Robert Gwiazdowski

Gospodarka klasycznie

Archiwum: sierpień 2009

2009-08-31 15:50

PRYWATYZACJA I ZWIĄZKOKRACJA

W najnowszym numerze Forbesa skreśliłem kilka słów na temat prywatyzacji i „związkokracji”. Miesięczniki, mają swoje prawa – głównie objętościowe. Ja na blogu nie mam aż takich – jedynym kryterium objętościowym jest obawa przed zanudzeniem niektórych czytelników, więc pozwolę sobie kilka wątków rozwinąć.

Premier ogłosił niedawno plany prywatyzacyjne rządu na najbliższe półtora roku. „Wielki plan prywatyzacji” kilkuset spółek ma przynieść budżetowi do końca 2010 roku prawie 37 mld zł. „Mamy sukces. Przyjęliśmy realny program przyspieszenia prywatyzacji” - triumfował na konferencji prasowej minister Grad.

Łatwo u nas o sukces! Wystarczy, że rząd przyjmie jakiś plan i już jest powód do radości.

Rząd utrzymuje, że nie uległ presji związków zawodowych, które zapowiadały strajk, na wypadek prywatyzacji KGHM. Ale czy aby na pewno?„Udało się załatwić sprawę tak, by wilk był syty i owca cała. Dotrzymaliśmy przedwyborczych zapowiedzi, bo KGHM nie zostanie całkowicie sprywatyzowany, a pieniądze ze sprzedaży 10 proc. akcji zasilą budżet” – skomentował wicepremier Schetyna. Terrorystom zrzeszonym w związkach nie chodziło o to, czy rząd sprzeda 10% akcji, tylko o to, czy utrzyma kontrolę nad spółką. W Orlenie ma 27 proc akcji i też robi co chce – więc było pole do kompromisu w tej swoistej „komisji trójstronnej”: rząd – zarząd – związkowcy.

Jak powiadał Alfons „Al” Capone ludzi można przekonać dobrym słowem, ale łatwiej jest dobrym słowem i pistoletem. Pomni tej nauki związkowcy postanowili przyłożyć rządowi pistolet do głowy i zorganizowali strajk ostrzegawczy. Stanęły wszystkie trzy kopalnie - do pracy nie przystąpiło 44 proc. załogi. Nadawane przez radiowęzeł zakładowe komunikaty o tym, że strajk jest nielegalny, nie zrobiły na nikim żadnego wrażenia.

Za plan dalszej prywatyzacji KGHM premiera zaatakowała natychmiast opozycja. Podobno w ciągu dwóch lat można wypłacić z KGHM tyle dywidendy z zysku, ile da pozbycie się 10 proc. akcji. Oczywiście można - pod warunkiem, że będzie jeszcze jakiś zysk. No bo na przykład w Orlenie, po tym jak za czasów opozycji wziął się za budowanie bezpieczeństwa energetycznego i kupił Możejki,  zysku już nie ma – jest strata. A jak po 13-stce i 14-stce w KGHM wypłacą jeszcze związkowcom 15-stkę i 16-stkę albo „zainwestują” w tytuł mistrza polski w piłce kopanej dola Zagłębia, to za kilka lat „zysk” będzie taki jak w Orlenie, albo w stoczniach. Na 18 tys. pracowników KGHM 16 tys. należy do związków. Central jest 15! Na związkowych etatach jest 42 działaczy, którym co roku KGHM płaci 7,5 mln zł, a na funkcjonowanie ich biur - 650 tys. zł. Średnia pensja związkowca to 14 tys. 810 zł!!! Koszty pracy w KGHM należą do najwyższych na świecie spośród wszystkich kopalni miedzi.

Zresztą nie jest to sytuacja odosobniona w spółkach skarbu państwa. To raczej „normalka”. W 16 kopalniach Kompanii Węglowej działają 172 organizacje związkowe(!!!) Ich roczne utrzymanie kosztuje ponad 20 mln zł. Nie ma się co dziwić, że polski węgiel zaczyna być droższy od chińskiego – licząc razem z transportem.

Za szybką prywatyzacją KGHM przemawia jeszcze jeden argument. Śmigłowców dla armii nie kupi się dziś za przyszła dywidendę. Można z dzisiejszej sprzedaży akcji. Nie znam się na polityce i nie wypowiadam się na temat zasadności pobytu naszych wojsk w Afganistanie. Ale skoro politycy już je tam wysłali, to powinni wysłać im też coś do strzelania, na co nie ma pieniędzy, bo MON musi ciąć wydatki. Więc warto sprzedać nie 10%, ale 40% akcji KGHM, żeby lepiej chronić chłopaków, których posłało się na wojnę. Chyba żeby wysłać do Afganistanu związkowców – skoro tacy bitni są, co pokazują podczas różnych manifestacji w Warszawie, to dajmy im się sprawdzić w Nangar Khel. I wtedy zapytajmy, czy chcą dostać na tę wyprawę śmigłowce za prywatyzację KGHM.

Wielkie poparcie społeczne dla idei prywatyzacji z 1989 roku zostało zmarnotrawione, przez to, w jak beznadziejny sposób ta prywatyzacja była robiona. Zresztą prywatyzacja nie jest lekarstwem na wszelkie bolączki. Prywatne przedsiębiorstwa tez upadają. W prywatnych przedsiębiorstwach związkowcy tez się mogą „szarogęsić”. Ale nawet najgorszy prywatny właściciel jest lepszym właścicielem niż państwo. Bo nie ma z zasady sprzeczności interesów. Prywatne firmy mają zarabiać i płacić podatki. W przypadku spółek surowcowych mogą to być choćby podatki od licencji wydobywczych. I oczywiście podatki przychodowe, a nie dochodowe – wówczas prywatny właściciel nie ma powodów manipulowania kosztami. A politycy mają na wojsko i nie muszą się stresować, czy bardziej im zależy na głosach górników, czy matek żołnierzy.

Tylko prywatyzować trzeba umieć. Jak rząd ma prywatyzować KGHM, tak, jak sprywatyzował stocznie, to może lepiej niech nie prywatyzuje!

Jeszcze niedawno znalezienie inwestora dla stoczni, to nie była żadna sztuka. Dziś znalezienie takiego, który zapłaciłby, za to co chce kupić, przerosło zdolności ministerstwa skarbu państwa. Tak to jest, jak się musi manewrować między interesami różnych grup nacisku, których przedstawiciele „kręcą się w regałach” – czyli wokół ministerstwa, zamiast sprzedać temu, kto da więcej, bez żadnych warunków wstępnych po „tajnych negocjacjach”.

Podobno stocznie miały „iść” w pakiecie za gaz. Ale to bez sensu. Jak jakaś prywatyzacja miałby być łączona z dostawami gazu, to raczej prywatyzacja zakładów chemicznych, które są największym odbiorcą gazu. Jak ktoś miałby sprzedawać gaz, to może bardziej opłacałoby mu się wydłużyć łańcuch produktowy i uzyskać jeszcze dodatkowa marżę ze sprzedaży nawozów produkowanych dzięki temu gazowi. Mija właśnie rocznica ogłoszenia planu prywatyzacji chemii. Za rok będzie kolejna! Z IPO Kędzierzyna już zrezygnowano. Z zakupu Anwilu od Orlenu przez Kędzierzyn, Tarnów i Ciech też raczej nic już nie wyjdzie. Kilka miesięcy temu krążyły już po prasie plotki, że zakładami chemicznymi zainteresowany jest duży inwestor z Bliskiego Wschodu. Ten sam co stoczniami? Tylko po co, ten gaz wozić z tak daleka??? Może za inwestorami z Bliskiego Wschodu, kryje się jakiś inwestor z jeszcze bliższego wschodu?

Podobno zainteresowany jest Michał Sołowiow. Kupił już Dwory S.A. (obecnie Synthoz S.A.), wie jak się z przedsiębiorstw chemicznych wyciska zysk. Zwłaszcza jak się umie zawrzeć takie umowy, jakie Dwory (jeszcze) zawarły z PKN Orlen. Jakby Orlen zechciał zawrzeć ze mną umowę na dostawę benzenu na takich samach warunkach, na jakich z Dworami (jeszcze) zawarł umowę na sprzedaż etylobenzenu, to sam bym chętnie sobie jeden z tych zakładów kupił.

Podpisywane umowy prywatyzacyjne powinny być drukowane w dzienniku urzędowym Ministerstwa Skarbu. Bo rząd nie może mieć „tajemnicy handlowej” przed podatnikami. A jak inwestor chce ją mieć – to trzeba znaleźć innego inwestora. Ale sprzedawać należy pakiety kontrole! Spółki musza mieć konkretnego właściciela. Bo jak akcjonariat jest rozproszony, to urzędników państwowych zastępują urzędnicy korporacyjni, którzy myślą głównie o swoich bonusach, a nie cash flow firmy. Skutki są podobne jak w polskich stoczniach – czego przykładem są amerykańskie koncerny samochodowe, które zbankrutowały między innymi za sprawą kosztów horrendalnych przywilejów związkowych, bo ich prezesi bardziej bali się związkowców niż właściciela, którego nie było.

A dla związkowców, którzy często uczestniczą w pielgrzymkach, może warto zacytować słowa Papieża Leona XII z encykliki „Rerum Novarum”, która dała początek społecznej nauce Kościoła: „własność wspólna jest szkodliwa do robotnika, sprzeciwia się prawu natury, zagraża rodzinie i grozi społecznym rozstrojem”.


2009-08-25 19:00

ŻARÓWECZKI

Nie znam się na technologii, ale jeśli to prawda, co ostatnim (33) numerze Forum przedrukowało z austriackiego pisma Profil, to członków Komisji Europejskiej, którzy głosowali za tym rozwiązaniem trzeba zamknąć albo w domu wariatów za niebezpieczną dla zdrowia głupotę, albo w więzieniu za korupcję.

Od września 2009 roku wchodzi w życie zakaz wprowadzania do obrotu w krajach UE tradycyjnych żarówek 100-watowych i mocniejszych. W przyszłym roku zacznie obowiązywać zakaz dotyczący żarówek 75-watolwych, za dwa lata żarówek 60-watowych a we wrześniu 2012 wszelkich tradycyjnych żarówek.

Od kwietnia obowiązuje już zakaz wprowadzania do obrotu tradycyjnych termometrów – gdyż, jak powszechnie wiadomo, zawierają szkodliwą dla zdrowia i życia rtęć.

Jaki jest związek między tymi zakazami? Żarówki energooszczędne, 14 razy droższe od tradycyjnych, zużywają  od 65 do 80% mniej energii, niż tradycyjne, które tylko 3 do 5 % (jak przeczytałem w jednym opracowaniu) lub od 5 do 8% (jak przeczytałem w innym opracowaniu) energii przetwarzają na światło, a resztę tracą na promieniowanie cieplne.

Obowiązkowa wymiana ma spowodować „redukcję o 60% wywoływanej przez oświetlenie domowe emisji dwutlenku węgla (czyli o 23 mln. ton rocznie), odpowiedzialnego na ocieplenie klimatu. Będzie to oznaczać redukcję zużycia energii o 63 tys. GWh i w konsekwencji oszczędności w wysokości 7 mld euro” (jak przeczytałem w jednym opracowaniu)  lub „oszczędności 185 milionów euro rocznie i emisji dwutlenku węgla mniejszej o 700 tysięcy ton rocznie” (jak przeczytałem w innym opracowaniu).

Jest tylko mały szkopuł!  Żarówki energooszczędne zawierają… rtęć, z powodu szkodliwości której zakazano sprzedaży tradycyjnych termometrów. Co prawda informacja ta nie jest podawana na opakowaniach, ale za to  w Austrii w instrukcji obsługi żarówki (sic!) można przeczytać przestrogę: „ponieważ żarówki energooszczędne są zrobione ze szkła, może się zdarzyć, że ulegną pęknięciu, co jednak nie stanowi żadnego zagrożenia. Zaleca się PRZEWIETRZENIE POMIESZCZENIA przez 30 minut oraz USUNIĘCIE ODŁAMKÓW SZKŁA W DOBRZE ZAMKNIĘTEJ PLASTIKOWEJ TORBIE”. Tradycyjne żarówki też były ze szkła ale nie trzeba było wietrzyć pomieszczenia jak się stłukły. Jeżeli w żarówce jest 2,5 mg rtęci, to ile jej znajdzie się w naszym otoczeniu, jak sprzedaż żarówek energooszczędnych, która teraz wynosi 10-13% rynku, wyniesie 100%? Dużo? Dużo!

Przypomniała mi się taka informacja sprzed dwóch lat: „przemysł oświetleniowy zobowiązał się, że będzie stopniowo eliminować z produkcji w UE najbardziej energochłonne żarówki”. Teraz ciśnie mi się pytanie? „Zobowiązał się”? Powinno być z „uznaniem przyjął do wiadomości, że wieloletnie działania lobbingowe przyniosły zamierzony skutek”. Na rynku pojawiają się nowe technologie – na przykład LED. Ale zanim będą one w stanie wyprzeć tradycyjne żarówki i produkowane już od lat żarówki energooszczędne, zwane „świetlówkami kompaktowymi”, minie jeszcze kilka lat. Więc wprowadzenie już dziś zakazu sprzedaży tradycyjnych żarówek oznacza zwiększenie przychodów Philipsa i Osram (grupa Simensa) o dziesiątki miliardów euro rocznie! Tradycyjna żarówka to wydatek 50 centów, energooszczędna to 7 euro! Produkuje się je na przestarzałych już nieco liniach technologicznych, których nie opłaca się remontować, z uwagi na konkurencję ze strony nowych technologii, które „czyhają za drzwiami”, którym kompaktowe świetlówki na pewno nie sprostają. Ich producenci weszli w ślepy zaułek i dziś administracyjna decyzji Komisji Europejskiej, nakazująca de facto korzystanie z ich produktów, to ostatnia szansa na osiągnięcia odpowiedniej stopy zwrotu z klimatycznej histerii. Nasze oszczędności w wydawaniu na prąd i w emisji CO2, o ile w ogóle będą jakiekolwiek, rozłożą się na lata. A zyski Philipsa i Simensa wzrosną z dnia na dzień.

A póki co produkcja żarówki energooszczędnej pochłania 10 razy(!!!) więcej energii od produkcji żarówek tradycyjnych. Poza tym w Europie już ustalono maksymalny poziom emisji CO2 już do roku 2020. A zatem producenci energii, którzy będą jej mniej sprzedawali – i przez to mniej emitowali CO2 przy produkcji energii dla potrzeb oświetleniowych z uwagi na wejście do użycia żarówek energooszczędnych – będą handlowali prawami do emisji. Ergo do 2020 roku nie zaoszczędzimy ani tony CO2!

 


2009-08-17 18:00

PROBLEM ROKU 2013

Pamiętacie Państwo jeszcze Y2K Problem (z ang. year 2 kilo bug)? Inaczej mówiono o nim Problem roku 2000, lub pluskwa milenijna. Nastanie roku 2000 miało spowodować katastroficzne skutki wywołane przyjętym kilkadziesiąt lat wcześniej sposobem zapisu daty w programach komputerowych. W epoce pierwszych komputerów rok był zapisywany w dacie tylko dwiema ostatnimi cyframi, co nie pozwalało przechować informacji o stuleciu. Rok 1901 niczym się nie różnił w pamięci komputerów od roku 2001. Miało to wywołać katastrofę światowej gospodarki 31 grudnia 1999 roku o godzinie 24.00. Apokalipsa żadna nie nastąpiła, a pompowana przez kilka lat bańka internetowa „pęknęła” jak Kubusiowi Puchatkowi balonik.

Przypomniało mi się o tym, gdy czytałem, bardzo interesujący artykuł na temat wpływu aktywności Słońca na życie na Ziemi.

http://www.polityka.pl/te-plamy-nas-wykoncza/Lead30,936,298904,18/

To podobno Słońce jest bardziej odpowiedzialne za emisję CO2 niż wszyscy ludzie razem wzięci. Ale wiadomość o tym, strapić może bojowników walki z globalnym ociepleniem, oraz tych wszystkich, którzy na tej walce zbijają fortuny. Więc na wypadek, gdyby się okazało, że badania aktywności Słońca przyczynią się szybszego pęknięcia „bańki ekologicznej”, zawczasu trzeba zacząć pompować nową bańkę. Tym razem „elektromagnetyczną”.

Jak wynika z raport National Academy of Sciences (amerykańskiej akademii nauk) grozi nam kataklizm, którego rozmiarów do tej pory nigdy nie zaznaliśmy. Ma on być następstwem zmiany aktywności Słońca co około 11 lat. Jej miarą jest  liczba plam słonecznych. W maksimum normalnego cyklu w ciągu miesiąca można ich dostrzec na tarczy około 120. Są to obszary ogromnej aktywności pól magnetycznych. Obecny – 23 z kolei od kiedy zaczęto je mierzyć w 1775 roku  – cykl słoneczny miał swoje maksimum we wrześniu 2001 roku (150 plam). Jego minimum miało się skończyć w 2006 roku. Jednak się nie skończył – liczba plam nadal maleje i nowy, 24, cykl ciągle się nie pojawia.

Jaki z tego wniosek? Że jak się „stary niedźwiedź zbudzi, to na zje”! Do tej pory było bowiem ta, że po osiągnięciu minimum w danym cyklu, aktywność Słońca bardzo szybko rosła.

Panel uczonych, zorganizowany przez National Oceanic and Atmospheric Administration (NOAA) i NASA, ogłosił 29 maja, że maksimum 24 cyklu można spodziewać się w maju 2013 r. i będzie wtedy 90 plam. Byłoby to najsłabsze maksimum od 1928 r., kiedy to pokazało się tylko 78 plam. Ale tej opinii nie podzielili wszyscy paneliści – niektórzy uważają, że w maksimum będzie zaledwie 70 plam.

Jak stwierdził szyderczo Woody Allen „przepowiednie rzadko się sprawdzają. Zwłaszcza jeśli dotyczą przyszłości.” Nastąpiła zmiana magnetyzmu Słońca, której przyczyn są nie znane w związku z czym na podstawie obserwacji z przeszłości trudno wnioskować o sytuacji w przyszłości.

Niektórzy powiadają, że obecna faza aktywności Słońca może być podobna do tak zwanego minimum Maundera, kiedy przez 70 lat (1645–1715) liczba plam nie przekraczała trzech, a temperatura na Ziemi była najniższa od 8 tys. lat. To wówczas nasi pradziadowie jeździli saniami przez Bałtyk do Szwecji, a niektórzy, aby ułatwić im te wyprawy stawiali po środku sezonowe karczmy. W podobną, choć krótszą „drzemkę” Słońce wpadło w minimum Daltona, gdy wnukowie tych dziadów wybrali się z Napoleonem na Moskwę.

Tacy klimatolodzy jak Wallace Broecker z Columbia University i Reid Bryson z Wisconsin-Madison University twierdzą, że za około 50 lub 500 lat (proszę zwrócić uwagę na dokładność) może nadejść nowa epoka lodowa – taka, jaka skończyła się około 10 tys. lat temu, gdy znaczna część półkuli północnej naszego globu pokryta była lodem grubości 3 tys. m. Z taką dokładnością to i ja przepowiem, że prawdopodobieństwo nadejścia kiedyś kolejnego zlodowacenia jest bliskie 100%. Nie wiadomo tylko kiedy.

Przeczyłoby to intelektualnym podstawą teorii globalnego ocieplenia, zakładającej, że to nie Słońce nam zagraża, tylko my sami sobie zagrażamy. I to nie dlatego, że będzie zimno, ale dlatego że będzie gorąco. Co prawda już nawet zwolennicy gorąca pogodzili się, że przejściowo to może być nieco zimniej, ale ich zdaniem, to taka – używając języka analityków giełdowych – „korekta techniczna”. Bo w dłuższej perspektywie czasu na pewno będzie cieplej za sprawą CO2 emitowanego przez przemysł – zwłaszcza elektrownie. Jest to bardzo ważne w kontekście teorii „magnetycznej burzy”.

Ma ona mianowicie wybuchnąć z powodu… przedłużającego się braku aktywności Słońca. A więc i tak źle, i tak niedobrze.

Do wniosku takiego doszli niektórzy naukowcy badając tak zwany rozbłysk Carringtona. Minimum poprzedzające 10 cykl aktywności Słońca wynosiło 654 dni bez żadnych plam (a więc mniej niż dziś). A 1 września 1859 roku Richard Carrington zaobserwował w grupie plam słonecznych wielki rozbłysk białego światła. „Tsunami” wysokoenergetycznych protonów słonecznych, które dotarło wówczas do Ziemi zostawiło trwały ślad w rdzeniach lodowych jako ogromny wzrost azotanów.

Szkody w gospodarce tym wywołane nie były wielkie, bo nie było jeszcze sieci energetycznych, od których całkowicie jest uzależniona nasza dzisiejsza cywilizacja. Współczesna elektronika i oparty na niej światowy system łączności nie są odporne na taki efekt. Według raportu NAS, gdyby rozbłysk taki zdarzył się dziś, spowodowałby zniszczenia infrastruktury sięgające w samych tylko Stanach Zjednoczonych 2 bln. USD.

Tygodnik New Scientist z 23 marca 2009 roku opisuje, co może się zdarzyć na skutek wniknięcie plazmy słonecznej w naszą magnetosferę. Spowoduje to gwałtowne zaburzenia ziemskiego pola magnetycznego, a to z kolei wzbudzi prąd stały w liniach przesyłowych, działających jak ogromne anteny, oraz w samych elektrowniach i transformatorach. Wzrost prądu stałego wytworzy silne pola magnetyczne w rdzeniach transformatorów, prowadząc do ich przegrzania i stopienia. Dziś już niewielka burza magnetyczna spowodować mogłaby wzbudzenie ogromnych prądów gruntowych, które w ciągu 90 sekund zniszczyłyby w samych Stanach Zjednoczonych około 350 wielkich transformatorów, a także lokalne stacje, pozbawiając elektryczności ponad 130 mln osób. Natomiast burza tej wielkości, jak w roku 1859, mogłaby zniszczyć całą sieć energetyczną krajów uprzemysłowionych.

I co teraz. Teraz zaczyna się najlepsze. Pojawia się zdanie, które zrodziło mój wstępny niepokój. Otóż w Stanach Zjednoczonych jest obecnie zaledwie kilka zapasowych dużych transformatorów, a zbudowanie nowego zwykle trwa około 12 miesięcy. (w domyśle w fabrykach pozbawionych elektryczności znacznie dłużej). I lektura ciekawego tekstu naukowego wyzwoliła we mnie czujność czelisty. Pomyślałem sobie, że w następnym zdaniu będzie o… konieczności szybkiego budowania transformatorów. No i proszę. W następnym zdaniu czytamy: „rzecz jasna w ciągu najbliższych kilku lat można przygotować się na wypadek takiej katastrofy. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że rządy zignorują to ostrzeżenie, bo nic podobnego dotąd nie przydarzyło się przecież naszej młodej cywilizacji technicznej. Wyobraźnia zawodzi, gdy nie ma odpowiednich porównań. Ale zdaniem wielu naukowców, wielka burza słoneczna jest zagrożeniem bez porównania większym niż rzekomo katastroficzne ocieplenie klimatu, na którym skupia się obecnie uwaga polityków. Do maja 2013 roku zostało niewiele czasu (…) Istnieje możliwość znacznego ograniczenia skutków takiej katastrofy dzięki wprowadzeniu środków zaradczych w skali całego świata. Jednym z nich są wielkie kondensatory chroniące przyelektrowniane transformatory, będące newralgicznymi elementami systemów energetycznych. Poza tym należałoby przystosować sieci przesyłu energii tak, by można je było szybko i bezpiecznie wyłączyć po ogłoszeniu alarmu słonecznego” A ile to będzie kosztowało, że tak się naiwnie zapytam?.

Oczywiście nie twierdzę, że burzy magnetycznej nie będzie, a że jak będzie, to niw wyrządzi żadnych szkód. Ale wówczas „sprawiedliwości” stanie się zadość. Na kłopotach „naszej cywilizacji”, o którą tak martwią się liczni uczeni, skorzystają cywilizacje „nie nasze”. Setki milionów ludzi żyją dziś w ogóle bez prądu i komputerów, więc o tym, że była „burza magnetyczna” w 2013 roku dowiedzą się może za 150 lat, jak sobie zbadają jaki był „wzrost azotanów w rdzeniach lodowych”.

Im bardziej prymitywna cywilizacja, tym bardziej jest odporna na kaprysy Słońca. Może więc Słońce wymierzy „sprawiedliwość” tej cywilizacji, której tak bardzo nie lubią działacze różnych ruchów postępowych?

Dla zainteresowanych pełen raport NAS tutaj:

http://books.nap.edu/openbook.php?record_id=12507&page=R1

A dla tych, którym nie chce się czytać całego raportu krótkie podsumowanie z rozdziału „Solutions for the Future”:

 „Given the potentially enormous implications of power system threats due to space weather, major emphasis focuses on preventing storm-related catastrophic failure. Trends have been in place for several decades that hale acted to inadvertently escalate the risks from space weather to this critical infrastructure. Kappenman stated that procedures based on K-index-style alerts provide very poor descriptions of the impulsive disturbance environments and lead to uncertainties about the adequacy and efficacy of operational procedures during large storms. He offered several solutions for the future. With respect to the entire grid, remedial measures to reduce GIC levels are needed and are cost-effective. The installation of supplemental transformer neutral ground resistors to reduce GIC flows is relatively inexpensive, has low engineering trade-offs, and can produce 60-70 percent reductions of GIC levels for storms of all sizes. Additional research work is already under way by the EMP Commission in this area. Kappenman noted that improved situational awareness for power grid operators is needed and is readily available (i.e., with an emphasis on disturbance environments/GIC levels instead of ambiguous K/G indices). In addition, regional system operators require initial and continuing training to understand their assigned roles and responsibilities in protecting the power system during solar events using new tools. Economic and societal costs attributable to impacts of geomagnetic storms could be of unprecedented levels.”


2009-08-10 12:20

QUI BONO?

Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych Lewiatan złożyła do Trybunału Konstytucyjnego skargę na nowelizację ustawy o Otwartych Funduszach Emerytalnych. Zdaniem Lewiatana ustawa narusza zasady konkurencji i jest sprzeczna z regulacjami unijnymi. Zaskarżone zostały przepisy ustawy przewidujące, że maksymalna wysokość opłaty pobieranej przez OFE będzie zmniejszona do 3,5% już od 2010 roku, a nie od 2014 roku. Zdaniem Jeremiego Mordasewicza „firmy” (podkreślenie moje) nie będą miały dostatecznie długiego czasu na dostosowanie działalności do zmian w sposobie ich finansowania. To zaś zagrozi stabilności całego rynku.

Zdaniem mecenasa Wojciecha Błaszczyka, obniżenie maksymalnej wysokości opłat stanowi  zmianę reguł w trakcie gry, co narusza zasadę zaufania do państwa i stanowionego prawa i związaną z tym zasadę praw słusznie nabytych oraz ochrony interesów w toku.

Obniżenie maksymalnej wysokości opłaty ma też mieć„niekorzystny wpływ na finanse państwa”!!!

Pogorszenie sytuacji finansowej Powszechnych Towarzystw Emerytalnych będzie oznaczać mniejsze wpływy do budżetu z tytułu podatku dochodowego od osób prawnych oraz z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych, gdyż na skutek zmian niektórzy mogą stracić pracę.

Po pierwsze bądźmy precyzyjni. W potocznym rozumieniu pod pojęciem „firma” rozumie się „przedsiębiorstwo”. Czy OFE to przedsiębiorstwa? Jeśli tak – to ZUS też jest „przedsiębiorstwem”!? Po drugie, tych przedsiębiorców jest dokładnie czternastu - bo tyle jest OFE, a chodzi tylko i wyłącznie o nie. Po trzecie, jak wprowadzano OFE, to nie była „zmiana reguł trakcie gry”? Kierując się tą logiką w 1999 roku Lewiatan powinien zaskarżyć do Trybunału fakt utworzenia OFE. ZUS miał przecież „interesy w toku” i „prawa nabyte”. Nie wiadomo tylko czy „słusznie”. Podobnie jak to ma miejsce w przypadku OFE. Po czwarte, jeśli fakt, że PTE będą miały mniejsze zyski i przez to będą płaciły niższe podatki CIT i będą musiały zwolnić niektórych pracowników, przez co oni nie będą płacili podatków PIT ma mieć „niekorzystny wpływ na finanse państwa”, to Lewiatan powinien przestać domagać się zmniejszenia rzeszy urzędników państwowych (co jeszcze czasami robi) bo ich wywalenie z roboty będzie miało dokładnie taki sam „niekorzystny wpływ na finanse państwa” – nie będą płacić PIT.

 

P.S. Lewiatan ( łac. Leviathan, z hebr. לִוְיָתָן) to mityczne stworzenie, potwór morski, wąż lub smok o kilku głowach. Wspominany kilkakrotnie w Starym Testamencie należał wraz z Belzebubem i Lucyferem do pierwszego kręgu upadłych aniołów zwanego Serafami(Serafinami). Hobbes nazwał jego imieniem swój traktat o władzy absolutnej: „Lewiatan, czyli materia, forma i władza państwa kościelnego i świeckiego”. W czwartej części „O królestwie ciemności”, Hobbes pisze o ciemność ignorancji będącej w opozycji do światła prawdziwej wiedzy: „Gdy wziąć pod uwagę, że królestwo ciemności [...] jest niczym innym niż sprzymierzeniem oszustów, którzy iżby zdobyć się na panowanie nad ludźmi w tym świecie obecnym, starają się naukami ciemnymi i błędnymi zgasić w ludziach światło Ewangelii.”

Ciemność jest „przyciszaniem” prawdziwej wiedzy i promowaniem fałszów. „Nasze własne podróże czynią to jasnym, że istnieją antypody i wszyscy uczeni w naukach to już uznają” – pisze Hobbes, co jednoznacznie odnosi się do teorii Kopernikańskiej „Niemniej ludzie [..] zostali ukarani za to przez władzę kościelną. Ale dlaczego? Czy to dlatego, że takie poglądy sprzeczne są z religią ustanowioną? To być nie może, jeśli są prawdziwe.”

Z drugiej jednak strony Hobbes zaleca tłumienie niektórych poglądów tam, gdzie to konieczne, jeśli miałyby one prowadzić „do zamieszania w rządach” i być podstawą rebelii, czy buntu „Niechaj w takim razie zakaże ich, a ukarze nauczycieli mocą swej władzy ten, komu powierzona jest troska o spokój publiczny”. Czyżby bunt przeciw OFE miał być gorszy niż bunt przeciwko twierdzeniu, że płaska ziemia jest centrum wszechświata, a słońce kręci się dookoła niej?

Wyjaśnienia dostarcza też sam Hobbes dochodząc do tego, kto zyskuje na głoszonych błędach:

„Cyceron z szacunkiem wspomina o jednym z Kasjuszów, surowym sędzi rzymskim, z tej racji, iż miał on zwyczaj w sprawach karnych, gdy zeznanie świadków nie było wystarczające, pytać oskarżycieli: cui bono, to znaczy jaka korzyść, zaszczyt czy inne zadowolenie osiągnął czy spodziewał się osiągnąć oskarżony przez swój czyn. Ze wszystkich bowiem domysłów żaden tak oczywiście nie wskazuje na sprawcę jak korzyść wynikająca z działania”.

No właśnie. Qui bono Lewiatanie?

 

 


2009-08-03 23:40

PODATKI MAJĄ KONSEKWENCJE PIŁKARSKIE

Po raz „n-ty” sprawdza się podstawa doktryny podatkowej CAS: podatki mają konsekwencje. Nie tylko zresztą ich wysokość, ale i rodzaj, gdyż różne podatki mają różne konsekwencje. Czym innym jest opodatkowywanie dochodu, a czym innym konsumpcji – nawet jakby w krótkiej perspektywie czasu wpływy podatkowe z tych podatków były takie same.  To Pan Krzysztof Dzierżawski sparafrazował kiedyś tytuł książki Richarda Weavera: „Ideas have consequences” odnosząc go do podatków. Zły podatek od nieruchomości był przyczyną secesji Niderlandów od Hiszpanii w XVI wieku, a obecnie jest przyczyną upadku centrów wielu miast amerykańskich. Złe podatki były też przyczyną „tej osobliwej łatwości, z jaką mahometanie dokonali swoich zdobyczy” – jak pisał Monteskiusz. „W miejsce nieustannych udręczeń, jakie wymyśliła chciwość cesarzy, ludy spotykały się z daniną prostą, łatwą do płacenia i do ściągania: wolej im było podlegać barbarzyńcom, niż skażonemu rządowi.”

Typowo podatkowy Przywilej Koszycki z roku 1374, w którym Ludwik Węgierski zagwarantował szlachcie, że nie będą nakładane, bez jej zgody, żadne podatki ponad ustalony limit 2 złotych z łana też miał konsekwencje: zapoczątkował rozwój sejmowładztwa i Rzeczypospolitej Szlacheckiej. Wielokrotnie w zamian za zgodę na nałożenie podatków ponad określony limit szlachta domagała się nowych praw i często je uzyskiwała. Bez Przywileju Koszyckiego nie byłoby wielu innych praw ograniczających uprawnienia króla oraz chłopów i mieszczan na rzecz szlachty. Współcześnie podatki także mają konsekwencje.

Jeżeli coś opodatkowujemy, to, z definicji, tego czegoś jest mniej. Gdy opodatkowujemy dochód, mamy mniejszy dochód, o czym przekonuje się każdy, kto bezpośrednio rozlicza się z fiskusem, a czego mogą nie odczuwać jedynie osoby, za które podatki płaci zakład pracy lub ZUS. Gdy opodatkowujemy oszczędności to też jest ich mniej – a w konsekwencji ilość kapitału dostępnego na rynku jest mniejsza. Państwo zabiera podatnikom tę część dochodów, która mogłaby zostać przez nich przeznaczona na finansowanie rozwoju gospodarczego. Zaś rząd, który przechwytuje pieniądze podatników, kieruje się w swoich decyzjach najczęściej kryteriami politycznymi i finansuje te przedsięwzięcia, które mają szanse uzyskać największe poparcie wyborców. Gdy bezpośrednio opodatkowujemy kapitał, też jest go mniej, albowiem kapitał wybiera takie miejsca inwestycji, w których fiskus nie jest nadmiernie zachłanny, a spodziewane zyski są najwyższe. Jak zmniejsza się ilość kapitału, którym można finansować inwestycje, to ilość inwestycji zostaje ograniczona. Mniejsze inwestycje z kolei to zmniejszenie ilości pracy dostępnej na rynku. Gdy dodatkowo opodatkowujemy tę pracę, bezpośrednio, czy w jakiś sposób pośredni („składki” ubezpieczeniowe i zdrowotne), stawką w wysokości 80% zarobków netto, to tej pracy jest jeszcze mniej. Jak jest mniej pracy, to bezrobocie jest większe, a w konsekwencji mniejszy jest popyt wewnętrzny. Jeśli równocześnie coraz bardziej opodatkowujemy konsumpcję (VAT, cło akcyza), to popyt zmniejsza się jeszcze bardziej. W rezultacie zmniejsza się też produkcja, na którą brakuje zbytu, a zatem zmniejsza się zapotrzebowanie na siłę roboczą i jeszcze bardziej rośnie bezrobocie. Tempo wzrostu gospodarczego maleje. Dochody budżetu spadają, a pogarszająca się sytuacja rodzi presję społeczną na zwiększenie wydatków socjalnych – a więc wydatki budżetu rosną. Rośnie też deficyt budżetowy, którego sfinansowanie pochłania coraz większą część i tak zbyt niskich oszczędności. To sprawia, że mimo spadającej inflacji stopy procentowe są nadal wysokie - koło przyczyn i skutków się zamyka, stagnacja gospodarcza przybiera na sile.

Jak zauważył Jean Baptiste Say „podatki stanowią pewnego rodzaju dodatek do kosztów produkcji i w skutkach są sprzeczne z postępem przemysłu (…) Zwiększając cenę produktów, podatek zmniejsza konsumpcję, a w konsekwencji i popyt ze strony konsumentów”. Na skutek opodatkowania „powstaje zmniejszenie popytu na przedmioty, których już nie można konsumować, mianowicie na te, na które jest nałożony podatek; ze zmniejszenia zaś popytu wynika ograniczenie produkcji, a co za tym idzie ograniczenie masy podatkowej. Powstaje więc strata dla podatnika na części jego użytków, dla producenta na części jego produktów i dla skarbu na części jego dochodów.” Kiedy nakłada się podatek na sukno, jako na przedmiot konsumpcji, konsumpcja wełny zmniejsza się i rolnik hodujący owce doznaje uszczerbku na swoim dochodzie, podobnie jak właściciel pastwiska, na którym wypasane są owce (jeśli, co się zdarza, nie jest nim sam rolnik) fabrykant, wytwarzający z wełny sukno, kupiec, który tym suknem handluje i inwestor, który zainwestował swój kapitał w fabrykę lub sklep. Reasumując: „każdy podatek szkodzi reprodukcji, szkodząc akumulacji kapitałów produkcyjnych” – pisał Say. Najbardziej zaś szkodzi płacenie podatku z wykorzystaniem części tych kapitałów, które są przeznaczone do produkcji. Cytowany przez Saya Sismondi, porównał taki podatek do dziesięciny, „którą wybierano by z ziarna siewnego, zamiast żniwnego”.

Wszystkie rządy, zarówno te despotyczne, jak i demokratyczne, pomijały i nadal pomijają długofalowe konsekwencje podejmowanych przez siebie decyzji. Właśnie się okazuje, że z powodów podatkowych „paść” może Premier League.

Reforma premiera Gordona Browna podnosi najwyższą stawkę podatku z 40% do 50% od kwoty przewyższającej 150 tys. funtów rocznie. Największe gwiazdy Premier League więcej zarabiają tygodniowo.

Jak pisze dziś Gazeta Wyborcza Andrij Arszawin, który przeszedł z Zenit St Petersburg do Arsenalu, zwolnił swojego agenta, bo ten nie powiedział mu o zmianach w angielskim prawie podatkowym.

http://www.sport.pl/sportGW/1,91756,6886439,Wysokie_podatki_zakoncza_angielska_dominacje_w_Lidze.html

A tymczasem w Primera Division panuje istny „raj podatkowy”. W Hiszpanii obowiązuje tak zwane „prawo Beckhama” – Royal Decree 687/2005, dzięki któremu cudzoziemcy mogą wybrać, czy chcą w roku przybycia do Hiszpanii i przez 5 kolejnych lat być rezydentami podatkowymi – i płacić podatki według skali podatkowej od 15 do 43% – czy też mieć status nie rezydenta podatkowego i płacić podatek liniowy w wysokości 24%. Pierwszym znanym cudzoziemcem, który z tego skorzystał był David Beckham po przejściu z Manchester United do Realu Madryt. Rządząca obecnie w Hiszpanii Partia Socjalistyczna Premiera Zaparto zapowiadała zmianę tego przepisu, zwłaszcza po tym, jak Real za 40 mln euro kupił, z tego samego Manchesteru, Christiano Ronaldo z roczną pensją 12 mln euro. Premier Zaparto powiedział, że to jest „excesivo”. Ale 23 czerwca rząd wycofał z Kortezów niekorzystny dla piłkarzy projekt zmian w prawie podatkowym.

Za dwa lata finał Ligi Mistrzów: Real-Barcelona?