Robert Gwiazdowski

Gospodarka klasycznie

Archiwum: lipiec 2009

2009-07-29 15:10

NARODOWY PLAN ZAKRĘCENIA SŁOŃCA - CZYLI ZNÓW O EURO (NIE)2012

Polska jednak nie wejdzie do strefy euro w 2012 roku - wynika z wypowiedzi wiceministra finansów Ludwika Koteckiego w Senacie podczas dzisiejszej debaty na temat nowelizacji ustawy budżetowej.  W sierpniu rząd ma opublikować ramy strategiczne „narodowego planu wprowadzenia euro w Polsce”. Może niech rząd zrobi „plan rządowy”, a naród zostawi w spokoju. Zwłaszcza jak ten nowy plan mają robić ci sami specjaliści, którzy robili poprzedni. Co prawda stara prawda ludowa powiada, że „człowiek się uczy na błędach”, ale niektórzy niczego się jeszcze nie nauczyli. Inne porzekadło mówi,  ze najlepiej jest się uczyć na błędach, ale cudzych. Więc może niech rząd sobie poczyta troszeczkę o rozwoju gospodarczym Włoch w latach 80-tych XX wieku i skutkach wprowadzenia euro. Bardzo ciekawa dyskusja się tam na ten temat odbyła. Jeszcze inni mówią, że człowiek nie powinien się uczyć na błędach, tylko na uniwersytetach. Ale ci, to chyba nie wiedzą jak wygląda nauka ekonomii na większości współczesnych uniwersytetów. Tak samo jak w krajqach realnego socjalizmu wyglądała nauka marksizmu. Z tą różnicą, że Marksa zastąpił Keynes. Ale niech ktoś spróbuje powiedzieć, że „rynki finansowe” nie są centrum wszechświata skończy niczym Giordano Bruno, który to samo, za Kopernikiem, powtarzał o ziemi – zostanie spalony na stosie naukowego potępienia. Porównania dzisiejszych „podażowców” z Kopernikiem dokonał Jude Wanninski, gdyż twierdzenie, że to podaż towarów i usług kształtuje oblicze gospodarki jest dla „popytowców” tak samo obrazoburcze, jak dla geocentryków było twierdzenie, że ziemia obraca się wokół słońca.

Więc może ci wszyscy, którzy mylili się tak bardzo, co do możliwości i POTRZEBY wprowadzenia euro w Polsce w roku 2012, nie powinni pisać planu kręcenia się słońca wokół ziemi. W szczególności, gdyby miał to być plan „narodowy”.


2009-07-28 11:50

ANALIZA WYSTĄPIENIA PRZESŁANEK DO PRZEPROWADZENIA TESTÓW

W przedstawionym wczoraj raporcie szacunkowych wybranych danych finansowych i operacyjnych za II kwartał 2009 roku mój ulubiony PKN Orlen poinformował, że „na skutek braku dodatnich efektów zdarzeń jednorazowych, które wystąpiły w II kwartale 2008 roku wynik operacyjny w II kwartale 2009 roku będzie niższy o około 0,1 mld PLN”. Niezły wynik. Ale tylko jak się czyta to pierwsze zdanie. Bo dalej jest napisane, że „łączny wpływ czynników makroekonomicznych oraz niższych wolumenów sprzedaży obniży wynik operacyjny wg LIFO w stosunku do II kwartału 2008 roku o około 1,0 mld PLN”. A więc razem to już 1,1 mld PLN. Te „doskonałe” wyniki Orlen zawdzięcza między innymi przerobowi ropy w Możęjkach, który w II kwartale 2009 roku obniżył się o 17% r/r, w wyniku postoju instalacji Reformingu oraz instalacji Hydroodsiarczania Oleju Napędowego (HON). Orlen kupował Możejki aby „obronić rynek przed zalewem tanich produktów ze wschodu”. Dziś na stacjach Łukoil olej napędowy jest kilkanaście groszy na litrze tańszy niż na stacjach Orlenu. A Łukoil buduje kolejne stacje. Więc strategiczny cel inwestycji nie został osiągnięty. Kontynuując ją Orlen coraz bardziej zwiększa jej bezsens. Pewną pociechą dla akcjonariuszy może być jednak takie zdanie z raportu Q2 09: „w ramach standardowych procedur kwartalnych, zgodnie z MSR 36 prowadzone są analizy wystąpienia przesłanek do przeprowadzenia testów na trwałą utratę wartości aktywów”. Ten ewangeliczny język jest oczywiście jak najbardziej zgodny z Międzynarodowymi Standardami Rachunkowości, o których mam coraz większe wątpliwości, czy są zgodne ze zdrowym rozsądkiem.


2009-07-28 11:10

STOPNIOWANIE BEZSENSU

Po moim poprzedniom wpisie wywiązała się dyskusja, czy bezsens można stopniować. Otóż w sensie rachunku ekonomicznego – można. „Wyrzucenie w błoto” miliona złotych, to większy bezsens niż wyrzucenie tysiąca złotych.

Właśnie obserwowałem z okien swojego biura jak wykonawca słynnego 192-metrowego, 45-cio piętrowego wieżowca z 251 apartamentami, zaprojektowanego przez słynnego Daniela Libeskinda, który miał powstać w miejscu City Center przy ulicy Złotej 44 w Warszawie, rozmontowywał dźwigi.

A plany były wspaniałe. Urodzony w Łodzi Libeskind zasłynął dzięki projektom Muzeum Żydowskiego w Berlinie czy Wieży Wolności, która stanie na miejscu World Trade Center w Nowym Jorku. „Dzieło architekta o takich dokonaniach podniesie poprzeczkę innym projektantom” - mówi Michał Borowski, ówczesny naczelny architekt Warszawy. Inwestycja miała „doskonale pasować do planów obudowania Pałacu Kultury nowymi gmachami, m.in. Muzeum Sztuki Nowoczesnej”. Pałac Kultury (231 m) miał być wyższy od nowego wieżowca tylko dzięki 43-metrowej iglicy. Inwestycja miała nadać Warszawie „niespotykany dotąd wymiar luksusu”. Miał to być pierwszy „apartamentowiec o najwyższym standardzie oferowanych swoim mieszkańcom usług, do których zaliczać się miały: basen, sauna, centrum SPA, taras słoneczny, fitness klub z salą do yogi (!!!), consierge, powierzchnia z przeznaczeniem do organizowania przyjęć z możliwością wewnętrznego cateringu”.

Na samą działkę o powierzchni 4,5 tys. m2 inwestor wydał prawie 42 mln. zł. Za zburzenie stojącego na niej domu towarowego zapłacił pewnie kolejne 15 mln. zł. – no chyba że wykonawca rozbiórki wywiózł gruz gdzieś do lasu. Ile kosztował projekt sławnego architekta nie będę zgadywał.

Decyzja o budowie tego cuda była sensowna tylko w świecie wirtualnej ekonomii, którą rządziła w owym czasie światową gospodarką, opartej na wierze, że znajdzie się 251 amatorów, którzy dadzą się przekonać, że można zarobić z dużym przebiciem, płacąc po 40 tys. zł. za m2 mieszkania 200 m od Dworca Centralnego. W realnym świecie ta decyzja była bezsensowna. A po bankructwie „Lehmana” dobudowywanie kolejnych pięter zwiększało bezsens inwestycji. Bezsens w sensie ekonomicznym można stopniować. Dlatego umiejętność „zamknięcia pozycji” ze stratą, po to, żeby jej nie pogłębiać to ważna umiejętność.

Wieść gminna niesie, że inwestor wystąpił o zmianę pozwolenia na budowę. Mają być biura zamiast mieszkań. Może bezsens zacznie mieć sens?

 


2009-07-25 14:30

UBEZPIECZENIA ZDROWOTNE A RADYKALNE ZMIANY W SPOSOBIE ZARZĄDZANIA KGHM

Z powodów o których już wielokrotnie pisałem (także w poprzednim wpisie) twierdzę od lat, że podatek dochodowy najlepiej byłoby zlikwidować. Ale skoro on już jest, to jego konstrukcja może być bardziej lub mniej bezsensowna. Sensowna nigdy nie będzie – stopniujemy poziom bezsensu.

Ministerstwo Zdrowia zaproponowało wprowadzenie ulgi podatkowej od polis na ubezpieczenia zdrowotne. Ministerstwo Finansów jest oczywiście przeciwne. Ulgi podatkowe są bezsensowne, bo bezsensowny jest podatek dochodowy. Gdyby go nie było nie byłoby żadnych ulg. Ale skoro on jest, i są różne ulgi, to czy w sytuacji absolutnej zapaści państwowej „darmowej opieki zdrowotnej” najbardziej oczywistą ulgą (do czasu gdy zlikwidujemy w końcu podatek dochodowy) nie powinna być ulga na ubezpieczenia zdrowotne? Z punktu widzenia rynku usług medycznych – TAK. Z punktu widzenia budżetu państwa – TAK. Pierwsze „TAK” jest tak oczywiste, że nie wymaga specjalnego uzasadnienia. Drugie „TAK” może budzić wątpliwości – bo do budżetu trafi mniej środków z tytułu podatku PIT. No i w Excelu Pana Ministra Jacka Rostowskiego nie będą się kolumny zgadzały. Ale… Będzie można zmniejszyć dotacje dla niektórych szpitali. Niektóre szpitale powiatowe będzie można w ogóle pozamykać. Ubezpieczyciel będzie musiał określić w polisie, za co płaci szpitalowi, a z drugiej strony wynegocjować z różnymi szpitalami standardy, za które płaci. Prywatny ubezpieczyciel nie będzie musiał dzielić zleceń na poszczególne szpitale „sprawiedliwie”, czyli proporcjonalnie do siły regionalnego politycznego lobby, tylko według standardu price per performance według jakości i ceny oferowanych przez dany szpital usług i możliwości obsłużenia pacjentów w przewidywanym przez polisę czasie. Różni urzędnicy kręcący się przy „służbie zdrowia” jak prostytutki przy armii przestaną być potrzebni – oszczędności dla budżetu gwarantowane. Oczywiście nie wydarzy się to wszystko natychmiast. Wic obawy o bieżącą  sytuację budżetu mogą być usprawiedliwione. Ale to wróćmy na chwilę do prywatyzacji. Bo wpływy z niej mogą pokryć chwilowe „koszty” zmian systemowych. Co prawda Pan Premier Donald Tusk na tej samej konferencji prasowej, na której zapowiedział, że nie będzie podwyżki podatków w roku 2010 i że zdymisjonuje Ministra Grada jak do końca sierpnia nie wyjaśni się sprawa stoczni, powiedział też, że nie sprywatyzuje KGHM gdyż choć kombinat ten „potrzebuje zmian w zarządzaniu”, to jednak „szybka prywatyzacja nie wydaje się opłacalna ze względu na pożytki jakie ma budżet z corocznej dywidendy”. Zdaniem Pana Premiera „obecnie dywidenda wypłacana z KGHM w ciągu 5-6 lat dałaby ten sam zysk, co prywatyzacja tej spółki”. Przede wszystkim podkreślenia wymaga użyte przez Pana Premiera słowo „obecnie”. Dotychczasowa perła w koronie Skarbu Państwa – czyli PKN Orlen – za rok 2008 nie wypłacił żadnej dywidendy bo ma stratę. Zresztą faktycznie miał ją już wcześniej, ale jej nie wykazywał. Z KGHM prędzej czy później będzie tak samo. Gdybyśmy zlikwidowali podatek dochodowy (który potencjalnemu inwestorowi pozwala przy pomocy kreatywnej księgowości ograniczać podstawę opodatkowania) i wprowadzili podatek przychodowy, to wpływy do budżetu państwa by się zwiększyły. Z punktu widzenia Excela Pana Ministra Rostowskiego nie ma przecież znaczenia czy wpływ jest z podatku, czy z dywidendy. Państwo ma zresztą jeszcze jedną możliwość zwiększania wpływów od „darów natury”: podatek od kopalin. Jest tylko jeden minus prywatyzacji KGHM – Minister Skarbu Państwa razem z przedstawicielami związków zawodowych nie będą mieć okazji wprowadzenia w KGHM „radykalnej zmiany jeśli chodzi o sposób zarządzania”. A przecież jest oczywiste, że potrafią to zrobić znacznie skuteczniej niż prywatny właściciel, co udowodnili już wielokrotnie.

Tylko czy dawanie szansy sprawdzenia się Ministrowi Skarbu Państwa i związkowcom we wprowadzaniu „radykalnej zmiany jeśli chodzi o sposób zarządzania” KGHM warte jest zaniechania zmian w sposobie finansowania usług medycznych, początkowy koszt których mogłyby pokryć wpływy ze sprzedaży akcji KGHM.


2009-07-25 13:30

W 2010 ROKU NIE BĘDZIE PODWYŻKI PODATKÓW!?

Pan Premier Donald Tusk zapowiedział wczoraj, że w 2010 roku nie będzie podwyżki podatków. Zważywszy, że w 2010 roku są wybory prezydenckie, to Pan Premier postanowił dotrzymać słowa ze swojego expose – bo jeszcze ktoś by mu je przypomniał w trakcie kampanii wyborczej. Podniosły się głosy krytyki. Doradca Pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego - Pan Ryszard Bugaj - oświadczył, że to fatalna wiadomość. Jego zdaniem podatki powinny zostać podwyższone – zwłaszcza „najbogatszym”. Z kolei większość przepytywanych na tę okoliczność przez media analityków stwierdziła, pewnie jak zawsze ze względów „ostrożnościowych”,  że „to dobre rozwiązanie, ale ryzykowne”. Tak sobie myślę, że skoro „ryzykowne” to może jednak nie „dobre”? Nikt z analityków nie określił jednak poziomu ryzyka, jakie jest dopuszczalne, a jakie już nie.

Tradycyjnie w kwestii podatków pozwolę sobie się nie zgodzić z Panem Ryszardem Bugajem. Podatków nie należy podwyższać. Zwłaszcza „najbogatszym”. Ci naprawdę najbogatsi nie płacą w Polsce podatków, więc się nie przejmują. Ci co płacą swoje wynagrodzenia negocjują (jak są menadżerami), albo ustalają (jak są właścicielami) z uwzględnieniem stawki podatkowej. Wyższa stawka – wyższe wynagrodzenie. Trzeba je „wrzucić w koszty”, czyli przerzucić podatek na klientów (wcale nie „najbogatszych”).

Z analitykami też się zresztą nie zgadzam. Skutki nie podwyższania podatków są dla gospodarki o wiele mniej ryzykowne niż skutki ich podwyższenia. Po pierwsze trudno jest oszacować jak zareagują podatnicy na podwyżkę podatków. Na pewno postarają się je przerzucić o czym pisałem już wielokrotnie. Część ucieknie w szarą strefę. Część ucieknie na Cypr. Podatki mają konsekwencje – nie tylko ekonomiczne, ale także społeczne. Po podwyżce akcyzy na alkohol i tytoń zaobserwowano zdecydowany wzrost przemytu i bimbrownictwa. Zważywszy na „stopę zwrotu” z takiej działalności podwyżki podatków sprzyjają rozwojowi przestępczości zorganizowanej. Zaczynają się wojny między różnymi gangami. Kwitnie korupcja wśród celników, policjantów i urzędników – bo jak z przemytu jednego kontenera papierosów jest milionowy zysk, to jest czym płacić korumpowanym. To też są koszty! Ale Pan Minister Jacek Rostowski nie widzi ich w swoim Excelu.

Ale skoro mówimy o podwyższaniu lub nie podwyższaniu „podatków” to trzeba byłoby sprecyzować nieco dokładniej to pojęcie. Czy chodzi o poszczególne podatki, a jeśli tak, to które, czy może o sumę obciążeń podatkowych? W przypadku podatku dochodowego nie zwiększając stawki podatkowej można zawsze obniżyć stawki amortyzacji, czy uznać niektóre koszty za nie stanowiące kosztów podatkowych co zwiększy podstawę opodatkowania. Jestem też się gotów założyć, że w 2010 roku zostanie podwyższony podatek od nieruchomości. Ja bym się na miejscu Pana Premiera skoncentrował na przepływach podatkowych. Niektóre podatki można zwiększyć, pod warunkiem, że inne się obniży. Obniżyć trzeba koszty pracy – czyli PIT i składki ubezpieczeniowe, a podwyższyć VAT wprowadzając najlepiej jedną stawkę tego podatku na wszystko. Nie dość, że zwiększą się wpływy, to zmniejszą się „wypływy” w postaci zwrotu VAT na skutek stosowania różnych stawek (co zresztą często ma charakter jawnego wyłudzenia).

Podatki bezpośrednie to haracz płacony przez podatnika na rzecz państwa więc wszelkie sztuczki, bardziej lub mniej legalne, zmierzające do niepłacenia tego podatku są w jakiś tam sposób usprawiedliwione. Tymczasem „sztuczki” z VAT nie są „grą” podatnika z fiskusem, tylko grą między podatnikami za pośrednictwem fiskusa. Podatku VAT nie płacą przedsiębiorcy, nazywani przez ustawodawcę – absolutnie niesłusznie – podatnikami. Podatnikami podatku VAT są konsumenci. Ale tej absolutnie zasadniczej różnicy między podatkami i ich konsekwencji dla gospodarki i stosunków społecznych w Excelu Pana Ministra też nie widać.


2009-07-24 0:30

KGHM BIS

Jak ten czas leci… W marcy 2008 roku pisałem o istotnym znaczeniu KGHM. No może nie dla gospodarki, tylko dla paru osób, ale przecież im mniej osób tym większe znaczenie.

http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=378

A właśnie wczoraj centrale związkowe KGHM ogłosiły pogotowie strajkowe! Dlaczego? Otóż Ministerstwo Skarbu Państwa ogłosiło aktualizację programu prywatyzacji, który przewiduje, że przychody z prywatyzacji do końca 2010 roku osiągną 36,7 mld zł. Do sprzedaży ma być „od 10 do 41%” akcji KGHM. Związkowcy stwierdzili, że nie zgadzają się z taką decyzją. „Będziemy rozważać różne scenariusze. Nie będziemy spokojnie czekać, aż nas zniszczą” - powiedział członek RN KGHM z ramienia załogi.

Ciśnie się pytanie, kogo „zniszczą” i w jaki sposób?

Ale elektorat z miedziowego zagłębia uspokoił Pan Premier (na razie wicepremier) Grzegorz Schetyna, który powiedział, że prywatyzacja KGHM w tej kadencji „nie wchodzi w grę”. No pewnie, że nie wchodzi. Jeszcze by jakiś inwestor skupił na giełdzie większość akcji i mogłoby się na przykład okazać, że wiele patentów racjonalizatorskich, za które nasz miedziowy kombinat płaci ciężkie miliony, to taka sama racjonalizacja jak żagiel na tankowcu. Parę innych rzeczy też mogłoby zostać „zniszczonych”, więc lepiej podnieść podatki dla ratowania budżetu, niż dokończyć prywatyzację KGHM.


2009-07-20 17:50

CUD ROSTOWSKIEGO

W opublikowanym dziś w Gazecie Wyborczej wywiadzie Pan Minister Finansów Jacek Rostowski, ten sam który stwierdził niedawno, że rząd nie zajmuje się teoriami zmarłych ekonomistów, powiedział, że „to musi chyba być cud, iż prowadząc rzekomo błędną politykę, mamy gospodarkę bardziej odporną na kryzys nić gdzie indziej”. Jak bowiem uczą się studenci na zajęciach z makroekonomii o stanie gospodarki decyduje nic innego jak polityka rządu. To dopiero politykę musiał prowadzić rząd Pana Premiera Jarosława Kaczyńskiego, skoro tempo wzrostu gospodarczego zbliżało się wówczas do 6%!!! Pan Minister Rostowski zdradził zresztą tajniki tej polityki mówiąc: „nie chcemy wyrwać z NBP żadnych pieniędzy. Chcemy, by prawidłowo zaksięgowano przychody”. No właśnie! To też wiedzą wszyscy makroekonomiści: cuda biorą się z prawidłowego księgowania. Żeby tylko jeszcze Pan Statystyczny mógł zaksięgować swoje przychody z prowadzonego sklepu czy warsztatu tak samo, jak NBP miałby zaksięgować swoje i żeby utrzymał z tych „przychodów” rodzinę! To dopiero byłyby cuda.


2009-07-18 10:40

WIESZAĆ SIĘ CZY NIE WIESZAĆ - OTO JEST PYTANIE

Strażnik, który pełnił służbę w areszcie w Olsztynie w nocy, gdy powiesił się Wojciech Franiewski, domniemany przywódca grupy, która uprowadziła i zamordowała Krzysztofa Olewnika, popełnił samobójstwo. W taki sam sposób. Też się powiesił.

Rzecznik służby więziennej Luiza Sałapa „nie widzi powodów, by łączyć samobójstwo strażnika ze sprawą Olewnika” Dlaczego? Otóż „oba zdarzenia dzieli znaczny czas więc nie mają one ze sobą nic wspólnego”. Prawda, że logiczne? A poza tym „sprawa Franiewskiego została prawomocnie umorzona 31 lipca 2008. Nikt, ani ten strażnik, ani żaden inny nie usłyszał w tej sprawie zarzutów”. Byłby powód do wieszania się, gdyby prokuratura postawiła komuś zarzuty! Pamiętacie Państwo te polityczne krzyki: „przecież ten człowiek ma zarzuty prokuratorskie” – zwłaszcza na początku tak zwanego „drugiego SLD” czyli w latach 2002-2003, a potem za PiS-u? Jak masz zarzuty, a jeszcze jak ci je postawili po tym, jak na zlecenie prokuratury ABW wywlokła cię o 6 rano z chałupy, a jacyś zamówieni wcześniej „dziennikarze” cyknęli fotkę, albo nawet nagrali jakiś filmik, to masz powód do wieszania się. Po co czekać 5 lat, albo może nawet 10, na wyrok sądu, zwłaszcza, że możesz mieć pecha i trafić na sędziego, który nie tylko ściągał na kolokwiach na prawie, ale wcześniej w szkole nie uważał na lekcjach fizyki i ma takie samo pojęcie o związkach przyczynowo-skutkowych, jak rzecznik służby więziennej. Ale jak prokurator nie postawi ci zarzutu w sprawie, w której „na oko” powinien postawić, to nie musisz się wieszać. Powieszą cię inni.

Dwóch skazanych za zabójstwo Krzysztofa Olewnika na dożywocie - Sławomir Kościuk i Robert Pazik też się powiesiło się w swych celach. Jeden w kwietniu 2008 a dugi całkiem niedawno – w styczniu 2009. Ale zdarzeń tych także nie należy w żaden sposób ze sobą łączyć, choć nie tylko, że postawiono im zarzuty, ale nawet skazano. Dzieli je przecież 10 miesięcy.

Stara zasada mówi: jak coś wiesz, to natychmiast to rozgłoś. Odpadnie wówczas jeden powód żeby cię zabić – chęć zachowania tajemnicy. Pozostanie co prawda jeszcze chęć zemsty, ale podobno nie motywuje ona silnie jak strach. Oczywiście poza społeczeństwami, gdzie wendeta jest sprawą honoru.


2009-07-15 9:20

PRYWATYZACJA PKO BP A LA POLONAISE

Ciekawe, czy o prawda, bo jakoś tak bez większego echa przeszła wczorajsza informacja GW o zamiarze „połączenia” PKO BP z węgierskim OTP:

http://wyborcza.pl/1,76842,6818261,Polak__Wegier_i_dwa_banki.html

http://wyborcza.pl/1,76842,6818087,Jak_PKO_nie_uratowal_wegierskiego_banku.html

Oczywiście PKO BP należy sprywatyzować. Ale niech ktoś go kupi i zapłaci pakiet za kontrolę! Goldman Sachs wykazał przecież wielkie zyski za 1Q więc mógłby kupić PKO BP i spokojnie powołać do zarządu kogo by tam chciał.

Co prawda Pan Premier Pawlak opowiedział się wczoraj za przyspieszoną prywatyzacją pracowniczo-manadżerską, ale nie jestem do końca przekonany, czy właśnie o tych menadżerów mu chodziło, aczkolwiek są to bez wątpienia bardzo dobrzy menadżerowie. Potrafili na przykład napisać algorytm, który wykazywał, że Skarb Państwa mający w PKO BP 56% kapitału, po połączeniu PKO z przeżywającym poważne tarapaty OTP miałby mieć 25%!

Przeciek o tym projekcie mogli zrobić odwołani członkowie PKO BP o czym może świadczyć cytowana przez GW wypowiedź Pana Tomasza Mironczuka – byłego Wiceprezesa banku odwołanego razem z Panem Prezesem Jerzym Pruskim, który stwierdził:

„Jesienią 2008 do zarządu PKO zaczęli się zgłaszać przedstawiciele różnych banków inwestycyjnych, w tym byli politycy, prezentując pomysł połączenia z OTP. Pokazywali, jak będzie wyglądać nowy połączony bank i kto będzie miał w nim największe udziały. Nie widziałem korzyści dla PKO z takiej transakcji, a ryzyko łączenia się z zagrożonym OTP było oczywiste. Sytuacja banku węgierskiego była coraz trudniejsza. W banku pogłębiał się kryzys płynności. Fuzja z OTP musiałaby oznaczać dla nas kłopoty”.

Zemsta bywa piękna!

Ale jest także inne rozwiązanie: przeciek mogli równie dobrze zrobić nie ci, którzy byli, ale ci, którzy dopiero chcieliby być i mocna pozycja na rynku kandydatów Pana Prezesa Sławomira Lachowskiego była im nie na rękę. Bo od wczoraj kandydatura ta powinna przestać się liczyć. No chyba, że Wyborcza napisała nieprawdę. 


2009-07-14 12:20

LINIOWI RZECZNICY I DORADCY

Rzecznik Praw Obywatelskich dr Janusz Kochanowski skierował do Trybunału Konstytucyjnego przepisy ustawy o PIT ustanawiające drugą, 32% stawkę podatku dochodowego.

Zdaniem RPO, parlament naruszył tym przepisem szereg wartości i zasad konstytucyjnych. Jako że RPO cytuje mnie w swoim wniosku (za co serdecznie dziękuję) to pozwolę sobie wziąć dr Kochanowskiego w obronę przed zmasowanym atakiem ze strony „main stream-u”.

Zaczął  Pan Profesor Andrzej Zoll – były Rzecznik Praw Obywatelskich, stwierdzając w wywiadzie dla Money.pl, że Rzecznik Kochanowski „chciał zaistnieć”. Moim skromnym zdaniem powinno się koncentrować na argumentach – które znamy, a nie na intencjach, których nie znamy.

Pan Profesor Zoll stwierdził: „Równość należy rozumieć też przez pryzmat równych warunków. Można popatrzeć na problem tak: jeśli ja mam znacznie wyższe dochody od innych, tak samo, w związku z tą różnicą, mogą być różnicowane moje podatki. Nie widziałbym tu naruszenia zasady równości”.

Mam dla Pana Profesora causa: trzech górników pracuje na akord. Za każdą wyfedrowaną tonę węgla  otrzymują wynagrodzenie w wysokości 1.000 zł. Dwóch z nich wyfedrowało po tonie. Przyjmijmy dla uproszczenia, że nie ma kwoty wolnej od podatku, ani kosztów uzyskania przychodu, a stawka podatkowa dla dochodu w wysokości 1.000 zł wynosi 20%. Obaj górnicy zapłacili więc po 200 zł podatku – czyli razem 400 zł. Ale trzeci górnik pracował dłużej, ciężej, rzadziej robił przerwy i sam jeden wyfedrował tyle, ile tamci dwaj razem – czyli dwie tony. Zarobił w związku z tym 2.000 zł. Gdyby on także płacił podatek w wysokości 20% zapłaciłby 400 zł. Jaka zasada  sprawiedliwości, albo równości uzasadnia, żeby trzeci górnik miał zapłacić od drugiego tysiąca wynagrodzenia za wyfedrowanie drugiej tony węgla – na przykład 30%??? W pierwszym przypadku mamy dwie wyfedrowane tony węgla, dwa tysiące wypłaconego wynagrodzenia i podatek w wysokości 400 zł. W drugim przypadku mamy dwie wyfedrowane tony węgla, dwa tysiące wypłaconego wynagrodzenia ale podatek w wysokości 500 zł podatku! Skoro jeden górnik wyfedrował tyle samo co dwóch innych i zarobił tyle samo, co dwaj inni, to dlaczego ma zapłacić wyższy podatek niż tamci dwaj razem? Ciekaw jestem kto i kiedy taką „sprawiedliwość” uzasadnił w powszechnie akceptowanej teorii sprawiedliwości lub równości?

Na marginesie: moim zdaniem jest niesprawiedliwe i sprzeczne z zasadami równości, aby górnik miał koszt uzyskania przychodu w wysokości 111 zł miesięcznie, a profesor za wykład 50% uzyskanego wynagrodzenia! Bo co to za sprawiedliwość, jak górnik od przychodu w wysokości 85.528 zł zapłaci podatek w wysokości ponad 15.000 zł, (przyjmijmy dla uproszczenia, że płaci sam podatek od kwoty wynagrodzenia pomniejszonej o koszt uzyskania przychodu, bez uwzględniania poszczególnych składek ubezpieczeniowych), a profesor jak osiągnie taki sam przychód, to zapłaci niecałe 7.000 zł. Żeby zapłacić taki sam podatek jak górnik, profesor musiałby mieć przychód prawie dwa razy wyższy!!! Jak teoria sprawiedliwości i równości uzasadnia takie zróżnicowanie?

Do krytyków RPO dołączyli też praktycy. Pan Marcin Ciemniewski z firmy Ernst&Young w Gazecie Wyborczej zarzucił Rzecznikowi błąd w rozumowaniu: „przecież ktoś, kto przekroczył próg podatkowy o 1 zł, nie zapłaci 32% od całego dochodu, tylko od 1 zł”.

Pozwolę sobie zwrócić uwagę Pana Marcina Ciemniewskiego z firmy Ernst&Young, że przed skomentowaniem, warto nieco dokładniej przeczytać co się komentuje (i może postarać się zrozumieć). RPO napisał, że jest „rzeczą oczywistą, że sytuacja podatnika, który w roku podatkowym zarobił 85.528 zł, nie różni się niczym od sytuacji podatnika, który w tym samym czasie zarobił 85.529 zł. Tymczasem ustawodawca zróżnicował te dwie kategorie osób, każąc stosować - od każdej złotówki zarobionej ponad (podkreślenie moje) ustanowione w tym przepisie dochody - wyższy próg podatkowy”.

I brawo dla Rzecznika (nie tylko dlatego, że mnie cytował). Oby częściej tak się starał „zaistnieć”!