Robert Gwiazdowski

Gospodarka klasycznie

Archiwum: maj 2009

2009-05-29 22:20

SZEROKA KOLEJ I OTWARTE NIEBO

Jak ten czas leci. Dwa lata temu (dokładnie 25.05.2007) we wpisie „wojna polsko-ruska pod flaga biało czerwoną” pisałem, o tym jak „polskie media odtrąbiły, iż w Samarze, podczas szczytu z Rosją, Unia Europejska „stanęła murem za Polską”, że „zwyciężyła zasada solidarności europejskiej”, że „Polska odniosła sukces”. Przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuela Barroso oświadczył bowiem, że „problemy Polski, Litwy i Estonii są problemami całej Unii Europejskiej”.

A tymczasem, po cichutku …

Prezydent Putin polecił premierowi Fradkowowi, aby rząd udzielił wsparcia rosyjskim kolejom (RŻD), które planują budowę linii kolejowej o szerokości 1520 mm do Europy Środkowej i Zachodniej. Linia ma przecinać terytorium Słowacji, gdzie szerokie tory dochodzą już do Koszyc, 89 km od granicy z Ukrainą. Teraz mają zostać przedłużone do Bratysławy, a stamtąd do Wiednia. Prezes RŻD Jakunin poinformował, że projekt został już wstępnie uzgodniony z austriackim kanclerzem Gusenbauerem.

Projekt przedłużenia Kolei Transsyberyjskiej do Europy jest również jednym z tematów trwającego od środy w Soczi II Międzynarodowego Forum “Partnerstwo Strategiczne 1520 “. Zebrali się tam przedstawiciele 17 państw - 12 krajów poradzieckiej Wspólnoty Niepodległych Państw, a także Litwy, Łotwy, Estonii, Finlandii i Mongolii - które korzystają z torów o szerokości 1520 mm.

Przedsięwzięcie to stanowi konkurencję wobec projektu uruchomienia w polskim Sławkowie terminalu do odbioru kontenerów transportowanych Koleją Transsyberyjską z Azji do Europy.

Nakłady na ułożenie torów na Słowacji będą pewnie wyższe niż budowa terminala w Sławkowie. Jednak preferowana jest przez Rosjan trasa omijająca Polskę, w celu eliminacji „ryzyka politycznego”. No bo skoro my się Rosji boimy, to Rosja mówi, że się boi nas. Chce więc także zbudować terminal przeładunkowy dla kontenerów z Dalekiego Wschodu w Zahony, na granicy Węgier i Ukrainy.

Ciekawe, czy przeciwko torom będziemy protestowali tak samo zajadle, jak przeciwko gazociągowi bałtyckiemu…?”

(http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=156)  

No i proszę minęły dwa latka i się właśnie dowiadujemy, że podczas trwającego w Soczi dorocznego forum kolejowego „Partnerstwo strategiczne 1520” szefowie kolei państwowych Rosji, Ukrainy, Słowacji i Austrii powołali do życia spółkę, która zbuduje i będzie eksploatowała szerokotorową linię kolejową łączącą Europę Środkową i Zachodnią z Rosją. 1520 to rozstaw szerokich torów w milimetrach.

Projekt przewiduje też budowę centrum logistycznego nad Dunajem. Prezes Rosyjskich Kolei Żelaznych Władimir Jakunin nie wyklucza, że w przyszłości mogą powstać odgałęzienia także do Europy Południowej.

Koszt inwestycji – około 4-5 mld USD – zostanie rozłożony proporcjonalnie do długości odcinków w poszczególnych krajach. W takich samych proporcjach w przyszłości będą dzielone zyski. Podkreślmy: ZYSKI. To tylko w Polsce do kolei podatnicy muszą ciągle dopłacać!

I jeszcze jedna informacja: do projektu mają przystąpić koleje niemieckie. Te same, które kupiły właśnie działającą w Polsce konkurentkę PKP Cargo – spółkę PCC. Jakiś czas temu konkurencję PCC – czyli CTL Logistics – kupił brytyjski fundusz inwestycyjny Bridgepoint. Pewnie zbyt długo „kolejarstwem” angielscy finansiści nie będą się chcieli zajmować. Choć wtrącę na marginesie, że kolej żelazna to dla wielu Anglików – ojczyzny maszyny parowej i parowozu – fascynująca sprawa. Wielu z nich przyjeżdża do Wolsztyna oglądać nasze stare parowozy i się nimi przejechać. Pewnie dlatego pomocnik maszynisty z Wolsztyna płynnie mówi po angielsku!!! (sam słyszałem kilka tygodni temu). I z pewnością więcej rozumie niż kolejni ministrowie transportu, czy infrastruktury.

A kto może odkupić CTL od angielskiego inwestora finansowego? Moim zdaniem Deutsche Bahn. Po cholerę CTL ma mu konkurować pod nosem z PCC?

I będzie tak: na intratnych dalekich transportach ze Wschodu na Zachód zarobi spółka właśnie utworzona przez Rosjan, Ukraińców, Słowaków i Austriaków, do której jeszcze dołączą Niemcy. „Objedzie” ona sobie Polskę, bo choć to dalej, to zawsze lepiej jest zrobić biznes, niż go nie zrobić. „Możliwe, że nakłady na ułożenie torów będą wyższe, jednak trasa omijająca terytorium Polski, nielojalnej wobec rosyjskich inicjatyw, wygląda atrakcyjniej z punktu widzenia ryzyka politycznego” – napisał rosyjski „Kommiersant”.

A do Polski na krótszych dystansach Deutsche Bahn  będzie woził towary korzystając z PCC i CTL. Nasi politycy będą nadal analizować kolejne warianty restrukturyzacji PKP Cargo do czasu jej spektakularnego bankructwa jakie spotkało inną perłę w koronie polskiej gospodarki – czyli polskie stocznie.

Pewnie to agenci KGB przekonali, albo jeszcze nie daj Boże przekupili (albo zastraszyli) Słowaków i Austriaków, a teraz biorą się za przekupywanie Niemców, żeby przystąpili do tego interesu. Niemców zresztą przekupywać nie muszą, bo Niemcy od czasów Grunwaldu tradycyjnie nastają na naszą niepodległość i razem z Rosją chętnie będą uczestniczyli w kolejnym rozbiorze Polski – tym razem kolejowym.

Ale Niemcy z Austriakami (też prawie Niemcy) i Słowakami (pewnie od księdza Tiso) nie mogliby niczego do Rosji szeroką koleją wozić gdyby nie… Ukraina. Tak, tak! Ta sama Ukraina, której w styczniu broniliśmy jak onegdaj Tobruku, gdy Gazprom zakręcił jej gaz. Ta sama Ukraina, z którą mamy wspólnie działać w antyrosyjskiej koalicji zmierzającej do przedłużenia rurociągu Odessa-Brody, aby ropa kaspijska mogła popłynąć do Płocka i Gdańska. Do tego czasu nasze nafciarskie potęgi z Płocka i Gdańska pewnie już zbankrutują – jak stocznie. Chyba jacyś pogrobowcy UPA odpowiedzialni za mordy Polaków na Wołyniu spiskują przeciwko naszemu wspólnemu bezpieczeństwu energetycznemu… i oczywiście kolejowemu.

Mieliśmy budować terminal w Sławkowie do przeładowywania kontenerów z szerokich torów na wąskie i odwrotnie. Ale chyba już nie będzie potrzebny. Aczkolwiek znając polskich decydentów może się jednak na budowę zdecydują – oczywiście żeby zamanifestować przed Rosjanami suwerenność naszej polityki gospodarczej.

Jakby było mało sukcesów w kolejnictwie rząd ogłosił kolejny sukces na polu przewozów lotniczych. Skarb Państwa i Towarzystwo Finansowe Silesia przejęły „pełną” kontrolę nad Polskimi Liniami Lotniczymi LOT. Zgodnie z komunikatem MSP „zmiana struktury kapitałowej PLL LOT stanowi ważny element realizowanego obecnie procesu zwiększania konkurencyjności oraz poszukiwania strategicznego inwestora dla tego podmiotu”. Proszę zwrócić uwagę na słowo: „pełna kontrola”. Pełna to znaczy 93% kapitału – bo 6% ma załoga. Oczywiście jak Skarb Państwa miał 60% kapitału i robił co chciał – to kontrola była „niepełna” i nie można było „realizować procesu zwiększania konkurencyjności tego podmiotu”! Powiedzmy sobie szczerze: PLL LOT czeka los… polskich stoczni. No chyba, że kupi ten latający cyrk Lufthansa. To taki Deutsche Bahn, co lata po niebie. Było to ewidentne już wówczas, gdy MSP robiło „prywatyzację” PLL LOT sprzedając mniejszościowy pakiet akcji Swissair’owi. Wówczas „Luffa” była skłonna zapłacić za LOT całkiem niezłą kasę. Ale przecież nie po to Wanda nie chciała Niemca, żebyśmy teraz nasz majątek narodowy… itp., itd., etc.

Ostatni mądry polski władca to był Stefan Batory. Ale on nie był Polakiem.


2009-05-24 18:50

MANIFEST EMERYTALNY

Z okazji 10 rocznicy Wielkiej Reformy Emerytalnej z 1999 roku, Gazeta Wyborcza opublikował dziś emerytalny apel ekonomistów: profesorów Marka Góry – twórcy reformy i Krzysztofa Rybińskiego byłego Wiceprezesa NBP ze Szkoły Głównej Handlowej oraz Ludwika Sobolewskiego – prezesa Giełdy Papierów Wartościowych.

Całkowicie przez przypadek również dziś w Dzienniku prezesi największych banków działających w Polsce (nazywanych przez Dziennik – nie do końca trafnie „polskimi”) ostrzegali, że polski system finansowy jest zagrożony, gdyż przybywa osób, które szukają nowych kredytów na spłatę poprzednich. Według szacunków zamieszczonych w Biuletynie Informacji Kredytowej, ok. 600 tys. klientów ma już więcej niż sześć pożyczek. Wartość pożyczek konsumpcyjnych, które mogą nie zostać spłacone sięga kwoty 45 mld zł. To aż jedna trzecia wszystkich kredytów na kartach czy zaciągniętych na kupno samochodów, sprzętu RTV i AGD. Skala zjawiska może być jeszcze większa, bo jeśli banki odmawiają klientom pieniędzy, idą oni do firm pożyczkowych. A te nie dostarczają danych o dłużnikach do Biura Informacji Kredytowej, z którego korzystają banki.

Natomiast w Gazecie Prawnej ukazał się wywiad z Wiceprezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (ZUS) – Marią Szczur – z którego wynika, że w 2009 roku „zabraknie” 5 mld. zł. na emerytury. Co prawda wpływy ze składek na ubezpieczenia społeczne w pierwszym kwartale wyniosły 21,72 mld zł – czyli 24,7% zaplanowanych i są wyższe o 1,4 mld zł w stosunku do pierwszego kwartału roku ubiegłego, to ostateczna kwota wpływów do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS) na koniec roku będzie zależeć od faktycznego ukształtowania wskaźników makroekonomicznych. Przypomnę, że ZUS układając budżet MUSI przyjąć takie same wskaźniki, jakie założono w budżecie państwa. A ile są warte wskaźniki przyjęta przez Pana Ministra Rostowskiego – widać, niestety, aż nazbyt dokładnie. „W przypadku znacznego odchylenia się zmiennych makroekonomicznych, które są zakładane przy konstrukcji planu, FUS będzie zmuszony do pokrycia niedoboru z dotacji budżetu lub ze środków pozyskanych z kredytów” – twierdzi Pani Prezes Maria Szczur.

Co te trzy sprawy mają ze sobą wspólnego? Pozornie nic. Ale praktycznie mają bardzo dużo. Zaczynając od końca: to nie ZUS zabraknie tylko w systemie emerytalnym, którego elementem są Otwarte Fundusze Emerytalne (OFE), zabraknie. Bo od reformy emerytalnej z 1999 roku pieniędzy dla emerytów nie przybyło! Wręcz przeciwnie – ubyło! Jest ich mniej o prowizje i opłaty pobierane przez OFE. Co prawda OFE miały nasze pieniądze inwestować i w ten sposób pomnażać, ale wiadomo – kryzys! Ten sam kryzys dotknął przecież zarządzany przez ZUS Fundusz Rezerwy Demograficznej (FRD), który przez cały czas uzyskuje jednak lepsze wyniki niż większość OFE!

Ludzie nie spłacają kredytów, bo wielu traci pracę. A traci ja dlatego, bo praca jest droga. A droga jest dlatego, że państwo ją opodatkowuje bez mała jak wódkę – w tym tak zwaną składką na ubezpieczenie emerytalne, część której przekazywana jest do OFE. Najłatwiejszym sposobem redukcji kosztów w okresie dekoniunktury jest dla wielu przedsiębiorstw redukcja zatrudnienia. Ale przecież sytuacja tych, którzy pracy nie stracili też jest nie do pozazdroszczenia. Teoretycznie siła ich popytu (a tym samym zdolność do spłacania pożyczek) mierzona – zgodnie z Prawem Saya – siłą ich podaży jest znacznie wyższa niż w rzeczywistości. Ktoś, czyją pracę pracodawca wycenił na 3.600 zł zarabia tylko 2.000 zł. Resztę – czyli 1.600 zł. – pracodawca musi odprowadzić do urzędu skarbowego (zaliczka na PIT) i do ZUS (składki ubezpieczeniowe) skąd część składki emerytalnej „ubezpieczonego” powędruje do OFE. Ale nie powędruje w związku z tym na spłatę pożyczek w banku, który jest akcjonariuszem Powszechnego Towarzystwa Emerytalnego (PTE), które zarządza OFE. Czy to naprawdę jest aż tak skomplikowane???

Banki skarżą się, że klienci nie spłacają pożyczek i oczekują „pomocy” od rządu, grożąc „załamaniem rynku finansowego” które (to załamanie) będzie mieć katastrofalne skutki dla gospodarki realnej. Ale przecież rząd już sprawił, że PTE w 2008 roku zarobiły ponad 600 mln zł. Z roku na rok zarabiają zresztą coraz więcej. Nic dziwnego, skoro biorą maksymalną prowizję, na jaką pozwala im prawo. Swoje wyniki finansowe zawdzięczają nie lepszemu zarządzaniu, tylko większym przychodom, które mają zagwarantowane ustawowo, gdyż  „ubezpieczeni” muszą być „ubezpieczonymi” bo inaczej pójdą do więzienia! Źródłem przychodów są przekazywane do OFE przez ZUS składki klientów OFE, którzy najpierw płacą prowizję od każdej „składki” (7%), a potem co miesiąc opłatę za zarządzanie (0,045-0,023%). Co prawda 7% to maksymalna ustawowa wysokość prowizji, ale tak się jakoś przez przypadek złożyło, że z 15 działających towarzystw 14 pobiera stawkę maksymalną. Tylko PTE Allianz pobiera 4%. UOKiK jakoś nie widzi w tym problemu, że wszystkie OFE mają takie same koszty. Rocznie PTE zbierają w ten sposób około 1,5 mld. zł. Nie ponoszą przy tym żadnych kosztów na owo „zbieranie”. Robi to za nie ZUS! Prognoza kondycji finansowej PTE do 2040 roku przygotowanej w 2003 roku przez ówczesny Urząd Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych przewiduje, że za 23 lata PTE zarobią (według wartości pieniądza z 2003 roku), 1,9 mld zł. W jednym roku. W sumie do 2040 roku PTE zarobią blisko 25 mld zł. Bez ryzyka.

I dopiero w tym kontekście należy spojrzeć na przedstawiony w Wyborczej „manifest emerytalny”. Najważniejszy jest w nim postulat stworzenia tak zwanych funduszy bezpiecznych (Fundusze B), do których stopniowo miałyby być wpłacane przez OFE nasze pieniądze, gdy do wieku emerytalnego będzie pozostawało coraz mniej lat. Ma to uchronić nasze oszczędności przed gwałtownymi wahaniami na giełdzie, takimi jak pod koniec zeszłego roku. „Uruchomienie subfunduszy przedemerytalnych jest stosunkowo proste i nie ma żadnego powodu, aby dalej z tym zwlekać!” – piszą autorzy manifestu. W zasadzie tak. Ale tylko w zasadzie. Po pierwsze już dziś ponad 70% naszych składek przekazanych przez ZUS do OFE (oczywiście pomniejszonych o prowizje) jest inwestowana bezpiecznie – czyli w papiery emitowane przez Skarb Państwa. Co to oznacza w praktyce? Nie mniej niż więcej tylko tyle, że za zarobione przez nas złotówki – czyli papiery z napisem „legalny środek płatniczy”, Skarb Państwa przekazuje do OFE papiery z napisem „obligacja” albo „bon” z zobowiązaniem, że za określony czas zwróci OFE papiery z napisem „legalny środek płatniczy” wraz z odsetkami. Skąd Skarb Państwa weźmie na te odsetki? Weźmie je miedzy innymi od tych, którym będzie wypłacana emerytura w postaci podatku VAT i akcyzy. Więc te bezpieczne subfundusze są tak samo bezpieczne jak wszystko inne – jest to zobowiązanie państwa do zabrania podatnikom. Ale szczególnie ciekawi mnie tabela opłat jakie miałyby być pobierane za to zarządzanie Funduszami B. Bo coś tak podskórnie czuję, że pomysł z jest tylko i wyłącznie ruchem pozornym polegającym na odzyskaniu przez OFE tego co stracą na skutek ustawowego zmniejszenia maksymalnego progu prowizji i opłat za zarządzanie.

Drugim pomysłem przedstawionym w manifeście emerytalnym jest zmobilizowanie towarzystw emerytalnych do „prawdziwej konkurencji”. Jak? Otóż przez lepsze porównanie!!! Wiadomo, że przymus płacenia składek jest sam w sobie świetny dla rozwoju konkurencji w ramach oligopolu OFE. Dziś ich wyniki ocenia się tylko w ich własnym gronie, porównując ze średnią uzyskiwaną przez wszystkie fundusze emerytalne. Tymczasem naprawdę rzetelną ocenę może nam dać dopiero porównanie dokonań towarzystw ze stopami zwrotu, jakie można uzyskać na rynku. Nasuwa się od razy pytanie: kto komu broni robić takie porównania już dziś? Trzeba będzie wprowadzić przymus robienia ocen. Powstanie specjalna „agencja ratingowa a la polonaise” – czyli „Rada ds. OFE” działająca na podstawie specjalnej ustawy o „benchmarku zewnętrznym”. Wejdą do niej przedstawiciele różnych środowisk: „specjaliści z dziedziny finansów o uznanej międzynarodowej reputacji (np. polscy matematycy finansowi), przedstawiciele PTE, Ministerstwa Finansów, Komisji Nadzoru Finansowego i Giełdy Papierów Wartościowych oraz makroekonomiści”. Od razu ciśnie mi się pytanie: „specjaliści z dziedziny finansów o uznanej międzynarodowej reputacji”, „przedstawiciele PTE, Ministerstwa Finansów, Komisji Nadzoru Finansowego i Giełdy Papierów Wartościowych” nie będą „makroekonomistami”? Adam Smith by się nie załapał to tak szacownego grona! Ciekawe czy będą pracowali społecznie, czy trzeba będzie zrobić jakiś odpis od składek na ubezpieczenie emerytalne, żeby się Rada mogła utrzymać. wynająć godny niej gmach i oczywiście kupić samochody. Ciekawe, czy taka Rada zapewniłaby, żeby w „benchmarku zewnętrznym” nie znalazły się papiery emitowane przez Lehman Brothers – bank o uznanej międzynarodowej reputacji, albo akacje General Motors, czy innych potęg amerykańskiego przemysłu samochodowego.

A teraz uwaga: „kiedy już na rynku nastanie prawdziwa konkurencja, będzie można wprowadzić także obniżki prowizji od powierzonego funduszom kapitału”. Czyli obniżki dopiero wtedy jak „nastanie prawdziwa konkurencja”, po tym jak „się zrobi” porównania! Tylko jak zachęcić do konkurencji skoro działa stara socjalistyczna zasada: „czy się stoi, czy się leży prowizja się należy!” Prowizja – przypomnę – nie od wyników, tylko od wysokości środków odebranych nam POD PRZYMUSEM!

Zwróćmy jeszcze uwagę na uzasadnienie reformy i jego logikę.

„W miejsce starego systemu, który z powodu starzenia się społeczeństwa po pewnym czasie stałby się niewypłacalny, stworzono nowy system, który gwarantuje zrównoważoną ochronę interesu pokolenia pracującego i pokolenia emerytów, czyli w praktyce odpowiedni podział dochodu narodowego. Chodziło także o to, by złagodzić skutki fluktuacji gospodarczych. Celem reformy była również indywidualizacja uczestnictwa w systemie. Dzisiaj każdy może sprawdzić stan obu kont emerytalnych i racjonalnie podjąć decyzję, czy i jak chce dodatkowo oszczędzać na emeryturę, a także kiedy na nią przejść”.

Pokusimy się o rozbiór logiczny cytowanego akapitu?

Zdanie pierwsze: „z powodu starzenie się społeczeństwa stary system stałby się nie wypłacalny” jest zdaniem nieweryfikowalnym logicznie. Jest ono zarazem prawdziwe i nieprawdziwe. Wszystko zależy od interpretacji. „System” nie stałby się niewypłacalny. Bo systemu żadnego nie było! W ustawie określano wysokość emerytur. Jak „system stawał się niewypłacalny” to nie waloryzowano emerytur a zwiększano inflację!

Zdanie drugie: „nowy system gwarantuje zrównoważoną ochronę interesu pokolenia pracującego i pokolenia emerytów, czyli w praktyce odpowiedni podział dochodu narodowego”! Zdanie pierwsze i drugie dzieli przecinek. Jak złożone są te zdania? Podrzędnie? Współrzędnie? Istnieje między nimi jakiś stosunek wynikania? Przede wszystkim samo zdanie drugie nie jest prawdziwe. Nowy system wcale nie gwarantuje „zrównoważonej ochrony interesu pokolenia pracującego i pokolenia emerytów, czyli w praktyce odpowiedniego podziału dochodu narodowego”. Przypomnę: w 1999 roku składki płacone „na ZUS” nie zostały obniżone. A więc reforma niczego nie zmieniła po stronie „pokolenia pracującego”. To, że składkę „na ZUS” podzielono na kilka różanych składek też odprowadzanych do ZUS tylko pod różnymi nazwami, nie miało żadnego znaczenia z punktu widzenia zmniejszania faktycznej zdolności popytowej „pokolenia pracującego” w stosunku do tej zdolności mierzonej od strony podażowej. A co z „interesem pokolenia emerytów”? Przecież w ich interesie byłoby otrzymywania wyższych świadczeń, a nie niższych. Sporo wyjaśnia równoważnik zdania: „odpowiedni podział dochodu narodowego”. Tylko jaki jest „odpowiedni”? Od początku było wiadomo, że chodziło o zamiar obniżenia stopy zastąpienie – czyli wysokości emerytur w stosunku do wynagrodzeń przed przejściem na emeryturę.

Natomiast zdanie: „jednym z najważniejszych efektów nowego systemu emerytalnego jest stabilność finansowa kraju” jest już zdaniem bezwątpienia nieprawdziwym. Co udowodnili już górnicy, kolejarze, nauczyciele. Czy stwierdzenie, że „nie będą potrzebne w przyszłości drastyczne podwyżki składek ani podatków lub drastyczne obniżki emerytur” opiera się na założeniu, że górnicy już więcej do Warszawy nie przyjadą? A ze zdania, że „dzięki temu (to znaczy reformie emerytalnej) nasz kraj ma lepszą pozycję konkurencyjną niż kraje, które nie przeprowadziły takiej reformy i będą musiały się zadłużać” to ma wynikać, że gdyby nie reforma to ze 128 miejsca w rankingu konkurencyjności spadlibyśmy na 129? I ciekawe, dlaczego Niemcy są pod tym względem wciąż przed nami, skoro reformy nie przeprowadzili. A stawiana do niedawna za wzór Irlandia ma zupełnie inny system emerytalny.

Zdaniem autorów manifestu „ze względu na nowatorski charakter oraz dużą przejrzystość działania najbardziej widocznym i najczęściej komentowanym elementem nowego systemu emerytalnego są OFE”. Bardzo chciałbym poznać metodologię inwestowania OFE, żeby się nie zastanawiać, czy pieniądze odebrane nam pod przymusem nie są inwestowane pod zajęte przez kogoś pozycje! Strategia inwestycyjna ZUS wobec FRD nie jest tajemnicą. A pieniądze w FRD i w OFE to takie same publiczne (bo przymusowo nam zabrane) pieniądze. Tu się zgadzam w stu procentach z autorami manifestu: koniczna jest „dyskusja nie uznająca tematów tabu: czy w polskich warunkach inwestor instytucjonalny, jakim są OFE, działa z takim horyzontem, jak na ten typ inwestora przystało, czyli długoterminowym? Czy wszystkiemu winna jest minimalna wymagana stopa zwrotu oparta na „benchmarku wewnętrznym” (czyli średniej stopie zwrotu OFE), czy są też inne przyczyny skrócenia horyzontu inwestycyjnego? Dlaczego OFE nie kupują akcji, gdy są one często wręcz absurdalnie przecenione, natomiast w szczycie hossy na ogólną liczbę 83 małych debiutantów  na GPW w portfelach OFE na koniec 2007 roku znajdowały się akcje 42 takich spółek?” No właśnie dlaczego! Może ktoś jednak zajął wcześniej pozycje???

A teraz taki passus: „oczywiście powstaje pytanie, w jaki sposób zwiększyć stopę zwrotu z naszych oszczędności ulokowanych w OFE. Z punktu widzenia teorii systemów emerytalnych OFE są sposobem na sprawiedliwy podział PKB między pokoleniami. W myśl tej teorii, jeżeli wszystkie środki OFE są inwestowane w kraju, to w długim okresie przeciętna stopa zwrotu z inwestycji powinna być podobna do dynamiki zmian dochodu narodowego (…) Błędem byłoby jednak przyjąć jakieś tempo wzrostu PKB i oczekiwać, że w długim okresie taka będzie stopa zwrotu w OFE. Jest odwrotnie – to dobre funkcjonowanie instytucji takich jak OFE może przyspieszać wzrost gospodarczy. Po pierwsze, OFE gromadzą tak dużo środków, że sposób, w jaki są one inwestowane, może wpływać pozytywnie lub negatywnie na PKB. Po drugie, jeżeli dopuszczamy możliwość inwestycji zagranicznych, to wówczas uzyskiwana stopa zwrotu z OFE może być wyższa w długim okresie niż tempo wzrostu PKB kraju”. Jak to można skomentować? Po pierwsze: skoro inwestowanie w kraju powoduje, że przeciętna stopa zwrotu z inwestycji powinna być podobna do dynamiki zmian dochodu narodowego, to inwestowanie za granicą oznacza, że przeciętna stopa zwrotu z inwestycji może być INNA – jeśli zmiany dynamiki dochodu narodowego za granicą będą inne. Ale to wcale nie oznacza, że koniecznie WYŻSZA. W 2009 to w Polsce dynamika zmiany dochodu narodowego będzie należała do najwyższych! Nie ma zresztą powodów, żeby w kolejnych latach nie mogło być tak samo. To znaczy powody są – ale wyłącznie polityczne. Dysponujemy bowiem w Polsce niewykorzystanym potencjałem, którego uwolnienie może uczynić nas na stałe europejskim tygrysem gospodarczym. Leżymy w środku Europy – na skrzyżowaniu szlaków handlowych, z dostępem do morza, kilkoma niezamarzającymi portami, niewykorzystanymi dotąd zasobami atrakcyjnych gruntów. I mamy ludzi. Młodych, wykształconych, pomysłowych, odważnych, pracowitych. Takich zasobów pracy nie ma nigdzie w Europie. Ale my ten nasz kapitał opodatkowujemy tak jak wódkę – między innymi składkami na OFE. Więc nam tego kapitału ubywa. Wyjeżdża do Irlandii – tam nie ma OFE. Po drugie, sposób, w jaki środki zgromadzone przez OFE są inwestowane, rzeczywiście może wpływać na PKB. Ale póki co OFE 70% zgromadzonych środków „inwestują” w papiery Skarbu Państwa, a 30% w akcje spółek giełdowych. A to nie ma praktycznego związku z rzeczywistym wzrostem narodowego dobrobytu! Jak OFE kupowały akcje na Giełdzie gdy indeksy rosły, to bogacili się ci, którzy je sprzedawali, a którzy kupili je wcześniej. Jak OFE kupują obligacje, to Skarb Państwa wypłaca dotację dla ZUS, żeby starczyło na bieżące emerytury. Nie ulega więc wątpliwości, że OFE powinny mieć możliwość lepszego inwestowania. Abstrahując, że nie powinny być przymusowe, ale skoro już są, to tym bardziej powinny móc lepiej zarządzać zgromadzonymi środkami. Obligacje Skarbu Państwa można kupić na poczcie bez żadnej prowizji!

Autorzy manifestu uważają poza tym, że „rolą rządu i parlamentu jest stworzenie inteligentnych i nie szkodzących rynkowi zachęt dla OFE, by uczestniczyły w procesach modernizacji kraju i gospodarki, takich jak prywatyzacja i inwestycje w infrastrukturę.” Jakich „zachęt”? Albo cos jest opłacalne, albo nie. Stwórzmy po prostu zamiast systemu „zachęt”, system w którym będzie można bez przeszkód inwestować w intratne przedsięwzięcia. Niechby prywatne fundusze – choćby i OFE – mogły wybudować most w Warszawie i pobierać myto za przejazd nim. Zysk gwarantowany. Dla wszystkich.

 


2009-05-18 11:50

PIENIĄDZ, KREDYT BANKOWY I CYKLE KONIUNKTURALNE.

Wiadomo od dawna, że „pieniądze szczęścia nie dają”. Zwłaszcza w nadmiarze. Zwłaszcza w sensie makroekonomicznym. Bo w sensie mikroekonomicznym każdy z dodatkowej ilości pieniądza pewnie by się ucieszył. Ale zwiększanie podaży pieniądza przez banki centralne przy pomocy pokrętnych regulacjach prawno-finansowych i cząstkowej rezerwie bankowej prowadzić musi do kryzysów finansowych. Nakładem Instytutu Ludwiga von Misesa ukazała się właśnie książka Jesusa (ach ci Latynosi) Huerta de Soto, „Pieniądz, kredyt bankowy i cykle koniunkturalne”.

Zdaniem de Soto nie można dzisiejszych banków centralnych uznawać za naturalny produkt ewolucji wolnego rynku. Wręcz przeciwnie. Samo ich istnienie, nie mówić już o zasadach funkcjonowania, zostało narzucone rynkowi z zewnątrz, na skutek decyzji politycznych podejmowanych z chęci czerpania zysków z nieograniczone możliwości kreacji pieniądza i kredytu, jakie dawało wprowadzenie zasady utrzymywania rezerwy cząstkowej.

Rządy sprzeniewierzyły się w ten sposób swojemu podstawowemu obowiązkowi w zakresie ochrony prawa własności. Prawo własności depozytów bankowych na żądanie przestało być chronione w ogóle. To był ten – jak pisze de Soto - gospodarczy „kamień filozoficzny”, który zapewnił politykom nieograniczone możliwości finansowania ich zwariowanych wydatków bez konieczności uciekania się do podwyższania podatków.

„Tworzeniu systemu prawdziwej wolnej bankowości musi towarzyszyć przywrócenie wymogu stuprocentowej rezerwy dla kwot przyjmowanych jako depozyty na żądanie. Złamanie tej zasady stało się źródłem wszystkich problemów bankowości i pieniądza, których wynikiem jest dzisiejszy system finansowy” – pisze de Soto. Absolutna rację miał bowiem Friedrich Hayek, że łamanie tradycyjnych zasad postępowania, niezależnie od tego, czy przybiera formę instytucjonalnego przymusu rządowego, czy też przywilejów przyznawanych różnym grupom interesów, wcześniej czy później musi wywołać niepożądane konsekwencje, poważnie zaburzając spontaniczny proces współpracy społecznej.

Ciekawe, czy będzie to lektura obowiązkowa na zajęciach z zarządzania, makroekonomii i bankowości?


2009-05-15 11:50

BANKIERZY, BANKOWCY I PRYWACIARZE

Pamiętacie Państwo jak w lutym grupa kilku banków, w tym włoski UniCredit, austriacki Raiffeisen i belgijski KBC apelowały do Komisji Europejskiej, by zorganizować pomoc finansową dla „krajów środkowo-wschodniej Europy”? W 12-punktowy programie wsparcia dla „krajów regionu”, była mowa o kredytach dla… banków i gwarancjach dla depozytów znajdujących się w tych bankach ze strony miedzy innymi Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju.Banki napisały, że potrzeby jest silny system bankowy, aby ograniczyć negatywny wpływ globalnego kryzysu na środkowo-wschodnią Europę. Bo oczywiście kryzys wziął się jak świńska grypa – nie wiadomo skąd. I tylko „silny system bankowy” mógłby chorobie zaradzić.

Kierując się podstawowymi zasadami logiki wnioskowania można byłoby dojść do wniosku, że wcześniej system bankowy nie był silny. Czy jest to wniosek dobry, czy może przesłanka zawarta w tezie, że „silny system bankowy” jest potrzebny „aby ograniczyć negatywny wpływ globalnego kryzysu” jest błędna. Bo przecież kryzy nie przyszedł znikąd, tylko właśnie z systemu bankowego. To nie bankrutujące przedsiębiorstwa produkcyjne, które wyprodukowały za dużo towarów, nie mogły ich sprzedać i tym samym spłacić kredytów zaciągniętych na produkcję (jak to bywało w kapitalizmie) wywołały kryzys sektora bankowego. Było dokładnie odwrotnie.

Ale to wołanie o pomoc, oczywiście w imieniu „krajów środkowo-wschodniej Europy”, miało swoją przyczynę. Bo jak kraje te pomocy nie dostały, to KBC poprosił o pomoc sam dla siebie. W minioną środę wystąpił o zawieszenie notowań swych akcji na giełdzie w Brukseli i rozpoczął negocjacje z rządem federalnym i rządem regionu Flandrii w sprawie trzeciej „antykryzysowej” operacji ratunkowej.

I pomyśleć, że kiedyś prowadzenie banku to był bardzo prosty biznes – jak przysłowiowa konstrukcja parasola. W dużym uproszczeniu, które jednak wcale nie „wypacza” obrazu, ten tradycyjny biznes polegał tym, że ktoś przynosił do banku depozyt – powiedzmy „100” – a bank zobowiązywał się zwrócić mu po roku „105”. Żeby mieć to dodatkowe „5” (plus własny zarobek), bank musiał pożyczyć owe „100” komuś, kto zobowiązał się zwrócić po roku – powiedzmy – „110”. Jak bank pożyczał nierozsądnie, a ci, którym pożyczał mu nie oddali, bank bankrutował. Ale widomo było przynajmniej, kto pożyczył i nie oddał.

Więc nasuwa się dość proste pytanie: kto nie oddał? Może KBC i inne banki pokazałyby listę dłużników? Można snuć na temat tej listy różne teorie spiskowe – i niektórzy je snują. Nawet w komentarzach na tym blogu. Ale, nie tylko statystycznie, najtrafniejsze bywają odpowiedzi najprostsze. A najprostsza odpowiedź brzmi: listy takiej w ogóle nie ma. I nie dlatego, że jej nie zrobili, tylko dlatego, że jej się w ogóle nie da zrobić. Żyjemy bowiem w epoce finansów wirtualnych. Współcześni bankowcy, którzy stali się bankierami, sami nie wiedzą co się dzieje. Bo nie ma punktu odniesienia. Pieniędzy już nawet nie trzeba drukować. Tworzy sie je w komputerach. A przecież od dawna wiadomo, że w komputerze można mieć „drugie życie”. I tak sie właśnie zachowywali bankowcy, gdy w przerwach na grę w „Call of duty”, prowadzili jakąś transakcję.

W tym miejscu wyjaśnienie: „bankier” to dawny właściciel banku. „Bankowiec” – to „menager” w banku pracujący. Ale jak nie ma „bankiera” – bo jest ich tylu, że żaden nie ma decydującego głosu, to de facto „bankierem” staje się „bankowiec”. Ale nie troszczy się on – tak jak kiedyś „bankier” – o swój dobytek, tylko o swoją pensję i swojego „bonusa” na koniec miesiąca, kwartału, czy roku. Nie ma kota – myszy harcują.

A normalny biznes się toczy. Znajomy „prywaciarz” i z Wielkopolski, czyli z „kraju środkowo-wschodniej Europy”, o którą tak się martwili panowie bankowcy z KBC, kupuje właśnie fabryczkę Brazylii. Tak, tak – w tej dynamicznie rozwijającej się Brazylii, która pretenduje do roli nowego, ważnego ośrodka gospodarczego. A przez lata bankowcy patrzyli z góry na taki „pospolity” biznes jak jego. Świat się zmienia. I dobrze.


2009-05-11 11:20

NOWA MISJA CAS

Warszawa, 11.05.09

 OŚWIADCZENIE

Z niepokojem obserwujemy nasilające się ataki na wolność słowa i badań naukowych. Ich ukoronowaniem jest  uchwala Sądu Najwyższego z dnia 26 marca 2009 (I KZP 35/08), z której wynika, że za publikację informacji stanowiącej „tajemnice państwową” dziennikarzowi może grozić kara do 5 lat pozbawienia wolności.

Sytuacja, w której Rzeczpospolita Polska z urzędu zaczyna się zajmować wypowiedziami i publikacjami, a nie rozstrzyganiem sporów w tej materii na drodze cywilnej, zagraża gwarantowanej przez Konstytucje wolności słowa.

W związku z powyższym zmuszeni jesteśmy dopisać „wolność słowa” do niezmienionej od 20 lat Misji Centrum im. Adama Smitha i rozszerzyć ją o ten obszar.

„Misją Centrum jest badanie gospodarki rynkowej i działanie na rzecz wolnego rynku, zbudowanego na:

* fundamencie wolności i moralności

* prywatnej własności

* swobody umów w granicach prawa

* ograniczonej ingerencji władz publicznych w gospodarkę

* wolności słowa

oraz działanie na rzecz wolnego i odpowiedzialnego społeczeństwa.”

20 lat temu Fundatorzy Centrum im. Adama Smitha nie przewidzieli, ze po 60 latach kneblowania wolności wypowiedzi i publikacji, w Niepodległej Rzeczpospolitej wolne słowo może znowu być zagrożone.

Dzisiaj naprawiamy te, wynikające z nadmiaru wiary i optymizmu, uchybienie i działania na rzecz wolności słowa dopisujemy do naszej misji.

Zarząd Centrum im. Adama Smitha

Robert Gwiazdowski

Andrzej Sadowski

Ireneusz Jabłoński

Cezary Kaźmierczak

 


2009-05-04 11:40

WIĘCEJ MNIEJ PODATKÓW

W związku z głosami w niektórych komentarzach, że im mniej podatków tym lepiej,  należałoby uznać, że najlepszy byłby podatek jeden.

Propozycję podatku jedynego przedstawili francuscy fizjokraci. Proponowane przez nich rozwiązania były konsekwencją poglądu, że jedynie ziemia stanowi wartość materialną i tylko produkcja rolna przynosi rozwój gospodarczy. Sztandarowy przedstawiciel fizjokratyzmu, Francois Quesnay w dziele Tableau Economique wyodrębnił trzy klasy społeczne: (i) klasę produkcyjną czyli dzierżawców rolnych, (ii) klasę właścicieli ziemskich i osób sprawujących władzę oraz (iii) klasę „jałową” przemysłowców, rzemieślników i przedstawicieli wolnych zawodów. Tylko klasa pierwsza dzierżawców rolnych wytwarza dochód netto, który przypada klasie drugiej właścicieli ziemskich w postaci pobieranej przez nich renty gruntowej. Dochód ten wykorzystuje ona na utrzymanie pierwszej klasy dzierżawców, na inwestycje zapewniające wzrost produkcji rolnej oraz na zakup dóbr wytwarzanych przez klasę trzecią producentów i rzemieślników. A zatem podstawą utrzymania całego społeczeństwa jest, zdaniem fizjokratów, dochód tworzony jedynie w rolnictwie. Dlatego też opodatkować można i trzeba tylko własność ziemską, ponieważ inne warstwy nie wytwarzają czystego dochodu. Opodatkowanie kupców i rzemieślników nie ma sensu, gdyż nie wytwarzają oni dochodu czystego i tak muszą przerzucić ciężar płaconego przez siebie podatku na producentów rolnych, wliczając podatki w koszty produkcji, co nieuchronnie prowadzi do zwiększania poziomu cen. Konsekwencją takiego stanowiska była teoria podatku jednolitego pobieranego wprost u źródła od czystego dochodu uzyskanego osiąganego przez właścicieli ziemskich.

Ale w dzisiejszej rzeczywistości, biorąc pod uwagę wysokość wydatków państwa, podatek jedyny musiałby być bardzo wysoki. Byłby wówczas bardzo mocno odczuwalny. I byłaby duża pokusa jego nie płacenia. Musiałyby więc być ponoszone wyższe koszty kontroli jego płacenia.

Zgodnie z naukami Smitha i Saya, najlepsze podatki są takie, gdy ludzie nie za bardzo czują, że je płacą. A więc więcej prostych i niskich podatków, których płacenie nie jest ani skomplikowane, ani za bardzo odczuwalne, to rozwiązanie lepsze niż mniejsza ilość podatków, ale o wyższych stawkach.

Było już o tym tu:

http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=247

i tu:

http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=301

 

 

 


2009-05-02 22:50

O WYSOKOŚCI OBCIĄŻEŃ FISKALNYCH I DORADCACH PODATKOWYCH

W związku z dyskusją w komentarzach o wysokości rzeczywistych obciążeń podatkowych, spieszę wyjaśnić, że obliczamy ją stosując metodologię zaproponowaną przez Krzysztofa Dzierżawskiego: na podstawie udziału wydatków publicznych w Produkcie Krajowym Brutto. Relacja ta najlepiej pokazuje skalę rzeczywistego obciążenia statystycznego podatnika, gdyż państwo nie ma żadnych innych pieniędzy niż te, które nam odbierze. Może odbierać bezpośrednio dziś w postaci nałożonych na nas podatków i innych składek, opłat czy mandatów, które stanowią tak zwane daniny publiczne sensu largo. Na sfinansowanie swych wydatków państwo może też zastosować podatek inflacyjny. Druk pieniądza obniżający jego siłę nabywczą jest bowiem formą opodatkowania. Skoro za 100 zł. mogłem nabyć 100 sztuk czegoś tam, a po zwiększeniu podaży pieniądza, na skutek inflacji tym spowodowanej już tylko 96 jednostek, to nałożono na mnie podatek 4%.

I wreszcie państwo może na sfinansowanie swoich wydatków pożyczać. Ale kiedyś będzie musiało oddać. I na ten cel będzie musiało ściągnąć od podatników podatki. Więc opodatkuje nas w przyszłości. Czas nie ma większego znaczenia. A jak pisał James Buchanan – tego rodzaju podatek przesunięty w czasie, tworzy tylko pewnego rodzaju iluzję fiskalną. Jest więc bardziej niebezpieczny od zwykłego podatku, bo go od razu „nie widać”.

I właśnie dlatego o prawdziwej wielkości opodatkowania przypadającego na statystycznego podatnika informuje nas najlepiej (choć nie idealnie) właśnie relacja wydatków publicznych do wypracowanego PKB (choć nawet sam sposób liczenia PKB może być wątpliwy).

Jeśli zatem wysokość wydatków publicznych to, na przykład, 49% PKB, to znaczy, że „statystyczny” podatnik musi oddać państwu 49% wartości swojej „podaży” – czyli przychodu który by uzyskał, i który określałby jego zdolność konsumpcyjną, gdyby nie fiskalne działania państwa.

Jak pisał Jean Baptiste Say nie ma dobrych podatków. Są tylko złe. Ale niektóre są gorsze od innych. Najgorsze jest opodatkowywania pracy – w szczególności progresywnym podatkiem dochodowym, ale także różnymi „składkami”. Najlepszy system podatkowy, co wcale nie oznacza, że dobry, tylko najlepszy ze złych, opisywałem wielokrotnie: likwidujemy PIT, CIT, wszystkie „składki na ZUS”. Wprowadzamy: podatek od funduszu wynagrodzeń – 25% dla wszystkich przedsiębiorców, bez względu na formę i rozmiar prowadzonej działalności gospodarczej; podatek przemysłowy - 350 zł dla osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą; zryczałtowany podatek VAT – 350 zł dla osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą oraz dla osób prawnych prowadzących pełna księgowość: taki sam podatek od funduszu wynagrodzeń, jak dla osób fizycznych, VAT na ogólnych zasadach z tym tylko, że ujednolicamy jego stawkę na poziomie 20% (czyli obniżamy podstawową, podwyższamy obniżone); podatek przychodowy w wysokości 1% wartości sprzedaży (zamiast 19% dochodowego); podatek od kapitałów własnych – 0,2% miesięcznie. Akcyza pozostanie na dotychczasowych zasadach, z tym tylko, że opodatkowujemy tak samo produkty mogące stanowić własne substytuty. W ten sposób unikamy skutków działania „mafii paliwowej”, której działalność sprowadzała się do sprzedawania na stacjach „zblendowanych” wcześniej produktów rafinacji ropy naftowej, które miały inne stawki podatkowe od oleju napędowego. Jakby się okazało, że rzeczywiście jest gdzieś w Polsce ktoś biedny, kto ma w domu jakimś zrządzeniem losu instalację grzewczą na olej opałowy za kilka tysięcy złotych, a nie stać go na zapłatę wyższej ceny na skutek podniesienia akcyzy udzielamy mu zasiłku z gminnej pomocy społecznej. Rolnicy nadal płacą podatek rolny i swoje składki na KRUS.

Jak się uda zmniejszyć wydatki państwa obniżamy, albo wręcz likwidujemy w pierwszej kolejności podatek od kapitałów własnych spółek i obniżamy stawkę podatku VAT. Jak się rozpadnie kiedyś Unia Europejska, albo my z niej wystąpimy, VAT likwidujemy w ogóle.

A póki co nie wszyscy są tak inteligentni, jak niektórzy komentatorzy na blogu - zwłaszcza „małgosia” - i potrzebują nie tylko 90 min. na wypełnienie PIT-a, ale często korzystają z pomocy… doradcy podatkowego. A już VAT jest na tyle skomplikowany, że nawet jego uproszczenie polegające na ujednoliceniu stawek nic nie pomoże. I jak ktoś będzie chciał prowadzić działalność gospodarczą w większym zakresie (a nie punkt kserograficzny w kiosku) to będzie musiał zawiązać spółkę prawa handlowego, prowadzić pełną księgowość (osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą w naszym projekcie księgowości nie muszą prowadzić w ogóle – bo po co) i pewnie skorzystać z usług doradcy podatkowego.

Ale doradztwem podatkowym powinien móc zajmować się każdy. Pisałem w 1997 roku, gdy uchwalana była ustawa o doradztwie podatkowym, że licencjonowanie tego zawodu jest mniej potrzebne niż licencjonowanie zawodu fryzjera. Mój fryzjer opowiada mi co i jak kupować na „e-bayu”. W zasadzie wykonuje rolę (licencjonowaną przecież) „doradcy inwestycyjnego” Dlaczego nie miałby podpowiadać klientom w sprawach podatkowych? W końcu fryzjerowi pozwalamy trzymać brzytwę na gardle, a doradca podatkowy może nas tylko doprowadzić do konfliktu z fiskusem. Od tamtej pory nie zmieniłem zdania w tym zakresie, choć jestem doradcą podatkowym. Dodatm tylko, że moja specjalizacja to nie tworzenie strategii podatkowych (task zwana optymalizacja podatkowa) tylko reprezentowanie podatnikow w sporach z fiskusem, gdy już do nich dochodzi.


2009-05-01 8:30

PITOLOGIA

O północy upłynął termin złożenia PIT-a za ubiegły rok. Po raz pierwszy można było to zrobić drogą elektroniczną bez konieczności korzystania z podpisu kwalifikowanego. I należy odnotować na tym polu duży sukces podatników. Sprawa jest z pozoru bez znaczenia, ale przecież pierestrojka też się zaczynała od spraw bez znaczenia. Wiec może pomału zaczną padać i inne bastiony komunizmu, który po tak zwanym upadku komunizmu okopał się z powodzeniem w gmachu Ministerstwa Finansów na Świętokrzyskiej 12.

W czasach realnego socjalizmu służba bezpieczeństwa nie mogła nawet marzyc o takich środkach inwigilacji obywateli, jakimi dziś dysponuje kontrola skarbowa. I nie chodzi tylko o możliwości czysto techniczne – ale także prawne. Dawniej SB-cy musieli się sporo nachodzić, żeby ustalić na przykład to, gdzie pracuje „figurant”. Dziś to wiedzą już po paru kliknięciach w komputerze. Rzeczy nie do pomyślenia w obronie interesów klasy robotniczej, stały się oczywistością w obronie interesów skarbu państwa.

Tak zwana indywidualizacja zobowiązania podatkowego w myśl teorii zdolności płatniczej wymaga nieustannego inwigilowania podatników. Zmniejsza to obszar naszej wolności i jest piekielnie kosztowne. Rodzi się więc pytanie, czy rządzący o tym nie wiedzą? Czy doskonale wiedzą i całkiem świadomie narażają nas na te koszty, po to by nas móc inwigilować. Komplikowanie przepisów podatkowych ma wówczas sens – tworzy uzasadnienie do tej inwigilacji. I nie jest to tylko polska specjalność.

IRS (Internal Revenue Service) – amerykański odpowiednik polskiej Izby Skarbowej i Urzędu Kontroli Skarbowej – publikuje 480 różnych formularzy zeznań podatkowych, a do tego jeszcze 280 formularzy instruktażowych, które mają pokazywać podatnikom, jak wypełnić te 480 formularzy deklaracji i wysyła rocznie 8 miliardów stron formularzy i instrukcji do ponad 100 milionów podatników – na co trzeba ściąć 293.760 drzew. IRS szacuje, że jednemu podatnikowi wypełnienie, skopiowanie i złożenie standardowego formularza 1040 zajmuje 9 godzin i 45 minut. Daje to 5,4 miliarda godzin  bezproduktywnej pracy papierkowej. Wszystkie zarządzenia IRS i orzeczenia sądowe w sprawach podatkowych zajmują ponad 100 metrów powierzchni na półce.

Podobnie rzecz się ma w Polsce.

24 mln. podatników opłaca podatek dochodowy na zasadach ogólnych, z tego ponad 16,5 mln rozlicza się bezpośrednio z urzędem skarbowym, a ponad 7.250.000 za pośrednictwem płatników – zakładu pracy lub ZUS. Z możliwości łącznego opodatkowania dochodów korzysta około 8 mln małżonków i 0,5 mln  osób samotnie wychowujących dzieci. Rocznie składanych jest więc około 20.000.000 deklaracji z serii PIT 30. Jeżeli przyjmiemy, że wypełnienie tej deklaracji zajmuje w przypadku płatników około 30 minut, a w przypadku podatników rozliczających się bezpośrednio z urzędem skarbowym (więcej pozycji do liczenia i wypełniania) zajmuje około 90 minut, to podatnicy i urzędnicy spędzają łącznie ponad 28 tys. godzin na wypełnianiu jednej tylko deklaracji podatkowej. Nie obejmuje to wypełniania deklaracji PIT 11, na podstawie których sporządzane były deklaracje PIT 30 oraz szeregu innych deklaracji podatkowych składanych do urzędów skarbowych.

I po co? Skoro w wyniku tej żmudnej pracy państwo musi per saldo oddać podatnikom część tego, co wcześniej zabrało? Nie prościej byłoby zlikwidować PIT w ogóle, i pobierać podatek od funduszu wynagrodzeń bezpośrednio u źródła według jedne stawki podatkowej? Ale wówczas trzeba byłoby zlikwidować progresję? Coś szczególnego by się stało? Progresja de facto nie działa. I nie trzeba się tym martwić w imię sprawiedliwości (społecznej oczywiście), bo progresja jest niesprawiedliwa o czym wielokrotnie pisałem i na blogu i w książce i w wielu artykułach. Dlaczego jest więc utrzymywana? Nie w imię sprawiedliwości przecież, tylko w imię inwigilacji!