Robert Gwiazdowski

Gospodarka klasycznie

Archiwum: czerwiec 2009

2009-06-29 17:40

BAB

No i proszę: „Goldman Sachs staff can look forward to the biggest bonus payouts in the firm ′s 140-year history” – pisze Guardian:

http://www.guardian.co.uk/business/2009/jun/21/goldman-sachs-bonus-payments

A skąd takie doskonałe wynik? Ano stąd, że nakupowali obligacji, których oprocentowanie amerykański rząd musiał podnieść, żeby pozyskać środki na ratowanie AIG, które bezpośrednio przed „bailout’em”, w czasach gdy Departamentem Stanu kierowały Henry Paulson – były prezes Goldman Sachs – wypłaciło Goldman Sachs 5,9 mld. USD.

W marcu, gdy ujawniono ten fakt, David Viniar – CFO Goldmana – stwierdził, że było to działanie jak najbardziej biznesowe i całkowicie etyczne. “We don ′t think we did anything wrong ” – stwierdził Viniar.

Minęły raptem trzy miesiące i teraz czas na premie. Po różnych ABS-ach (basset back security) CDS-ach (credit default swap) mamy teraz BAB („bonuses are back)!

Premie będą za zyski w inwestycje w zobowiązania podatników. Bo przecież obligacje, które kupił Goldman, rząd będzie musiał kiedyś wykupić. Więc podatnicy będą musieli zrobić zrzutkę po raz wtóry. Jak w naszych OFE – raz żeby była forsa dziś (którą się „inwestuje” w obligacje), a drugi raz, żeby była jeszcze  „jutro” – na wykup obligacji (plus interest of course).

Następca Paulsona na stanowisku prezesa Goldmana Lloyd Blankfein, obwieścił: „the firm was obligated to ensure that compensation reflects the true performance of the firm and motivates proper behavior.”

Coraz częściej się zastanawiam, czy czasami bolszewicy nie mieli racji… Przynajmniej w niektórych przypadkach!


2009-06-26 16:10

WYZWANIE ROZWOJOWE - CZYLI KIEDY BĘDĄ DROGI

W przygotowanym przez zespół doradców strategicznych Premiera raporcie „Polska 2030” znalazło się wyzwanie „Odpowiedni potencjał infrastruktury”.

Słusznie zauważono w nim, że „Obok sprawnego systemu finansowego i aktywności zawodowej jest trzecim rodzajem swoistego „krwioobiegu” w procesach ekonomicznych”. Rację mają także autorzy raportu pisząc, że „najbardziej istotnym rozstrzygnięciem dylematu rozwojowego, związanego z infrastrukturą, jest kwestia środków na etapowe finansowanie inwestycji w tej dziedzinie”. I całkowicie zgadzam się z twierdzeniem, że „nie wolno popełniać błędu w postaci podporządkowania polityki transportowej samemu sektorowi i jego aspiracjom”. Tak samo, jak „wojna to zbyt poważną sprawą, żeby pozostawić ją samym generałom”, tak budowanie dróg jest zbyt poważną sprawą, żeby zostawić to budowniczym” Oni oczywiście chwiliby budować piękne autostrady. Tak jak generałowie prowadzić piękne bitwy. Ale trzeba najpierw rozstrzygnąć, czy sama wojna ma sens.

Centrum Adama Smitha wraz z Krajową Radą Izby Urbanistów wystosowało dziś do Pana Premiera apel o zmianę podejścia do procesu budowania dróg.

Osobiście się nie znam na budowie dróg, ale urbaniści, którzy się znają, potwierdzili moje intuicyjne przekonanie, wyrażane zresztą z pozycji laika, że lepiej jest mieć drogę szybkiego ruchu z miasta A do miasta B, po której można podróżować legalnie z prędkością 100 km/h niż piękną autostradę z przejściami podziemnymi dla ślimaków z miejsca C do miejsca D (które leżą pomiędzy miastami A i B) i gigantyczne korki na dojazdach do tych miejsc.

Ilość środków, którymi państwo dysponuje na budowę dróg jest ograniczona. Dlatego lepiej wydać je sensownie, niż bezsensownie.

Z jednej strony mamy problem finansowy. Polski nie stać na pokrycie całego kraju najlepszymi autostradami na Świecie. Więc powinniśmy najpierw pokryć kraj drogami, po których da się w miarę bezpiecznie i szybko jeździć. Rachunek jest prosty: 1 km autostrady = 3 km drogi szybkiego ruchu.

Z drugiej strony mamy problem logistyczny. Każdy miesiąc bez dróg to więcej zabitych i rannych i więcej spalonego paliwa. Więc im szybciej zbudujemy te drogi – tym lepiej. Na nowe autostrady potrzebujemy całą masę pozwoleń budowlanych i uzgodnień środowiskowych. Ale możemy przecież dokonać remontów dróg w istniejących pasach drogowych bez konieczności budowy przejść podziemnych dla ślimaków.

Zgadzając się ze stanowiskiem zespołu doradców strategicznych Premiera, że infrastruktura ma istotne znaczenie dla kraju, nie znajdując jednak w raporcie „Polska 2030”, poza samym opisem dylematu, żadnych propozycji rozwiązań, postanowiliśmy przedstawić własne.

Dlatego też wystosowaliśmy z Panem Wiesławem Bielawskim – Prezesem Krajowej Rady Izby Urbanistów – do Pana Premiera Donalda Tuska propozycję zmian istniejących rozwiązań prawnych.

 

 

Donald Tusk

Prezes Rady Ministrów RP

w miejscu

Warszawa, 26 czerwca 2009 r.

Szanowny Panie Premierze,

Przedkładamy bezpośrednio na Pana ręce propozycję radykalnego skrócenia procesu budowy, przebudowy i remontów dróg w naszym kraju. Do odwołania się wprost do sprawowanego przez Pana Urzędu i posiadanej władzy skłania nas analiza dotychczasowych poczynań ministrów w Pana Rządzie. Nie daje ona w tym zakresie rękojmi realizacji w tym zakresie stojących zobowiązań nie tyle przed instytucjami międzynarodowymi, co wobec własnych obywateli.

Według naszej oceny przyjęcie dwu ustaw „specjalnych”: Ustawy o autostradach płatnych oraz o Krajowym Funduszu Drogowym z dn. 27 października 1994 (Dz. U. Nr 127 poz. 627, ze zmianami) oraz Ustawy o szczególnych zasadach przygotowania i realizacji inwestycji w zakresie dróg publicznych z dn. 10 kwietnia 2003 (Dz. U. Nr 80, poz. 721, ze zmianami) nie przyspieszyło budowy dróg w Polsce, tylko spowolniło ich przebudowę i remonty.

Wyjściem z tej sytuacji jest przywrócenie trybu lokalizacji dróg wynikającego z Ustawy o zagospodarowaniu przestrzennym z dn. 27 marca 2003 (Dz. U. Nr. 80, poz. 717, ze zmianami). Pozwoli to uniknąć wydawania decyzji o realizacji inwestycji drogowej dla takiej przebudowy, która ma na celu jedynie podniesienie parametrów technicznych drogi.

Ze względu na obszerność i złożoność tematu, pozwalamy sobie przedstawić propozycję do bezpośredniej realizacji przez Pana Rządu w dołączonym dokumencie.

Mamy nadzieję, że do przełamania tej tyranii status quo wystarczy jedna Pana decyzja, która odblokuje proces budowy oraz naprawy dróg w naszej ojczyźnie.

 

W trosce o bezpieczeństwo na naszych drogach i rozwój kraju postulujemy rozwiązania, które pozwolą w krótkim czasie polepszyć jakość infrastruktury drogowej w kraju:

Wariant I – umożliwienie stosowania do lokalizacji i budowy dróg zarówno trybu ogólnego (ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym), jak i trybu szczególnego (ustawa o szczególnych zasadach przygotowania i realizacji inwestycji w zakresie dróg publicznych) Wariant II – usystematyzowanie prawa związanego z planowaniem przestrzennym, budownictwem (w tym inwestycjami publicznymi).

Wariant I jest możliwy do szybkiego przeprowadzenia. Wymaga jedynie kosmetycznych zmian polegających na:

-               Zlikwidowaniu Art. 11i ust. 2 ustawy o szczególnych zasadach przygotowania i realizacji inwestycji w zakresie dróg publicznych,  tak aby inwestycje drogowe mogły być prowadzone również trybem wynikającym z ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym.

-               Doprecyzowaniu definicji decyzji o realizacji inwestycji drogowej tak, aby nie dotyczyła przebudów i remontów dróg.

Wariant II jest wariantem docelowym. Jego przygotowanie wymaga czasu, ale gwarantuje stworzenie spójnego systemu zarządzania przestrzenią.

W obydwu wariantach należy zadbać o to, żeby przepisy wykonawcze do  ustawy o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko z dnia 3 października 2008 r. (Dz.U.  Nr 199, poz. 1227 ze zmianami) traktowały remonty i przebudowy dróg w ramach istniejącego pasa drogowego jako roboty budowlane nie wymagające przygotowania raportu o oddziaływaniu przedsięwzięcia na środowisko i wydawania decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach. 

Drogi  krajowe są zarządzane przez centralny organ administracji rządowej, którym jest Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad. W celu określenia wymagań technicznych i użytkowych rozporządzenie Ministra Transportu i Gospodarki Morskiej w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać drogi publiczne i ich usytuowanie z dnia 2 marca 1999 r. (Dz.U.  Nr 43, poz. 430)  ustala siedem klas dróg. Zgodnie z w/w  rozporządzeniem drogi krajowe powinny mieć następujące klasy: autostrada (symbol „A”), droga ekspresowa (symbol „S”), droga główna ruchu przyspieszonego (symbol „GP”) i wyjątkowo - droga główna (symbol „G”).

Polacy chcą jeździć bezpiecznymi drogami, z prędkością minimum 100 km/h. Nie muszą to być autostrady. 

Aby w miarę szybko poprawić jakość dróg krajowych wystarczy:

- podwyższyć ich klasę techniczną do klasy „S” (minimum „GP”) w ramach istniejących pasów drogowych, tam gdzie to możliwe;

- budować obwodnice miast i wsi oraz nowe drogi klasy „S” (minimum „GP”) tam gdzie to konieczne.

Autostrady należy realizować  wyłącznie tam, gdzie musimy wywiązać się ze zobowiązań międzynarodowych (TEN-T).

Metodę podwyższania klasy technicznej w ramach istniejących pasów drogowych można zastosować również do innych kategorii dróg publicznych, będących w zarządzie samorządów województw (drogi wojewódzkie), powiatów (drogi powiatowe) i gmin (drogi gminne). Dobry przykład ze strony Rządu byłby tu wskazany.  

Roboty budowlane polegające na podwyższaniu klasy technicznej dróg w ramach istniejących pasów drogowych ustawa Prawo budowlane z dnia 7 lipca 1994 r. (Dz.U.  Nr 89, poz. 414 ze zmianami), kwalifikuje jako przebudowy lub remonty. Tego typu prace mogą być wykonywane bez pozwolenia na budowę pod warunkiem, że nie są przedsięwzięciami mogącymi zawsze znacząco oddziaływać na środowisko w rozumieniu ustawy o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko z dnia 3 października 2008 r. (Dz.U.  Nr 199, poz. 1227 ze zmianami).

Przepisem wykonawczym ustalającym listę w/w przedsięwzięć jest rozporządzenie Rady Ministrów w sprawie określenia rodzajów przedsięwzięć mogących znacząco oddziaływać na środowisko oraz szczegółowych uwarunkowań związanych z kwalifikowaniem przedsięwzięcia do sporządzenia raportu o oddziaływaniu na środowisko z dnia 9 listopada 2004 r. (Dz.U.  Nr 257, poz. 2573), które ma obowiązywać tylko do 19. 08. 2009. W świetle w/w Rozporządzenia remonty dróg oraz niektóre przebudowy nie są przedsięwzięciami mogącymi zawsze znacząco oddziaływać na środowisko, a tym samym wykonanie takich robót budowlanych nie wymaga wydania decyzji o pozwoleniu na budowę.

Gdyby do realizacji inwestycji drogowych stosowało się przepisy Ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym z dnia 27 marca 2003 r. (Dz.U.  Nr 80, poz. 717 ze zmianami) to  dla w/w prac nie trzeba byłoby również sporządzać miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, czy wydawać decyzji o ustaleniu lokalizacji inwestycji celu publicznego.

Niestety w art. 11i i ust. 2 ustawy o szczególnych zasadach przygotowania i realizacji inwestycji w zakresie dróg publicznych z dnia 10 kwietnia 2003 r. (Dz. U. Nr 80, poz. 721 ze zmianami) wyraźnie stwierdzono:

„W sprawach dotyczących zezwolenia na realizację inwestycji drogowej nie stosuje się przepisów o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym.” Oznacza to, że dla wszystkich robót budowlanych dotyczących dróg trzeba wydawać w świetle w/w ustawy decyzję o zezwoleniu na realizację inwestycji drogowej.  W przypadku remontów i przebudów wydłuża to proces inwestycyjny o minimum kilka miesięcy.

Wejście w życie tzw. „spec-ustaw drogowych”, czyli:

- ustawy o autostradach płatnych oraz o Krajowym Funduszu Drogowym z dnia 27 października 1994 r. (Dz.U.  Nr 127, poz. 627 ze zmianami)

oraz

- ustawy o szczególnych zasadach przygotowania i realizacji inwestycji w zakresie dróg publicznych z dnia 10 kwietnia 2003 r. (Dz. U. Nr 80, poz. 721 ze zmianami)

nie przyspieszyło budowy dróg w Polsce. W dodatku ich konstrukcja prawna budzi następujące wątpliwości:

-               Brak zdefiniowania decyzji o zezwoleniu na realizację inwestycji drogowej skutkuje koniecznością wydawania takich decyzji dla wszystkich robót budowlanych prowadzonych przy drogach - również dla remontów i przebudów, które to prace nie wymagałyby wydawania decyzji o ustaleniu lokalizacji inwestycji celu publicznego w rozumieniu ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym.

-               Nie wiadomo, czy można uchwalać miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego, których integralną częścią jest układ drogowy. Art. 11i ust. 2 ustawy o szczególnych zasadach przygotowania i realizacji inwestycji w zakresie dróg publicznych sprowadza planowanie przestrzenne do terenów zawartych w kwartałach ulicznych.

-               Decyzja o realizacji inwestycji drogowej wydawana na podstawie ustawy o szczególnych zasadach przygotowania i realizacji inwestycji w zakresie dróg publicznych nie musi respektować aktów prawa miejscowego, czyli miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, które są źródłami prawa w rozumieniu art. 87 ust. 2 Konstytucji RP. Budzi to zasadnicze wątpliwości co do zgodności z Konstytucją obydwu „spec-ustaw”.

Przygotowanie wniosków i  wydanie decyzji o zezwoleniu na realizację inwestycji drogowej jest często równie pracochłonne i czasochłonne jak opracowanie i uchwalenie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego czy wydanie decyzji o ustaleniu lokalizacji inwestycji celu publicznego.

 

Wacław Bielawski                                                                                                                     Robert Gwiazdowski


2009-06-25 21:00

MEMORIAŁOWE ZATORY PŁATNICZE

Kilka dni temu media obiegła wiadomość, że PKN Orlen poinformował kontrahentów, że z uwagi na problemy finansowe z powodu zakupu Możejek będzie rozliczał się w terminie 90 dni, a niej 30 –  jak dotychczas!!! Oczywiście żartuję!  Nie podano, że to z powodu Możejek. Powodu nie podano w ogóle. Ale reszta się zgadza. Zresztą to nie PKN Orlen wymyślił taki sposób postępowania. W trudnych czasach finansowanie się należnościami to powszechna praktyka. Orlen przynajmniej poinformował kontrahentów, że zmienia warunki kontraktu. Jako że „duży może więcej” zrobił to jednostronnie. Jak się komuś nie podoba, może wypowiedzieć umowę. Albo się procesować o odsetki. Ciekawe, czy się ktoś znajdzie i zrezygnuje z takiego kontrahenta?

Inni po prostu nie płacą i już. Jak wynika z opublikowanych dziś badań PKPP Lewiatan, przeciętny czas rozliczenia transakcji zwiększył się w tym roku o jedną trzecią. Najdłużej na należności czekają „Misie” – małe i średnie firmy –  podwykonawcy dużych koncernów. Połowa ankietowanych przyznaje, że musi czekać na płatności dłużej niż w ubiegłym roku. Przeciętny okres spłaty należności wzrósł do 44 dni. W 2008 r. przedsiębiorcy czekali na zapłatę średnio 33 dni. Najbardziej dotknęło to  średnie firmy zatrudniające od 50 do 250 osób. 63% z nich potwierdziło występowanie opóźnień. Przeciętny okres spłaty należności zwiększył się w ich przypadku z miesiąca do 54 dni.

A winny jest temu… ustawodawca. Wszystko przez memoriałową zasadę rozliczeń. Mam fakturę – to mam  koszt! Płacę podatek od dochodu (czyli „koszt” sobie odliczam od przychodu – choć go nie poniosłem). Mam więcej pieniędzy w kasie i mogę nimi obracać. Kłopot polega tylko na tym, że wystawca faktury zapłacić podatek musi! Pan Minister Finansów, który weźmie sobie z PKN Orlen dywidendę (no w tym roku to akurat nie weźmie bo Orlen w zeszłym roku miał stratę), każe podatnikom płacić podatki od dochodu, którego jeszcze faktycznie nie uzyskali – bo taki Orlen im nie zapłacił.

Podobno przejście z memoriałowej na kasową zasadę rozliczeń byłoby groźne dla budżetu. Tak przynajmniej twierdzą w Ministerstwie Finansów. Dla pracownika (czyli klasy robotniczej) przychodem jest pensja, jak ją otrzyma! Dla przedsiębiorcy (kapitalisty – albo „prywaciarza”) przychodem jest wystawienie faktury, którą wystawić musi, jak wykona usługę albo dostarczy towar. Nawet, jak nie otrzyma zapłaty. Taka sobie malutka różnica. Jak przedsiębiorca faktury nie wystawi (żeby nie płacić podatku i nie powiększać straty, gdy się poniewczasie zorientuje, że kontrahent może nie zapłacić) będzie miał do czynienia z prokuratorem – za nierzetelnie prowadzenie ksiąg rachunkowych.

No i najważniejsze: przy kasowej zasadzie rozliczania podatków wyższa należność musiałby wykazać ten, kto nie mógłby zaliczyć do kosztów niezapłaconej faktury. Z punktu widzenia dochodów państwa wyszłoby na to samo!

Ale żyjemy w „państwie prawa budującym społeczną gospodarkę rynkową” czy jakoś tak…

 

 


2009-06-24 11:00

WYZWANIE ROZWOJOWE - CZYLI KIEDY ZGAŚNIE ŚWIATŁO?

Przypadki rządzą światem. Więc pewnie przez przypadek dzień po opublikowaniu przez zespół doradców strategicznych Premiera raporcie: „Polska 2030. Wyzwania rozwojowe”, o którym pisałem w poprzednim wpisie, odbyła się w Warszawie V Międzynarodowa Konferencja New Energy User Friendly. Wygłoszony w jej trakcie referat Pana Profesora Krzysztofa Żmijewskiego świetnie koresponduje (to znaczy nie koresponduje) z wyzwaniem numer 5 jakie pojawiło się w raporcie doradców strategicznych premiera: ”Bezpieczeństwo energetyczno-kimatyczne”. Profesor Żmijewski twierdzi, że latach 2008-2012 deficyt pozwoleń na emisje CO2 oznacza dla europejskich konsumentów wydatki rzędu 300 mln € rocznie, a przyjęty przez Komisję Europejską Emissions Trading Scheme (ETS) na lata 2013-2020 będzie ich kosztował od 2,3 do 7,3 mld € ROCZNIE! Oznacza to wzrost cen za energię elektryczną od 12 do 37 €/MW.

Oczywiście energia elektryczna w Polsce jest za tania (statystyczne gospodarstwo domowe wydaje dziś więcej na telefony niż energię elektryczną) ale wzrost cen o 93% (a tak jest w jednym scenariuszu) wynikający z decyzji czysto politycznych, to nie jest korekta, ale katastrofa.

Niestety ponad 90% energii zużywanej w Polsce pochodzi z węgla kamiennego. Dlatego produkcja 1MWh oznacza emisję 1t CO2.

Przy cenie 40-80 € za prawo do emisji tony CO2 polska elektro-energetyka będzie musiała wysupłać od 1,5 do 3 mld € ROCZNIE! Ale to i tak mały „pikuś”, bo jak twierdzi Pan Profesor Żmijewski (były prezes zarządu PSE) na inwestycje w samej energetyce polskie firmy powinny wydać 100 mld €!!! A w ciepłownictwie prawie tyle samo.

Tymczasem w ENEI 22 czerwca odbył się dwugodzinny strajk ostrzegawczy. Pracownicy domagają się podwyżek płac. Wytłumaczenie mają proste: przecież nawet ministrowie dostali podwyżki od nowego roku. To prawda, że przykład idzie z góry, ale powołując się na ten przykład – czyli podwyżki dla ministrów i zarządu – związkowcy z ENEI zapomnieli, że ponad 100 tys. energetyków w całym kraju ma coś, czego ministrowie i zarządy spółek energetycznych nie mają. Mianowicie gwarancje zatrudnienia. Budując „bezpieczeństwo energetyczne” kraju, które jak wiadomo nie zależy od inwestycji w turbiny w elektrowniach tylko od inwestycji w „kapitał ludzki” czyli swoich własnych prezesów i budowę odpowiednich „struktur gospodarczych” rząd PiS budował „czebole” energetyczne, a żeby przekupić związkowców zafundował im nie lada przywileje. Bo przecież związkowcy mają gdzieś optymalizację procesów gospodarczych a interesują ich jedynie własne przywileje. Jak kiedyś szlachtę. W trakcie restrukturyzacji sektora energetycznego w latach związkowcy wynegocjowali z zarządami, przy aprobacie rządu, dziesięcioletnie gwarancje zatrudnienia, bonusy trzy razy w roku, zapewnienie corocznych podwyżek według wskaźnika wzrostu wynagrodzeń. A na podstawie ponadzakładowego układu zbiorowego pracy dla pracowników przemysłu energetycznego z 1993 roku po przepracowaniu roku pracownicy sektora nabywają prawo kupowania prądu z 80-ci procentową ulgą w limicie 3 tys. kWh/r. Pracownik pokrywa koszty w wysokości 20% rachunku za energię i usługę przesyłową. Pozostałą część należności reguluje pracodawca. Dla porównania średnie gospodarstwo domowe w Warszawie zużywa rocznie ok. 2,2 tys. kWh.

Jak się to wszystko policzy, to chyba najwyższy czas uświadomić sobie, że około roku 2017 może być w naszych domach ciemno… A bez prądu trudno będzie sprostać tym wszystkim wyzwaniom rozwojowym, na które zwrócił uwagę zespół doradców strategicznych Premiera w raporcie: „Polska 2030”.


2009-06-19 12:10

POLSKA 2030. WYZWANIA ROZWOJOWE. KOREFERAT

Zespół doradców strategicznych Premiera przygotował raport: „Polska 2030. Wyzwania rozwojowe” (dalej: „Raport”).

W Raporcie wskazano 10 najważniejszych wyzwań przed którymi stoi Polska, prezentując diagnozy i rekomendacje. Ja pokuszę się o komentarz.

1. Wzrost gospodarczy i konkurencyjność

Diagnoza: Polskie firmy produkcyjne mają o kilkadziesiąt procent niższą wydajność niż przedsiębiorstwa w krajach starej UE. Wraz ze wzrostem kosztów pracy i cen energii przewaga cenowa polskiej gospodarki będzie zanikać. Barierą dla rozwoju gospodarczego będzie też słaby rynek pracy, na którym zabraknie pracowników, przede wszystkim tych z wyższymi kwalifikacjami.

Rekomendacje:

– zwiększenie nakładów inwestycyjnych, przede wszystkim w sektorach nowych, wysokoproduktywnych technologii

– likwidacja barier biurokratycznych, co ułatwiłoby przedsiębiorcom dostosowywanie się do zmian na rynku

– wydłużenie czasu aktywności zawodowej przez likwidację przywilejów emerytalnych. przyspieszenie wchodzenia młodych ludzi na rynek pracy dzięki rozpoczynaniu edukacji w wieku 4 lat i zachętom do zatrudniania uczniów i studentów

– obniżenie klina podatkowego

Mój komentarz:

Diagnoza nie do końca słuszna. Niższa wydajność cechuje przede wszystkim firmy duże, zwłaszcza państwowe. Bo bonzowie z kilkunastu związków zawodowych działających w każdej państwowej firmie zatrudnieni jak najbardziej są i wpływają na statystykę zatrudnienia, ale jego efektywność zdecydowanie obniżają. W sektorze MSP bywa dokładnie na odwrót – polskie przedsiębiorstwa są często bardziej wydajne i efektywne niż konkurencja zagraniczna.

Dowód: zainteresowanie polskimi pracownikami w całej praktycznie Europie i dobra o nich opinia; ekspansja polskich firm na rynkach zagranicznych.

A skoro się „rekomenduje” zwiększenie nakładów inwestycyjnych to należałoby wskazać, skąd mają pochodzić środki na owe inwestycje. Likwidację barier biurokratycznych i „obniżenie klina podatkowego” zapowiada każdy rząd i za każdym razem kończy się na zapowiedziach. Przypomnę, że kilka dni temu rząd nie wykluczył zdecydowania możliwości podwyższenia składki rentowej – to pewnie w ramach „obniżania klina”? A pomysł rozpoczynania nauki w wieku lat 4 jest czystym barbarzyństwem wobec tych 4-latków! Mam wrażenie, że bardziej jest on związany z wyzwaniem drugim – czyli demografią, niż ze wzrostem gospodarczym i konkurencyjnością.

 

2. Demografia

Diagnoza: Polska boryka się z bliskim zera wzrostem demograficznym. Z czasem będzie się pogarszać struktura wiekowa społeczeństwa – w 2030 roku liczba osób w wieku powyżej 80 lat będzie wynosić 2 mln. Pojawi się problem wzrostu nakładów na system medyczny i opiekę nad starszymi osobami, których malejąca liczba osób w wieku produkcyjnym nie będzie w stanie sfinansować.

Rekomendacje:

– zwiększenie wskaźnika urodzeń poprzez wprowadzenie elastycznych form zatrudnienia np. telepracy lub pracy w ograniczonym wymiarze dla kobiet, zwiększenie odpowiedzialności państwa za opiekę nad dziećmi

Mój komentarz:

Diagnoza słuszna. ZUS zrobił taką już wiele lat temu. Rekomendacja – śmieszna. Pewnie dlatego, że diagnoza dotyczy skutku, ale nie rozpoznaje przyczyn choroby. Dlaczego tak się stało, że przyrost demograficzny w Polsce jest bliski zera, a w innych krajach jeszcze niższy? Dlatego właśnie, że nastąpiło rozerwania związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy ilością potomstwa a bezpieczeństwem na starość. Państwo obiecało ludziom, że się o nich zatroszczy, ale na ten cel musi ich opodatkować. W efekcie wielu przestało widzieć konieczność zajmowania się wychowywaniem dzieci, zwłaszcza, że państwo pozbawiło ich znacznej części dochodu niezwykle wysoko opodatkowując ich pracę – w efekcie czego nie maja oni dostatecznych środków na wychowywanie dzieci. A zatem rekomendacja: „zwiększenie odpowiedzialności państwa za opiekę nad dziećmi” będzie przeciwskuteczna. Państwo będzie bowiem na ten cel potrzebowało większej ilości środków. A więc będzie musiało „podwyższyć klin podatkowy”. A ludzie nadal będą utrzymywani w przeświadczeniu, że ich dola na starość zależy od państwa.

 

3. Aktywność zawodowa

Diagnoza: Polska ma jeden z najniższych w Unii Europejskiej wskaźników zatrudnienia. Polacy są mało mobilni, niechętnie zmieniają miejsce pracy i zdobywają nowe kwalifikacje. Bezrobotni zamiast pomocy w postaci szkoleń dostają demotywujące zasiłki.

Rekomendacje:

– zwiększenie stopy inwestycji i tempa powstawania nowych miejsc pracy, by osoba tracąca zatrudnienie mogła szybko znaleźć nowe zajęcie;

– stworzenie systemu edukacji ustawicznej, permanentnego podnoszenia kwalifikacji także ułatwiającego znalezienie zatrudnienia

– uzależnienie wysokości płacy minimalnej od sytuacji gospodarczej regionu, obniżenie opodatkowania najgorzej płatnej pracy

– skoncentrowanie zadań urzędów pracy na szkoleniach i poszukiwaniu pracy dla bezrobotnych zamiast na wypłacie zasiłków

Mój komentarz:

 W tym przypadku i diagnoza i rekomendacja jest słuszna. Problem tylko polega na tym, że w czasie gdy zespół doradców strategicznych Premiera zajęty był przygotowywaniem Raportu „Polska 2030” nie zwrócił uwagi, że w ubiegłym roku na wcześniejsza emeryturę odeszła rekordowa ilość pracowników, a w ubiegłym tygodniu pojawiła się informacja o kolejnym podwyższeniu płacy minimalnej, i to bynajmniej bez żadnego „uzależnienia jej wysokości od sytuacji gospodarczej regionu”.

 

4. Infrastruktura

Diagnoza: Polska ma dość gęstą jak na warunki europejskie gęstość dróg, ale wyraźnie brakuje nam autostrad i dróg ekspresowych. Podobnie wygląda sytuacja z drogami kolejowymi, które są nieprzystosowane do obsługi szybkich pociągów. Słabo rozwinięte są lotniska, a brak sieci telekomunikacyjnych na prowincji ogranicza potencjał rozwojowy biedniejszych regionów.

Rekomendacje:

– do 2012 – 2013 roku za pieniądze ze środków unijnych wspomaganych krajowymi powinny powstać najważniejsze drogi ekspresowe i autostrady. Państwo powinno zachęcić prywatnych inwestorów do budowania łączy internetowych w małych miasteczkach i na wsi – do 2020 roku dokończenie, za pieniądze z kolejnego budżetu UE, budowy dróg, głównych szlaków kolejowych i lotnisk.

Mój komentarz:

Budowy dróg już nie ma co komentować. Autorzy Raportu przeoczyli chyba, że nawet na budowę kluczowego odcinka autostrady A2 nie znalazł się żaden prywatny inwestor. W Google do zapytania: „opóźnienia w budowie autostrad” wyświetla się prawie 30 tysięcy adresów!

 

5. Bezpieczeństwo energetyczno – klimatyczne

Diagnoza: Polski sektor energetyczny jest przestarzały – istnieje ryzyko, że w nieodległej przyszłości pojawią się niedobory prądu. Do 2030 roku energetyka powinna podwoić swoje mocy wytwórcze. Stan środowiska naturalnego stopniowo się poprawia, ale istnieje ryzyko, że Polsce zacznie brakować wody.

Rekomendacje:

- zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego przez budowę nowych elektrowni w tym dwóch elektrowni atomowych do 2025 roku, poprawa efektywności pracy w energetyce, stworzenie połączeń transgranicznych

– dywersyfikacja źródeł energii poprzez uruchomienie importu skroplonego gazu ziemnego

– stworzenie i wdrożenie planu rozwoju odnawialnych źródeł energii

– stworzenie programu ochrony zasobów naturalnych

Mój komentarz:

Polski sektor energetyczny dobiją nowe zasady handlu prawami do emisji CO2, które uprzywilejowują międzynarodowe instytucje finansowe kosztem producentów energii zwłaszcza z państw postkomunistycznych, w których infrastruktura produkcyjna i przesyłowa pamięta czasy gdy obowiązywało bolszewickie hasło, że komunizm do władza rad + elektryfikacja wsi. Elektrownie atomowe można wybudować w 8-10 lat. Więc albo podejmujemy decyzję o ich budowie i budujemy, albom udajemy i bredzimy, że do końca 2012 roku zostanie podjęta decyzja o ich lokalizacji – bo taki horyzont określił rząd, któremu doradza zespół doradców strategicznych. A jeśli mówimy o poprawie efektywności pracy w energetyce, to pytanie:  czy chodzi o efektywność pracy urządzeń, czy o ludzie? Jeśli to drugie, to jestem jak najbardziej za. Bo sektor energetyczny to doskonały przykład zapóźnień pod względem wydajności pracy, o której była mowa w punkcie 1. Związki zawodowe dostały bowiem kosmiczne przywileje. Więc bardzo bym chciał usłyszeć, czy pod hasłem „poprawy efektywności pracy w energetyce” doradcy strategiczni rozumieją ograniczenie tych przywilejów. Jeśli tak – to świetnie. Niech tylko to głośno powiedzą, a ich natychmiast poprę. A Pan Premier ich wyrzuci z roboty, bo związkowcy, w odróżnieniu od nie związkowców chodzą na wybory.

 

6. Gospodarka oparta na wiedzy i rozwój kapitału intelektualnego

Diagnoza: Podwyższenie wskaźników zatrudnienia na niewiele się zda, jeśli będą powstawać niskoproduktywne miejsca pracy (na przykład w budownictwie). Dziś Polska ma niski kapitał intelektualny (niematerialne wartości takie jak wiedza, wykształcenie, innowacyjność przedsiębiorstw) a także niska jest efektywność sektora publicznego. Za mało wydajemy na badania naukowe i nawet te skromne środki są marnotrawione, bo badania prowadzone przez polskich naukowców są mało przydatne gospodarce.

Rekomendacje:

– uruchomienie wczesnej edukacji, nawet w wieku 4 lat

– wprowadzenie konkurencji do systemu edukacyjnego – szkoły i uczelnie powinny konkurować o uczniów i studentów

– powiązanie badań naukowych z potrzebami gospodarki

– pomoc państwa w przyciąganiu zagranicznych inwestycji w sektor naukowy – tworzenie centrów rozwojowo – badawczych

 

Mój komentarz:

Znowu błędna diagnoza. Polscy przedsiębiorcy należą do najbardziej innowacyjnych na świecie. Członkowie zespołu doradców strategicznych nigdy widocznie nie uczestniczyli w procesie uzyskiwania pozwolenia na budowę. Innowacyjność jaką się trzeba przy tym wykazać przekracza ich najśmielsze przypuszczenia. Zwłaszcza w sektorze energetycznym – który uznany został za jeden z dziesięciu priorytetów, o którym była mowa w punkcie 5. Zwłaszcza w obszarze energii odnawialnej – która, podobno, jest priorytetem.

Oczywiści współczesna gospodarka jest i będzie coraz bardziej opierała się na wiedzy. Ale ta wiedza opodatkowana jest jak wódka – o czym już pisałem. Na legalne zatrudnienie młodego informatyka, który otrzyma 2 tys. zł. „do kieszeni”, pracodawca musi wydać dodatkowo 1.600. Zatrudni go więc „na czarno” albo nie zatrudni w ogóle.

Szkoda też, że rekomendując „wprowadzenie konkurencji do systemu edukacyjnego” nie sprecyzowano jak tę konkurencję wprowadzić. Może bon edukacyjny? W Raporcie jest o nim mowa tylko przy okazji wyzwania 6 w kontekście kształcenia dorosłych. A jest to rozwiązanie, które mogłoby się przyczynić znacznie lepiej do wyrównywania szans dzieci z bogatych aglomeracji i biednych regionów, o czym mowa w wyzwaniu 7.

A im głupszy pomysł, tym się częściej powtarza. Katorga objęcia czterolatków powszechnym obowiązkiem edukacyjnym należy właśnie do tej kategorii – i dlatego pojawiła się po raz drugi również przy okazji tego wyzwania.

A podanie przykładu budownictwa jako niskoproduktywnego miejsca pracy zakrawa na kpinę z tych wszystkich, którzy nie maja gdzie mieszkać i – tym samym – przyczyniać się do poprawy sytuacji demograficznej o której mowa w wyzwaniu 2.

 

7. Solidarność i spójność regionalna

Diagnoza: W Polsce nie występują znaczące różnice rozwojowe pomiędzy regionami. Istnieje jednak podział na zurbanizowany zachód i wiejski, małomiasteczkowy wschód oraz bogate metropolie i ubogie rejony podmiejskie i wiejskie.

Rekomendacje:

– wspieranie rozwoju metropolii poprzez zwiększenie nakładów na infrastrukturę komunikacyjną, zacieśnienie współpracy między największymi miastami;

– stworzenie warunków dla dyfuzji dobrobytu z aglomeracji do uboższych regionów przez odpowiednią infrastrukturę transportową i telekomunikacyjną oraz wyrównanie szans edukacyjnych

– uporządkowanie przestrzeni publicznej w miastach poprzez uchwalenie planów zagospodarowania

– wprowadzenie ogólnopolskiego, powszechnego dostępu do internetu, poprawa jakości edukacji na terenach wiejskich

 

Mój komentarz:

Diagnoza wyjątkowo słuszna. Może dlatego, że oczywista. Ale rekomendacje…?!!!

„Zwiększanie nakładów na infrastrukturę komunikacyjna” i i tworzenie :odpowiedniej infrastruktury transportowej” w celu „stworzenia warunków do dyfuzji dobrobytu” to powtórzenie rekomendacji z wyzwania 4 – czyli infrastruktury. „Wyrównanie szans edukacyjnych” i „poprawa jakości edukacji na terenach wiejskich” to ta sama rekomendacja – po co było pisać dwa razy to samo. Zwłaszcza, że ta „podwójna” rekomendacja jest i tak jedynie rozwinięciem rekomendacji z wyzwania 6 - gospodarka oparta na wiedzy. Aż się prosi rozwinąć temat odpłatności za studia i bonu edukacyjnego. Dzisiejszy system promuje bogatsze rodziny z większych aglomeracji miejskich kosztem biedniejszych rodzin z uboższych regionów, o czym pisałem między innymi we wpisie „Szkoły, Giertych i Friedman”:

 http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=130

A co ma państwo do planów zagospodarowania przestrzennego? Tym się zajmują przecież samorządy, które się „uwłaszczyły” na początku przemian ustrojowych dzięki krańcowo złej ustawie o samorządzie terytorialnym. Co może zrobić dziś państwo? Ja bym zalecił przygotowanie ustawy zgodnie z którą jak gmina nie uchwali planu zagospodarowania przestrzennego w ciągu 12 miesięcy od wejścia w życie ustawy, to właściciel może przeznaczyć nieruchomość na cel dowolny pod jednym warunkiem, że jeśli w odległości kilometra od jego nieruchomości znajdują się już jakiekolwiek domy mieszkalne lub działki budowlane przeznaczone pod budownictwo mieszkaniowe – nie może być podjęta działalnośc przemysłowa.

 

8. Poprawa spójności społecznej

Diagnoza: Różnice społeczne między najlepiej i najgorzej sytuowanymi warstwami społeczeństwa pogłębiają się. Dotychczasowe metody wyrównywania dysproporcji majątkowych i kulturowych poprzez system podatkowy okazały się drogie i nieskuteczne.

Rekomendacje:

– odejście od welfare state do workfare society – koniec państwa opiekuńczego, początek społeczeństwa aktywności zawodowej – mniej transferów socjalnych i przywilejów emerytalnych, więcej zachęt do pracy, finansowania szkoleń zawodowych

– likwidacja wykluczenia cyfrowego poprzez wprowadzenie powszechnego dostępu do internetu w całym kraju

– wprowadzenie monitoringu efektywności świadczeń społecznych; te które spełnią swoją rolę i rozwiążą problem społeczny powinny zostać zlikwidowane

Mój komentarz: A nie mówiłem? Od 20 lat bredzę o tym, że „wyrównywanie dysproporcji majątkowych i kulturowych poprzez system podatkowy jest drogie i nieskuteczne”!. Bardzo mi miło, że w końcu moją diagnozę podzielił zespół doradców strategicznych Premiera. Ciekawe tylko, czy pogląd ten podzieli sam Pan Premier?

 

9. Sprawne państwo

Diagnoza: Polski sektor publiczny: wymiar sprawiedliwości, administracja, sektor usług publicznych (ochrona zdrowia, edukacja), są nieefektywne. W Europie tylko Włosi wypadają pod tym względem gorzej. Z porównania z krajami skandynawskimi wynika, że w Polsce 20 – 30 proc. pieniędzy, które trafia do sektora publicznego jest marnowanych.

Rekomendacje:

– wprowadzenie budżetu zadaniowego, rozliczanie urzędników i instytucji publicznych z osiąganych wyników

– wprowadzenie tam gdzie to możliwe konkurencji w usługach publicznych (szpitale, szkoły)

– uproszczenie systemu tworzenia prawa, likwidacja zbędnych przepisów i procedur administracyjnych

Mój komentarz:

Jakim cudem wyszło, że „w Polsce 20–30 proc. pieniędzy, które trafia do sektora publicznego jest marnowanych”. Błąd w diagnozie. Jest znacznie gorzej. Pisałem o tym niedawno we wpisie „Deficyt & władza”: http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=635

To, że powinno siew stosować w administracji zasady efektywności to jest „oczywista oczywistość”.

No i jeszcze ciekawostka: Zespół doradców strategicznych rekomenduje wprowadzenie budżetu zadaniowego. Był to zresztą postulat wyborczy PO. Tylko że w lutym ubiegłego roku, pan Minister Tomasz Arabski oświadczył, że w ramach oszczędności zlikwidowano w Kancelarii Premiera „hobbystyczny” zespół do spraw budżetu zadaniowego.

Pisałem o tym we wpisie „Arabski budżet zadaniowy”:

http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=352

Może od tego czasu w Kancelarii Premiera, albo w jakimś innym miejscu utworzono zespół mniej „hobbystyczny”. Bo Pani Profesor Teresa Lubińska – bogata „po mężu” – mogła zajmować się budżetem zadaniowym „hobbystycznie”. A jak jest teraz?

Ale za samo podejście do tematu należą się szczere wyrazy uznania. Pytanie tylko, czy jest to rekomendacja uczyniona z premedytacją, czy na skutek niewiedzy o nowych trendach w administracji publicznej w Europie. Bo jakiś czas temu, na wzór amerykański, mówiono o public menagement podkreślając efektywność działania administracji. Ale od pewnego czasu trend się zmienił. W miejsce public management pojawiło się public governance. Słowo governance pochodzi od łacińskiej gubernantia. Ma zatem ten sam źródłosłów co government. Oznacza metodę lub system rządzenia i odnosi się nie do struktur władzy, lecz do funkcji governing (w sensie wykonywania zadań władzy) z punktu widzenia sposobów działania i jakości „rządzenia. Governance nie odnosi się zresztą tylko do sektora publicznego. Obok public governance, występuje corporate governance (ktorego ugruntowanym polskim odpowiednikiem jest „ład korporacyjny”).

Podczas gdy w public management przywiązywano wiele uwagi do mierzenia efektów (zarówno indywidualnych, jak i organizacyjnych) w kategoriach outputs, w ramach public governance zwraca się uwagę przede wszystkim na interakcje różnych organizacji w celu osiągnięcia wyższego poziomu pożądanych efektów – outcomes uzyskiwanych przez obywateli i interesariuszy (stakeholders). W public governance procesy, w których dochodzi do interakcji różnych interesariuszy są uważane za ważne same dla siebie, bez względu na ich efekty!!! Nie jest ważne co robimy, ważne jest co ludzie odczuwają. No i nie ważne ile to kosztuje.

W public management są obywatele traktowani są jako konsumenci. Public governance koncentruje się na obywatelach jako interesariuszach (stakeholders) Interesariusze nie są zwykłymi konsumentami ani klientami, a administracja publiczna ujmowana w kategoriach governance nie jest po prostu sługą władzy politycznej ani sługą prawa, ani też szczególnym podmiotem rynkowym, lecz  stanowi część składową życia społeczeństwa, uczestniczącą w rozwiązywaniu problemów zbiorowych. A to musi przecież kosztować! Więc wielkie dzięki dla zespołu doradców strategicznych Premiera, że nas takimi pomysłami nie uraczył.

 

10. Wzrost kapitału społecznego

Diagnoza: Polska ma jeden z najniższych poziomów kapitału społecznego w Europie – cechujemy się niską aktywnością obywatelską, nieufnością wobec innych ludzi, brakiem zainteresowania dla dobra wspólnego i niskim zainteresowaniem swoją kulturą i historią. Debata publiczna odbywa się na niskim poziomie.

Rekomendacje:

– wzmocnienie postaw i inicjatyw obywatelskich poprzez wspieranie organizacji pozarządowych i uproszczenie przepisów regulujących tworzenie instytucji obywatelskich, stowarzyszeń etc.

– skoncentrowanie debaty publicznej na najważniejszych dylematach rozwojowych

– popularyzowanie wolontariatu

– rozwijanie edukacji kulturalnej i historycznej

– budowanie pozytywnego wizerunku Polski za granicą

 

 

Mój komentarz:

Diagnoza nie do końca trafna. Jeśli poziom kapitału społecznego mierzyć „aktywnością obywatelską” to powstaje pytanie: w czym ta aktywność ma się przejawiać. Jeśli udziałem w wyborach – to rzeczywiście wypadamy kiepsko.. Ale czy to wina niskiego poziomu „kapitału społecznego” czy niskiego poziomu „kapitału politycznego”?

„Wspieranie organizacji pozarządowych” przez rząd jest nieporozumieniem. Każda organizacja wspierana przez rząd, prędzej czy później, ale raczej prędzej, staje się „rządowa”.


2009-06-11 0:50

WYSTAWA „POLACY I NIEMCY PRZECIWKO KOMUNISTYCZNEJ DYKTATURZE”

1 czerwca 2009 r. w Centrum Edukacyjnym IPN uroczyście otwarta została wystawa „Polacy i Niemcy przeciwko komunistycznej dyktaturze”. Otwarciu towarzyszyła dyskusja panelowa.

http://www.kas.de/proj/home/events/48/8/veranstaltung_id-36359/index.html

Mnie, co prawda, nie zaprosili, ale ja zapraszam na wystawę, której stałem się mimowolnym, “fotograficznym ” symbolem :)

Wystawę można zwiedzać w dniach od 2 do 30 czerwca 2009 od poniedziałku do piątku w godz. 11.00–18.00 oraz w soboty w godz. 09.00–14.00 w w Centrum Edukacyjnym IPN w Warszawie, ul. Marszałkowska 21/25.
 


2009-06-10 19:10

DZIEŃ WOLNOŚCI PODATKOWEJ 2009

Dziś Centrum Adama Smitha ogłosiło, że 14 czerwca będziemy obchodzić Dzień Wolności Podatkowej. To co prawda dopiero za cztery dni, ale w epoce demokracji tabloidalnej musieliśmy zorganizować konferencję przed „długim weekendem” z uwagi na cykl wydawniczy gazet. Bo przecież liczymy DWP nie dla swojej własnej satysfakcji, tylko po to, aby uświadomić podatnikom ile kosztuje ich „darmowa” nauka, opieka zdrowotna i bynajmniej „niedarmowy” rząd. A do tego niezbędne jest, aby media podatników o thym fakcie poinformowały.

DWP obliczamy na podstawie udziału wydatków publicznych w PKB. Relacja ta najlepiej pokazuje skalę rzeczywistego obciążenia statystycznego podatnika, gdyż państwo nie ma żadnych innych pieniędzy niż te, które nam odbierze pod jakimś tytułem. I nie są to tylko podatki, które dziś płacimy. To są także składki, opłaty, cła, mandaty i oczywiście podatek inflacyjny.

Gdybyśmy od 1 stycznia oddawali państwu wszystko co zarobiliśmy na pokrycie swoich zobowiązań przypadających w tym roku, to od 14 czerwca moglibyśmy wszystko zostawiać dla siebie. Pracujemy więc prawie pół roku na państwo i rząd.

Oczywiście chodzi o statystycznego podatnika. Bo na przykład Pan Poseł Palikot świętował swój Dzień Wolności Podatkowej znacznie wcześniej. Podobnie jak inni nasi zapobiegliwi rodacy z lisy najbogatszych tygodnika Wprost, czy miesięcznika Forbes. A moja sąsiadka pracująca w jednym z urzędów, poczeka na swoją wolność jeszcze parę dni dłużej. Tak się bowiem śmiesznie składa, że ponad 30% podatników znajdujących się w drugim i trzecim przedziale skali podatkowej to… urzędnicy. Przedsiębiorcy i pracownicy przez nich zatrudnieni tworzący PKB muszą więc płacić podatki, żeby urzędnicy mogli dostać swoją wyższą pensję i od niej zapłacić wyższy podatek. Istny obłęd. Tylko się zwiększa emisja Co2. Bo przecież urzędnicy liczący te podatki, które mają zapłacić przedsiębiorcy i pracownicy, ściągający je i kontrolujący, czy zostały zapłacone a następnie wypłacający pensje kolegom urzędnikom i potem liczący podatki, które mają zapłacić ci urzędnicy, , ściągający je i kontrolujący, czy zostały zapłacone muszą zużywać energię elektryczną, papier (drzewa) itp. Całkowicie niepotrzebnie.

Trzeba jednak przyznać, że w tym roku świętujemy rekordowo wcześnie. Co prawda tak samo jak w zeszłym roku – 14 czerwca – ale rok ubiegły był rokiem przestępnym, dlatego od 1 stycznia do 13 czerwca było o jeden dzień więcej. Obniżka stawki PIT z 19% na 18% dała nam jeden dzień wolności więcej. Ale nie chwalmy dnia przed zachodem słońca. W lipcu ma być nowelizowana ustawa budżetowa i może się okazać, że do końca roku jeszcze parę dni naszej pracy trzeba będzie oddać fiskusowi.

Dla przypomnienia – w roku 1520 Sejm w Toruniu ustalił powszechny wymiar pańszczyzny na JEDEN DZIEŃ W TYGODNIU. Po roku 1543 wprowadzono naliczanie pańszczyzny od wielkości gruntu posiadanego przez chłopa za pomocą dni w tygodniu przypadających na łan ziemi. Pańszczyzna 4 dni od łana tygodniowo oznaczała, że chłop mający pół łana miał odpracować u pana 2 dni na każdy tydzień. A jako że pół łana to była statystycznie wielkość pola uprawianego przez chłopa – pańszczyzna wynosiła statystycznie dwa dni w tygodniu

Chłop pańszczyźniany pracował więc dla pana feudalnego na początku XVI wieku 52 dni w roku, a później 104 dni. I to był feudalny wyzysk. My na początku XXI wieku pracujemy dla Najjaśniejszej Rzeczypospolitej 164 dni. I to jest sprawiedliwość społeczna.

W tym roku świętujemy pod hasłem: każdy Polak zasługuje na raj podatkowy. Nie tylko Pan Poseł Palikot.

Na marginesie, nie mam Panu Posłowi za złe, że dokonuje optymalizacji podatkowej. Wręcz przeciwnie – uważam, że daje nam bardzo dobry przykład.

Jak stwierdził amerykański sędzia Learned Hand, minimalizowanie zobowiązań podatkowych przy wykorzystywaniu różnego rodzaju ulg, skoro ustawodawca je wprowadził, nie jest niczym niemoralnym, ani też bezprawnym. „Ciągle i ciągle na nowo sądy powtarzają, że nie ma niczego groźnego w takim organizowaniu swoich spraw, żeby utrzymać podatki na jak najniższym poziomie. Wszyscy to robią i wszyscy robią dobrze, ponieważ nikt nie jest zobowiązany, aby płacić więcej podatków niż tego wymaga prawo: podatki są narzuconym wymuszeniem, nie dobrowolnymi datkami. Każdy może tak ułożyć swoje sprawy, że jego podatki będą tak niskie jak to tylko możliwe; nie jest on zobowiązany wybierać tego wzorca w którym państwo dostanie najwięcej”.

Ale rozwiązania, które są dobre dla Pana Posła Palikota, nie mogą być przecież złe dla innych polskich podatników. Więc wprowadźmy w Polsce takie, jakie Pan Poseł uznał za dobre dla siebie samego. Przecież wie co robi skoro jest bogaty. Nieprawdaż?


2009-06-06 11:00

CZY TY TEŻ ZAGŁOSUJESZ?

W jednej z gazet na pierwszej stronie czytam tytuł: „Zagłosuj, polubisz Europę”. Ależ ja Europę lubię! Tylko europejskich biurokratów znacznie mniej.

W innym miejscu zachęta: „Figo, Barciś, abp Nycz i Pudzian zagłosują. A Ty?” Ja nie. A Doda?

Proszę zwrócić uwagę: niby są wybory, ale mamy głosować. I nie jest to błąd dziennikarski. Tak właśnie jest: mamy „głosować”!

Więc dla wszystkich którzy zamierzają wypełni swój obywatelski obowiązek i iść jutro głosować przypomnę niektóre postanowienia ustawa z dnia 23 stycznia 2004 roku Ordynacja wyborcza do Parlamentu Europejskiego (Dz.U. z 2004 roku nr. 25. poz. 219)

(…..)

Art. 47. 1. Prawo zgłaszania kandydatów na posłów do Parlamentu Europejskiego mają partie polityczne oraz wyborcy.

(…..)

Art. 49. 1. Funkcję komitetu wyborczego partii politycznej pełni organ partii upoważniony do jej reprezentowania na zewnątrz.

(…..)

Art. 59. 1. Komitet wyborczy może zgłosić w każdym okręgu wyborczym jedną okręgową listę kandydatów na posłów do Parlamentu Europejskiego, zwaną dalej “listą okręgową “.

(…..)

Art. 104. Głosowanie odbywa się przy pomocy urzędowych kart do głosowania.

(…..)

Art. 107. 1. Wyborca głosuje tylko na jedną listę okręgową, stawiając na karcie do głosowania znak “x ” w kratce z lewej strony obok nazwiska jednego z kandydatów z tej listy, przez co wskazuje jego pierwszeństwo do uzyskania mandatu.

(…..)

Art. 125. 1. Po otrzymaniu protokołów wyników głosowania z wszystkich okręgów wyborczych Państwowa Komisja Wyborcza ustala wyniki głosowania w skali kraju i stwierdza, które listy okręgowe komitetów wyborczych spełniają warunek uprawniający do uczestniczenia w podziale mandatów, a następnie dokonuje podziału wszystkich mandatów między komitety wyborcze odpowiednio do łącznej liczby głosów ważnych oddanych na listy okręgowe danego komitetu wyborczego oraz przystępuje do ustalenia liczby mandatów przypadających dla poszczególnych list okręgowych każdego z komitetów wyborczych, które uzyskały mandaty, i przyznania tych mandatów konkretnym kandydatom.

2. W podziale mandatów uwzględnia się wyłącznie listy okręgowe tych komitetów wyborczych, które otrzymały co najmniej 5 % ważnych głosów w skali kraju.

Art. 126. Państwowa Komisja Wyborcza na podstawie danych z protokołów, o których mowa w art. 123 ust. 1, sporządza zestawienie obejmujące liczbę głosów ważnych w skali kraju oraz głosów ważnych oddanych na listy okręgowe poszczególnych komitetów wyborczych we wszystkich okręgach oraz ustala wykaz komitetów wyborczych, których listy okręgowe spełniają warunek, o którym mowa w art. 125 ust. 2, oraz komitetów, których listy okręgowe nie spełniają tego warunku.

Art. 127. 1. Państwowa Komisja Wyborcza dokonuje podziału wszystkich mandatów pomiędzy uprawnione komitety wyborcze w sposób następujący:

  1)  liczbę głosów ważnych oddanych łącznie na listy okręgowe każdego z komitetów wyborczych dzieli się kolejno przez: 1; 2; 3; 4 i dalsze kolejne liczby aż do chwili, gdy z otrzymanych w ten sposób ilorazów da się uszeregować tyle kolejno największych liczb, ilu posłów do Parlamentu Europejskiego jest wybieranych w Rzeczypospolitej Polskiej;

  2)  każdemu komitetowi wyborczemu przyznaje się tyle mandatów, ile spośród ustalonego w powyższy sposób szeregu ilorazów przypada mu liczb kolejno największych.

2. Jeżeli kilka komitetów wyborczych uzyskało ilorazy równe ostatniej liczbie z liczb uszeregowanych w podany sposób, a komitetów tych jest więcej niż mandatów do rozdzielenia, pierwszeństwo mają komitety wyborcze w kolejności ogólnej liczby oddanych głosów na listy okręgowe tych komitetów. Gdyby na listy okręgowe dwu lub więcej komitetów wyborczych oddano równą liczbę głosów, o pierwszeństwie rozstrzyga liczba okręgów wyborczych, w których na listy danego komitetu oddano większą liczbę głosów.

(…)

Art. 129. 1. Państwowa Komisja Wyborcza, po ustaleniu, ile mandatów przypada poszczególnym komitetom wyborczym, sporządza zestawienie obejmujące:

  1)  liczbę głosów ważnych oddanych łącznie na listy okręgowe każdego z komitetów wyborczych, których listy okręgowe spełniają warunek, o którym mowa w art. 125 ust. 2, oraz

  2)  liczby głosów ważnych oddanych na poszczególne listy okręgowe każdego z komitetów wyborczych, o których mowa w pkt 1.

2. Na podstawie zestawienia, o którym mowa w ust. 1, Państwowa Komisja Wyborcza przystępuje do ustalenia liczby mandatów przypadających poszczególnym listom okręgowym. W tym celu, odrębnie dla każdego komitetu wyborczego, liczbę głosów ważnych oddanych na listę okręgową danego komitetu wyborczego kolejno w każdym okręgu mnoży się za każdym razem przez liczbę przypadających danemu komitetowi mandatów, a następnie tak otrzymany iloczyn dzieli się przez liczbę głosów ważnych oddanych we wszystkich okręgach na listy okręgowe tego komitetu wyborczego. Wartość liczby całkowitej (przed przecinkiem) uzyskanego w ten sposób ilorazu oznacza liczbę mandatów przypadających danej liście okręgowej.

3. Jeżeli po przeprowadzeniu postępowania, o którym mowa w ust. 2, w odniesieniu do wszystkich list okręgowych danego komitetu wyborczego nie zostały rozdzielone wszystkie mandaty przypadające temu komitetowi, to pozostałe jeszcze do podziału mandaty przydziela się tym listom okręgowym tego komitetu, dla których wyliczone ilorazy wykazują po przecinku kolejno najwyższe wartości, uwzględniając także i te listy okręgowe, które nie uzyskały jeszcze żadnego mandatu.

 

Co prawda, zgodnie z art. 130. 1. Mandaty przypadające danej liście okręgowej uzyskują kandydaci w kolejności otrzymanej liczby głosów, ale jak będę głosował na kogoś z miejsca „niemandatowego”, kogo lubię i cenię, a więcej osób ode mnie zagłosuje na kogoś innego z danej listy, kogo ja nie lubię i nie cenię, to mój głos niestety, liczy się za głos oddany na tego, kogo nie lubię i nie cenię. To mniej więcej tak, jakby w przypadku uzyskania większej liczy głosów przez PiS wszystkie głosy oddane na PO też się liczyły na PiS.


2009-06-04 12:30

LAFFER W PRAKTYCE

Niektórzy krytycy Laffera powiadają, że sama teoria nie dostarcza definitywnych odpowiedzi, i że trzeba sprawdzić jak działa ona w praktyce.

Wielka Brytania doświadczyła efektu przedstawionego przez Laffera już w XIX wieku, gdy politykę finansową wdrażali William Huskisson, Robert Peel i William Gladstone. Zmniejszali oni podatki, co stymulowało rozwój gospodarczy zwiększający podstawę opodatkowania, co w praktyce przyczyniało się do zwiększenia wpływów budżetowych. „Tak jest zawsze” – komentował to zjawisko już w roku 1888 Sydney Buxton – „wzrost wydatków i niedostatek wpływów zawsze idą w parze. Konieczność utrzymywania wysokich podatków dla zapewnienia wysokich wydatków ogranicza wpływy i hamuje ich wzrost – błędne koło, które może być przerwane tylko przez oszczędność w wydatkach. Oszczędność w wydatkach umożliwia zmniejszenie ciężaru i wzrost wpływów; podatki mogą być zmniejszone, co powoduje dalszy wzrost dochodów”. W praktyce pierwszym eksperymentem tego rodzaju była reforma ceł w 1825 roku. Polegała ona na radykalnym obniżeniu większości stawek celnych na artykuły importowane. Niektóre cła na bawełnę zmniejszono nawet z 75% do 10%. Cło na żelazo zmniejszono z 6 funtów i 10 szylingów do 1 funta i 10 szylingów za tonę. Mimo to, a może właśnie dlatego, w roku 1826 dochody skarbu państwa z tytułu ceł nie tylko nie spadły, ale nawet zaczęły rosnąć. Prawo Laffera zadziałało od razu. Już wówczas zaobserwował to zjawisko Poulett Thomson stwierdzając, że podniesienie poziomu ceł powyżej pewnego punktu powoduje spadek dochodów państwa, podczas gdy ich obniżenie powoduje ich wzrost przy jednoczesnym spadku cen. Potwierdziły to kolejne reformy celne. Choć w ciągu pięciu lat reformowania systemu celnego Robert Peel zmniejszył opłaty celne o 2,5 miliona funtów rocznie, to rozwój gospodarczy tymi reformami spowodowany zaowocował zwiększeniem wpływów budżetowych z 50 milionów funtów w roku 1841 do 55 milionów w roku 1846. Rzecz jasna nie każda redukcja ceł powodowała wzrost wpływów już w następnym roku podatkowym. Początkowo na imporcie niektórych grup towarów budżet odnotowywał stratę. Na przykład strata wpływów z tytułu zmniejszenia stawek celnych na skóry garbowane do roku 1845 wyniosła prawie 37.000 funtów, na terpentynę prawie 80.000 funtów, a na olej palmowy 8.500 funtów. Ale handel tymi towarami zwiększył się odpowiednio o 454.000, 53.000 i 123.000 funtów. Na każdy funt redukcji dochodów państwa przypadały 4 funty korzyści dla sektora prywatnego. W perspektywie długofalowej owocowało to zwiększeniem wpływów budżetowych, potwierdzając prawo Laffera. W odniesieniu do innych grup towarów na potwierdzenie tego prawa nie trzeba było nawet czekać. Cło na rudę miedzi w roku 1842 nie przyniosło praktycznie żadnych wpływów budżetowych. Po jego zmniejszeniu w roku 1843 wpływy wyniosły 47.000 funtów, a w roku 1844 już 70.000 funtów. Podobnie było z przetworami z wielorybów. Choć cła na nie zmalały, to wpływy budżetowe z tytułu ich importu wzrosły już w następnym roku prawie o 50.000 funtów.

W Stanach Zjednoczonych podobny eksperyment podjęto w latach 20-tych, gdy za rządów republikańskich prezydentów Warrena Hardinga i Calvina Coolidge’a Sekretarzem Skarbu został Andrew Mellon. W roku 1924 pisał on: „historia opodatkowania pokazuje, iż nadmierne podatki nie są płacone. (…) W rezultacie źródła dochodu z opodatkowania wysychają; (…) kapitał kierowany jest tam, gdzie nie przynosi ani dochodów państwu, ani zysków ludziom (…) wysokie stopy opodatkowania przynoszą każdego roku coraz mniej dochodów rządowi. (…) Zmniejszając wysokie stopy o połowę, rząd, otrzyma więcej dochodu od zamożnych podatników, niżby otrzymał przy obowiązywaniu wysokich stawek. Zupełnie podobnie, jak w przypadku pana Forda, który robi większe pieniądze ceniąc swoje samochody na 380 dolarów zamiast 3.000”. Kierując się tym przesłaniem, Mellon przeprowadził trzy operacje obniżenia podatków w latach 1921, 1924 i 1926 ze stawki 73% do 25%.  Choć oponenci przestrzegali go, że zmniejszenie stawek podatkowych spowoduje niebezpieczny spadek wpływów budżetowych, w rzeczywistości indywidualne podatki zapłacone po obniżce w roku 1925 były wyższe, niż przed obniżką w roku 1924. Nastąpiło bowiem ożywienie gospodarcze, które zaowocowało wzrostem wpływów. „W długim okresie czasu stosowanie umiarkowanych stawek opodatkowania dochodów indywidualnych jest bardziej produktywne niż stosowane stawek wysokich” – konkludował Andrew Mellon swoje doświadczenia w roku 1927. W rezultacie dochód narodowy brutto w latach 1921-1929 przyrastał o około 6% rocznie i wzrósł z $69.900.000.000 do $103.100.000.000. A jako że ceny realne w tym okresie spadły, rzeczywisty wzrost dochodu narodowego brutto wyniósł 54%. Przychody państwa wzrosły zaś do tego stopnia, że Mellon mógł zredukować deficyt budżetowy z $24.300.000.000 do $16.900.000.000. Wprowadzona przez niego reforma nie była ukierunkowana na najzamożniejszych, którzy zaczęli płacić proporcjonalnie więcej podatków niż przed reformą. Dla porównania w roku 1921 podatnicy o dochodach powyżej $100.000 zapłacili podatki, które stanowiły 28% wszystkich wpływów podatkowych, a w roku 1926 podatki płacone przez tę samą grupę stanowiły już 51% całości wpływów. Z drugiej strony osoby z dochodami najmniejszymi poniżej $10.000 w roku 1921 zapłaciły 23% a w roku 1926 tylko 5% ogólnej kwoty wpływów podatkowych.

Gdy kolejnej obniżki dokonała administracja Kennedy’ego w latach 1961-1963 z 91 do 70% wpływy podatkowe w latach 1961-1968 wzrosły nominalnie o 62%, co po uwzględnieniu inflacji z tamtego okresu daje realny wzrost o ponad 30%. Prezydent Kennedy stwierdził wówczas, podczas spotkania Klubu Ekonomicznego Nowego Jorku: „Nasz prawdziwy wybór nie leży pomiędzy redukcją podatków z jednej strony i uniknięciem federalnego deficytu z drugiej strony (…) Oczywistą lekcją ostatniej dekady jest to, że deficyt budżetowy nie powstaje na skutek dzikich wydatków lecz na skutek zbyt powolnego wzrostu ekonomicznego i cyklicznych recesji. (…) Paradoksalną prawdą jest, że stawki podatków są obecnie za wysokie a wpływy podatkowe za niskie i że najrozsądniejszą drogą do wzrostu dochodów w perspektywie długoterminowej jest obniżenie teraz stawek podatkowych (…). Celem obniżania podatków w chwili obecnej nie jest zwiększenie deficytu budżetowego, ale osiągnięcie bardziej dochodowej i rozwijającej się gospodarki, która spowoduje nadwyżki budżetowe”. Jego słowa potwierdziła praktyka. Udział wpływów podatkowych od najbogatszych amerykanów wzrósł z 11,6% w roku 1963 do 15,1% w roku 1966. Już w roku 1965, pierwszym, w którym obowiązywały nowe stawki podatkowe, najbogatsi podatnicy zadeklarowali wyższe dochody podlegające opodatkowaniu i w efekcie zapłacili wyższy podatek, niż płacili według starego systemu.

Teorię Laffera, bazując na wcześniejszych doświadczeniach Mellona i Kennedy’ego, zastosowano na większą skalę w praktyce w latach 80-tych. Zaczęło się wszystko w Kalifornii. 6 czerwca 1978 roku przyjęto w tym stanie tak zwaną Poprawkę 13, zmniejszającą o 50% podatki od nieruchomości. Rewolta podatkowa stała się faktem. Ronald Reagan obniżył stawki podatkowe z 70 do 28% a mimo to, albo właśnie dlatego, wpływy podatkowe miedzy rokiem 1983 a 1989 wzrosły o 28%. Potwierdziła się także po raz trzeci prawidłowość, że obniżenie podatków zwiększa procentowy udział podatków płaconych przez najbogatszych w ogólnej kwocie wpływów podatkowych. O ile w roku 1981 5% najzamożniejszych obywateli dostarczało budżetowi 35,4% wpływów z podatku dochodowego od osób fizycznych, to w roku 1990 ich udział wyniósł już 44%. Udział płacony przez najbogatszych podatników stanowiących 1% ogółu amerykańskiej populacji wzrósł z 17,9% do 25,6%. Natomiast „dolne” 50% podatników zmniejszyło w tym samym czasie swój udział w ogólnej kwocie płaconych podatków z 7,4% do 5,7%. Jack Kemp, jeden z głównych architektów obniżenia stawek podatkowych w obozie Reagana, stwierdził wówczas, że są „dwie stawki podatkowe, które przynoszą takie same wpływy podatkowe: wysoka stawka przy niskiej produkcji i niska stawka przy wysokiej produkcji”.

Jednakże w roku 1990 prezydent George Bush Senior nie dotrzymał danego wyborcom słowa i górna stawka podatku osobistego podniesiona została z 28 do 31%, co, nota bene, było jednym z powodów jego porażki wyborczej w roku 1992, gdy starał się o reelekcję. Niemniej, jak wykazali Hall i Rabushka, „statystyka za rok 1991, pierwszy rok podatkowy po wzroście stawki podatkowej z 1990 roku, ukazała, że zarówno bardzo bogaci z górnego progu dystrybucji dochodów (górne 1%) jak i zwykli bogaci (górne 5%) płacili mniejsze udziały całości podatku dochodowego w roku 1991 niż w roku 1990” (sic!). Obserwując jakie skutki miało to dla amerykańskiej ekonomii, jak wpłynęło na budżet państwa i jego deficyt oraz na wysokość podatków płaconych przez poszczególne klasy społeczne, można, jak twierdzi Daniel J. Mitchell, wysnuć wnioski na dzień dzisiejszy. Gdy stawki podatkowe maleją, gospodarka lepiej prosperuje, wpływy podatkowe rosną a obywatele o niższych dochodach płacą proporcjonalnie mniej podatków.

Mechanizm działania Krzywej Laffera pokazuje historia opodatkowania papierosów w Stanie New York. Gdy łączne opodatkowanie paczki papierosów wyniosło 26 centów, straty stanu z przemytu papierosów z Północnej Karoliny, gdzie podatek wynosił 2 centy za paczkę, sięgnęły $93.000.000 rocznie. Senator z Manhatanu Roy Goodman zaproponował wówczas jako antidotum podwyższenie podatku o dalsze 8 centów, zwiększenie kar za przemyt do 5 lat pozbawienia wolności dodatkowe zatrudnienie urzędników do zwalczania przemytu. The Wall Street Journal skrytykował te koncepcje twierdząc, że ich rezultatem będzie jedynie zwiększenie biurokracji i wydatków stanowych. Gdy uda się aresztować więcej przemytników, to potrzeba będzie więcej pracy sędziów, więcej więzień i strażników. Żony i dzieci aresztowanych trzeba zaś byłoby otoczyć większą opieką ze strony władz. Dlatego lepszym rozwiązaniem jest zredukowanie stawek podatkowych do 10% za paczkę, co uczyni przemyt nieopłacalnym z ekonomicznego punktu widzenia. Więcej urzędników będzie mogło zostać oddelegowanych do bardziej użytecznej pracy, wymiar sprawiedliwości będzie miał miej pracy z przemytnikami, co pozwoli mu szybciej rozstrzygać inne, istotniejsze sprawy. Palacze przestaną kupować papierosy u przemytników na skutek czego zapłacą de facto większy podatek, gdyż, choć płacić będą mniej za jedną paczkę, to nabędą więcej paczek w sposób całkowicie legalny i opodatkowany. Dochody legalnych dealerów wzrosną na skutek ustania nielegalnej konkurencji, co zwiększy dochody z tytułu płaconego przez nich podatku dochodowego. Na skutek obniżenia podatku o 16 centów na paczce, palacze palący jedną paczkę papierosów dziennie zaoszczędzą zaś 58.4$ rocznie, które z pewnością wydadzą na konsumpcję innych towarów, także opodatkowanych podatkami pośrednimi. W efekcie państwo będzie miało więcej korzyści, niż strat.

Przykład amerykański podziałał także na inne kraje. W Wielkiej Brytanii stawki podatków osobistych zredukowano z 83% w roku 1979 do 40% w roku 1989, we Włoszech odpowiednio od 72 do 50%, w Japonii z 75 do 50%, w Kanadzie z 43 do 29% i nawet w słynących z rozbudowanych programów socjalnych Niemczech podatki obniżono, choć już tylko o 3% (z 56 do 53). Obniżono je także w rządzonej przez socjalistyczne rządy Francji także o 3% (z 60 do 57). Dane uśrednione dla wszystkich państw OECD nie przedstawiają się jednak tak różowo. Co prawda w latach 1960-1980 wpływy podatkowe wyrażone jako procent PKB wzrosły o 5% (z 27 do 32%), a w latach 1980-1995 już tylko o 2.75% (z 32 do 24,8%), ale oznaczało to jedynie osłabienie tempa wzrostu tego wskaźnika, a nie jego obniżenie. W niektórych państwach wprowadzono jednak nie tylko obniżkę przeciętnych stawek opodatkowania, ale także redukcję podatków krańcowych, „decydujących” – jak pisze Wojciech Bieńkowski – „o charakterze zachowań poszczególnych podmiotów gospodarczych”. Zastosowano zatem teorię, że „niższe podatki nie muszą w długim okresie wywoływać deficytu budżetowego, gdyż działają motywacyjnie na zwiększenie podaży czynników produkcji i chęć ich wykorzystania, zwiększając tym samym ogólną podstawę opodatkowania i w konsekwencji również dochody budżetu”. Teoria ta sprawdziła się w praktyce. W Stanach Zjednoczonych obniżenie stawek podatkowych spowodowało zwiększenie podaży pracy o 2%, a co ważniejsze, spowodowało przyspieszenie procesów inwestycyjnych w latach 1982-84 aż o 20%, czego rezultaty, święcąca triumfy gospodarka amerykańska zaczęła odczuwać w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Nie bez przyczyny najlepsza sytuacja gospodarcza powstała w krajach, gdzie redukcje podatkowe były najwyższe – w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Reformy rynkowe wprowadzone w Wielkiej Brytanii za premierostwa Margaret Thatcher i w Stanach Zjednoczonych za prezydentury Ronalda Reagana przyniosły odpowiednie skutki ekonomiczne. Natomiast gospodarka francuska i niemiecka, gdzie redukcje podatkowe były raczej symboliczne, zaczynają przejawiać oznaki poważnego kryzysu. Gospodarki te, dławione podatkami, które nie otrzymały mocnego zastrzyku świeżej krwi w postaci bardziej radykalnej redukcji podatków, nie wytrzymały po prostu konkurencji. Dlatego u progu 1997 roku w Niemczech rozpętała się batalia o radykalną zmianę systemu podatkowego, która nie doszła do skutku z powodów czysto politycznych. Opozycyjna wówczas SPD kwestię „sprawiedliwości opodatkowania” zamierzała wykorzystać bowiem w nadchodzącej kampanii wyborczej do Bundestagu w roku 1998. Jednak po zwycięstwie wyborczym i objęciu urzędu kanclerskiego przez Gerharda Schredera, a urzędu ministra finansów przez Oskara Lafointain’a, a więc jednego z bardziej lewicujących polityków nowej koalicji rządowej, doszło do obniżki podatków, choć opozycyjna CDU zarzuciła zbytnią opieszałość w reformowaniu systemu podatkowego i obniżania podatków. Górną stawkę podatku dochodowego od osób fizycznych zmniejszono o 6% (z 51 do 45). Stawkę podatku dochodowego od osób prawnych zmniejszono o 15 % (z 40 do 25) znosząc także podatek od zysków kapitałowych ze sprzedaży akcji.

Z tych samych powodów w roku 1997 nawet tradycyjnie dogmatyczna brytyjska Partia Pracy mogła po 18 latach przesiadywania na ławach opozycji powrócić do władzy tylko dzięki zaakceptowaniu w praktyce klasycznego podejścia do ekonomii i podatków, których obiecano nie podnosić. Co prawda podwyższono składkę na ubezpieczenia zdrowotne najzamożniejszych obywateli i zniesiono zwolnienie podatku od dywidend dla funduszy emerytalnych, ale równocześnie zmniejszono stawkę podatku od osób prawnych z 33% na 30%, a podstawową stawkę podatku od osób fizycznych z 23% na 22%.

Koniec XX wieku wywołał zresztą niespodziewaną chęć obniżania podatków u większości polityków. Po objęciu teki Ministra Finansów Francji przez Leurenta Fabius w roku 2000 zmniejszono o 1% podstawową stawkę podatku VAT i zapowiedziano kolejne obniżki innych podatków. Po zwycięstwie w wyborach regionalnych, przed spodziewanym zwycięstwem w wyborach powszechnych za cięciami podatkowymi opowiedział się lider włoskiej prawicy Silvio Berlusconi. W Kanadzie rządząca Partia Liberalna zapowiedziała redukcję podatków w latach 2000–2005 o 58.000.000.000 dolarów kanadyjskich. Stawki podatków od przedsiębiorstw maja zostać obniżone z 28 na 21%. Średnia stawka podatkowa dla osób zarabiających od 30 do 65 tysięcy dolarów ma zostać zmniejszona z 26% do 23%. Takie posunięcia wywołują niepokój Komisji Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, które zalecają, szczególnie krajom szybko rozwijającym się, jak Irlandia i Hiszpania, by nie łagodziły obciążeń fiskalnych, lecz przeciwnie zwiększały je dla ostudzenia koniunktury gospodarczej. Jak donosi The Wall Street Journal Europe, „w odpowiedzi na te rady irlandzki minister finansów stwierdził, że w Komisji Europejskiej siedzą komuniści, którzy zawsze będą się sprzeciwiać obniżaniu podatków”.

W Polsce z kolei podwyżka ceł i podatków na samochody sprowadzane z zagranicy w latach 1990-1991 spowodowała nie wzrost, tylko spadek wpływów budżetowych z tego tytułu. Sytuacja powtórzyła się w roku 2000. Po wzroście akcyzy na popularne auta z 4 do 6% ich sprzedaż w maju 2000 roku zmalała w porównaniu z rokiem poprzednim o 26%. Sam wpływ z tytułu akcyzy zwiększył się co prawda o 30.000.000, ale wpływ z podatku VAT zmalał o 43 miliony. Strata Skarbu Państwa wyniosła więc 13 milionów. Podobnie wyglądała sytuacja z wpływami budżetowymi z tytułu akcyzy na wyroby spirytusowe pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Mimo kolejnych podwyżek stawki podatku akcyzowego wpływy z tego tytułu w roku 1999 były niższe niż w roku 1998. I vice versa – po obniżce stawek podatkowych na alkohol w roku 2000 wpływy podatkowe uległy zwiększeniu. Nie dlatego bynajmniej, że zaczęto spożywać więcej alkoholu, tylko dlatego, że zaczęto spożywać więcej alkoholu opodatkowanego. Obniżka obciążeń fiskalnych nałożonych na alkohol zmniejszyła opłacalność przemytu i nielegalnej produkcji.

 

Należy jednak pamiętać nie tylko o opodatkowaniu zbyt wysokim, ale także zbyt niskim. Pierwsza Rzeczpospolita była, używając dzisiejszych pojęć, prawdziwym rajem podatkowym i zarazem jednym z najbogatszych państw ówczesnego Świata, dopóki po jej skarby nie sięgnęli lepiej uzbrojeni wrogowie. Wpływy podatkowe bezwzględnie muszą starczyć na utrzymanie aparatu państwowego niezbędnego do zapewnienia mu bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego. Opodatkowanie poniżej poziomu minimum prowadzić może do zgubnych skutków. Z drugiej strony zarówno z „prawa Savasa”, jak i z licznych danych statystycznych wynika, że przedsiębiorstwa prywatne wykorzystują własne zasoby o około 40-50% efektywniej niż działające w tych samych warunkach służby państwowe, które marnotrawią znaczną część posiadanych zasobów na utrzymanie samych siebie. Zatem każda złotówka podatków powyżej niezbędnego minimum oznacza 40-50 groszy straty dla kraju, choć wpływy podatkowe mogą przy tym poziomie opodatkowania jeszcze rosnąć. Dlatego na Krzywej Laffera należałoby zaznaczyć dodatkowy punkt: nie tylko maksimum podatkowego, ale także minimum opodatkowania. Podatki poniżej tego minimum powodują upadek państwa. Każda złotówka podatku powyżej owego minimum jest w połowie marnotrawiona. Przekroczenie zaś drugiego punktu maksimum powoduje zmniejszenie wpływów podatkowych, co w długotrwałej konsekwencji także prowadzić może do upadku państwa.


2009-06-03 16:40

LAFFER CURVE

W związku z ogłoszonymi dziś przeciekami na temat planów rządu zwiększania wpływów budżetowych poprzez podwyższania podatków, aż się prosi o kilka słów na temat tak zwanej Krzywej Laffera.  Co prawda nasze wielki ekonomista Marek Belka uznał teorię Laffera za „kuriozalny epizod z pogranicza myśli ekonomicznej i polityki”, ale tak się śmiesznie złożyło, że jej podstawowe założenie sprawdziło się wielokrotnie w praktyce – w tym, także w praktyce funkcjonowania rządu kierowanego przez Pana Premiera Marka Belkę.

Jak zauważył Krzysztof Dzierżawski „Krzywa Laffera nie jest żadną konstrukcją teoretyczną, lecz wywiedzioną z empirii, banalną konstatacją, iż przy stawkach podatku 0% i 100% nie będzie żadnych wpływów do Skarbu, oraz że między tymi granicznymi wielkościami jakieś podatki jednak się zbiera. Musi przeto istnieć w przedziale 0% - 100% ekstremum (może ich być kilka), dla którego wpływy są większe niż w jego sąsiedztwie. W takim razie oczywiście musi istnieć taki zakres stóp podatkowych, w którym mamy do czynienia z odwrotną zależnością między wysokością stopy podatkowej, a wielkością wpływów z podatku. Krzywa Laffera nie jest opisana ścisłym językiem matematyki, zależy bowiem od wielu niemierzalnych zmiennych: obyczaju, tradycji, mentalności ludzi, od poziomu rozwoju kraju, od sprawności aparatu fiskalnego itd.”

Podstawy koncepcji Laffera znaleźć już można u Hume’a. „Podobnie jak niedostatek – pisał Hume – nadmiernie wygórowane podatki, powodując zniechęcenie, niszczą przemysł (…). Uważny a bezstronny ustawodawca nie przekroczy punktu, w którym kończą się korzyści, a zaczyna się krzywda. Jednakże, jako że przeciwne postępowanie jest znacznie szerzej rozpowszechnione, należy obawiać się, że w całej Europie podatki pomnożone będą do takiego stopnia, w którym całkowicie zmiażdżą wszelką sztukę i przemysł (…)”. Podobną myśl wyraził Adam Smith w kontekście ceł, cytując powiedzenie Johnathana Swifta, które po dziś dzień jest przytaczane w wielu komentarzach, że „w arytmetyce celnej dwa plus dwa wynosi czasem tylko jeden, a nie cztery”. Ta arytmetyka bierze się stąd, że „wysokie cła obniżają czasem konsumpcję towarów, na które cła te nałożono i zachęcają czasem do przemytu, przeto częstokroć przynoszą państwu mniejsze dochody niż wpływy, które mogłoby ono osiągnąć z opłat umiarkowanych. Gdy spadek dochodów następuje wskutek spadku konsumpcji, to jedynym środkiem zapobiegawczym jest obniżenie cła. Gdy spadek dochodów jest wywołany tym, iż zachęca się do przemytu, można temu zapobiec dwojako: bądź utrudnić przemyt, bądź też zmniejszyć nań pokusę w ten sposób, iż obniży się cło”. Tę samą myśl podzielali polscy teoretycy skarbowości w okresie międzywojennym. Roman Rybarski pisał, że „w każdym razie chodzi o to, by nie przeciągnąć struny z tego powodu, że państwo tylko w teorii ma nieograniczoną możność nakładania ciężarów na gospodarstwo społeczne. Przeciągnięcia struny podatkowej pociągnie za sobą redukcję dochodów skarbowych: bardzo łatwo jest uchwalić podatek, trudniej wprowadzić w życie, a jeszcze trudniej nałożyć taki podatek, który by nie krępował życia gospodarczego”, a „ciężary fiskalne za daleko doprowadzone zwracają się przeciw temu, kto te ciężary nakłada: albo produkcja słabnie, albo kapitał ucieka zagranicę; czyli niepodobna bez końca mnożyć ciężarów skarbowych”.

Laufer przedstawił podstawy teorii, zgodnie z którą redukcja stawek podatkowych może przyczynić się do zwiększenia wpływów budżetowych i na odwrót – zwiększanie stawek może doprowadzić do obniżenia wpływów podatkowych w roku 1974 pokazując mechanizm działania „klina” podatkowego. W trakcie neutralnej wymiany handlowej, gdy Smith piecze chleb, a Jones wyrabia wino, mogą handlować jednym bochenkiem za jedną butelkę. Rząd jednak chce z każdej tej transakcji mieć coś dla siebie na sfinansowanie własnych potrzeb – w tym hipotetycznym przypadku jakąś część chleba i jakąś część wina. Zostaje więc wprowadzony klin podatkowy pomiędzy Smitha i Jonesa. Jeżeli będzie powiększany do punktu, w którym Smith i Jones zdecydują, że ich handel już nie ma sensu, ponieważ rząd będzie zabierał większą część chleba i wina, opuszczą rynek i rząd nie dostanie nic. „Klin” w modelu Laffera jest rządowym klinem między dwoma potencjalnymi kontrahentami. Laffer przedstawił go na przykładzie klina między pracodawcą i pracownikiem. Pracownik ma pensję w wysokości $12,50 na godzinę lub $500 tygodniowo, ale ponieważ rząd zabiera część jego dochodu w postaci podatku, pracownik otrzymuje tylko $380 tygodniowo, lub $9,50 za godzinę. Różnica w wysokości $120 przez tydzień jest tym właśnie klinem. Pracownik zarabia niby $500, ale dostaje tylko $380 za swoją pracę i ma tendencję pracować mniej, gdy klin ten jeszcze bardziej wzrasta przy progresywnym podatku dochodowym, który sprawia, że pracując o 50% dłużej i wydajniej wcale nie dostaje 150% dotychczasowego wynagrodzenia, tylko mniej. Na świecie klin ten stał się szczególnie uciążliwy w okresie wysokiej inflacji pod koniec lat 70-tych, gdy dochody pracowników przesuwały się do wyższych przedziałów podatkowych bez żadnego przyrostu ich siły nabywczej. W 1965 amerykański stolarz był opłacany $3,12 na godzinę lub $125 przez tydzień albo $6.500 przez rok. Po zapłaceniu wszystkich podatków, włączając ubezpieczenie społeczne, na liście płac pozostawało $118 na tydzień, jeżeli miał on żonę i dwoje dzieci. Na każdego członka rodziny przypadał bowiem odpis podatkowy w wysokości $500, co oznaczało, że stolarz uzyskiwał podlegający opodatkowaniu dochód w wysokości $4.500 rocznie albo $86 tygodniowo. Równocześnie pracodawca płacił za każdą godzinę pracy stolarza dodatkowo 25 centów (a więc ponad $500 rocznie) składek ubezpieczeniowych, co w sumie dawało ponad $7.000 rocznie za jego pracę. Rząd zabierał jednak z tego w różnej postaci $364 czyli 5,2% wynagrodzenia brutto. Po 30 latach inflacji sytuacja stolarza i jego pracodawcy stała się znacznie gorsza. Otrzymywał on pensję brutto w wysokości $25 na godzinę, $1.000 tygodniowo, $52.000 rocznie. W dodatku wynegocjował on z pracodawcą składkę ubezpieczeniową w łącznej wysokości $5 na godzinę, co dawało kolejne $10.400 rocznie. Stolarz nie tylko przesunął się do wyższego progu podatkowego z powodu inflacji, ale także wartość jego rodzinnego odpisu, w wysokości $1.000 na członka rodziny, nie nadążała za inflacją. Stolarz uzyskał podlegający opodatkowaniu dochód w wysokości $48.000. Po różnych odpisach i ulgach jego roczny dochód netto wyniósł $36.000. Jego pracodawca płacił jednak w sumie ze składkami ubezpieczeniowymi za pracę stolarza $62.400. „Klin” wyniósł więc $16.000 czyli powyżej 25% całkowitego dochodu, w porównaniu do 5,2% trzydzieści lat wcześniej. W 1965 cena złota wynosiła $35 za uncję. W ciągu roku stolarz zarabiał więc 190 uncji złota, które mógłby kupić za zarobione pieniądze. Po 30 latach, przy cenie złota $325 za uncję, stolarz mógł kupić rocznie 111 uncji złota. Ta różnica pokazuje dlaczego żona stolarza musiała pracować co najmniej na niepełnym etacie aby mogli utrzymać poziom dochodów z roku 1965.

Na bazie poczynionych przez Laffera obserwacji powstał wykres krzywej, narysowany przez niego pierwszy raz na kawiarnianej serwetce w roku 1974, nazwanej i rozpowszechnionej przez Jude Wanninskiego właśnie jako „Krzywa Laffera”.

W Krzywej Laffera mamy funkcję R(T), gdzie T to stopa podatkowa (od 0 do 1 to jest od 0% do 100%), a R to wpływy z tytułu podatku. Funkcja jest równa 0 dla T=0% i dla T=100%. Funkcja ma wartości dodatnie w przedziale od 0% do 100% i ma swoje ekstremum lokalne (i globalne) w tym przedziale. O optymalnej stopie podatkowej maksymalizującej wpływy budżetowe (TMAX) możemy mówić wtedy, gdy spełnia ona warunek optymalności Pareto, to znaczy rząd i podatnicy są w lepszej sytuacji (szczególnie finansowej) przy stopie podatkowej TMAX, aniżeli przy innej stopie podatkowej T większej od TMAX.

Kształt krzywej determinują skrajne stopy podatkowe. Gdyby wysokość stopy podatkowej wynosiła 0% wpływy państwa będą również wynosiły zero. Jednakże przy stopie podatkowej 100% wpływy państwa także wyniosą zero. Nikt nie będzie pracował gdyby cały dochód miał mu zostać odebrany – nie będzie zatem czego opodatkowywać. Optymalna stopa podatkowa mieści się więc gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami. Przekroczenie tego optimum powoduje spadek dochodów państwa - mimo zwiększenia stopy podatkowej wpływy z podatków zaczynają maleć. Remedium na poprawę sytuacji budżetu państwa nie jest więc kolejne zwiększenie stawek podatkowych, a wręcz przeciwnie – ich obniżenie. Istnieją bowiem dwie stopy podatkowe przynoszące ten sam dochód: jedna położona jest powyżej, a druga poniżej stopy optymalnej. W przypadku, gdy realna stopa podatkowa jest wyższa od optymalnej, redukcja podatków przyniesie wzrost wpływów, poprzez zwiększenie podstawy opodatkowania. Gdy zaś stopa podatkowa znajduje się poniżej owego optimum wzrost wpływów można będzie osiągnąć poprzez działanie odwrotne – czyli podwyżkę stawek podatkowych. Podatki  mają bowiem dwoisty charakter: z jednej strony wywołują efekt arytmetyczny (wyższe podatki – wyższe wpływy), z drugiej zaś efekt ekonomiczny (wyższe podatki – niższa produkcja – niższe wpływy).

Gdy stawka podatkowa wynosi 100% w gospodarce pieniężnej cała produkcja ustaje, z wyjątkiem tej, którą można wymienić w barterze. Ludzie nie pracują jeśli wszystkie owoce ich pracy są konfiskowane przez rząd. Dlatego, ponieważ produkcja ustaje, to nawet przy 100% stawce podatkowej rząd nie uzyskuje żadnych przychodów, gdyż nie ma nic do skonfiskowania. Z drugiej strony, gdy stawka podatkowa wynosi 0%, ludzie mogą zatrzymać 100% uzyskanych przez siebie dochodów. Nie istnieje różnica pomiędzy wynagrodzeniem i dochodem po opodatkowaniu. Nie istnieją rządowe bariery dla rozwoju przedsiębiorczości. Produkcja jest maksymalizowana. Ponieważ jednak stawka podatkowa wynosi 0% przychody rządu także wynoszą 0. W przypadku stawki zerowej gospodarka znajduje się w stanie anarchii. Przy stawce stuprocentowej gospodarka funkcjonuje tylko dzięki wymianie barterowej. Pomiędzy tymi punktami przebiega krzywa wyznaczona przez Laffera. Gdy rząd zredukuje stawki podatkowe poniżej 100% i sprowadzi je do jakiegoś hipotetycznego punktu A, pewien segment gospodarki wymiennej może stać się bardziej wydajny przez przejście do gospodarki pieniężnej. Wówczas, nawet przy zmniejszonej stawce podatkowej rząd ma szansę uzyskać jakieś przychody. Wpływy budżetowe rosną, chociaż podatki maleją. Na drugim końcu krzywej można zaobserwować podobną prawidłowość. Gdy ludzie uznają, że potrzebują rządu dla własnej ochrony, opodatkowują się na ten cel. Wówczas rosną zarówno podatki, jak i wpływy budżetowe. Na osi współrzędnych stawek podatkowych i przychodów państwa sytuacje tę obrazuje punkt oznaczony literą B. Co ciekawe, wysokość przychodów jest w pierwszym (punkt A) i w drugim (punkt B) przypadku taka sama. Punkt A przedstawia jednak bardzo wysoką stawkę podatkową przy niskiej produktywności. Punkt B przedstawia bardzo niską stawkę podatkową przy wysokiej produktywności. Tak samo wygląda sytuacja po dalszym zmniejszeniu podatków z poziomu A do C lub ich zwiększeniu z poziomu B do D. Przychody państwa z jednej strony i produkcja z drugiej maksymalizowane są w punkcie E. Jeśli po osiągnięciu tego punktu nastąpi zmniejszenie stawki podatkowej – przychody państwa spadną. Jeżeli jednak nastąpi podwyższenie stawki podatkowej – przychody państwa także spadną. Nie oznacza to jednak, że nie ma różnicy w którą stronę na krzywej Laffera przesunie się punkt styku współrzędnych. Obniżka podatków spowoduje co prawda zmniejszenie przychodów państwa, na skutek obniżki podatków, ale przy wzroście produkcji. Podwyżka podatków spowoduje natomiast taką samą redukcję przychodów państwa, na skutek zmniejszenia produkcji, ale właśnie przy spadku tejże produkcji. Z punktu widzenia gospodarki narodowej ta druga sytuacja jest zdecydowanie gorsza.

Realne zmiany w wielkości produkcji następują pod wpływem zmian w ilości i jakości czynników produkcji. Jednym z najważniejszych czynników wpływających na poziom produkcji jest system podatkowy. Każdy podatek jest bowiem źródłem tak zwanego efektu akcyzowego - nałożony na jakiekolwiek dobro, podwyższa jego cenę (koszt) w porównaniu z innymi dobrami. Leszek Filipowicz opisuje to zjawisko w odniesieniu do tak istotnego elementu sytuacji gospodarczej, jak siła robocza: „Załóżmy, że jednostki mogą w dowolnym stosunku dzielić swój czas pomiędzy pracę i wypoczynek (…), a każda godzina przeznaczona dodatkowo na pracę wymaga zrezygnowania z jednej godziny wypoczynku, i odwrotnie. Skoro więc każda godzina pracy jest opodatkowana, podnosi to jej względny koszt w stosunku do wypoczynku. Praca po opodatkowaniu przynosi mniejszy dochód, zatem przeznaczenie dodatkowej godziny na wypoczynek kosztuje teraz taniej. Odwrotnie, rezygnacja z godziny wypoczynku jest na skutek podatków mniej opłacalna wobec mniejszego dochodu, jaki przynosi godzina pracy. Podatki wpływają więc na zmniejszenie ogólnej puli czasu, jaki jednostki przeznaczają na działalność rynkową (…)”. Zbyt wysokie stawki podatkowe powodują nie tylko spadek podaży najistotniejszych czynników produkcji: pracy i kapitału, ale także spadek popytu na te czynniki. Powstaje wówczas tak zwane sprzężenie zwrotne i gospodarka pogrąża się w stagnacji. W nauce polskiej zauważył to zjawisko Roman Rybarski, pisząc już w roku 1933: „Źródłem siły podatkowej społeczeństwa jest jego bogactwo, jego produkcja (…), nie można przykręcać bez końca śruby podatkowej, bo ona pęknie”. Z zasadą tą – jak twierdzi Jude Wanniski – mamy możność zapoznać się już w pierwszych chwilach naszego życia. „Gdy dziecko spokojnie leży w łóżeczku, matka pozostająca w innym pomieszczeniu nie zwraca na nie uwagi. „Opodatkowanie” matki przez dziecko wynosi zero, przynosząc „dochód” zerowy, jakim mogłoby być zainteresowanie z jej strony. Gdy zaś najedzone i przewinięte dziecko nieustannie płacze, matka, podobnie jak poprzednio, nie zwraca na nie uwagi. Chociaż jej „opodatkowanie” wynosi teraz 100%, przynosi, tak samo jak w pierwszym przypadku, zerowe zainteresowanie”.

Spostrzeżenie dokonane przez Laffera jest prawdziwe bez względu na to, czy przywódca polityczny stoi na czele narodu, czy jednej rodziny. Ojciec, który dyscyplinuje syna w punkcie A, ustanawiając srogie kary za naruszenie bardziej lub mniej ważnych zasad, zachęca tylko do buntu, skrytości i kłamstw (co w skali kraju odpowiada uchylaniu się od płacenia podatków). Nadmiernie pobłażliwy ojciec, który dyscyplinuje syna zwykle w punkcie B, igra z niebezpieczeństwem otwartego, nieobliczalnego buntu; niezależność jego syna i jego względnie nieskrępowany rozwój odbywa się ze szkodą dla reszty rodziny. Mądry rodzic postara się zatem wyznaczyć punkt E, który najprawdopodobniej będzie różny w zależności od dziecka – tego, czy jest to syn, czy córka.

Jak pisze Wojciech Bieńkowski, „niższe podatki nie muszą więc w długim okresie wywoływać deficytu budżetowego, gdyż działają motywacyjnie na zwiększenie podaży czynników produkcji i chęć ich wykorzystania, zwiększając tym samym ogólną podstawę opodatkowania i w konsekwencji również dochody budżetu”. W handlu obowiązuje bowiem święta zasada: mały zysk jednostkowy – duży obrót – duży zysk całkowity. Przekładając ją na język finansów publicznych można powiedzieć: niskie podatki – większy wzrost gospodarczy – większe wpływy do budżetu. Podatki bowiem to przecież nic innego jak cena za usługi państwa. Istnieje jednak jedna poważna różnica pomiędzy prywatnym handlem i finansami publicznymi. Indywidualny przedsiębiorca zawsze musi liczyć się z konkurencją i dlatego nie może windować swoich cen. Państwo konkurencji nie ma. Ograniczać się musi więc samo.

Zdaniem krytyków koncepcji Laffera reakcje podatników na zmiany stawek podatkowych nie są na tyle silne, by przyjąć wniosek, iż redukcja podatków tak zwiększyłaby bazę opodatkowania, iż wpływy nie uległyby obniżeniu. Leszek Filipowicz pokusił się nawet o matematyczne wyliczenie. Jeżeli ktoś zarabia 100 złotych i płaci 10 złotych podatku według stopy 10% i nastąpi redukcja podatków o 30%, a więc do stopy 7% to podatnik zapłaci od tych samych 100 złotych już tylko 7 złotych. Aby zatem wpływy rządu pozostały bez zmian, dany podatnik musiałby zwiększyć swoje dochody do 143 złotych (0,07×143=10), czyli aż o 43%, co nie wydaje się możliwe. W mikroskali, w odniesieniu do konkretnego podatnika będącego pracownikiem najemnym, którego przykład rozważa Filipowicz, takie zwiększenie byłoby rzeczywiści trudne. Autor zapomina jednak o drugiej stronie medalu, o konsekwencjach długofalowych. Po pierwsze, można z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, iż podatnik, który zaoszczędził na podatku 3 złote (redukcja z 10 na 7) w jakiś sposób je wyda. Jak by tego nie zrobił, zapłaci jakiś podatek. Przyjmijmy, że będzie to jakiś podatek obrotowy: jednorazowy lub od wartości dodanej (przyjmijmy dla uproszczenia, że w wysokości 10% - choć obecnie w Polsce obowiązuje stawka podstawowa 22%). Wpływy państwa nie zmaleją więc o 3 złote, tylko o 2 złote 70 groszy. Ale jednocześnie ktoś inny zarobi owe 2 złote i 70 groszy. Zapłaci więc od tego podatek dochodowy, a pozostałą kwotę także w jakiś sposób wyda, płacąc podatek obrotowy. Ktoś następny także zapłaci podatek dochodowy itd. Strata rządu nie wyniesie więc 3 złote, tylko znacznie mniej. Po wtóre, w makroskali nastąpi, tak bardzo przecież przez neokeynesistów gloryfikowany wzrost popytu, gdyż obywatele przeznaczą pieniądze, których im rząd nie odbierze, na inwestycje lub konsumpcje lub zwiększą oszczędności przy pomocy których będzie można finansować inwestycje. Dodatkowo musimy pamiętać, iż przykład pracownika najemnego nie oddaje całości stosunków ekonomicznych, a tylko ich wyrywek. Tak naprawdę o wielkości produktu narodowego brutto decyduje to, co się dzieje w przedsiębiorstwach płacących podatki z tytułu prowadzonej działalności gospodarczej. W ich przypadku zmniejszenie opodatkowania o 30% zaowocuje najprawdopodobniej zwiększeniem inwestycji. Niektórzy, być może, dołączą do grona pracowników najemnych i zaoszczędzoną na podatku kwotę skonsumują. Do nich odnosić się będą te same argumenty, co do wydatków dokonywanych przez pracowników najemnych. Można jednak z całą odpowiedzialnością przyjąć, że większość z nich zaoszczędzone pieniądze zainwestuje. W wielu przypadkach zainwestowane zostanie całe 30%. Przedsiębiorcy zdają sobie bowiem doskonale sprawę, że we współczesnej gospodarce globalnej kto się nie rozwija i stoi w miejscu, ten się praktycznie cofa. Każdy przedsiębiorca zmierza więc do rozwinięcia swojej działalności, jeżeli tylko to mu się opłaca. Zwiększenie inwestycji oznacza zaś zwiększenie zatrudnienia. Zwiększenie zatrudnienia oznacza zmniejszenie obciążeń państwa z tytułu zasiłków dla bezrobotnych i wzrost ogólnej kwoty podatków, które zaczną być płacone przez dotychczasowych bezrobotnych. Tak więc, jak by powiedział Henry Hazlitt, ktoś, kto patrzy tylko na dzisiejsze dochody państwa dostrzeże w redukcji podatku dochodowego o 30% stratę 30% przychodów. Ktoś inny, kto dostrzega długofalowe skutki wywierane na innych, dostrzeże realną możliwość wzrostu bazy opodatkowania i wpływów podatkowych w przyszłości.

W hipotetycznej fabryce szpilek Adama Smitha to, co jest istotne z punktu widzenia narodu, to nie wysiłek jednostek, ale produktywność jednostek pracujących razem. Kiedy podnosi się stawki podatków, to poszczególni pracownicy mogą pracować ciężej, aby utrzymać dotychczasowy poziom dochodów. Jednak jeżeli właściciel fabryki szpilek jest nieznaczącym producentem, to podwyższone stawki podatkowe mogą go skłonić do przedłożenia wypoczynku nad pracę lub do zmniejszenia poziomu aktywności gospodarczej. W ten sposób system straci całość produkcji fabryki. Jak pisze Jude Wanninski – wyobraźmy sobie, że mamy trzech fachowców od budowy domów. Jeżeli pracują razem, to jeden odpowiada za fundamenty, drugi za szkielet budynku, a trzeci za dach. Razem w ciągu trzech miesięcy potrafią zbudować trzy domy. Jeżeli pracują oddzielnie i każdy stawia inny dom, to na zbudowanie trzech domów potrzebować będą sześciu miesięcy. Przy stawce podatku od budowy domów wynoszącej 49% będą pracowali razem, ponieważ państwo zostawi im skromny zysk z ich podziału pracy. Jeśli jednak stawka podatku wzrośnie do 51%, to w przypadku wspólnej pracy poniosą stratę netto. Wybiorą więc pracę oddzielnie. Gdy fachowcy łączyli swoje wysiłki, to ponieważ pracując razem budowali sześć domów, zamiast trzech, jakie postawiliby oddzielnie, przychody rządu były niemal równe wartości trzech gotowych domów. Jednak przy stawce wynoszącej 51% rząd traci te dochody, a gospodarka traci produkcję trzech dodatkowych domów, jakie powstałyby, gdyby ludzie ci pracowali razem.

Jude Wanninski, powołując się na Roberta Mundella, twierdzi że jeżeli ustalone przez rząd stawki podatkowe są wysokie, to można je bezpiecznie obniżyć, nawet licząc się z natychmiastowym spadkiem łącznych dochodów – pod warunkiem że gospodarka zacznie rosnąć szybciej i wytwarzać dochód większy niż szacowano przy statycznym założeniu braku zmian zachowań podatników. W tych warunkach może wzrosnąć deficyt, a jednak spadnie oprocentowanie rządowych obligacji! Innymi słowy, jeżeli zmniejszymy stawki podatkowe o 10%, to naturalnym jest oczekiwanie spadku dochodów państwa o 10%. Jeżeli gospodarka będzie rozwijała się szybciej z powodu korzyści związanych z niższymi stawkami podatkowymi, to dochody mogą spaść nieco mniej. Ta różnica wystarczy co najmniej na pokrycie oprocentowania obligacji, które rząd może wypuścić, by sfinansować chwilowy spadek dochodów. W ten sposób rząd zainwestuje w potencjał produkcyjny ludności, zakładając, że zareaguje ona na obniżkę stawek w sposób, który przyniesie stały dochód z tej inwestycji. To właśnie spowodowało, że obniżkom podatków wprowadzonym w Stanach Zjednoczonych przez administrację prezydenta Reagana towarzyszył wprawdzie wzrost deficytu, ale również obniżka stóp procentowych. Zjawisko to jest powszechnie akceptowane na poziomie mikroekonomii przedsiębiorstw. Rynek obligacji ocenia emisję obligacji przez jakąś firmę przyglądając się celom, którym posłużą środki uzyskane z obligacji. Jeżeli gracze rynkowi stwierdzą, że emisja przyniesie zysk z inwestycji, to stopa oprocentowania będzie korzystna, a inne zobowiązania firmy mogą nawet zyskać na wartości na rynku wtórnym. Nie ma powodu, dla którego rządowe przychody z obligacji nie miałyby być traktowane w ten sam sposób, zwłaszcza gdy wiadomo, że obligacje są wypuszczane w celu sfinansowania obniżki podatkowej.

Niezwykle istotne w krzywej Laffera jest to, że wyznaczają ją litery, a nie liczby. Nie wiadomo bowiem, w którym miejscu znajduje się punkt E w konkretnej sytuacji miejsca i czasu. Naturalne jest, że w różnych krajach będą różne wielkości TMAX, w zależności od historycznych i kulturalnych wydarzeń w przeszłości. Poza tym wielkość ta może ewoluować przez cały czas w zależności od ekonomicznych warunków. Krótkookresowa Krzywa Laffera może różnić się znacząco od długookresowej. W czasach wojny punkt E może leżeć nawet bardzo blisko 100%. Jude Wanninski przywołuje w tym miejscu przykład Stalingradu w czasie II Wojny Światowej, w którym przez 900 dni jego obrońcy, zarówno żołnierze, jak i ludność cywilna, walczyli i pracowali tylko dla dobra publicznego. Z drugiej strony odbudowa Niemiec ze zniszczeń wojennych rozpoczęła się na dobre po roku 1948, gdy za sprawą Ministra Finansów Ludwiga Erharda zredukowano stawki podatkowe, a rząd wycofał się z wielu regulacji w gospodarce. Podobnie wyglądała sytuacja w Japonii, gdzie dopiero po roku 1950, gdy zmniejszono wojenne obciążenia podatkowe nastąpił rozwój gospodarczy. W obu przypadkach zmniejszenie stawek podatkowych zaowocowało ożywieniem gospodarczym i, w dłuższej perspektywie, zwiększeniem przychodów państwa.

Miejsce położenia punktu maksymalizującego wpływy do budżetu zależy więc od wielu czynników. Chris Bolton pisze, że „kiedy wysokość podatku rośnie od 0%, wpływy oczywiście będą rosły. Jednak w miarę zwiększania podatku, gdy coraz więcej pieniędzy jest zabieranych przez rząd, niektórzy przestają pracować – bo im się nie opłaca, inni zmniejszają ilość godzin pracy, a jeszcze inni zaczynają oszukiwać na płaceniu podatków. Te problemy narastają wraz ze wzrostem podatku, mają też wpływ na ściągalność podatku, na skalę wykorzystywania luk podatkowych i ulg. Z tego powodu wpływy zaczynają maleć po osiągnięciu pewnego poziomu. Po tym punkcie zmniejsza się chęć do pracy, rozpoczynania przedsięwzięć, podejmowania ryzyka czyli tego, co powoduje powstawanie miejsc pracy, poprawę sytuacji ekonomicznej i wzrost produktu narodowego brutto (GNP), które łącznie można nazwać Współczynnikiem Aktywności Ekonomicznej. Krzywa Laffera pokazuje, że wpływy są równe GNP x wielkość podatku x stopa zgodności (Compliance Rate). Obniżka podatku może spowodować wzrost wpływów przy wzroście Współczynnika Aktywności Ekonomicznej zwiększającego produkt narodowy brutto i większej akceptacji dla prawa podatkowego (…)”.

Wydaje się oczywiste, że wzrost stawki podatkowej wpływa na działalność gospodarczą, to jednak zwolennicy wyższych stawek podatkowych nałożonych na bogatych zaprzeczają temu – spostrzegają Hall i Rabushka. Tymczasem, „aby zaprzeczyć, że wyższe stawki podatkowe zniechęcają do działalności gospodarczej trzeba odrzucić jedno z praw ekonomii – prawo popytu – które zakłada, iż ceny i ilości są wzajemnie zależne. (…) Wyższe stawki podatkowe zmniejszają popyt na pracę, oszczędzanie i inwestowanie przez redukcję dochodów po opodatkowaniu. Niższe stawki podatków zwiększają popyt na pracę, oszczędzanie oraz inwestowanie przez zwiększenie dochodów po opodatkowaniu”.

Zasadę działania Krzywej Laffera oddaje stare porzekadło, zgodnie z którym „więcej much złapie się na melasę niż na ocet”. Dlatego wielu projektodawców systemów podatkowych zgadza się, że podstawa opodatkowania powinna zostać powiększona, a stopy podatkowe zmniejszone. Jak twierdzi Daniel J. Mitchell, „niższe stawki podatkowe powodują wzrost gospodarczy poprzez ograniczenie „karania” pracy, oszczędzania i inwestowania”.

Tyle na temat teorii. W następnym wpisie będzie o praktyce.