Robert Gwiazdowski

Gospodarka klasycznie

Archiwum: kwiecień 2009

2009-04-29 17:40

VAT-EM W EMERYTKĘ

Przed łódzkim sądem toczy się sprawa karno-skarbowa kobiety, która naraziła Skarb Państwa na utratę… 2 groszy.

Dura lex sed lex można rzec. Oskarżona naruszyła przepis bodajże art. 111 ustawy o podatku od towarów i usług. Co z tego, że tym razem chodziło o 2 grosze. Mogło chodzić o 2 miliony złotych.

I dlatego właśnie dzielni referendarze z Urzędu Kontroli Skarbowej bacznie muszą pilnować przestrzegania przepisów. Jeden z nich, udający ponoć studenta, przyszedł do kiosku skserować legitymację. Zapłacił 30 groszy i nie dostał paragonu fiskalnego. Wrócił po chwili do kiosku z inspektorem. Pewnie ten czaił się już za rogiem, bo niby skąd tak szybko się tam wziął. Na kioskarkę zastawiono „pułapkę” jak na Leppera przy okazji odralniania działek na Mzurach, korzystając z najlepszych wzorców CBA

Oskarżona jest emerytką, pracując w kiosku chciała sobie dorobić. Tłumaczy, że nie nabiła na kasę fiskalną usługi ksero bo nie mogła! Urządzenie nie miało jeszcze nadanego kodu, bo było nowe, co wynika podobno z faktury zakupu.

O absurdalności podatku VAT dla małych firm wielokrotnie pisał Krzysztof Dzierżawski. Od jego wprowadzenia w lipcu 1993 systematycznie powiększała się ilość podmiotów gospodarczych będących jego płatnikami. Było to spowodowane zaostrzeniem kryteriów wyznaczających obowiązek podatkowy. Obowiązkiem podatkowym obejmowane były firmy coraz mniejsze, w nieodległej perspektywie praktycznie wszystkie, ponieważ granicę obrotów, której przekroczenie wywołuje powstanie obowiązku podatkowego pewnie jeszcze bardziej się obniży.

Ale VAT to podatek skomplikowany, wymagający specjalnej „infrastruktury”, w którą musi być wyposażony podatnik – zarówno materialnej jak i niematerialnej. Ta pierwsza to kasy fiskalne, które tanie nie są – wiadomo jak podatnik musi coś kupić, to dostawca może wymagać wysokiej ceny. Drugą stanowią służby rachunkowe, bez których prawidłowa obsługa podatku jest praktycznie niemożliwa. O ile dla przedsiębiorstw dużych i średnich, często dysponujących odpowiednimi urządzeniami i personelem, ciężar tych kosztów nie ma wielkiego znaczenia, o tyle dla firm małych jest to obciążenie znaczące.

Obejmowanie obowiązkami podatkowymi firm coraz mniejszych wiąże się też z mnożeniem jednostkowych kosztów obsługi zarówno po stronie podatników, jak i po stronie aparatu skarbowego. O ile koszty te w odniesieniu do pojedynczej firmy są w zasadzie stałe, o tyle dochody podatkowe pozostają w proporcji do rozmiarów firmy. Istnieje więc jakaś statystyczna wielkość firmy, przy której koszty obsługi podatku okażą się wyższe niż dochody skarbu państwa. I tak jest pewnie z kserowaniem.

 


2009-04-25 17:30

PASER POSZEDŁ PO OCHRONĘ - CZYLI REPRYWATYZACJA Z GORZKIM POSMAKIEM CZEKOLADY

Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego sprawdza, czy akcjonariusze reaktywowanych przedwojennych przedsiębiorstw nie usiłują oszukać Skarbu Państwa na miliardy złotych. Badane są dokumenty kilkunastu przedwojennych przedsiębiorstw, które zostały reaktywowane po 1989 roku i dziś domagają się odszkodowań za znacjonalizowany po wojnie majątek. Podobno sprawa może „kosztować” Skarb Państwa miliardy złotych. Tyle bowiem wynoszą roszczenia reaktywowanych spółek.

ABW podejrzewa, że w niektórych przypadkach powoływania na nowo spółek znacjonalizowanych po II wojnie światowej mogło dochodzić do przestępstw polegających na wykorzystywaniu do ich reaktywacji akcji, które mają dziś wartość jedynie „kolekcjonerską”. Podobnie zresztą ja przedwojenne obligacje Skarbu Państwa.

Aby proces reaktywacji przebiegał zgodnie z prawem, konieczne jest zgromadzenie 10% wszystkich akcji, które przenoszą tak zwane prawa akcyjne. Należy się wykazać odpowiednimi dokumentami, na przykład umową kupna przedwojennych akcji w celach inwestycyjnych, albo udowodnić, że jest się spadkobiercą akcji danej spółki.

Papiery kupowane w celach kolekcjonerskich, na przykład na aukcjach internetowych, nie mogą posłużyć do reaktywacji spółki.

Być może zdarzenia takie miały miejsce, być może jest to straszak na właścicieli, żeby nie domagali się zbyt dużo, albo  żeby przeciągnąć postępowanie.

Od razu przypomniała mi się sprawa „E. Wedel S.A. – d. Zakładów im. 22 Lipca” z początku lat 90-tych. Napisałem o tym swój pierwszy artykuł prasowy w życiu. Ukazał się w Najwyższym Czasie pod tytułem „Gorzki smak czekolady”.

Po II wojnie światowej komuniści fabrykę Wedla znacjonalizowali. Ale nie przejmowali się spółką pod firmą E. Wedel S.A., do której należała przed wojna fabryka, a której akta w najlepsze spoczywały sobie archiwum sądu prowadzącego rejestr handlowy. Oczywiście tylko de iure, bo de facto działających spółek prawa handlowego za komuny prawie nie było, sąd rejestrowy nie miał więc za wiele do roboty. Przedsiębiorstwo państwowe utworzone na znacjonalizowanym majątku Wedla działało pod nazwą Zakłady Przemysłu Cukierniczego im. 22 Lipca. Ale torcik o nazwie „22 Lipca” jakoś nie mógł się przebić marketingowo na zachodzie, więc do takiej pięknej i chlubnej nazwy „22 Lipca” dodano – żeby imperialiści zrozumieli – dopisek „d. E.Wedel”. To „d.” to od „dawniej”. Stojąc po wyroby czekoladopodobne, które fabryka produkował na rynek krajowy (bo czekoladowe pod logo Wedel produkowała głównie na eksport), Warszawiacy ukuli słynny dowcip o tym, kiedy w Polsce znowu będzie czekolada. Wtedy, gdy „Zakłady im. 22 Lipca d. E.Wedel” będą się nazywały „E. Wedel d. 22 Lipca”. Dowcip okazał się proroczy.

Po 1989 roku paser, którym stała się III RP, postanowił sprzedać majątek który trafił do niego z rąk złodzieja – czyli komunistów. Przedsiębiorstwo państwowe „Zakłady im. 22 Lipca d. E.Wedel”, zostały skomercjalizowane – czyli przekształcone w spółkę akcyjną, akcje której zostały sprzedane amerykańskiemu koncernowi Pepsico.

Amerykanom „22 Lipca” jakoś nie przypadł do gustu i postanowili tę datę z firmy spółki wykreślić i pozostać przy firmie „E.Wedel S.A.”  Dziś byłoby to już niemożliwe. Komputer takiej nazwy by nie wpuścił do systemu, bo spółka pod firmą „E. Wedel SA” już w nim była. I to prawie od 150 lat pod dużo niższym numerem RHB. Ale wówczas sąd to przeoczył. Spadkobiercy Wedla w gabinecie jednego z dyrektorów Ministerstwa Przekształceń Własnościowych III RP, usłyszeli bardzo eleganckie stwierdzenie, że gdy trwa taki ważny dla interesów Polski proces prywatyzacji,  ich roszczenia przypominają „puszczenie bąka w salonie”. Reaktywowali więc spółkę przedwojenną gdyż w domowych archiwach posiadali jej akcje i wytoczyli proces o zakaz posługiwania się tą samą firmą przez dawne „Zakłady im. 22 Lipca”. I o dziwo proces wygrali. I to nawet w obu instancjach. Minister Sprawiedliwości złożył wówczas rewizję nadzwyczajną od prawomocnych wyroków, która została rozpoznana przez Sąd Najwyższy w ciągu 24 godzin (a dokładniej to można powiedzieć, że nawet 16 godzin).

Data rewizji nadzwyczajnej Ministra Sprawiedliwości jest ta samo, jak postanowienia SN o wstrzymaniu wykonalności wyroków sądów I i II instancji.

Musiało być tak: rano już o 8 (przecież ministrowie punktualnie przychodzą do pracy) Minister Sprawiedliwości nie pijąc jeszcze kawy złożyła pod przygotowanym dzień wcześniej wnioskiem o rewizję nadzwyczajną swój podpis i opatrzyła go datą. Mogła być 8.15. Akta zostały spakowane (kilka tomów, kilka tysięcy stron). Mogła być 9. Akurat się okazało, że z Ministerstwa Sprawiedliwości w Alejach Ujazdowskich wyjeżdżał właśnie przez przypadek kurier (bo przecież nie można przypuszczać, że w tej akurat sprawie został zamówiony jakiś specjalny posłaniec) do siedziby Sądu Najwyższego na Lesznie. Sekretarka Ministra Sprawiedliwości pomyślała sobie, że skorzysta z nadarzającej się okazji i może zdąży mu jeszcze przekazać nową paczkę. Mogła być 9.30. Tak się mogło szczęśliwie złożyć, że tego dnia nie było akurat większych korków w Warszawie i kurier z Ministerstwa Sprawiedliwości mógł dotrzeć do Sądu Najwyższego już o 10.00. Zgodnie z procedurą udał się na biuro podawcze, z którego akurat sekretarka mogła nieść korespondencję adresowaną do I Prezesa Sądu Najwyższego. Na widok kuriera z Ministerstwa Sprawiedliwości postanowiła jednak zaczekać, żeby dołączyć od razu najnowszą korespondencję. Pan Prezes mógł więc dostać wniosek o rewizję nadzwyczajną w sprawie Wedla o 10.30. Pan Prezes też już oczywiście był w pracy od 8.00 i bez zwłoki przystąpił do czytania korespondencji. Na szczęście wniosek Ministra Sprawiedliwości rzucał się w oczy i Pan Prezes zaczął od niego. Gdy go skończył czytać (kilkadziesiąt stron) mogła być 11.15. Pan Prezes dokonał dekretacji i wskazał trzech sędziów Sądu Najwyższego do rozpoznania wniosku w zakresie wstrzymania wykonalności wyroków sądów I i II instancji. Mogło się tak okazać, że akurat ci trzej wskazani sędziowie nie mieli żadnych rozpraw tego dnia nie byli na żadnych konferencjach, czy wykładach, nie mięli innych spraw o wcześniejszych numerach wpływu i byli w siedzibie Sądu Najwyższego. No bo nie można przypuszczać, że Pan Prezes najpierw sprawdził, którzy sędziowie akurat są i do nich zadekretował sprawę. Bo niby dlaczego miałyby tak zrobić? Sekretarka wzięła akta (kilka tysięcy stron) i zaczęła je od razu kopiować myśląc sobie, że może wyznaczeni sędziowie wyjątkowo od razu będą chcieli się zająć tą sprawą. Innych ważnych dokumentów, które napłynęły do Sądu Najwyższego wcześniej nie było, bo wszystkie zostały już na tej jednej kserokopiarce, która stała wówczas w sekretariacie Sądu skopiowane, więc praca mogła się rozpocząć już o 12. Kopiarka tego dnia się wyjątkowo nie zacięła wiec dwa egzemplarze dokumentów (trzeci przyjechał z Ministerstwa Sprawiedliwości) po tysiąc stron każdy, żeby każdy sędzia mógł się zapoznać ze sprawą, bo niby dlaczego mięliby czytać sobie przez ramię, mogły być gotowe już o 15 (6 sekund trwało kopiowanie jednej strony – mimo że podajników wówczas jeszcze nie było).

Wszyscy wyznaczeni sędziowie postanowili tego dnia po objedzie wrócić jeszcze do Sądu żeby popracować i zobaczyli, że akurat wpłynęła nowa sprawa którą mogą się zająć nie zaniedbując innych – no bo innych, jak już o tym była mowa nie mięli, bo jakby mięli to jakie byłoby uzasadnienie, że nie zajmują się wcześniejszymi, tylko nową? Akta tak ich wciągnęły, że nie poszli do domu na kolację, tylko zostali popracować dłużej. Wszyscy, albo przynajmniej dwóch z nich, stwierdzili, że wyroki sądów I i II instancji stwierdzające, że jak w rejestrze handlowym figuruje spółka pod jakąś firmą, to nie można wpisać do rejestru drugiej o takiej samej firmie, beza przeprowadzenia postępowania sądowego wykazującego bezprawność posługiwania się dana firmą przez spółkę o wpisana do rejestru w dacie wcześniejszej, tak bardzo godzą w porządek prawny III RP, że należy natychmiast wstrzymać ich wykonalność. Jeszcze przed godziną 24.00 odbyli wic posiedzenie i wydali postanowienie w tej sprawie.

Mogło tak być? No pewnie że mogło. Przecież nikt nie miał pojęcia, że trwały negocjacje pomiędzy Pepsico i spadkobiercami Wedla o odszkodowanie, a jednym z argumentów negocjacyjnych spadkobierców była możliwość zawieszenia notowań giełdowych „Zakładów im. 22 Lipca” posługujących się, zdaniem prawomocnego wówczas wyroku, bezprawnie, firmą „E. Wedel SA”.

W kilka miesięcy później Sąd Najwyższy wydał ostateczny wyrok uchylający wyroki sądów i i II instancji, w uzasadnieniu którego stwierdził, że ustawę nacjonalizacyjną należy interpretować nie literalnie, tylko zgodnie z celem ustawodawcy (sic!!!) którym było przejęcie własności całego majątku – w tym także praw niematerialnych.

Całkiem słusznie – komuniści niczego nie potrafili robić dobrze (z wyjątkiem torturowania i mordowania – o czym przypomina film „Generał Nil”, który wszedł niedawno na ekrany kin) więc trudno się dziwić, że nawet nacjonalizacji nie potrafili zrobić porządnie w zgodzie z uchwalonym przez siebie prawem. I dlatego sądy III RP, która przejęła po PRL zobowiązania międzynarodowe, musiała jakoś pomóc. Pomogła odpowiednią wykładnią prawa. Co z tego, że nie znacjonalizowali. Z pewnością chcieli znacjonalizować, więc trzeba było uznać, że znacjonalizowali. Ale cóż – niektórzy sędziowie Sądu Najwyższego uczyli się prawa na Uniwersytecie, na którym wykładał jeden z sądowych zabójców generała Fieldorfa.

Spadkobiercy Wedla mięli dużo szczęścia. Amerykańscy inwestorzy w końcu zapłacili im odszkodowanie – Skarb Państwa nie musiał, bo był Sąd Najwyższy. Dziś mogłaby się nimi „zająć” Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Ciekawe, czy tak, jak Barbarą Blidą.


2009-04-21 20:10

POPISOWA SKŁADKA

PO i PiS awanturują się kto jest większym pijakiem. W kwestiach ekonomicznych kwitnie w najlepsze kooperacja. Rząd chce wprowadzić dodatkową składkę na fundusz pielęgnacyjny, z której finansowanie będzie wsparcie dla osób potrzebujących stałej opieki. To nic nowego, bo to samo projektował rząd poprzedni. Nie zmieniły się więc ani plany rządu, choć zmienił się rząd, ani moja opinia w tej sprawie. Różnica jest tylko taka, że PiS zapowiadał podatko-składkę w wysokości ok. 0,6%-1,2%, a PO planuje 1%-1,5%. Ale wiadomo, że PO jest lepsze od PiS we wszystkim – również w podwyższaniu podatków. Dowcip o pielęgniarkach jest więc nadal aktualny: http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=9


2009-04-20 12:50

REDUTA MOŻEJKI

„Orlen nie zamierza sprzedać rosyjskiemu koncernowi akcji litewskiej rafinerii w Możejkach”. Zgadniecie Państwo kto to powiedział? Nie, nie… Nie Prezes PKN Orlen SA, ani żaden z członków zarządu tej spółki. Rzecznik prasowy zresztą też nie. To powiedział Pan Prezydent Lech Kaczyński. Takie mamy standardy ładu korporacyjnego w publicznych spółkach, w których dominującym akcjonariuszem pozostaje Skarb Państwa.

Podobno niektórzy mnie nie lubią nie za to co piszę o podatku liniowym, tylko za to, co piszę o sektorze naftowym i gazowym. A zwłaszcza za to, co było tu: http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=287

Ale co tam, chłopcy zawsze lubili się bawić w wojnę, a ja chyba nie dorosłem, bo nadal nie mam zahamowań w mówieniu o tym, że „król jest nagi”

Wypowiedź Pana Prezydenta nie wzięła się znikąd. Była odpowiedzią na publikacje prasowe, że Orlen zamierza Możejki sprzedać! I jakby wówczas Pan Prezydent prowadził swoją politykę wschodnią, której Orlen został sponsorem kupując Możejki?

Orlen oczywiście zaprzecza i twierdzi, że żadnych rozmów o sprzedaży Możejek nie prowadzi. I w to, akurat wierzę. Będzie musiał zacząć prowadzić pod koniec roku. Kończy się bowiem termin obowiązywania długookresowej umowy na dostawę ropy naftowej z J&S. Coś mi się wydaje, że oferenci, którzy będą chcieli zastąpić tego dostawcę, który ma dosyć kiepskie notowania PR-owskie, mogą zaproponować transakcję wiązaną: ropa za udział w zyskach z jej przerobu. Ja bym przynajmniej tak zrobił na ich miejscu – bez względu na to, czy byłbym Rosjaninem, Kazachem, czy Azerem. Czy może nawet Amerykaninem! Bo jak wielokrotnie pisałem, zakup Unipetrolu i Możejek, czyniący z Orlenu największego odbiorcę ropy Rosyjskiej w naszym regionie Europy, nie zwiększa bezpieczeństwa kontraktowego, tylko je zmniejsza! Sam Płock Orlenowi łatwiej byłoby zaopatrywać „z morza” (w końcu robiła to z powodzeniem Petrochemia Płock na początku lat dziewięćdziesiątych) niż razem z Możejkami.

Ale do końca roku jeszcze daleko, więc dlaczego sprawa nabrała tempa już teraz? Mam tezę taką: niedługo będą publikowane wyniki za 2008 rok. Bardzo ciekawe, co Orlen napisze w nich znajdzie o Możejkach. Może w końcu prawdę? I może właśnie dlatego zrobił się taki gorący temat, że aż Pan Prezydent musiał zabrać głos?

Kiedyś Litwini (przy całej dla nich sympatii) wciągnęli nas w awanturę z Wielkim Księstwem Moskiewskim, która się zbyt dobrze dla nas nie skończyła. Litwini uważają jednak, że to oni na Unii w Krewie źle wyszli. Może dlatego chcą, żeby teraz Orlen bronił Możejek, jak kiedyś Ordon swojej reduty! Obawiam się tylko, że skutek może być podobny.


2009-04-17 12:40

NADZIEJA MATKA GŁUPICH

Przeczytałem właśnie w jednej z gazet, że „świeżo upieczony duński premier rozwiał nadzieję na to, że Dania szybko dołączy do strefy euro”. Nie napisali jednak czyje nadzieje. Bo przecież, nie większości Duńczyków! Może nadzieje eurokratów, którzy liczyli na to, że jak jednego Rasmussena zrobią szefem NATO, to drugi Rasmussen szybciej przystąpi do strefy euro, żeby niektóre „oszołomy” nie mogły się na duński przykład „ociągactwa” powoływać?


2009-04-17 8:10

FREEDOM TRADE

W środę na Europejskim Forum Gospodarczym w Katowicach usłyszałem, że pieniądz to najważniejsza rzecz na świecie - musimy więc ratować banki a zwłaszcza ich płynność. Przy okazji banków rządy ratuje też fabryki samochodów i w ogóle nas wszystkich ratują przed nami samymi. Ale jest kilka banków na Świecie i parę fabryk samochodów, które nie potrzebują żadnego „ratunku” a mogą same „uratować” (czytaj: „przejąć” innych). Nie można im w tym przeszkadzać, bo jak twierdził Adam Smith „w każdym kraju interes wielkiej masy ludzi polega i musi na tym polegać, aby kupować rzeczy potrzebne od tych, którzy je sprzedają najtaniej. Twierdzenie to jest tak oczywiste, że śmieszna wydaje się konieczność jego udowadniania. Nigdy by go też nie kwestionowano, gdyby dbała o swój interes sofistyka kupców i fabrykantów nie przyćmiła zdrowego rozsądku ludzi. Albowiem pod tym względem interes kupców i fabrykantów przeciwstawia się bezpośrednio interesom wielkich mas ludzkich”. Zarówno w handlu wewnętrznym, jak i zagranicznym „wielka masa ludzi” chce kupować jak najtaniej, a sprzedawać jak najdrożej. Co zatem sprawiło, że to, co jest roztropnością w prywatnym życiu każdej rodziny, mogło zostać uznane za szaleństwo w życiu wielkiego państwa? W jaki sposób „dbająca o swój interes sofistyka” mogła doprowadzić do rozmnożenia restrykcji określających co, od kogo i na jakich warunkach możemy kupować. „Przyczyną jest cała sieć błędów, od których rodzaj ludzki nadal nie potrafi się uwolnić” - odpowiada Henry Hazlitt. A najważniejszy polega na tym, że uwzględnia się jedynie bezpośrednie skutki, jakie protekcjonizm przynosi określonym grupom, zaniedbując odległe skutki, jakie stają się udziałem całego społeczeństwa.” Zwolennicy protekcjonizmu dostrzegają tylko jednego wytwórcę i jego pracowników. Zwracają uwagę na skutki bezpośrednio widoczne, zaniedbując te, których nie można zobaczyć, gdyż nie pozwala się im zaistnieć. Chcemy chronić krajowego producenta, który utrzymuje, że nie może dostarczyć na rynek takich samych towarów jak konkurencja zagraniczna w takiej samej jak ona cenie. Dlatego, jeżeli nie zostanie mu udzielona pomoc państwowa zbankrutuje, jego pracownicy stracą możliwość zarobkowania i cała gospodarka poniesie stratę. Są to argumenty bardzo poważne, odwołujące się do konkretnych skutków dla konkretnych osób. „Ale - jak pisze Henry Hazlitt - są również inne skutki, wprawdzie o wiele trudniejsze do ustalenia, ale nie mniej bezpośrednie i nie mniej oczywiste”. Jeżeli wspieramy jednych, to konsumenci muszą więcej zapłacić za ich towary lub usługi. Tym samym nie mogą kupić innych rzeczy. Nie rozwijają się więc inne sektory. W ostatecznym rachunku nie można mówić o wzroście produkcji krajowej czy zatrudnienia. To co jest dobre dla jednej branży jest złe dla wszystkich pozostałych. Z tym, że pozytywne skutki dla wybranej branży są na ogół wyraźniejsze i od razu widoczne. Negatywne skutki dla innych odłożone są w czasie i nie są tak wyraziste. Zmniejszenie zatrudnienia nigdzie nie jest wyraźne widoczne, tak jak wzrost w branży preferowanej.

„Stosując szklarnie, inspekty i ogrzewane mury można wyhodować w Szkocji bardzo piękne winogrona, jak też zrobić z nich doskonałe wino, kosztem blisko trzydziestokrotnie większym niż koszt sprowadzenia z zagranicy (…) Jeżeli więc oczywistym absurdem jest skierowanie do jakiejś dziedziny produkcji trzydzieści razy większej ilości kapitału i pracy niż to, co by wystarczyło na zakupienie za granicą tej samej ilości potrzebnych towarów, to takim samym, choć nie tak jaskrawym, absurdem będzie również skierowanie do tej dziedziny ilości kapitału i pracy większej o jedna trzydziestą lub jedną trzechsetną” pisał z ironią Adam Smith. I dodawał, że „żadne przepisy handlowe nie mogą zwiększyć rozmiarów działalności produkcyjnej jakiegoś społeczeństwa ponad to, co jego kapitał może uruchomić. Ustawodawstwo może co najwyżej skierować część wytwórczości tam, gdzie inaczej mogłaby nie trafić; ale bynajmniej nie jest pewne, czy ów sztucznie nadany kierunek będzie korzystniejszy dla społeczeństwa niż kierunek, który by wytwórczość obrała samorzutnie”.

Powstała międzynarodowa koalicja think tanków na rzecz wolnego handlu, do której przystąpiło też Centrum Adama Smitha. Więcej o koalicji można znaleźć tutaj:

http://freedomtotrade.org

Koalicja wystosowała petycję w obronie wolnego handlu. Pisali Amerykanie, oczywiście na swój „amerykański” sposób, a w „zgrzebnym” tłumaczeniu brzmi ona mniej więcej tak:

Wolny handel jest najlepszym rozwiązaniem!

Fala protekcjonizmu narasta. Jest to zawsze groźna i nieodpowiedzialna polityka, ale staje się wyjątkowo niebezpieczna w czasie kryzysu, gdy grozi zniszczeniem światowej ekonomii. Podstawą protekcjonizmu jest specyficzne założenie mówiące, iż zamożność narodu rośnie, gdy rząd zapewnia monopol krajowym producentom. Stulecia rozwoju myśli ekonomicznej, badań i doświadczeń historycznych pokazują dobitnie, jak całkowicie niesłuszne są podobne przekonania. Protekcjonizm tworzy nie bogactwo, lecz biedę.

Protekcjonizm nie chroni ,,krajowych” miejsc pracy czy gałęzi przemysłu. Wręcz przeciwnie - niszczy je, działając na szkodę eksporterów i obszarów gospodarki zależnych od importu surowców na potrzeby produkcji dóbr. Przykładowo ,,ochrona” własnego sektora stalowego winduje ceny stali, co przyczynia się do wzrostu cen samochodów i innych towarów z niej wytwarzanych. Protekcjonizm to gra dla naiwnych.

Fakt, że protekcjonizm niszczy bogactwo nie jest jeszcze wcale najgorszy. Niszczy także pokój. Ten argument powinien być dostatecznie silny dla wszystkich ludzi dobrej woli na świecie po to, aby głośno protestowali przeciwko kulturze nacjonalizmu gospodarczego - ideologii konfliktu opartej na ignorancji protekcjonistycznej doktryny.

Dwieście pięćdziesiąt lat temu Monteskiusz zauważył, że ,,pokój jest naturalnym rezultatem handlu. Narody, które różnią się między sobą, stają się wzajemnie zależne: gdy jeden zainteresowany jest kupnem, drugi chce sprzedawać. W ten sposób ich związek oparty jest na „obustronnych koniecznościach”.

Widać zatem, że najważniejszym produktem handlu jest pokój. Handel promuje go jednocząc ludzi w ramach wspólnej kultury wymiany, prowadzącej do codziennego poznawania języka, norm społecznych, praw, pragnień i talentów.

Handel promuje pokój poprzez zachęcanie ludzi do budowy więzi opartych na obustronnie korzystnej wymianie. Handel łączy interesy ekonomiczne Paryża i Lyonu, Bostonu i Seattle czy Bombaju i Kalkuty, ale również Paryża i Portland, Bostonu i Berlina, a Kalkuty i Kopenhagi – ludzi każdej narodowości, którzy handlują ze sobą.

Wiele dokładnych badań empirycznych potwierdza tezę, że handel promuje pokój. Być może najbardziej tragicznym przykładem tego, co dzieje się, kiedy ta obserwacja jest ignorowana jest II Wojna Światowa.

Między 1929 i 1932 rokiem handel międzynarodowy zmniejszył się o 70 procent, w dużej mierze z powodu amerykańskiej ustawy Smoota-Hawleya wprowadzającej cła na zagraniczne towary i ceł ustanawianych przez inne narody w odwecie. Ekonomista Martin Wolf zauważa, że załamanie handlu było olbrzymim bodźcem do poszukiwania autarkii i przestrzeni życiowej (Lebensraum) przez Niemcy i Japonię.

Wkrótce nastąpiły najbardziej makabryczne i niszczące wojny w historii.

Poprzez ograniczenie wojen, handel ratuje życie.

Handel ratuje życie również przez zwiększenie dobrobytu i rozpowszechnienie go na kolejnych i kolejnych ludzi. Dowody, że wolny handel upowszechnia bogactwo są przytłaczające. Bogactwo umożliwia zwykłemu człowiekowi prowadzić dłuższe i zdrowsze życie.

Żyjąc dłużej, zdrowiej, bardziej pokojowo, ludzie współpracujący w światowej ekonomii mają więcej czasu, żeby korzystać z szerokiej gamy kulturowych doświadczeń, które przynosi im wolny handel. Kultura wzbogaca się poprzez wkład całego świata, który jest możliwy dzięki wolnej wymianie towarów i idei.

Bez wątpienia wolny handel zwiększa bogactwo materialne. Ale jego największe dary nie są łatwo mierzalne w skali pieniądza. Największe korzyści to życie, które jest bardziej wolne, pełniejsze, mniej narażone na okrucieństwa wojny.

Stosownie do tego, my niżej podpisani łączymy się wspólnie w zarzutach wobec rządów wszystkich narodów, żeby przeciwstawić się krótkowzrocznym i chciwym głosom zwiększenia barier w handlu. Dodatkowo nawołujemy, żeby wyeliminować dotychczasowe protekcjonistyczne bariery dla wolnej wymiany. Kierujemy przesłanie do każdego rządu: pozwólcie waszym obywatelom cieszyć się nie tylko z owoców własnych pól, fabryk i geniuszu, ale także tych z całego świata. Nagrodą będzie większy dobrobyt, bogatsze życie i korzyści z błogosławionego pokoju.


2009-04-16 10:20

EMERYTURY NASZE KOCHANE

W związku z planami Komisji Europejskiej obrony OFE przed polskim podatnikiem reprezentowanym przez polski rząd i nałożeniem „kagańca” inwestycyjnego na „prywatne instytucje”, jakimi są OFE kilka słów o istocie systemu emerytalnego.

Wprowadzono go pod koniec XIX wieku w Niemczech w myśl hasła, że państwo nie może pozwolić, aby ludzie na starość „umierali z głodu na ulicy”. Co ciekawe, hasło było socjalistyczne, ale przejął je konserwatysta Bismarck. Twórcy pomysłu „ubezpieczeń społecznych” wychodzili z założenia, że ludzie są nieodpowiedzialni, więc nie odłożą na emeryturę, nie wszyscy też dobrze wychowają dzieci, aby one zajęły się nimi w razie potrzeby. Dlatego trzeba stworzyć zawczasu przymusowy system „oszczędzania”. Dowcip polegał tylko na tym, wszyscy płacili „składki” a statystycznie nikt nie pobierał emerytury, bo średnia długość życia była niższa niż wiek emerytalny. No i pieniądze ze składek poszły na kolejne wojny i kolejne inwestycje. Ale podczas drugiej wojny światowej jeden z „wykształciuchów” – mówiąc barwnym językiem Pana Ludwika Dorna – wynalazł penicylinę. No i ludzie zaczęli dożywać wieku emerytalnego. Trzeba więc było podwyższyć składki ubezpieczeniowe dla tych, którzy byli w wieku produkcyjnym. I zaczęły się problemy.

Po pierwsze zaczęła rosnąć piramida demograficzna. Jeszcze w latach 60-tych znani ekonomiści byli przekonani, że zawsze będzie się więcej ludzi rodziło, niż umierało. Mylili się. W pewnym momencie w krajach europejskich ta tendencja się odwróciła. Właśnie za sprawą przymusowych ubezpieczeń społecznych. Ludzie mają naturalną skłonność do martwienia się o przyszłość. Przez całe wieki swoistą „polisą ubezpieczeniową” na starość były dzieci. A przez cały wiek XX politycy wmawiali obywatelom, że to państwo się o nich zatroszczy. Więc po co płodzić dużo dzieci? Jedno – dwoje w zupełności wystarczy. A żeby mieć spokojną starość wystarczy dobrze zagłosować raz na cztery lata. To dużo łatwiejsze niż zmienianie pieluch, a ludzi mają też naturalną skłonność do „chodzenia na łatwiznę”. Więc poszli. Co więcej, czują się usprawiedliwieni, bo poza „klinem demograficznym” mamy jeszcze „klin podatkowy”. Państwo, żeby mieć na „naszą” emeryturę, nas ograbia, więc nie za bardzo możemy sobie pozwolić na wiele dzieci, bo nie mamy za co ich utrzymać. No i koło się zamyka.

Jak je rozerwać? Przede wszystkim musimy sobie uświadomić, jak wygląda SYSTEM. Żartem można odwołać się do Pisma Świętego, które powiada: „poznacie prawdę a prawda was wyzwoli”. A prawda o systemie jest taka, że nie ma w nim żadnych pieniędzy. Płacąc składki, nie odkładamy na nasze emerytury, tylko płacimy podatek, z którego finansowane są emerytury naszych dziadków i rodziców. Nasze emerytury, będą zaś pochodziły z podatków naszych dzieci i wnuków. Oczywiście pod warunkiem, że je spłodzimy, a one nie wyjadą do pracy za granicę. Żeby nie musiały wyjeżdżać trzeba przyjąć takie rozwiązania prawne, dzięki którym można uczciwie pracować nie borykając się z biurokracją i fiskalizmem. Dziś, gdy przedsiębiorca pokona wszystkie bariery i zdecyduje się zatrudnić młodego człowieka do pracy, to  płacąc mu 2.000 zł. „na rękę”, musi jeszcze dopłacić państwu 1.600 zł. - bo tyle łącznie wyniesie zaliczka na PIT i składki ubezpieczeniowe. Państwo pobiera więc haracz  w wysokości 80% wynagrodzenia netto!!! I natychmiast je wydaje!!! Ale oszukuje, że ma. ZUS zapalczywie liczy nawet nasz „kapitał początkowy” na indywidualnym koncie. Tylko że nie ma żadnego kapitału. Już dawno został wydany. Co najwyżej są długi. Bo na emerytury nie wystarcza sama składka emerytalna, ani dotacja z budżetu. ZUS musi jeszcze wspierać się kredytami bankowymi. Istna paranoja.

Co więcej, tych pieniędzy nie ma nie tylko w ZUS-ie. Nie ma ich nawet na naszych indywidualnych kontach w OFE. Fundusze te nie mogą inwestować za granicą. Nie mogą nabywać nieruchomości w związku z czym na wzroście wartości nieruchomości korzystali przez kilka lat cudzoziemcy, bo ich fundusze emerytalne mogły w Polsce w ziemie inwestować.  A co robią nasze OFE? Za większość pieniędzy (około 60%) kupują… obligacje skarbu państwa. A skarb państwa pieniądze od OFE przekazuje do… ZUS, żeby starczyło na bieżącą wypłatę emerytur. Pieniądze wędrują od podatników przez ZUS, OFE i budżet państwa z powrotem do ZUS. Druga czysta paranoja. A za kilka lat skarb państwa będzie musiał wykupić obligacje od OFE z odsetkami. Skąd na to weźmie? Z podatków. Podatnicy zapłacą więc odsetki od pieniędzy, które raz już im odebrano. I to trzecia paranoja. I w tym sensie ograniczenia inwestycyjne nałożone na OFE są absurdem. Ale jest to taki sam absurd jak same OFE.

Żeby ludzie robili dzieci, które nie będą wyjeżdżały za granicę, trzeba radykalnie obniżyć koszty pracy. Ale w zamian trzeba uświadomić wszystkich, którzy wkraczają na rynek pracy, że od państwa na starość dostaną niewiele. Reszta zależy od nich samych.

Tymczasem mój pomysł równych emerytur dla wszystkich wzbudził wielkie kontrowersje. Usłyszałem nawet, że to pachnie socjalizmem. Śpieszę więc wyjaśnić, że nie pachnie tylko śmierdzi i nie ma w tym nic zaskakującego, bo obowiązkowe „ubezpieczenia społeczne” z gruntu rzeczy są socjalistyczne, a pomysły urynkowienia socjalizmu do niczego dobrego nie prowadzą. Jak się komuś nie podoba socjalizm, to niech ma odwagę zgłosić postulat likwidacji przymusu ubezpieczeniowego w ogóle. Ale takich odważnych to nie ma.

To, że ludzie się sami nie ubezpieczą, jest poważnym argumentem za tym, żeby państwo wypłacało ludziom starszym zasiłki emerytalne. Ale nie jest to wcale argument za tym, żeby te zasiłki miały różną wysokość. Twierdzenie, że skoro płacimy różne składki, to powinniśmy otrzymywać różne emerytury, bo w różnym stopniu na nie „oszczędzamy” jest bałamutne z dwóch powodów. Po pierwsze, podatki też płacimy w różnej wysokości, a mamy do czynienia z takimi samymi sądami i policją – bez względu na to, kto ile zapłacił. Po drugie, „składka na ubezpieczenie zdrowotne” też jest procentem wynagrodzenia. A przecież nikt o wyższych dochodach nie domaga się, żeby go leczyli lepsi lekarze. Co najwyżej leczy się prywatnie.

W systemie rynkowym zróżnicowanie dochodów w okresie efektywności zawodowej jest czymś oczywistym i naturalnym. W systemie nierynkowym zresztą też – nawet w socjalizmie wynagrodzenia były różne. Zasłużeni w budowie socjalizmu mięli pensje wyższe, niż mniej zasłużeni. I ta zasada przenosiła się także na okres po zakończeniu aktywności zawodowej czyli na emeryturze. Nie było absolutnie widomo dlaczego ktoś miał większą pensję i tym samym większą emeryturę. Nie działał bowiem żaden rynkowy mechanizm kształtowania wynagrodzeń. Natomiast z rynkowego punktu widzenia zróżnicowanie wynagrodzeń jest efektem różnicy wkładu do PKB wycenianego przy pomocy prostego mechanizmu popytu i podaży na daną pracę i danego pracownika. Zasada ta nie przenosi się jednak w wiek emerytalny, kiedy przestajemy wnosić swój wkład do PKB, a stajemy się jedynie beneficjentami tego, co wytworzą przyszłe pokolenia. Jeśli ktoś jest naprawdę dużo mądrzejszy i bardziej przydatny społeczeństwu w okresie swojej aktywności zawodowej, to powinien się zabezpieczyć na starość – spłodzić więcej dzieci, wykupić polisę, oszczędzać. A jeśli tego nie zrobił, to znaczy, że wcale nie był taki mądry i może rynek go „przecenił” wtedy, gdy pobierał pensję.

Oczywiście przeczy temu twierdzenie o różnych wkładach do systemu w postaci różnych składek. Ale tych „składek” nie ma. Co więcej, górnicy przy pomocy kilofów i sędziów Trybunału Konstytucyjnego wykazali, że nie musi istnieć związek przyczynowo-skutkowy między tym, co się zapłaciło, a tym, co się otrzymuje. O emeryturach wypłacanych przez ZUS zawsze będzie decydowała polityka, bo posłowie którzy raz przestraszyli się górników, innym razem mogą się przestraszyć innej grupy zawodowej. I nie chodzi jedynie o polityczny nacisk. Trybunał Konstytucyjny swoje uchylenie się od rozpatrzenia skargi konstytucyjnej na ustawę o wcześniejszych emeryturach dla górników uzasadnił tym, że inni ubezpieczeni nie są stroną sporu z górnikami. Pośrednio przyznał więc rację poglądowi, że w pierwszym filarze nie ma żadnej ekonomii - tylko polityka. Dlatego będę bronił tezy, że w odniesieniu do emerytów objętych socjalistycznym systemem przymusowych „ubezpieczeń społecznych” powinna obowiązywać socjalistyczna zasada równości żołądków. Państwo nie tylko nie musi, ale nawet nie powinno różnicować wysokości świadczeń społecznych. A emerytura wypłacana przez ZUS była, jest i będzie świadczeniem społecznym. Twierdzenie, że koniecznie należy je różnicować przeczy zresztą jedynemu argumentowi przemawiającemu za utrzymywaniem przymusu ubezpieczeniowego. Jeśli trzeba go utrzymywać, bo „ludzie i tak przyjdą z roszczeniami do państwa”, to oczywiście łatwiej będzie bronić się przed naciskiem jakiejś grupy o zwiększenie świadczeń tylko dla niej dzięki łatwemu i czytelnemu przekazowi: wszyscy mają równo, a wy chcecie mieć więcej. I proszę bardzo niech górnicy przyjeżdżają pod hasłem: nam się należy więcej niż pielęgniarkom. 


2009-04-15 18:30

OFE BĘDĄ RATOWAĆ INDEKSY DEUTSCHE BöRSE

No i proszę… Komisja Europejska uznała widać, że skoro OFE uratowały indeksy na GPW (http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=619) to powinny ratować także indeksy i na innych giełdach. Pozwała więc Polskę do Trybunału Sprawiedliwości za ustawowe ograniczenia, którym podlegają OFE przy dokonywaniu inwestycji za granicą. KE uważa, że nałożone na OFE limity inwestycyjne w odniesieniu do inwestycji w aktywa zagraniczne stanowią ograniczenie swobodnego przepływu kapitału, czyli są sprzeczne z podstawową zasadą wspólnego unijnego rynku. OFE mogą inwestować za granicą maksymalnie 5% środków, które przekazuje im ZUS po ich odebraniu od podatników i w dodatku mogą inwestować tylko w niektóre kategorie aktywów.

W jednym z komentarzy eksperta emerytalnego przeczytałem, że jest to niekorzystne dla polskich emerytów, bo indeksy na Giełdzie Warszawskiej spadły o 40%, a na Deutsche Börse tylko 30%. To pewnie średnia emerytura wypłacana w styczniu 2009 przez OFE nie wynosiłaby tylko 23 zł 50 gr, ale aż 24 zł 25 gr?

Na domiar złego przy inwestycjach zagranicznych obowiązują mniej korzystne (dla OFE) zasady obliczania opłat za zarządzanie. Bo oczywiście zasada „czy się stoi czy się leży 7% się należy” jest jak najbardziej właściwa. To sprawiaj, że inwestycje zagraniczne są mniej atrakcyjne w porównaniu z inwestycjami w Polsce. A czy OFE mają inwestować patrząc głównie na wartość „portfela” „ubezpieczonych”, czy tylko na wartość własnego wynagrodzenia?

„Limity inwestycyjne nałożone na polskie OFE stanowią nieuzasadnione ograniczenie swobodnego przepływu kapitału, ponieważ mogą zniechęcać OFE do zaciągania pożyczek bądź inwestowania w innych państwach członkowskich lub uniemożliwiać im to” – głosi komunikat KE.  To OFE mają jeszcze pożyczać??? Od kogo i po co??? Abstrahując od meritum, treść komunikatu KE świadczy o tym, że urzędnicy z Brukseli nie mają bladego pojęcia jak działa w Polsce system emerytalny, jak działają OFE i skąd mają środki na inwestycje.

Postępowanie w tej sprawie KE wszczęła w październiku 2007 roku. Dotychczasowe odpowiedzi Polski KE uznała za niewystarczające. Najciekawsze, że KE odrzuca argumenty, że OFE działają jako podmioty publiczne, więc mogą podlegać specjalnym rygorom. „Mimo że OFE stanowią część systemu emerytalnego w Polsce, pozostają one podmiotami prowadzącymi działalność gospodarczą, które konkurują ze sobą na rynku” – uważa KE. Mam więc radę dla rządu: zamiast się głupio bronić przed KE, znieśmy przymus „ubezpieczania” się w OFE. I nich OFE inwestują jak chcą i prowizję pobierają jaką chcą! Skoro są takie dobre, to dlaczego są obowiązkowe??? Ciekawe, czy KE pozwie wtedy Polskę do Trybunału Sprawiedliwości i za co?


2009-04-10 22:40

POCHWAŁY NA ŚWIĘTA

„Blog, jak blog, mógłbyś się bardziej postarać” – usłyszałem właśnie o tym, co tu wypisuję.

„Ale za to niektóre komentarze – jak na seminarium doktoranckim”.

I tę pochwałę, obok życzeń, ślę Państwu na nadchodzące Święta Wielkiej Nocy.

Alleluja.


2009-04-08 23:30

TYM RAZEM OFE RATUJĄ INDEKSY

Na GPW euforia. Niespodziewanie na warszawski parkiet napłynęły dziś duże zlecenia koszykowe kupna akcji dużych firm. Niespodziewanie, bo na Zachodzie przeważał kolor czerwony. TO OFE „weszły do gry” – komentują analitycy. Pewnie ZUS przekazał OFE kolejna transzę „składek” emerytalnych. Najbardziej wzrosły notowania PeKaO SA i PKO BP. Mam pytanie: ile zleceń kupna akcji tych banków pochodziło z  Bankowy OFE i Pekao OFE???