A w niej jest Rozdział 3 zatytułowany: „Jak mogłaby wyglądać duża reforma podatkowa?” Otóż „duża reforma podatkowa powinna obejmować (…) obniżenie szeroko pojętego opodatkowania dochodów z pracy” (podkreślenie moje). Już chciałem wytknąć kolegom z FOR, że powinni uzgodnić ze sobą „doktrynę”, bo jak rolnicy poszliby do legalnej pracy w mieście (zakładając, że przy tak wysokich podatkach, „których część jest nazywana składkami” ktoś chciałby ich zatrudnić), to „szeroko pojęte opodatkowanie” ich pracy wzrośnie, a nie zmaleje, ale przypomniała mi się jeszcze jedna publikacja FOR pod tytułem „Skąd bierze się bezrobocie”: http://www.for.org.pl/upload/File/Zeszyt-bezrobocie.pdf.

I stwierdziłem, że Pan Dr Wojciechowski powinien uzgodnić doktrynę sam ze sobą. Bo, jak i tym razem łatwo się domyśleć z mojego coraz bardziej sarkastycznego tonu, to Dr Wojciechowski jest autorem powyższej publikacji, w której czytamy: „do najważniejszych czynników odpowiedzialnych za niską skłonność pracodawców do tworzenia nowych miejsc pracy należą wysokie pozapłacowe koszty pracy, (podkreślenie moje) czyli klin podatkowy”. I dalej: „wzrost zatrudnienia i towarzyszący mu spadek bezrobocia są dodatkowo ograniczanie przez wysokie pozapłacowe koszty pracy”( podkreślenie moje). I jeszcze dalej (żeby nie wyglądało, że coś wyrwałem z kontekstu): „klin podatkowy, to wszelkie obowiązkowe obciążenia w postaci podatków i składek ubezpieczeniowych (podkreślenie moje), które stanowią różnicę pomiędzy całkowitymi kosztami pracy, jakie ponosi pracodawca, a wynagrodzeniem na rękę, które ostatecznie otrzymuje pracownik”.

Więc skoro „klin podatkowy”, czyli „wysokie pozapłacowe koszty pracy”, elementem których są „składki ubezpieczeniowe”, należy „do najważniejszych czynników odpowiedzialnych za niską skłonność pracodawców do tworzenia nowych miejsc pracy”, to przypuszczenie, że nawet jak powstanie ta „komunikacja autobusowa i kolejowa”, to nie zniknie sama z siebie „niska skłonność pracodawców do tworzenia nowych miejsc pracy” w miastach dla ludności wiejskiej, skoro wśród ludności miejskiej bezrobocie rejestrowane przekracza 12%.

Dr Wojciechowski postuluje „wprowadzenie przejściowych bonusów dla osób objętych dzisiaj KRUS z mniejszych gospodarstw, które zdecydują się na podjęcie pracy poza rolnictwem. Mogłoby to polegać np. na współfinansowaniu przez państwo części składek emerytalnych potrącanych z wynagrodzenia brutto. W efekcie, wyższa płaca „na rękę” wzmacniałaby bodźce rolników i członków ich rodzin do podejmowania pracy niezwiązanej z rolnictwem”. A czy „wyższa płaca na rękę” pracownika podwyższyłaby „niską skłonność pracodawców do tworzenia nowych miejsc pracy” z uwagi na „wysokie pozapłacowe koszty pracy”? Pozwolę sobie zauważyć, że „skłonność pracodawców do tworzenia nowych miejsc pracy” wynika, co słusznie zauważył Pan Dr Wojciechowski w innej swojej publikacji cytowanej powyżej, z kosztu, jaki ponosi pracodawca, a nie z tego, ile „na rękę” otrzymuje pracownik.

I na koniec jeszcze jedna uwaga, typowo prawnicza. Pan Dr Wojciechowski pisze, że „bierności w eliminowaniu patologii z polskiego systemu ubezpieczeń rolniczych nie można tłumaczyć brakiem analogicznych zmian w innych krajach UE, ani tym, że podobne patologie występują w Polsce w systemie emerytur mundurowych, górniczych, a także emerytur sędziów (podkreślenie moje) i prokuratorów. Pełna zgoda, co do emerytur mundurowych, górniczych i prokuratorskich. Ale możliwość przejścia w stan spoczynku – czyli na emeryturę państwową jest jednym z instrumentów budowania niezawisłości sędziów. Jeszcze długo to potrwa, zanim sędziowie będą sędziami, ale proszę emerytury sędziego nie traktować tak, jak policjanta, czy prokuratora. Bo w przypadku prokuratorów jest dokładnie odwrotnie niż w przypadku sędziów. Perspektywa utrata emerytury państwowej na skutek wydalenia z prokuratury może skłonić prokuratora do większej uległości wobec przełożonych, więc lepiej, żeby w ogóle nie miał takiej perspektywy na widoku. Natomiast sędziego z zawodu wydalić nie można, więc możliwość przejścia przez niego w stan spoczynku i pobierania emerytury państwowej zwiększa szanse, że powie on tym, którzy będą go próbowali naciskać: „p…. idę na emeryturę”.

P.S. Nie jestem ubezpieczony w KRUS, płacę składki na ZUS i wcale nie życzę tego samego rolnikom. I nie mam też zamiaru zakończyć kariery prawniczej jako sędzia.

 


2010-02-25 12:00

OLEJ GRZEWCZY I OGÓRKI

Od lat wieszczę, że prowadzenie przez rząd polityki gospodarczej i społecznej, a w konsekwencji wyborczej przy pomocy systemu podatkowego musi skończyć się katastrofą.

Właśnie katastrofę taką przeżywają dystrybutorzy lekkiego oleju opałowego, którzy wczoraj zaprosili mnie na konferencję prasową poświeconą kontrolom podatkowym jakie są u nich prowadzone, i ich konsekwencjom.

Nie ma powodów, poza społeczno-politycznymi, żeby lekki olej opałowy miał inną stawkę akcyzy niż olej napędowy, bo to jest prawie taki sam olej. A jak mam dom ogrzewany olejem opałowym i traktor, albo samochód z silnikiem diesla, to musiałbym być świętym Franciszkiem, żeby nie ulec stworzonej przez rząd pokusie wlewania kupionego oleju opałowego nie tylko do pieca, ale i do baku. Owszem to nielegalne, ale nie przestrzeganie zakazu ograniczenia prędkości też jest nielegalne, a proszę pokazać mi kierowcę, który nigdy tego nie zrobił.

Trzej ministrowie finansów próbowali  zrównać stawki akcyzy: w 2001 roku Bauc, w 2005 roku Gronicki i w 2007 roku Gilowska. Za każdym razem projekt rozporządzenia Ministra Finansów z takim uregulowaniem wędrował do kosza. No bo zaraz będą wybory, kto więc się miał zdecydować na drażnienie paru milionów odbiorców oleju opałowego?

Dlatego „Najlepszy Minister Finansów Europy” zdecydował się na inne rozwiązanie: postanowił ścigać dostawców oleju opałowego. Ich jest raptem tysiąc, z rodzinami może cztery tysiące, więc żadna siła polityczna i do tego jeszcze jacyś podejrzani „prywaciarze”.

A ich „ścignąć” nietrudno. Jak nauczał pan prokurator Andrej Wyszynski, „dajcie mi człowieka, a ja znajdę na niego paragraf”.  W prawie podatkowym „paragrafów” jest całe mnóstwo. Tym razem znalazły się  „oświadczenia”. Sprzedawca oleju opałowego, ma odebrać od nabywcy oświadczenie, że będzie on używał olej w celach grzewczych. 

Przy okazji podpowiem Panu Ministrowi, żeby wprowadził obowiązek pobierania przez sprzedawców w warzywniaku oświadczenia od klientek, czy ogóreczki to na mizerię, czy może jednak na maseczkę – bo inna stawka podatkowa w kosmetyce obowiązuje.  O oświadczeniach pobieranych w spożywczym, że cukier i drożdże to w żadnym wypadku nie na bimber już nawet nie wspomnę, bo bimber, w odróżnieniu od maseczki z ogóreczków nielegalny jest sam w sobie i nie można mówić o przestępczej „zmianie przeznaczenia” zakupionego produktu, jak w przypadku oleju opałowego i ogórków.

„Olejarze” mięli pobierać oświadczenia, ale tylko od stycznia 2003 do kwietnia 2004 mogli domagać się od nabywcy wylegitymowania się jakimś dowodem tożsamości w celu sprawdzenia, czy podający się za Andrzeja Wyszyńskiego nabywca, to rzeczy wiście Andrzej Wyszyński, a nie, na przykład, Feliks Dzierżyński. Upoważniał ich do tego  art. 35a ustawy o podatku od towarów i usług i podatku akcyzowym obowiązujący od 1 stycznia 2003 r.  No ale w ustawie z marca 2004 roku o podatku akcyzowym już takiego upoważnienia nie było. W tamtych czasach zwyczaj „pojawiam się i znikam” strasznie był rozpowszechniony. Na przykład „lub czasopisma” też tak się pojawiały i znikały.  Ustawodawca zorientował się dopiero w grudniu 2008 roku, że coś może być „nie halo” i znowelizował ustawę akcyzową tak, że od marca 2009 roku sprzedawcy oleju opałowego znowu mogą żądać od nabywców dowodu tożsamości.  Trzeba było jakoś zareagować, bo rok wcześniej NSA wystąpił do TK z wnioskiem o zbadanie konstytucyjności przepisów dotyczących oświadczeń.  Ale TK od tamtej pory miał tyle spraw na głowie, jak choćby pilne ustalenie kto komu ma siedzieć na kolanach w samolocie do Brukseli - Premier Prezydentowi, czy na odwrót - że „olejarzami” nie miał czasu zająć się do dziś.  Zajęli się za to nimi kontrolerzy z urzędów celnych - bo to oni zajmują się akcyzą.  Kontrolują oczywiście także okres od 2005 do 2009 - gdy poprawności oświadczeń sprzedawcy nie mięli jak sprawdzać.  A jak weryfikują? Na przykład sprawdzają, czy podpis nabywcy jest „czytelny”.

Na banknotach z Władysławem Jagiełło podpis Prezesa NBP też nie za bardzo jest czytelny, a głównego skarbnika to już zupełnie nieczytelny, więc może by tak jakąś sankcję wymyśleć dla wszystkich, którzy się nimi posługują???

 W KRS składa się wzór podpisu, który „czytelny” być nie musi, a dokumenty w imieniu spółki podpisuje się zgodnie z wzorem złożonym w KRS! Jakby się ktoś podpisał czytelnie, a w KRS nie czytelnie, to kontrolerzy taki podpis pewnie też by zakwestionowali! („Dajcie mi człowieka….”)

 Skoro kwestionują oświadczenia podpisane przez Komendy Rejonowe Policji (to nie żart – są takie przypadki!!!) to już nic nie jest mnie w stanie zdziwić. Zresztą być może policjanci też zamiast do pieca lali olej do baku, żeby sobie troszkę pojeździć  „na zarobek” – to znaczy na kontrolę drogową, bo przecież każdy kierowca, nie tylko ten co leje olej opałowy do baku, pojedzie kiedyś szybciej niż wytyczony limit. A skoro w ubiegłym roku wydano 30 mln zł na premie dla urzędników „za dobre wyniki pracy” (ciekawe które?), to mniej przeznaczono na benzynę dla policji.

„Socjalizm to taki ustrój, który bohatersko walczy z problemami nieznanymi w żadnym innym ustroju” – pisał Kisiel. Kontrolerzy ze skarbówki bohatersko walczą z problemami, które stworzyło Ministerstwo Finansów różnicując stawki akcyzy. Ale w swoim pościgu za przestępcami (bynajmniej nie neguję istnienia szarej strefy na rynku paliwowym – wręcz przeciwnie) właśnie przejechali paru niewinnych przechodniów. Przecież wiadomo nie od dziś, że „zbożny” cel uświęca środki. Więc po licznych sukcesach w walce z hazardzistami przyszła kolej na „olejarzy”. Kto następny? Sprzedawczynie z warzywniaka handlujące ogórkami, z których robi się maseczki?

 


2010-02-24 13:50

LISTA A I H.R. 1207 - CZYLI CO NOWEGO SŁYCHAĆ NA RYNKACH FINANSOWYCH

Richard Teitelbaum z Bloomberga „dotarł” właśnie (choć sam nie użył tego ulubionego słowa polskich „dziennikarzy śledczych”) do jednego z dokumentów, nazwanego „listą A”, które Darrell Issa, członek Izby Reprezentantów z Partii Republikańskiej dołączył do akt Komisji Śledczej Kongresu badającej przyczyny kryzysu finansowego. Jest to pięciostronicowy spis obligacji hipotecznych CDO, na które banki, wśród których rej wiódł oczywiście Goldman Sachs, wykupiły w AIG swapy kredytowe warte 62,1 mld USD. Na Goldmana przypada ponad 17 mld USD. Z dokumentu oraz danych Bloomberga wynika, że banki kupujące swapy od AIG to te same banki, które były emitentami CDO. (Secret AIG Document Shows Goldman Sachs Minted Most Toxic CDOs; http://www.businessweek.com/news/2010-02-23/secret-aig-document-shows-goldman-sachs-minted-most-toxic-cdos.html)

Pewnie to przypadek. No i pewnie przez przypadek te właśnie najgorsze obligacje, AIG zdecydowało się objąć ochroną ubezpieczeniową, choć pewnie nie zdecydowałby się na to początkujący makler z odrobiną rozumu w głowie lub przyzwoitości w sercu.

Co ciekawe, w grudniu 2007 dyrektor oddziału produktów finansowych AIG, który sprzedawał swapy, Joseph Cassano, powiedział, że jego firma wycofała się ze sprzedaży swapów ubezpieczających obligacje gwarantowane ryzykownym długiem hipotecznym już pod koniec 2005 r. Jednak z „listy A” wynika, że obligacje warte nominalnie 21,2 mld USD wyemitowane zostały PO 2005 r. Oczywiście dziś pan Cassano może powiedzieć, jak pan Rosół, że mu się daty troszkę pomyliły. Ale może nic mu się nie pomyliło, tylko wykonujący swoją „Boską robotę” Goldman Sachs miał taką siłę sprawczą, że AIG sprzedał mu swapy, choć nie sprzedawał swapów?

Rzecznik Goldmana, Michael DuVally odmówił komentarza w tej sprawie Bloombergowi – podobnie jak wcześniej na temat fałszowania danych finansowych Grecji.

Teraz widać dużo lepiej, jak prorocze było pytanie, które Philip Angelides, Przewodniczący Komisji Śledczej rzucił w dniu 13 stycznia 2009 r podczas przesłuchania prezesów największych banków: jak to możliwe, by banki emitowały groźne obligacje a potem grały na związanym z nimi ryzyku? „Przypomina to sprzedaż samochodów z niesprawnymi hamulcami a następnie kupno polisy od wypadków, jakie one spowodują”.

Rząd przeznaczył na pomoc AIG ponad 182 mld USD z pieniędzy podatników.

AIG wypłaciło z tych pieniędzy bankom pełną wartość CDO, a w zamian przejęło CDO. Rząd przejął zaś 80% akcji AIG, w „aktywach” którego zamiast pieniędzy znalazły się CDO. Pieniądze powędrowały między innymi do Goldman Sachs, pracownicy którego, z zarządem na czele, pobrali wysokie premie za wypracowane „zyski”.

Co prawda w opublikowanym 19 stycznia 2010 oświadczeniu nowojorski FED twierdzi, że: „AIG było przez cały czas odpowiedzialne za respektowanie wymogów jawności danych zawartych w przepisach o rynku papierów wartościowych”, ale e-maile między FED a władzami AIG, które ujawnił Darrell Issa pokazują, że inicjatywa ukrycia listy wyszła od FED. Pod koniec listopada 2008 AIG planował włączyć „Listę A” do dokumentów składanych organom nadzoru finansowego, ale prawnicy FED zapewnili, że nie jest to konieczne. To na żądanie FED, AIG nie podał nazw banków w dokumencie z 24 grudnia 2009  i wykreślił zdanie, że zostały one w pełni spłacone. Z oświadczenia FED wynika, że sugestia o wykreśleniu tego zdania wynikała z faktu, że „ściśle rzecz biorąc AIG zapłaciło nieco mniej niż 100 centów za każdego dolara”. 95? Czy może 99,5???

Z informacji Bloomberga wynika, że zanim FED polecił AIG spłacenie banków w całości, zarząd AIG próbował wynegocjować wykupienie swapów po niższej stawce. Ale po co płacić mniej, skoro można więcej, jak już uzgodniono, że i tak to podatnicy zapłacą, żeby było na premie z „zysku” dla Golden Boys z Goldman Sachs za ich „Bożą robotę”.

Podczas przesłuchania w Kongresie 27 stycznia 2010 roku przedstawiciele nowojorskiego FED wciąż opowiadali się przeciwko pełnej publikacji listy CDO. Radca prawny FED, Thomas Baxter, stwierdził, że ogłoszenie listy posiadanych przez jego instytucję papierów obniży ich wartość: „Stracimy na tym, jeśli gracze na rynku dowiedzą się, co mamy w ręku”!!! To oznacza nie mniej nie więcej tylko to, że FED ma nadzieję sprzedać to co „ma w ręku”, za więcej niż to jest warte. Więc warto zapytać gdzie tę rękę FED trzymał, zanim się obudził?

Już teraz wiemy (a nie tylko się domyślamy) dlaczego Panowie Bernanke & CO tak histerycznie zwalczają projekt ustawy HR 1207 wniesiony przez Rona Paula dopuszczający przeprowadzenie w FED audytu. (Wystąpienie Rona Paula w tej sprawie z tłumaczeniem na polski tu: http://www.youtube.com/watch?v=_aetk7uG7ug).


2010-02-22 23:40

JAK DOBRZE NIE MIEĆ EURO, KTÓRE CORAZ BARDZIEJ „PACHNIE INACZEJ”

Sytuacja na tak zwanych „rynkach finansowych” robi się coraz „ciekawsza”. Smród się robi coraz większy, więc zamiar niezwracania na niego jakiejś szczególnej uwagi jest coraz trudniejszy do zrealizowania.

Wczoraj (21.02) znalazłem w sieci informację, że zdaniem sobotniego (20.02) Der Spigel, powołującego się na źródła w niemieckim Ministerstwie Finansów „kraje używające euro zapewnią Grecji pomoc w wysokości od 20 do 25 miliardów euro”

Cytując „wstępne rozważania” niemieckiego MF, Spigel  napisał, że „udział w pomocy finansowej dla Grecji będzie obliczany na podstawie proporcji kapitału, który każdy z krajów posiada w Europejskim Banku Centralnym.”

Co prawda rzecznik niemieckiego Ministerstwa Finansów powiedział, że nie będzie komentował artykułu, ale jak ktoś mówi „no comments” to wiadomo, że TAK.

Rząd Angeli Merkel zdecydowanie dotąd odrzucał apele o obietnicę pomocy dla Grecji, a rząd George Papandreou odrzucał twierdzenia, że taka pomoc będzie mu potrzebna, ale jak wiadomo „bratnia pomoc” może być potrzebna, nawet jak jest niepotrzebna.

Wysoki rangą urzędnik niemieckiego Ministerstwa Finansów już kilka dni temu dał do zrozumienia, że jakby Grecy pomocy jednak potrzebowali, to bank KfW mógłby kupić greckie obligacje rządowe, albo „udzielić gwarancji” niemieckim bankom kupującym greckie papiery. Zdaniem Der Spiegel z raportu BaFinu (niemieckiego urzędu nadzoru nad rynkiem finansowym) wynika, że niemieckie banki byłyby poważnie zagrożone, gdyby Grecja lub jakiś inny kraj w rodzaju Hiszpanii, Portugalii i Włoch ogłosiły niewypłacalność.

Już chciałem napisać: „a nie mówiłem, że to dobrze, że nie jesteśmy w euro”, bo nie będziemy musieli brać udziału w tej „zrzutce” (zwłaszcza,  że po niej będą musiały pójść następne - jeszcze większe) ale dziś czytam, że … „w niemieckich kręgach politycznych pojawił się pomysł na ratowanie strefy euro i rozszerzenie jej o „zdrowsze” kraje Europy Środkowej i Wschodniej” A takim krajem jest Polska! Ale jest nim nie dzięki jakimś szczególnym osiągnięciom jej premiera, czy „Najlepszego Ministra Finansów w Europie”, czy nawet dzięki zbiorowej mądrości całego rządu, tylko dzięki ciężkiej pracy milionów Polaków i dzięki temu, że nie mają oni, na razie, tego wątpliwego szczęścia, żeby mieć euro! Dlatego powinniśmy powiedzieć: Danke, Frau Merkel. Schön Dank.

Ja bym wolał, żebyście Polski do tego „elitarnego” grona nie „przyjmowali”. To znaczy, żeby Polska nie musiała być „przyjęta” – tak jak Czechosłowacja musiała w 1968 roku „przyjąć” bratnią pomoc państw Układu Warszawskiego.

Dziś w FT „sam” George Soros twierdzi, że działania zmierzające do ratowania Grecji „stawiają pod znakiem zapytania przyszłość i sensowność euro jako wspólnej waluty”. (http://www.ft.com/cms/s/0/e1d88522-1f52-11df-9584-00144feab49a.html?nclick_check=1).sa)

Nie proszę tylko pomyśleć, że nagle Pana Sorosa – znanego inwestora i filantropa –  zacząłem traktować jak wyrocznię, tylko dlatego, że powiedział coś krytycznie o euro. Co prawda niektórzy (zwłaszcza politycy) tak mają, że awansują do grona swoich przyjaciół dotychczasowych wrogów, tylko dlatego, że coś krytycznego powiedzieli o wrogach aktualnie jeszcze większych, ale ostatnie działania właściciela Soros Fund Management zasługują na uwagę, zwłaszcza w kontekście ogólnej sytuacji na tak zwanych „rynkach finansowych”. „Kiedy stopy procentowe są niskie, powstają warunki do powstania bańki spekulacyjnej i w tym momencie właśnie się rozwijają. Pewnym kandydatem do takiego krachu jest teraz złoto” – powiedział Pan Soros podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos pod koniec stycznia 2010. Tymczasem w raporcie opublikowanym 15 lutego 2010 roku Soros Fund Management ujawnił, że ponad dwukrotnie zwiększył inwestycję w SPDR Gold Trust – czyli największego funduszu ETF. Co prawda obowiązek raportowania stanu posiadania jest kwartalny, a raporty mogą być publikowane 45 dni po zakończeniu kwartału, więc informacje, które ujawnił Soros Fund Management mogą pochodzić sprzed Forum w Davos, co by oznaczało, że George Soros mógł powiedzieć, to co tam powiedział zachowując całkowitą konsekwencję, bo przez styczeń 2010 jego fundusz mógł znacząco zmniejszyć swoje zaangażowanie w Gold Trust, to jednak przez trzy ostatnie miesiące 2009 znacząco je zwiększał, a więc ewidentnie przyczyniał się „do powstania bańki spekulacyjnej” na rynku złota, jeśli ucieczkę od „papierków” do złota można nazywać „spekulacją” a nie wyrazem „trzeźwego rozsądku”. Z dużym zainteresowaniem przeczytam więc kolejny raport Soros Fund Management za 1Q 2010 o zaangażowaniu w złoto. Bo informacja, że MFW postanowił sprzedać 191ton złota, raczej potwierdza, niż obala tezy o panice „rynków finansowych”. Ta sprzedaż, akurat teraz, oznacza bowiem nic innego jak próbę ratowania wizerunku pieniądza papierowego w nadziej, że nie nastąpi od niego odwrót ostateczny w kierunku złota właśnie, a to co mówi Soros może być efektem dokonanej przez niego „dywersyfikacji” – to znaczy nabywania nie tylko SPDR Gold Trust, ale także Goldman Sachs, który tak bardzo intensywnie pomagał Grecji w ukrywaniu prawdziwego poziomu jej długu, że mógłby mieć kłopot, gdyby banki europejskie postanowiły jednak nie ratować Grecji w celu ratowania euro. Bo stwierdzenie Sorosa, że przyszłość euro stoi pod znakiem zapytania w przypadku niepewności co do przyszłości Grecji, jest de faco dla polityków europejskich zakochanych w euro wezwaniem do ratowania Grecji w imię ratowania euro i w konsekwencji wynagrodzenia dla Goldmana.


2010-02-18 23:20

NIEWŁAŚCIWIE PRZESŁUCHANI

Pan Rafał Ziemkiewicz napisał, że „próba politycznego rozegrania śmierci Barbary Blidy przeciwko liderom PiS jest jednym z większych propagandowych draństw lewicy i salonu. Barbara Blida popełniła, ponad wszelką wątpliwość, (podkreślenie moje)  samobójstwo. Na pewno podczas jej zatrzymania doszło do nieprawidłowości, ale polegały one na tym właśnie, że funkcjonariusze chcieli być wobec zatrzymywanej uprzejmi, zamiast ją regulaminowo skuć, (podkreślenie moje) co próbie samobójczej by zapobiegło. Można oczywiście podważać zasadność decyzji o zatrzymaniu, dywagować, czy nie wystarczyłoby wezwać byłej minister na przesłuchanie listem poleconym, ale, po pierwsze, to, że podejrzewa się kogoś, wobec kogo zarzuty potem się nie potwierdzą, to w śledztwie sytuacja częsta, po drugie − osoba chora na depresję, a wszystko wskazuje, (podkreślenie moje) że właśnie ta choroba zabiła Blidę, mogłaby (podkreślenie moje) się targnąć na życie równie dobrze na widok wezwania z prokuratury jak na widok ekipy ABW.”

Ponad wszelką wątpliwość, to ja mogę stwierdzić, że rację miał Cesare Beccaria, z nauk którego wywodzi się powiedzenie, że „lepiej jest uniewinnić dziesięciu winnych, niż skazać jednego niewinnego”.

Oczywiście, że jak człowiek ma „deprechę”, to się może zastrzelić na samą myśl o prokuratorze, a co dopiero na widok wezwania do prokuratury. Ale może się też nie zastrzelić. Więc dajmy mu szansę. A zważywszy, że „w śledztwie często zarzuty się nie potwierdzają”, to może lepiej „nie skuć” dziesięciu winnych, niż „skuć” jednego niewinnego?

Może nie wszystko, ale statystyka głośnych medialnie zatrzymań i aresztów tymczasowych w zestawieniu z prawomocnymi wyrokami skazującymi zapadającymi w tych sprawach wskazuje, że dochodzi do rażącego nadużywania środków przymusu.

Cesare Beccaria był rzecznikiem legalizmu w procedurach karnych. I od jego czasu nic (prawie) się nie zmieniło. No może tyle, że inkwizytorów zastąpiły media wydając czasami wyroki na kogoś „wobec kogo zarzuty potem się nie potwierdzają”.

I właśnie dlatego w USA nie tylko nie skazano O.J.Simpsona, ani M.Jacksona, choć „wszystko wskazywało”, że powinno się ich skazać (i żeby rozwiać wątpliwości, zwłaszcza jeśli chodzi o sprawę Simpsona, jakbym był przysięgłym głosowałbym: „winny”), ale nawet nie zgodzono się na ekstradycję pewnego podejrzanego, argumentując, że coś ci świadkowie aresztowani w państwie ubiegającym się o ekstradycję dziwnie często zmieniają zeznania. Dodam od siebie, że też dość często się w celach wieszają, więc to pewnie „depresja ich zabija”.

Za to, z legalistycznego punktu widzenia, całkowicie się zgadzam, z obśmianiem przez Pana Rafała takiego o to argumentu:

„Trudno sobie wyobrazić, że premier Kaczyński, minister Ziobro czy ich podwładni z ABW lub prokuratury pisali sobie polecenia, że mają naciskać i wreszcie coś na Blidę znaleźć. Takie sprawy załatwia się inaczej. Wystarczy awansować na wysokie stanowiska młodych, oddanych sobie ideowców…”

Natomiast całkowicie się nie zgadzam z obśmiewaniem tego argumentu następującym argumentem:

„Czy Państwo jeszcze pamiętają, jak rechotał salon z Ziobry pokazującego niszczarkę? Z argumentu (cokolwiek na siłę włożonego mu w usta), że skoro dowodów nie ma, to dowód, że zostały zniszczone?”

Ja osobiście rechotałbym wówczas tak samo jak teraz, gdyby to rzeczywiście było śmieszne. A nie- jest. Nie jest śmieszne, bo chodzi o ludzką wolność, której można człowieka pozbawić dopiero wówczas, gdy mu się udowodni, ponad wszelką wątpliwość, że był winny popełnienia zarzucanego mu czynu, zabronionego w czasie jego popełnienia, a nie wówczas, gdy się „ponad wszelką wątpliwość” wie, że istniał „układ” (choć nie ma na to dowodów) albo, że były „naciski” w sprawie znalezienia owego „układu”, choć na to też nie ma dowodów.

Ale z drugiej strony, jak mawiał Feliks Dzierżyński, „nie ma niewinnych, są tylko niewłaściwie przesłuchani”. 


2010-02-16 15:00

ŚWINKI CZTERY I WILK KRUGMAN - “O NIEMNIEJ POŻYTECZNYM JAK PRZYJEMNY NAJLEPSZYM PIENIĄDZU “

Staram się trzymać z dala od publicznych komentarzy na temat tak zwanych „rynków finansowych”, bo jeszcze ktoś weźmie sobie do serca moje opinie i postanowi „zainwestować” zgodnie z nimi i wtedy zamiast odpowiedzialności tylko za siebie, będę miał na głowie jeszcze innych… Tak to postępują jedynie poważni analitycy i uczestnicy „rynku”. Nie mamy euro, więc losy tej waluty specjalnie mnie nie frapują, nasze OFE nie mogą zabranych mi pod przymusem pieniędzy inwestować w „świńskie” obligacje, więc co się dzieje w Grecji też mnie na razie nie obchodzi, zacznie dopiero latem – jak przyjdzie pora wakacji. Póki co ważniejsze są warunki pogodowe w Alpach. Ale informacje na temat PI(I)GS biją jednak po oczach, tak, że nie sposób choćby chwilki się nad nimi nie zatrzymać. To drugie „I” zależy od tego, czy Włochy (Italy) już dodamy do czterech „świnek” (Portugal, Irland, Greace, Spain), czy jeszcze nie. Ale od składu drużyny „świnek” ważniejszy jest cel gry. Za sprawą „świnek” i debaty: pomogą, czy nie pomogą, wraca bowiem „sprawa euro”.

Wczoraj głos zabrał na ten temat sam Poul Krugman. Laureat Nagrody Nobla z Ekonomii i wielki zwolennik Planu Paulsona tudzież innych trików monetarno-księgowych podejmowanych w celu „ożywienia” gospodarki.

I co rzecze nasz „Zaratustra”, który, tak jak Nietzsche ogłosił śmierć Boga, ogłosił  śmierć wolnego rynku, a „nadczłowiekiem” zrobił prezesa FED, który przy pomocy maszyny drukarskiej uratuje gospodarkę?

Otóż rzecze, tak w skrócie, że grecki kryzys pokazuje, że nie należało jeszcze wprowadzać w Europie wspólnej waluty (The Making of a Euromess http://www.nytimes.com/2010/02/15/opinion/15krugman.html)

Bardzo to ciekawe, bo jeszcze tydzień temu Pan Profesor uznał koncentrowanie się na problemach Grecji za „Understandable”, albowiem Grecka ekonomia „is very small” w porównaniu do takiej, na przykład, Hiszpanii (http://krugman.blogs.nytimes.com/2010/02/09/anatomy-of-a-euromess/)

Właśnie dlatego Panie Profesorze, że problem grecki jest mały (stosunkowo) Frau Angela i Monsieur Nicolas mogą się na nim „koncentrować”. A dokładniej mogą się koncentrować na gadaniu o nim. Bo jak dojdzie do Hiszpanii, to już nie będzie o czym nawet gadać, biorąc pod uwagę poziom zaangażowania banków niemieckich i francuskich w hiszpańskie obligacje i bony skarbowe, co można zobaczyć między innymi tu: http://socioecohistory.wordpress.com/2010/02/13/europes-exposure-to-pigs-problem/

Jak wynika z danych BIS (Bank for International Settlements), niemieckie, francuskie i brytyjskie banki mają „zaangażowane” (czytaj: „utopione”) w „świnkach” ponad 2 biliony USD („po amerykańsku ponad 3 triliony)! Niemieckie – 540 miliardów („po amerykańsku” bilionów), co stanowi 26% całej ich ekspozycji w papiery dłużne, francuskie – 370 miliardów/bilionów (18%), a brytyjskie – 350 miliardów/bilionów.

„Niemiaszki” mimo to zachowują większy spokój, od, jak zwykle bardziej panikujących Francuzów. Główny ekonomista Societe General Klaus Baader dość nerwowo powiedział Bloomberg’owi „The crisis in Greece is…a concrete problem for Europe ′s whole banking sector” i nie omieszkał dodać, że „that explains the interest of finance ministers in stabilizing the situation”.

Trzeba jednak pamiętać, że na Grecję przypadają „raptem” 253 miliardy/biliony. Toż to „pikuś”. Na Hiszpanię przypada ponad 840 miliardów/bilionów USD! A na Irlandię nie wiele mniej, tylko inaczej rozłożone – głównie w bankach angielskich. No chyba, że „Goldmaniątka”, którzy pomagali Grekom ukrywać prawdziwą wysokość ich długu, fałszując dane dotyczące currency i przyjmując w rozliczeniach CCS (Cross Currency Swap) fikcyjne kursy walutowe (http://www.nytimes.com/2010/02/14/business/global/14debt.html) zrobili to lepiej niż się nam wydaje i prawdziwy dług Grecji jest wyższy.

Ale wracając do Krugmana: najciekawszy jest taki oto „Krugmaniz”: „the real story behind the euromess lies not in the profligacy of politicians but in the arrogance of elites — specifically, the policy elites …” Bardzo mnie zaciekawiło tak wyraźne odróżnienie „politicians” od „policy elites”. Od dawna było wiadomo, że nie wszyscy „politicians” zasługują na miano „elite”, bo generalnie niektórzy są „oszołomami”. Ale dotąd za oszołomów uchodzili ci, którzy uważali, że wprowadzanie euro jako projektu stricte politycznego, który ma przyśpieszyć integrację Europy, a w szczególności uchronić nas od niemieckiej dominacji, a w jeszcze większej szczególności od dominacji na kontynencie niemieckiej marki (funt się jakoś wówczas jeszcze trzymał) nie ma szans powodzenia z przyczyn ekonomicznych właśnie. A tu proszę – do „oszołomów” dołączył Krugman. Co więcej, za winne wszystkiemu uznał te „policy elites”, które „pushed Europe into adopting a single currency well before the continent was ready for such an experiment”.

Rychło w czas – chciałoby się rzec. Ale jakby się Krugman zorientował wcześniej czym się może skończyć wspólna waluta dla krajów tak odmiennych jak Niemcy i Grecja, i gdzieś o tym rozpowiedział, to nie dostałby Nobla. No chyba że „pokojowego” – zamiast Gore’a albo Obamy, za „ratowanie świata przed nieurodzajem” (ekonomicznym). Bo dziś Nobla z Ekonomii mogą dostać tylko „drukarze”. A Krugman zresztą do dziś nie uważa, żeby problemem była jakaś tam „rozrzutność” Greków, którzy przecież w zestawieniu z radami Krugmana udzielanymi Obamie, wydają się nad wyraz powściągliwi w wydawaniu pieniędzy – zwłaszcza, że teraz to ich nie mają, a euro dodrukować sami sobie nie mogą. Hiszpania była przecież mniej rozrzutna niż Grecja, a problemy za chwilę będzie miała jeszcze większe. Ależ oczywiście rozrzutność nie stanowi na krótką metę żadnego problemu! Jak można drukować/dewaluować własną walutę, to można jakoś dociągnąć do wyborów, a potem winę za kryzys zrzucić na następców, bo w nieskończoność bez konsekwencji drukować się jednak nie da.

Najbardziej rewolucyjne jest twierdzenie Krugmana, że Hiszpania, czy Grecja mogłaby szybko pokonać kryzys dewaluując swoją narodową walutę. Gdyby ją jeszcze miały!!!

Co na to nadwiślańscy zwolennicy euro? Ich reakcja nie będzie niespodzianką. Bo reakcją będzie brak reakcji. W nadziei, że na tę wypowiedź Krugmana nikt nie zwróci specjalnej uwagi. Większą niespodzianką jest twierdzenie Krugmana, że to wszystko „nie powinno być niespodzianką”. „Na długo, zanim wprowadzono euro, ekonomiści ostrzegali, że Europa nie jest gotowa na jedną, wspólną walutę. Ostrzeżenia te zostały zignorowane i przyszedł kryzys ” - pisze Krugman. Znaczy się, że musiał Krugman do panteonu ekonomistów dopuścić Miltona Friedmana. Co prawda nazwisko tego „faszysty” i „poplecznika Pinocheta” – używając tonu Nami Klein  – nie pada w felietonie Krugmana, ale przecież to właśnie autor „Wolnego wyboru” wieścił, że euro długo nie wytrzyma jako wspólna waluta. W tej sytuacji trzeba będzie pewnie wprowadzić jakieś zmiany w encyklopediach na temat Friedmana, jak robił Winston Smith w „1984”.

Jak zatem uratować Grecję, Hiszpanię i ewentualnie inne świnki, a wraz z nimi euro? Toż to oczywiste! Trzeba przyspieszyć integrację polityczną – aby kraje europejskie zaczęły funkcjonować jak stany w USA. To też może nie przynieść rozwiązania problemu – jak pokazuje przykład zbankrutowanej Kalifornii. Może lepsze byłoby, żeby Kalifornia wprowadziła własną walutę, niż żeby się Europa szybciej jednoczyła?

Najważniejsza jest jednak konkluzja: euro to projekt polityczny, a nie ekonomiczny. Nad Wisłą niektórzy też już podzielają ten pogląd. Na popularnym blogu przeczytałem: „Jakże inaczej wyglądałaby teraz Unia, gdyby wpierw przyjęto konstytucję tego związku państw, w której byłyby jej prawdziwe władze (nie to, co teraz mamy), prawdziwe zasady głosowania (bez liberum veto), prawdziwe, twarde, łatwe do wyegzekwowania reguły rządzące finansami i jednolite podatki, dzięki czemu nie byłoby szkodliwego dumpingu podatkowego. Po ugruntowaniu takiej Unii można by było zapraszać powoli kolejne państwa, które musiałby się zgodzić ze wszystkimi jej regulacjami. Nie byłoby derogacji powalających na przykład na nieprzyjęcie euro. Byłyby za to zasady pozwalające szybko i bez problemu wykluczyć z Unii państwo, które nie stosowałoby się do jej praw”. To taka troszkę „Libellus aureus nec minus salutaris quam festivus de optimo Reipublicae statu de que nova insula Utopia” („Książeczka zaiste złota i niemniej pożyteczna jak przyjemna o najlepszym ustroju państwa i nieznanej dotąd wyspie Utopii”). Pamiętajmy tylko, że Morus prawdopodobnie celowo nazwał swoją wyspę dwuznacznie. „Utopia” od greckiego outopos (ou — nie, topos — miejsce) to „nie-miejsce”, albo miejsce, którego nie ma, lub od eutopia dobre miejsce. Czyli dobre miejsce, którego nie ma. Przyjęcie „wspólnej konstytucji” przez Niemcy, Francję i Wielką Brytanię czy wybór wspólnych „prawdziwych władz” były tak samo realne, jak

Mam dwa pytania. Po pierwsze, czy „przyłączanie” miałoby wyglądać tak jak w przypadku  Kalifornii do USA? A po drugie: czy samemu też można byłoby wystąpić? Czy trzeba byłoby czekać na „wykluczenie”? Grecy, Hiszpanie i coraz więcej Włochów już od jakiegoś czasu wiedzą to samo, co dostrzegła Pan Profesor Krugman, że łatwiej byłoby im z własną walutą. Ale nikt ich nie tylko nie „wykluczy”, ale nawet nie pozwoli „wystąpić” jakby im przyszedł taki pomysł do głowy. No chyba, że pomysł taki przyjdzie do głowy Niemcom, którym obiecywano, że euro będzie tak silne, albo nawet jeszcze silniejsze, jak marka a nie jakaś tam drahma, czy pesso! Jakby się jednak „Niemiaszki” połapały, że mają zamiast marki coś na kształt lira, to sami mogliby strefę euro „rozwiązać”. A dalsze kupowanie obligacji greckich czy hiszpańskich przez niemieckie banki może spowodować, że się w końcu „połapią”.

Prosiłbym więc wszystkich zwolenników euro o uznanie faktów oczywistych: euro jest projektem politycznym, a nie ekonomicznym. A unia ekonomiczna, to zupełnie co innego niż polityczna. Posiadanie wspólnej waluty nie jest konieczne do funkcjonowania strefy wolnego handlu, która się charakteryzuje brakiem barier celnych, a nie takim samym kolorem papieru, na którym jest napisane, że to oficjalny środek płatniczy.

Wspólna waluta papierowa ułatwia integrację polityczną, a nie ekonomiczną. Jak się nie powiodła francuskim socjalistom i brytyjskim torysom misja polityczna u Pana Gorbaczowa, żeby się broń Boże nie godził na zjednoczenie Niemiec, (http://www.timesonline.co.uk/tol/news/politics/article6829735.ece) rozpoczęła się polityczna gra walutą i integracją. Za swą zgodę na połączenie Niemiec Monsieur Mitterand zażądał zgody Her Kohla na wspólną walutę, na którą Francuzi będą mieli taki sam wpływ, albo może nawet większy, jak Niemcy. I do dziś euro pozostało projektem politycznym, przy pomocy którego, niektóre „policy elites” - używając określenia Krugmana - chciałyby nam  ustanowić „niemniej pożyteczny jak przyjemny, najlepszy ustroju państwa na nieznanej dotąd wyspie Utopia”.


2010-02-14 12:50

HIGH LIFE, BON TON… CZYLI NOWA JAKOŚĆ PRACY SŁUŻB SPECJALNYCH

Krytyka nie idzie w las. Tyle razy krytykowałem prokuratorów i służby specjalne za ewidentne nadużywanie władzy, że najwyraźniej poskutkowało…

Otóż funkcjonariusze CBA, którzy przeszukiwali mieszkanie Marcina Rosoła, pół godziny wcześniej zadzwonili do niego z pytaniem, czy jest w domu, bo mają nakaz prokuratorski wydania komputerów i pendrive ′ów  Jak wyjaśnił rzecznik CBA Jacek Dobrzyński, „Pan Marcin Rosół nie przebywał w miejscu stałego zameldowania. Dlatego też funkcjonariusze CBA telefonicznie ustalili miejsce jego pobytu”

Jakoś tak przypomniał mi się tekst piosenki Jerzego Jurandota:

Żyli raz pan i pani

zbyt dobrze wychowani.

Kultura ich niezwykła

służyła za przykład.

(…)

W pożyciu nawet bliskim

o formy dbali wszystkie –

tak byli wychowani

ów pan i pani.

Gdy siła czasem znana

targała sercem pana

mógł wkroczyć najlegalniej

w głąb pani sypialni,

miał taktu jednak tyle

że wpierw posyłał bilet.

High life, bon ton,

savoir vivre, pardon….
 
 
P.S. Dla wszystkich, którzy przeczytali we wczorajszej Wyborczej sprawozdanie z debaty na temat bezpiecze ństwa energetycznego uprzejmie wjaśniam, że w oryginale było: „w latach 80-tych PRZESZKDZAŁY mi rosyjskie czołogi, a dziś NIE PRZESZKADZA mi rosyjska ropa czy gaz”, a nie, że się „bałem rosyjskich czołgów”.


2010-02-13 0:50

GIESCHE

Przeczytałem następującą informację:

„ABW zatrzymała cztery osoby z reaktywowanej spółki Giesche. Na podstawie przedwojennych akcji domagały się zwrotu majątku wartości setek milionów złotych.”

Ród Giesche był przed II wojną światową jednym z największych producentów węgla kamiennego w Europie. Należała do niego jedna trzecia powierzchni Katowic. Jednak w 1926 roku rodzina sprzedała swoje udziały w polskiej spółce Amerykanom. Po wojnie majątek spółki został znacjonalizowany w oparciu o przepisy ustawy o wywłaszczeniu mienia poniemieckiego.

W 2005 roku paru „łebskich gości ” z Pomorza reaktywowało spółkę, która nigdy nie została rozwiązana i przez cały czas figurowała w rejestrze, na podstawie akcji, które, jak stwierdzili, odkupili od spadkobierców Amerykańskich akcjonariuszy.

Nie wiem czy tak było, czy może kupili je w skupie makulatury, czy na pchlim targu. W każdym razie, reaktywowana spółka złożyła do sądów pozwy, domagając się zwrotu przedwojennego majątku, gdyż nie był on „poniemiecki” tylko „poamerykański”.

Skarb Państwa stwierdził, że akcje Giesche zostały zdeponowane w 1939 r. w koncernie Saco w Stanach Zjednoczonych. Na mocy układu z pomiędzy PRL i USA z 1960 r. Polska wypłaciła „podmiotom amerykańskim” 40 mln USD odszkodowania. Przez kolejne 20 lat strona polska wypłaciła taką sumę w ratach po 2 mln USD rocznie”. „Jeśli więc ktoś ma tu jakieś zobowiązania, to rząd amerykański, nie Polska”.

Zapowiadała się ciekawa, precedensowa sprawa sądowa. Ale pan Prokurator z ABW, mając pewnie na celu względy tak zwanej ekonomii procesowej, żeby sądy nie musiały wgłębiać się w szczegóły kazał zamknąć członków zarządu Giesche za „usiłowanie wyłudzenia mienia znacznej wartości, na kwotę co najmniej 341 mln. zł, bo, zdaniem Pana Prokuratora „spółka działała na szkodę skarbu państwa” (domagając się zwrotu majątku).

Jeżeli In formacja medialna jest rzetelna, to znaczy, że zaczynają już zamykać za fakt złożenia pozwu do sądu przeciwko Skarbowi Państwa!!!!!

Aż trudno sobie wyobrazić, co by się mogło stać, gdyby jakiś sędzia uznał, że skoro akcjonariusze byli amerykańscy, to majątek nie był „poniemiecki”. Na wszelki wypadek lepiej przymknąć powoda, niż sędziego. A jak sobie posiedzi przez kilka miesięcy w kilku, albo nawet kilkunastoosobowej celi z pospolitymi kryminalistami, w której przypadają 3 m2 na aresztanta,  to może przemyśli, czy lepiej pozwu nie cofnąć. A jak się sędzia z mediów dowie, to też się zastanowi, czy warto narażać się na zarzut działania w zorganizowanej grupie przestępczej, gdyby do procesu miało jednak dojść.

Miałem właśnie w imieniu jednego klienta złożyć pozew o odszkodowanie od skarbu państwa, ale w takiej sytuacji to się chyba zastanowię, bo jak wygram, to konieczność wypłaty przez skarb państwa odszkodowania z całą pewnością będzie stanowiła dla niego „szkodę”