Robert Gwiazdowski

Gospodarka klasycznie

Archiwum: październik 2009

2009-10-30 9:10

PAKIET TELEINWIGILACYJNY

Parlament Europejski pracuje nad nową Dyrektywą Telekomunikacyjną, nazywaną „Pakietem Telekomunikacyjnym”.

Tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, w całej Europie (także w Polsce) wybuchły protesty przeciwko zapisom „Pakietu” pod hasłem Blackout Europe.

Na jednym z ostatnich głosowań w poprzedniej kadencji Parlamentu Europejskiego w dniu 5 maja 2009 roku wprowadzono do „Pakietu” słynną poprawkę 138/46. Mówiła ona wprost: „żadna restrykcja nie może być nałożona bez uprzedniego wyroku sądu - z wyjątkiem zagrożenia publicznego” (czyli np. aktów cyberterroryzmu, nawoływania do popełnienia poważnego przestępstwa, szerzenia podofilii itp.)

„Głosowanie powinno być przestrogą, że wybory do Parlamentu Europejskiego naprawdę mają znaczenie, gdyż tu decydują się losy nas wszystkich” – powiedział ówczesny eurodeputowany Dariusz Rosati, komentując głosowanie nad „Pakietem”

Potem odbyło się głosowanie do Parlamentu Europejskiego. No i mamy dziś nową poprawkę która brzmi: „jakiekolwiek kroki mogące ograniczyć podstawowe prawa i wolności mogą być podejmowane jedynie w szczególnych przypadkach”, pod warunkiem że są „właściwe, proporcjonalne i potrzebne w społeczeństwie demokratycznym”.

Powinni wziąć to sobie do serca ci, którzy jeszcze uważają, że warto chodzić „:głosować”.

We Francji już jest gotowy projekt ustawy przewidującej, że ruch w sieci będzie monitorować specjalna agenda rządowa. Jeśli wykryje, że ktoś ściąga nielegalnie filmy albo muzykę - wyśle do tej osoby e-maila ostrzegawczego. Jeśli ostrzeżenie nie poskutkuje, agencja wyśle list polecony, z „ostatecznym ostrzeżeniem”. Jeśli i ono będzie zlekceważone, sprawa trafi do sądu, który będzie mógł nałożyć na sprawcę grzywnę, albo postanowić o odcięciu pirata od Internetu.

Pan Konrad Niklewicz z GW stwierdził na blogUE, że “słomiant ogień obywatelskiego protestu nie wystarczył, unijne rządy zwyciężyły, bo były cierpliwe “. Uważa jednak,  ze Internauci nie mają powodu do niepokoju, gdyż „Unia Europejska to jednak nie Chiny. Unijne rządy poruszają się w obszarze demokratycznego państwa prawa i nie będą próbowały wprowadzać cenzury w Internecie”.

Przy całej nadziei, że być może tak jest, dręczy mnie pytanie, dlaczego unijne rządy nie chcą podstawowej idei „państwa prawa” – czyli wymogu uzyskania uprzedniej zgody niezawisłego sądu na zastosowanie sankcji – zapisać wyraźnie w akcie prawnym? Wytłumaczenia mogą być tylko dwa: albo mają niecne zamiary, albo uważają, że coraz bardziej opieszałe sądy będą procedowały zbyt wolno w „szczególnych przypadkach”. Tylko że w „państwie prawa” trzeba skoncentrować się na przywróceniu odpowiedniej pozycji sądom i wyeliminować przepisy, które utrudniają sądowe procedury i je niebotycznie wydłużają, a nie zwiększać zakres władzy rządom.

Zdaniem Pana Konrada Niklewicz wystarczy, że „prędzej czy później niezależny sąd musi się pojawić” i używa w obronie Pakietu Telekomunikacyjnego argumentu per analogiam: „jakoś możemy żyć z tym, że przepisy prawa o ruchu drogowym pozwalają policji zatrzymać nasz samochód i arbitralnie odebrać nam prawo jazdy i dowód rejestracyjny gdy - zdaniem policjantów - są do tego podstawy. My oczywiście możemy mieć pewność, że policja się myli, nie ma racji - ale dopiero potem będziemy musieli to udowodnić. I ewentualnie przed sądem wykazać głupotę policjantów, żądając rekompensaty”. Panie Konradzie – stosowanie analogi w prawie jest przez doktrynę krytykowane, a w prawie karnym wręcz zakazane. Całkiem słusznie. Bo policjanci mogą nas zatrzymać, ale nie mogą przeprowadzić rewizji osobistej zanim wsiądziemy do samochodu, czy przeczytać korespondencji, którą ze sobą wieziemy. Nie musimy się im tłumaczyć dokąd jedziemy i po co. A żeby móc ścigać „piratów internetowych” musi powstać agencja, która będzie „monitorować ruch w sieci”. Żeby „agencja monitorująca” mogła sprawdzić, czy nie ściągam nielegalnie plików z muzyką Carli Bruni, musi sprawdzać co ściągam.

Kilka lat temu gorąco protestowałem przeciwko rozszerzaniu prawa różnych służb do stosowania podsłuchów i zmuszaniu operatorów telekomunikacyjnych do nagrywania wszystkiego dla potrzeb owych służb w celu przeciwdziałania „przestępczości zorganizowanej”. Dziś nie tylko podsłuchują takiego „zorganizowanego przestępcę” jak Pan Bogdan Rymanowski, ale jeszcze upowszechniają, co podsłuchali.

Prawo Murphy’ego powiada: „jak cos może pójść źle, to na pewno pójdzie”. Dodatek mój do prawa Murphy’ego powiada, że „jak w coś jest zaangażowany rząd, prawdopodobieństwo, że pójdzie źle, rośnie w postępie geometrycznym”.

 


2009-10-29 12:30

100-LECIE TOPR

29 października 1909 roku galicyjskie Namiestnictwo we Lwowie zatwierdziło statut Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.

Choć akcje ratunkowe w Tatrach podejmowane były jeszcze przed rejestracją Stowarzyszenia, to formalnie właśnie dziś mija setna rocznica powstania TOPR.

Wszystkim ratownikom, którzy dochowują przyrzeczenia:

„Ja niżej podpisany w obecności Naczelnika Straży Ratunkowej, dobrowolnie przyrzekam pod słowem honoru, że póki zdrów jestem na każde wezwanie naczelnika lub jego zastępcy, bez względu na porę roku, dnia i stan pogody, stawię się w oznaczonym miejscu i godzinie i udam się w góry. Obowiązki swe pełnił będę sumiennie i gorliwie, pamiętając, że od mego postępowania zależy być może życie ludzkie”,

SZCZEŚĆ BOŻE.

Dobrze wiedzieć, idąc w góry, że jesteście.


2009-10-27 15:40

PANI MINISTER MA POMYSŁ…

W dzisiejszej Gazecie Wyborczej informacja, że Minister Pracy, Pani Jolanta Fedak, ma pomysł na łatanie dziury budżetowej. Pomysł jest taki, żeby mniej pieniędzy z naszych składek emerytalnych przekazywać do OFE. Więcej zostałoby w FUS, więc Skarb Państwa musiałby mniej do FUS dopłacać. Budżet zaoszczędziłby w ten sposób ok. 16 mld. zł w ciągu roku.

Podobno „eksperci nie pozostawiają na pomyśle ministerstwa suchej nitki” – pisze GW, cytując Wiktora Wojciechowskiego z Fundacji Obywatelskiego Rozwoju, który stwierdza, że „to kolejna próba rozmontowania systemu emerytalnego kosztem jego uczestników”.

Ja tam za eksperta się nie uważam, ale mam kilka prostych obserwacji. Po pierwsze: jeśli to jest próba „kolejna”, to kiedy była „poprzednia”. Czyżby chodziło powtarzane przez CAS od 10 twierdzenie, że „OFE musi odejść!”? Po drugie: „rozmontowanie systemu” implikuje istnienie „systemu”. Pod pojęciem systemu nauka rozumie zintegrowaną całość, której własności nie są prostą sumą własności poszczególnych części tej całości, istnienie jednak szereg związków i interakcji pomiędzy nimi. (E. Laszlo, Systemowy obraz świata, Warszawa 1978; L. von Bertalanffy, Ogólna teoria systemów, Warszawa 1984) „Doniosłą cechą systemów jest tkwiący w samej ich istocie charakter dynamiczny. Systemy pod względem formy nie są sztywnymi strukturami; ich forma wyraża zmienne, a jednocześnie trwałe przejawy procesów zachodzących w systemach”. (F. Capra, Punkt zwrotny, Warszawa 1987) Funkcjonowanie systemu stanowi rezultat zachodzących w nich pętli sprzężeń zwrotnych polegających na tym, że element A oddziaływa na element B, B na C, zaś C zwrotnie na A. W systemie nie działa linearny łańcuch przyczyn i skutków, lecz zjawisko nielinearnej współzależności. Nie mamy więc żadnego „systemu” emerytalnego, tylko „emerytalny chaos”. Po trzecie, „uczestnicy” nie poniosą żadnego dodatkowego „kosztu”. W odróżnieniu od zalecanej przez FOR „reformy” KRUS, która polegać ma właśnie na zwiększeniu „kosztów” ponoszonych przez „uczestników”. Chyba, że pod nazwą „koszt” kryje się „mniejsze świadczenie o jedną czwartą”. Tylko „mniejsze od czego”?

Świadczenia przyszłych emerytów „będą niższe nawet o jedną czwartą” – powiedział GW Wiktor Wojciechowski. Jak, u licha, on to wyliczył? Chyba spytam przy okazji Pana Prof. Leszka Balcerowicza – Przewodniczącego Rady FOR.

Jak pisze GW „kobieta, która przechodząc na emeryturę, zarabiała 3 tys. zł, dostanie nie 1,2 tys. zł, ale 900 zł. W nieco lepszej sytuacji będą mężczyźni, którzy pracują o pięć lat dłużej, a więc więcej oszczędzają. Jednak i oni dostaną mniej - zamiast 1,8 tys. zł tylko 1,5 tys. zł.” Oczywiście liczby nie kłamią. 3 złote rybki = 9 spełnionych życzeń. Ciekawe, czy obliczył to autor artykułu, czy może FOR? Albo może ktoś z OFE???

„Każdy Polak odkłada dziś 19,5 proc. ze swojej pensji na przyszłą emeryturę” – pisze „GW”. Nieprawda! Po pierwsze, nie każdy – tylko utrzymujący „stosunek” z pracodawcą. To znaczy pracujący w oparciu o stosunek pracy. Zleceniobiorcy, twórcy, samozatrudnieni, rolnicy płacą mniej (na szczęście). Po drugie nie płacą „na przyszłą emeryturę” tylko na emerytury dziś wypłacane. Jak długo można „zaklinać rzeczywistość” i wmawiać ludziom, że jest inaczej niż jest?

Celem reformy emerytalnej było obniżenie wysokości świadczeń budżetowych na rzecz emerytów – czyli poziomu redystrybucji dochodu narodowego od pokolenia czynnego zawodowo do pokolenia już nie czynnego zawodowo. I słusznie. I chylę czoła pod tym względem przed twórcami reformy. Cel, jak na razie, jest realizowany. Tylko czy stworzenie OFE było jedynym sposobem realizacji tego celu? Moim zdaniem mamy w dalszym ciągu do czynienia z prostą redystrybucją dochodu narodowego: od przedsiębiorców i pracowników s sektora przedsiębiorstw do akcjonariuszy i menagerów sektora finansowego – a dokładnie OFE.

Mój pomysł na rozwiązanie problemu jest nieco inny, niż Pani Minister Fedak. Wystarczy znieść przymus „oszczędzania” w OFE i pozostawić ludziom prawo wyboru, czy wolą płacić do ZUS, czy do OFE. Wolnorynkowi, liberalni i prokapitalistyczni eksperci z FOR nie powinni mieć nic przeciwko zniesieniu przymusu i wprowadzeniu wolności wyboru?!

Ale mam dla Pani Minister złą wiadomość. Będzie jak u Orwela. Przymus zostanie uznany za wyższy wyraz wolności. Wystarczy prześledzić listę nazwisk członków Rad Nadzorczych Otwartych Funduszy Emerytalnych od początku ich istnienia, żeby zrozumieć dlaczego.


2009-10-26 18:30

PODATKI KONSUMPCYJNE

Jak pisał Jean Baptiste Say nie ma dobrych podatków. Wszystkie są złe. Ale niektóre są gorsze od innych. Moim zdaniem DZIŚ najgorsze jest opodatkowanie pracy. Co prawda Adam Smith twierdził, że opodatkowanie pracy, powodując wzrost ceny siły roboczej i podwyżkę płac, odpija się w konsekwencji na konsumencie, gdyż pracodawca, którego podatek od wynagrodzeń obciąża w pierwszej kolejności, stara się przerzucić ciężar podatkowy na nabywców wytwarzanych przez siebie towarów. Ostatecznie podatki od płacy ponoszą więc konsumenci. Podobnie rzecz się ma z opodatkowaniem towarów konsumpcyjnych – ciężar tego podatku spoczywa na barkach konsumentów. Jednak w przypadku opodatkowania towarów pierwszej potrzeby przerzucenia podatku jest nieco bardziej skomplikowane. Jako że płacę roboczą reguluje popyt na pracę i przeciętna cena towarów niezbędnych do utrzymania robotników, „każde podniesienie tej przeciętnej powoduje konieczność podniesienia także płacy w taki sposób, by robotnik po dawnemu mógł kupić artykuły pierwszej potrzeby w dotychczasowej ilości, o ile w tym samym czasie popyt na pracę nie wzrośnie i nie zmaleje. Podatek od artykułów pierwszej potrzeby działa dokładnie w ten sposób, co bezpośredni podatek od płacy roboczej”. Ale tak było KIEDYŚ – gdy podatki były nakładane zgodnie z zasadami Smitha, to znaczy były między innymi „umiarkowane”, nie służyły redystrybucji dochodu narodowego, gdy nie było podatku bezpośredniego nazywanego „składką ubezpieczeniową”, nie istniało zjawisko „szarej strefy”, a pensje „klasy robotniczej” wynikały z popytu na pracę i przeciętnej cena towarów niezbędnych do jej UTRZYMANIA.

Inaczej już za czasów Smitha, rzecz się miała z podatkami od przedmiotów zbytku, wzrost ceny których nie powoduje konieczności podniesienia płacy robotniczej. Zdaniem autora „Bogactwa Narodów”, takie podatki można było podnosić z mniejszym ryzykiem ich przerzucenia. Co więcej, Smith dopuszczał opodatkowanie „nieco powyżej proporcji”, gdy dotyczyło ono nie majątku produkcyjnego, tylko przedmiotów zbytku.

Dziś, wbrew poglądom głoszonym przez populistów, nie wiele osób żyje poniżej progu rzeczywistego ubóstwa. Takim osobom pomoc nie może być niesiona przy pomocy systemu podatkowego. Z tego powodu, że kilka milionów osób może jest niedożywionych, nie należy utrzymywać obniżonego podatku VAT na żywność w stosunku do pozostałych kilkudziesięciu milionów. Jeśli zakładamy, że państwo powinno zajmować się pomaganiem biednym, to od tego jest pomoc społeczna w poszczególnych gminach, a nie system podatkowy. Dla większości podatników żywność jest za tania! Proszę przejechać się na wysypisko śmieci i zobaczyć jak nieprawdopodobne jej ilości są wyrzucane. Czy DZIŚ opodatkowanie żywności takim samym podatkiem, jak innych dóbr, a nie stawką uprzywilejowaną, będzie miało taki sam skutek, jak w czasach Smitha? Z pewnością nie! A jak wszystkie towary i usługi zostaną opodatkowane jedną stawką – tak jak na Słowacji – to być może się okaże, że będzie to mogła być stawka niższa niż obecnie obowiązująca stawka podstawowa. Może będzie mogła wynosić nie 22%, a 21%, albo 20%? W zależności od tego, czy państwo zmniejszy swoje, często absurdalne wydatki – między innymi na pomoc dla tych, którzy tej pomocy wcale nie potrzebują.

Ale podwyższenie (de facto) podatku VAT pozwoli obniżyć opodatkowanie pracy. Zważywszy, że pracownicy nie wydaja dziś prawie całej pensji na żywność i czynsz, inaczej niż za czasów Smitha, będą mogli rozdysponować nadwyżką wynagrodzenia według własnej woli! I o to właśnie chodzi w myśleniu rynkowym: o pozostawienie ludziom wyboru. Jedni, tak jak dotychczas będą wyrzucali na śmietnik ser, którego termin przydatności do spożycia minął dlatego, że ostatnio mieli większą ochotę na szynkę. Inni zjedzą ser, nie kupią szynki, a resztę przeznaczą na cos innego – może zaoszczędzą, albo będą mieć na wyższą ratę na kredyt za dom. „Eksperyment”, jaki zrobiła na tym polu Słowacja udał się znakomicie. Jest więc nie tylko teoria, ale i empiryczny przykład.

Jak powiadał Krzysztof Dzierżawski, parafrazując tytuł książki Richarda Weavera „Idee mają konsekwencje, podatki też mają konsekwencje.

Jak młody człowiek, który wkroczył właśnie w wiek produkcyjny i reprodukcyjny idzie do pracy i dostaje wynagrodzenie netto (po opodatkowaniu podatkiem dochodowy) 2.000 zł., to jego pracodawca musi odprowadzić do budżetu państwa jeszcze 1.600 zł. Zważywszy, że kobiety zarabiają mniej do mężczyzn, co jest przyczyną ubolewanie feministek, żona/partnerka takiego młodego człowieka jak pójdzie do pracy, to za taką samą/podobną pracę otrzyma (statystycznie) wynagrodzenie netto 1.600 zł. Mniej więcej tyle, ile państwo odebrało mężowi/partnerowi z samego tylko tego faktu, że podjął legalne zatrudnienie. Oczywiście Panie (proszę zauważyć, że z Wielkiej litery) mogą sobie pracować. Jak tego chcą. Wiadomo, że uwielbiają wstawać o 6 rano, żeby zrobić dzieciom śniadanie, odwieść je do przedszkola i na 8 pojechać do pracy, gdzie przez 8 godzin użerać się będą z klientami i/lub szefami, których często (i często słusznie) uważają za idiotów. Ale taka „przyjemność” nie powinna być dla Pań (albo panów – sam mógłbym zostać „gosposiem” domowym, jakby któraś z Pań wzięła mnie na utrzymanie) przymusem ekonomicznym, tylko efektem rzeczywistego wyboru. Bo, o czym była mowa nieco wyżej, prawo dokonywania wyborów to najważniejszy przejaw ludzkiej wolności. Wówczas jakby kiedyś ktoś powiedział, że dom starców, to zemsta dzieci za przedszkole, miałby absolutną rację. Podatki mają konsekwencje. Tą konsekwencją są i przedszkola i domy starców.

 


2009-10-23 19:50

KRUGMAN I CHIŃCZYCY, ROSTOWSKI I CEGIELSKI - KTO KOMU KRADNIE MIEJSCA PRACY?

Jeden z moich „ulubionych” makroekonomistów (pisałem o nim tu: http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=467) laureat pokojowej Nagrody Nobla (a nie, przepraszam, pokojowej to Obama, Krugman to ekonomicznej) napisał właśnie w swoim stałym felietonie w NYT, że dewaluując swoją walutę Chińczycy „szkodzą globalnej koniunkturze gospodarczej”, „odbierając” popyt innym krajom „kradną” im miejsca pracy, które mogłyby powstać w krajach notujących niższy wzrost, gdyby nie Chińczycy. Noblista zaznaczył, że „w normalnych czasach byłby pierwszym, który odrzuca twierdzenia, że Chiny kradną miejsca pracy, ale obecnie jest to po prostu prawda”. Co to są „normalne czasy” nie wyjaśnił. Ale na logikę (niestety nie ma Nobla z logiki) należałoby stwierdzić, że zdaniem Krugmana „dzisiejsze” czasy „normalne” nie są. Ergo – są „nienormalne”. Albo może „normalne inaczej”.

Ciekawe tylko dlaczego? Czyżby dlatego, że amerykański rząd nie posłuchał Krugmana? Przecież słuchał! Może jednak „dodrukował” o parę miliardów dolarów za mało? Ilościowa teoria pieniądza ma to do siebie, że zawsze można się spierać o ilość „lekarstwa”, które należy zaaplikować pacjentowi. Co prawda Milton Friedman stworzył algorytm, ile należy drukować”, ale wiadomo, zgodnie z Prawem Murphy’ego, że jak coś może pójść źle, to na pewno pójdzie. No i poszło.

Warto się jednak zastanowić, co jest synonimem „normalności”? Jak Amerykanie dewaluują dolara? „Na logikę” – taki wniosek z przemyśleń Krugmana można byłoby wyciągnąć. A może „normalnie” byłoby wtedy, gdyby nikt swojej waluty nie dewaluował? Może warto o to zaapelować, ale najpierw Chińczycy muszą urealnić swoją walutę i ją zdewaluować do poziomu odpowiadającemu wartości dolara wyrażonej w wartości towarów i usług produkowanych w USA.

Jakie rozwiązanie Krugman mógłby zalecić Prezydentowi Obamie? Po pierwsze wojna! Ale skoro Obama dostał pokojowego Nobla, to trochę pewnie nie wypada. Po drugie mogłoby nie być łatwo. Więc Krugman powinien doradzić Obamie, żeby zaczął „kraść” miejsca pracy Chińczykom! Jak? Ukraść też trzeba umieć!

Na przykład w Polsce ktoś „ukradł” miejsca pracy związkowcom z Cegielskiego! Właśnie dziś zrobili demolkę w Poznaniu. Powinni pod Ambasadą Chińskiej Republiki Ludowej. Bo teraz właśnie w Chinach produkuje się statki. Ciekawe dlaczego Chińczycy nie zamawiają silników do statków w Fabryce Cegielskiego? Czyżby były za drogie? Ciekawe dlaczego? Czyżby w Chinach stal była tańsza? Przecież jeszcze niedawno kupowali ją między innymi w Polsce!!! Hutnicy się bardzo z tego cieszyli. Zażądali od razu podwyżek! I oczywiście je dostali. Na a jak dostali podwyżki hutnicy, to przecież związkowcy z Cegielskiego nie mogli dopuścić, żeby w ich zakładach było gorzej! W 2008 roku w „Ceglorzu” wyprodukowali 21 silników. Przychody ze sprzedaży wyniosły 438.883 tys. zł, a wynik finansowy netto 435 tys. zł Więc na początku 2009 związkowcy zażądali podwyżek o 8% (przy średnim wynagrodzeniu ok. 3.500 zł. brutto bez składek ubezpieczeniowych!) zlikwidowania akordu i dniówek i zawierania umów tylko na czas nieokreślony (żeby płacić ZUS i nie móc zwolnic pracownika, jak się okaże niepotrzebny, bo skończą budowę silnika i następnego zlecenia nie będzie). W samym „Ceglorzu” pracuje coś około 1.500 osób a w grupie kapitałowej ponad 2.700. A więc koszty płacy brutto, to 1/3 przychodów ze sprzedaży!!! Ja rozumiem, że z tych 3.500 w kieszeni pracownika robi się niecałe 2.900, choć tak naprawdę średni koszt ich pracy wyniósł około 5.000 zł. I to jest główny powód koledzy związkowcy, dla którego niedługo zamkną Wam fabrykę.

Przy okazji: Cegielski ma ponad 60 ha gruntów i 350.000 m2 budynków!!! Statystycznie na jeden montowany silnik przypadają 2 hektary gruntu i 17.500 m2 budynku!!! Od których to hektarów i metrów kwadratowych płaci się słony podatek.

Inicjatywa Pracownicza w HCP kilka miesięcy temu ogłosiła apel do zarządu (żeby przedstawił plan ratowania zakładów), do rządu (żeby wywalił prezesa i udzielił pomocy) i mediów (żeby informowały uczciwie)

„Pracownicy Cegielskiego nie rozumieją dlaczego rząd niemiecki może wspomagać Volkswagena, a polski nie może wspomagać przemysłu stoczniowego, nie może wspomóc Cegielskiego; dlaczego z pomocy publicznej korzystają unijne banki, a nie może przemysł” – napisali związkowcy. I przyznam szczerze, że z tym akurat się w pełni zgadzam, bo ja też tego nie rozumiem! Wytłumaczyć mogę jedynie troszeczkę „rząd polski”. Otóż w odróżnieniu od rządu niemieckiego, wiarygodność kredytowa rządu polskiego jest kapinkę mniejsza i dlatego rząd polski po prostu nie ma z czego ratować Cegielskiego. Zwłaszcza, że żeby uratować Cegielskiego musiałby najpierw uratować stocznie, bo to do statków Cegielski produkuje silniki. A próba ratowania stoczni przy pomocy inwestora z „Kataru” zakończyła się aferą, a innych chętnych „inwestorów” nie było. Wychodzi więc na to, że jako inwestor mógłby się pojawić jedynie agent „Tomasz” z zakupem „kontrolowanym”. Tylko po co, skoro państwo i tak jest już właścicielem i stoczni i Cegielskiego?

 

A teraz jeszcze zdanie całkiem na poważnie: to nie tylko roszczenia związkowców „rozkładają” niektóre polskie zakłady. Ale także roszczenia Ministra Finansów, który nie jest w stanie zrozumieć, że koszty pracy są w Polsce zabójcze nie tylko dla „prywaciarzy” ale i dla państwowych molochów. To Minister Finansów (a nie Chińczycy) „kradnie” nam miejsca pracy! Konieczna jest radykalna zmiana systemu podatkowego. Dopłaty do hazardu, czy podatek „węglowy” w niczym nam nie pomogą. MUSIMY  zmniejszyć opodatkowanie pracy, a zwiększyć opodatkowanie konsumpcji (albo zmniejszyć wydatki na ratowanie nierentownych firm, które są nierentowne między innymi z powodu „akcyzowego” opodatkowania pracy).


2009-10-23 18:10

PODATEK WĘGLOWY

Ministerstwo Środowiska chce wprowadzić nowy podatek „węglowy”. Oczywiście nie na „węgiel” (C6) tylko na węgiel występujący w bezpośrednim połączeniu z wodorem, siarką, azotem i małą ilością tlenu o różnej zawartości węglowodorów parafinowych, naftenowych i aromatycznych (ogólny wzór CxHy) – zwany ropą naftową – po procesie jej destylacji rurowo-wieżowej (DRW) na benzynę (o liczbie atomów węgla w cząsteczce najczęściej od 5 do 12) i olej napędowy (o liczbie atomów węgla w cząsteczce najczęściej od 9 do 25), w celu ograniczenie emisji gazu o nazwie dwutlenek węgla (CO2).

„To jest genialny, prosty mechanizm - twierdzi Pan Minister Maciej Nowicki. „Konsument zaczyna płacić za zanieczyszczenie, które osobiście powoduje. I dlatego taki podatek jest uważany za rozwiązanie społecznie sprawiedliwe”.

Ciekawe jakby skomentował to Ryba?

Ja mam równie „genialny” i prosty – jak Pan Minister – pomysł rozwiązania „społecznie sprawiedliwego”, które rozwiąże problemy budżetowe rządu w przyszłym roku. Otóż  w kolejnych procesach przerobu ropy naftowej powstaje między innymi benzen (C6H6). Jest on jednym z najważniejszych surowców w syntezie organicznej, służy między innymi do produkcji tworzyw sztucznych, włókien syntetycznych, barwników, leków, detergentów, pestycydów. W wyniku dalszej przeróbki (niskociśnieniowa polimeryzacja propylenu) powstaje polipropylen (PP) stosowany w przemyśle chemicznym, farmaceutycznym, elektrotechnicznym, elektronicznym, samochodowym, budowlanym, meblarskim, spożywczym z zabawkarskim.

Opodatkować dzięki temu można byłoby większość produktów objętych PKWiU Polska Klasyfikacja Wyrobów i Usług), bo gdzieś tam są produkty pochodne procesu destylacji i rafinacji ropy naftowej.

Dlaczego ograniczać się tylko do kierowców?

Dzięki mojemu „genialnemu” i prostemu pomysłowi „konsument zacząłby płacić” za znacznie więcej zanieczyszczeń, które osobiście powoduje. Czyż nie byłoby to jeszcze bardziej sprawiedliwe (społecznie oczywiście)?

Jest tylko jeden szkopuł: o zjawisku przerzucalności podatków Pan Minister coś słyszał? Pisałem o tym rok temu:

http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=483


2009-10-22 19:30

POŻEGNANIE

Gwiazdowski,Robert Gwiazdowski,Gwiazdowski-Consulting,Gwiazdowski Capital Investments,blog,doradztwo,doradztwo podatkowe,doradztwo prawne,Centrum Adama Smitha,Adam Smith,podatki,prawo,prawo gospodarcze

var name=”index”

var edit=”yes”;

MENU:

STRONA GŁÓWNAAKTUALNOŚCIARCHIWUM BLOGÓWKANAŁ RSS

ZOBACZ OSTATNIE BLOGI:

POŻEGNANIE2009-10-22 19:27MEA CULPA - AFERA STOCZNIOWA JEDNAK JEST!2009-10-21 19:26USTAWIAM PRZETARG NA STOCZNIE2009-10-20 14:45

NASZ KANAŁ RSS

POŻEGNANIE 2009-10-22 19:27:40 

 

 

 

Żegnaj Ryba.

Będzie nam Cię brakowało.

Czasami potrafiłeś coś „skrobnąć” jak Kisiel.

Żałuję, że Ci tego nie powiedziałem, jak mogłem.

Teraz idziemy się upić na Twoją cześć!

No i „do zobaczenia”.

 

 


2009-10-21 19:30

MEA CULPA - AFERA STOCZNIOWA JEDNAK JEST!

Dotąd sądziłem, że „afera stoczniowa” jest grubymi nićmi szyta. Bo kto chciałby kupować w Polsce stocznie (i jeszcze płacić za to jakieś łapówki) żeby produkować w nich statki, skoro 12% światowej floty towarowej stoi obecnie bezczynnie u wschodnich wybrzeży Singapuru i czeka na lepsze czasy???

Na londyńskiej Baltic Exchange Indeks Baltic Dry (BDI), obrazujący zmiany cen frachtów, uważany za jeden z lepszych wskaźników wyprzedzających koniunkturę, gdyż jego wartości ustalane są wyłącznie w oparciu o rzeczywiste zamówienia na usługi, „dołuje” jak szalony. W maju 2008 roku (tuż przed rozpoczęciem Igrzysk Olimpijskich w Pekinie) osiągnął rekordową wartość ponad 11.600 pkt. W grudniu 2008 roku miał już tylko niecałe 700 pkt. Co prawda w czerwcu 2009 roku zbliżył się w okolice 4.300 pkt ale tylko i wyłącznie dlatego, że Chiny, wykorzystując okazyjnie niskie ceny surowców i własne nadwyżki finansowe, zwiększały zakupy (i co za tym idzie – transport) w nie obserwowanym wcześniej tempie. Od szczytów z czerwca do połowy września 2009 roku BDI „zwalił” się znowu o 43%. Rok temu wyczarterowanie tankowca o pojemności 80-120 tys. ton kosztowało 50.000  USD na dobę. Obecnie prawie dziesięć razy mniej! Jeden z największych na świecie przewoźników, firma Maersk, w pierwszym półroczu 2009 roku, po raz pierwszy w 105-letniej historii, odnotowała stratę. To po co zamawiać ma statki? Zwłaszcza w Polsce?

W przemyśle stoczniowym zamówienia przyjmowane były z trzyletnim wyprzedzeniem. A więc w roku 2009 zwodowane zostaną statki zamówione w latach boomu gospodarczego: 2006-2007. Będą stały puste u wybrzeży Singapuru o czym ciekawie pisze Łukasz Wróbel z Open Finance.

http://inwestycje.wip.pl/rynki-zagraniczne/tajemnicze-statki-czy-swiatowa-gospodarka-stoi-na-mieliznie,0,264182,0,210864,0.html

Ale czytając troszkę o sytuacji w przemyśle stoczniowym, żeby zrozumieć tło „afery stoczniowej” natknąłem się na artykuł Witolda Gadomskiego z „GW”, który pisze że „stocznie w Gdyni i Szczecinie nie powinny być zaorane. Mogą przetrwać i na powrót stać się rentownymi zakładami”, gdyż „drogą morską przewozi się trzy czwarte światowego handlu i nic nie wskazuje na to, by okręt jako środek transportu mógł w ciągu najbliższych stu lat zostać zastąpiony czymś innym”.

http://wyborcza.pl/1,75515,7036322,Nic_nie_zastapi_okretow.html

Obecny kryzys w przemyśle stoczniowym jest spowodowany dwoma czynnikami: pierwszym jest światowa recesja, drugim nadmierny optymizm armatorów, którzy w minionych latach złożyli zbyt dużo zamówień na nowe statki. Ale recesja wcześniej czy później się skończy i wówczas obroty handlowe na świecie znów zaczną rosnąć więc popyt na nowe jednostki do transportu morskiego też wzrośnie: w latach 2014-18 do 120 mln cgt (Compensated Gross Tonnage - miernik produkcji stoczniowej), a do roku 2023 do 139 mln cgt. Tak więc w połowie przyszłej dekady nastąpi wzrost zapotrzebowania na produkcję stoczniową.

Ale co do „połowy przyszłej dekady”? Też jest rozwiązanie: „stocznie muszą znaleźć dla siebie niszę rynkową i muszą uzyskać sensowne wsparcie władz państwowych”(!)

Nasunęło mi się pytanie: dlaczego stocznie dotąd „nie znalazły sobie niszy rynkowej” Otóż właśnie dlatego, że „uzyskiwały wsparcie władz państwowych”! Może nie było ono wystarczająco„sensowne”? Ale skąd nadzieja, że teraz będzie bardziej „sensowne”? Jaki jest na to pomysł?

„Rola państwa powinna polegać na stworzeniu warunków instytucjonalnych do działalności stoczniowej oraz pomocy w tworzeniu popytu” – pisze Witek Gadomski. Moim zdaniem pierwszym warunkiem „instytucjonalnym” powinien być zakaz prowadzenia w stoczniach działalności związkowej! Ciekawe, czy się go da wprowadzić? Jako alternatywa dla mojego pomysłu wskazywane jest przez niektórych ekspertów z branży stoczniowej „udzielanie gwarancje dla kredytów zaciąganych przez armatorów”. Takie gwarancje podobno „byłyby zgodne z ustawą o gwarancjach udzielanych przez państwowy bank BGK! Biedny BKG! W tej sytuacji, drugim „warunkiem instytucjonalnym” powinno być, moim zdaniem, upoważnienie BGK do drukowania własnego pieniądza, bo inaczej Pan Prezes Fąfara nie da rady zaspokoić wszystkich interesariuszy – jak mu po autostradach przyjdzie budować jeszcze statki. Więc tego „warunku instytucjonalnego” pewnie też się nie da zrealizować. Zwłaszcza, że mam poważne wątpliwości co do tego, czy zgodne z prawem byłoby udzielanie gwarancji kredytowych na zakup statków, ale pod warunkiem, że zastaną one zamówione akurat w polskich stoczniach.

Trzeba więc będzie zastosować inne rozwiązanie „instytucjonalne” z pogranicza „pomocy w tworzeniu popytu”. „Bez trudu można je (to znaczy polskich armatorów - PLO, PŻM – przyp. mój) skłonić, by zamawiały w polskich stoczniach”!!!

Największy polski armator Polska Żegluga Morska od kilku lat nie kupuje statków w polskich stoczniach, twierdząc, że są za drogie. Decydują o tym głównie koszty pracy, w porównaniu z Azją. A zatem trzeba będzie zastosować tradycyjne rozwiązanie „instytucjonalne”: wezwać prezesa PŻM na dywanik i zagrozić, że się go „w….li” z roboty, jak się nie posłucha.

Jest jednak pewien szkopuł. Ten szkopuł nazywa się Kodeks Karny. W ramach rozwiązań „instytucjonalnych” trzeba będzie go zmienić, albo idąc wzorem PGNiG, zapisać w statutach armatorów, że w porozumieniu z ministrem właściwym dla skarbu państwa mogą zamawiać statki droższe, zamiast tańszych. Oczywiście, pod warunkiem, że w „polskich stoczniach”. Tylko szkopuł drugi polega na tym, że te stocznie już nie będą „polskie”. Jedna jest ukraińska, a dwie miały być „katarskie”.

Ponad 90% rynku światowego mają stocznie z Korei (oczywiście Południowej), Chin i Japonii, które przez ostatnich kilka lat co roku zwiększały portfel zamówień od 3 do 7%. Najtańsze statki budują Chińczycy. W 2015 roku chińskie stocznie będą pewnie na pierwszym miejscu światowych producentów statków. W ciągu dwóch najbliższych dekad udział Chińczyków i Korei Południowej osiągnie po około 40% rynku światowego. (Japonii będzie wynosił około 15%). Na „resztę świata” przypadnie 5% runku o czym ciekawie pisze Ireneusz Kwiatkowski „Internauta WP ze Szczecina”

http://wiadomosci.wp.pl/kat,114274,title,Stoczniowa-hucpa-rynek-czy-polityczne-iluzje,wid,11606327,wiadomosc.html

Więc pewnie trzeba będzie sięgnąć po inne rozwiązanie „instytucjonalne” – tym razem ogólnoeuropejskie. We wrześniu 2009 roku odbyła się w Hamburgu konferencja menedżerów przemysłu stoczniowego, na której próbowano skłonić Koreę do wycofania lub redukcji pomocy publicznej. Jak się łatwo domyśleć – bez powodzenia. Mniemam, że kolejnym krokiem będzie próba skłonienia polityków unijnych do wprowadzenia jakichś restrykcji w stosunku do Korei i Chin. Jakich? Mam następujące „rozwiązanie instytucjonalne”: znacjonalizować wszystkich europejskich armatorów i wezwać ich prezesów „na dywanik” do właściwego w danym kraju ministra i zagrozić, że się ich „w….li” z roboty, jak będą zamawiać statki w Korei i Chinach.

Ale jest kolejny szkopuł: jak znacjonalizowani europejscy armatorzy będą drożej płacić za statki od innych armatorów, to będą musieli podnieść ceny za usługi transportowe. A czy wówczas znajdą zamówienia? Trzeba będzie wprowadzić nowe „rozwiązanie instytucjonalne” i znacjonalizować wszystkie firmy europejskie, wezwać ich prezesów „na dywanik” do właściwych ministrów i zagrozić, że się ich „w….li” z roboty, jak nie będą składali zamówień u europejskich armatorów. Ale znowu jest szkopuł: otóż światowy handel przenosi się trochę na inne szlaki. Głównie w kierunku Chin. Tam większość firm jest już od dawna znacjonalizowana i ich prezesi mogą zostać wezwani na dywanik do właściwego ministra, który powie im, że ich „w….li” z roboty, jak nie będą zamawiać transportu u chińskich armatorów, zamawiających statki w chińskich stoczniach!

Ale to wszystko oznacza, że afera jest. I to wielka. Nazywa się socjalizm. No bo jak BGK ma dawać gwarancje, a Minister Skarbu Państwa zmuszać armatorów, żeby zamawiali w „polskich stoczniach” to może załapanie się do roboty u „Katarczyka” to rzeczywiście świetna synekura by była – jak piszą niektórzy dziennikarze „śledczy” i niektórzy blogerzy? Może znowu będzie jak za dawnych „tłustych” lat polskiego przemysłu stoczniowego! Tylko następnym razem stoczniowcy pewnie nie będą już tak naiwni, żeby obalać socjalizm.


2009-10-20 14:50

USTAWIAM PRZETARG NA STOCZNIE

Zważywszy, że Nobla z ekonomii dostała pani, która uważa że własnością społeczną można zarządzać lepiej niż prywatną (czego oczywiście wykluczyć się na da - wszystko zależy od doboru przykładów, bo zdarzają się czarne łabędzie, ale prawdopodobieństwo jest takie samo jak z łabędziami), postanowiłem się zasadzić na przyszłorocznego Nobla i „ustawić” przetarg na rodzime stocznie. Nie będzie łatwe, bo MSP ponowiło wniosek Pana Premiera skierowany onegdaj do ABW i innych służb specjalnych o rozciągnięcie „ochrony kontrwywiadowczej” na proces sprzedaży majątku stoczniowego.

Nasi politycy zapomnieli, że trudno być sędzią w swojej własnej sprawie, a służby specjalne „w stoczniach” i „przy stoczniach” „robiły” od dawna. I to był jeden z powodów, dla których stocznie nie zostały sprywatyzowane i w końcu padły.

Wielokrotnie pisałem, e nie mam nic przeciwko służbom specjalnym. Co więcej uważam, że służby specjalne sa bardziej potrzebne państwu niż urzędy zatrudnienia. Niestety polskie służby specjalne zamieniły się w urzędy zatrudnienia. Szukają roboty dla kolegów w spółkach Skarbu Państwa. A że koledzy byle czym się nie zadawalają, to trudno się dziwić, że spółki które ich zatrudniają wpadają w finansowe kłopoty. Agenci zamiast wykorzystywać swoją wiedzę „specjalną” do kreowania wartości dodanej, żeby powiększyć tort, który jest do podziału, ograniczają się do połknięcia jak największego kawałka tortu już istniejącego – bo tak naprawdę żadnej wiedzy „specjalnej” nie mają, poza tą kto z kim z aktualnej konkurencji próbuje „załatwić” jakiś „interes”, przeszkadzając im w załatwieniu ich „interesu”. Latają więc do dziennikarzy „śledczych” z odpowiednimi „kwitami”. W ten sposób z roku na rok tort do podziału jest coraz mniejszy – więc donosów na siebie nawzajem coraz więcej. Efekt jest taki, że nawet PKN Orlen, który został opanowany przez służby w 2002 roku, w 2008 roku odnotował w końcu stratę, a co dopiero mówić o stoczniach.

Przykład stoczni powinien być dla „liberalnego” rządu nauczką, czym się kończy budowanie socjalizmu. Przetarg był „ustawiony” ponad wszelką wątpliwość. „Ustawiano” go pod kogoś, kto obieca, że będzie produkował statki. „Ustawić” – czytaj: wziąć łapówkę – za rozstrzygnięcie przetargu na aktywa, które są niesprzedawalne na takich warunkach, jakie postawiono nabywcom, to byłby majstersztyk!

Moja rada dla Pana Premiera Tuska jest następująca: niech Pan Minister Mariusz Kamiński zostanie Ministrem Skarbu Państwa. Wówczas sam zapewni „tarczę antykorupcyjną” procesu prywatyzacji, skoro nie ma tarczy antyrakietowej. Inaczej nie ma szans na zrealizowanie wpływów z prywatyzacji w wysokości zakładanej na przyszły rok. Istnieje co prawda ryzyko, że za najlepszą ochronę przed nieuczciwą prywatyzacją zostanie uznany brak prywatyzacji. Chyba, że agent „Tomasz” zgłosi się z ofertą w ramach prowokacji i zapłacić za stocznie z pieniędzy podatników, jak za „willę Kwaśniewskiego”. Przy okazji pewnie uda się wręczyć komuś łapówkę, bo przy tych wynagrodzeniach, jakie otrzymują różni ważni urzędnicy trzeba byłoby być aniołem, żeby  nie skorzystać z podsuwanej okazji. Oczywiście większość urzędników to Anioły, ale – jak doskonale wiedzą inwestorzy – zdarzają się też „czarne łabędzie”.

Rozwiązanie alternatywne ma takie: za dwa Porsche i Harleya jakimi jeździł agent „Tomasz” zrobię ten przetarg bez żadnej łapówki. Będę dużo tańszy od bankierów z Goldman Sachs, którzy wypłacają sobie właśnie 23 mld USD nagrody z „zysku”.

http://biznes.onet.pl/goldman-sachs-przymierza-sie-do-wyplaty-23-mld-usd,18491,3043051,1,news-detal

Tylko nie wiem, czy to aby na pewno o to właśnie chodzi, żeby było nie za drogo i bez łapówek???

 

 


2009-10-19 22:00

PODSŁUCHUJECIE? PODSŁUCHUJEMY!

Dzisiejsza Gazeta Wyborcza dziwi się, jakiej odpowiedzi udzielił Zastępca Prokuratora Generalnego – Pan Prokurator Jerzy Szymański – na interpelację poselską, w której jeden z Panów Posłów napisał (celowo nie podaję nazwiska – powód proszę zgadnąć):

„Opinię publiczną niepokoi - być może niesłusznie - liczba stosowanych podsłuchów telefonicznych. Prawo do stosowania tych ostatnich ma w Polsce aż dziewięć służb. W związku z tym zwracam się do Pana Ministra z pytaniem: Ile razy w latach 2006-08 zarządzono podsłuchy? Dla sprawdzenia, czy nadzór sądowy nad podsłuchami był realny, czy jedynie nominalny, proszę o podanie, w ilu przypadkach w latach 2006-08 sądy odmówiły zgody na zastosowanie podsłuchu”.

Pan Prokurator odpowiedział: ”Należy na wstępie zauważyć, że pierwsze zdanie tego zapytania poselskiego (…) nie jest zgodne z rzeczywistością, albowiem liczba podsłuchów operacyjnych nie jest znana opinii publicznej, a liczba podsłuchów procesowych jest niewielka. Zatem opinia publiczna nie ma podstaw do niepokoju”.

http://wyborcza.pl/1,75478,7158224,Podsluchy__Moze_sa__moze_nie__Nikt_nic_nie_wie.html

Oczywiście jak „opinia publiczna” czegoś nie wie, to nie ma powodów do niepokoju.

Dlatego też Pan Prokurator Jerzy Szymański nie miał pewnie „powodów do niepokoju”, gdy po ukończeniu studiów na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu w roku 1971 (zakładam, że w czerwcu – wrześniu, bo tak się zwyczajowo broni pracę magisterską, a więc 6-9 miesięcy po tak zwanych wówczas „wydarzeniach” grudniowych) postanowił zostać prokuratorem. Żeby nie „niepokoić opinii publicznej” w tym młodego adepta sztuki prawniczej, o prawdziwym przebiegu tych „wydarzeń” nie poinformowano „opinii publicznej”.

Pozwolę sobie jednak zwrócił uwagę, że zdanie, iż „opinię publiczną coś niepokoi” nie może być „niezgodne z rzeczywistością”, tylko i wyłącznie dlatego, że „opinia publiczna” nie została o czymś poinformowana. Bo jednak niektórych po Grudniu 1970 roku coś tam „niepokoiło”, czemu dali wyraz w sierpniu 1980 roku, mimo, że dokładna „liczba zgonów nie była znana opinii publicznej”.

Ja doskonale rozumiem, że Panowie Prokuratorzy (rocznik 1960 i starsi) rozpoczynali pracę w prokuraturze po to, by z wielkim oddaniem bronić społeczeństwo nie przed „chuliganami”, którzy „zaśmiecali miasto” rozrzucając ulotki na temat prawdziwego przebiegu „wydarzeń” grudniowych i innymi „elementami antysocjalistycznymi, ale przed przestępcami, którzy naruszali te reguły prawa, które pozostawały w zgodzie z regułami moralności. Więc niech się dalej zajmują tym, w czym okazali się tacy dobrzy, skoro awansowali na zaszczytne stanowiska w Prokuraturze Krajowej. Niech maleje ilość przestępstw kryminalnych z powodu rosnącej obawy przestępców o możliwość ich wykrycia, oskarżenia i skazania. Ku chwale Służby!

„Afera podsłuchowa” wybuchła gdy się okazało, że służby specjalne nagrały rozmowy dziennikarzy, a potem zrobiły „przeciek” ujawniając, co nagrały przy okazji toczącego się procesu cywilnego pomiędzy wiceszefem ABW w słynnym dziennikarzem  „śledczym”. Jak napisała ABW w swoim komunikacje wszystko odbyło się legalnie, bo „(…) obowiązujące w Polsce reguły państwa demokratycznego uniemożliwiają Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego stawianie się ponad prawem i wpływanie na działalność i decyzje sądów i prokuratury”. No właśnie. Skoro przepisy prawne na coś nie pozwalają, to ABW z pewnością ich nie narusza. To przecież oczywiste. Przy okazji okazało się, że jak dziennikarze „śledczy”  „zdobywają” jakieś materiały z ABW i potem je publikują opatrujące komentarzem, że Iksiński „pozostaje w kręgu zainteresowania służb”, albo Igrekowskim „interesuje się ABW” to są to jest to wyraz „demokratycznej kontroli nad służbami”. Ale jak przy pomocy identycznych metod „przeciekowych” ABW „odwinęła” się dziennikarzowi, który opublikował materiał „nieautoryzowany”, to jest to wyraz bezprawnego naruszania „wolności słowa” i „praw obywatelskich”.

Ale podsłuchy nie są jedyną sprawą, którą zajmuje się prokuratura, zwłaszcza, że ma coraz więcej fajnych „zabawek”, których nie miała za czasów „wstrętnej komuny”. Więc teraz Panowie Prokuratorzy mają się czym cieszyć.

W czasach, gdy „chuligani zaśmiecali miasto” obowiązywała ustawa z dnia 19 kwietnia 1969 roku Kodeks postępowania karnego, w której art. 585 stanowił, że: „Tytułem środka zapobiegawczego można zawiesić w czynnościach służbowych oskarżonego żołnierza lub pracownika cywilnego zatrudnionego w jednostce wojskowej”

W „demokratycznym państwie prawa” obowiązuje ustawa z dnia 6 czerwca 1997 roku Kodeks postępowania karnego, w której art. 276 stanowi, że: „Tytułem środka zapobiegawczego można zawiesić oskarżonego w czynnościach służbowych lub w wykonywaniu zawodu albo nakazać powstrzymanie się od określonej działalności lub od prowadzenia określonego rodzaju pojazdów”.

Właśnie w ramach korzystania z rzeczonego środka zapobiegawczego prokuratorzy „zawiesili” adwokatów Lwa R., których podejrzewają o to, że mogli przypuszczać, że dokumenty na temat stanu zdrowia ich klienta, którymi się posługiwali, zostały sfałszowane. Absolutnie abstrahując od tego, czego dopuścili się, albo nie dopuścili moi byli studenci, strasznie się ucieszyłem, że taki sam przepis nie obowiązywał w czasach, gdy adwokaci broniący „chuliganów zaśmiecających miasto” posługiwali się różnymi zaświadczeniami, o których mogli przypuszczać, że naprawdę „nie są zgodne z rzeczywistością”.