Robert Gwiazdowski

Gospodarka klasycznie

Archiwum: marzec 2009

2009-03-29 9:50

ZEGARKI PRZESTAWIONE?

Spaliśmy dzisiaj „krócej”! To znaczy większość pewnie spała tyle samo co zazwyczaj, tylko jak się obudziła było później, bo w nocy „ktoś” poprzestawiał nam zegarki. Tylko po co? Jak byłem małym chłopcem, to sam przestawiałem zegarek, żeby już była ta godzina, na którą czekałem. Podobno zmiana czasu na letni powoduje oszczędności dzięki efektywniejszemu wykorzystywaniu światła słonecznego. Wschód słońca będzie o godzinę później, dzięki czemu jasno zrobi się o godzinie 6 zamiast o 5, a ciemno o 19 zamiast o 18. Jako że więcej ludzi wstaje po godzinie 6 i kładzie się spać po godzinie 19, przy zmianie czasu na letni krócej palą światło – oszczędzają energię i tym samym przyrodę.

Prasa przypomniała w związku z tym, (jak robi to od jakiegoś czasu w każdą ostatnią sobotę marca i października), że za pomysłodawcę wprowadzenia czasu letniego uchodzi Benjamin Franklin, który wystąpił z taką propozycją w 1784 roku obserwując życie ówczesnego Paryża.  Paryżanie spali jeszcze długo po wschodzie słońca przy spuszczonych żaluzjach, żeby ich nie raziło światło dzienne, a wieczorem przesiadywali przy świecach. „Zmuś człowieka, by wstał o czwartej rano, a sam z siebie pójdzie spać o ósmej wieczorem. To będzie trudne tylko przez kilka dni” – cytuje Franklina „Wyborcza”. Jego zdaniem, zmiana ludzkich przyzwyczajeń spowodowałaby znacznie zmniejszenie zużycia świec. Wówczas nie obowiązywała jeszcze teoria gospodarki popytowej więc współautor amerykańskiej Konstytucji nie martwił się stratą zarobku przez producentów wosku, knotów i świec.

Badania Brendan Cronin i Elizabeth Garnsey przeprowadzone w 2007 roku w Wielkiej Brytanii pokazały co prawda, że dzięki zmianie czasu zużycie energii elektrycznej spada w miesiącach zimowych o około 2% („Daylight saving in GB; is there evidence in favour of clock time on GMT?”). Ale badania przeprowadzone w tym samym roku w Kalifornii przez Adrienne Kandel i  Margaret Sheridan pokazały, że pokazały, że zmiana czasu nie zmienia zużycia prądu („The effect of early daylight saving time on California electricity consumption: a statistical analysis”). A już zupełnym wstrząsem były badania, jakie przeprowadzili i Matthew J. Kotchen, profesor gospodarki ekologicznej w Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Barbara i Laura E. Grant, doktorantka tej samej uczelni. Zbadali oni efekty wprowadzenia czasu letniego w stanie Indiana, w czasie gdy tylko niektóre hrabstwa zmieniły czas na letni, a inne nie. Sprawdzając rachunki około 250 tysięcy gospodarstw domowych stwierdzili oni, że co prawda letnie przesunięcie godzin zmniejszyło wydatki na oświetlenie, ale jednocześnie zwiększyło zużycie energii na klimatyzację i ogrzewanie. Rachunki indywidualne za prąd wzrosły od 1 do 4%. -Łącznie mieszkańcy stanu wydali o 8,6 mln USD więcej na energię elektryczną, choć nie wzrosła jej cena – ergo musiało wzrosnąć jej zużycie, prawdopodobnie z powodu dłuższego używania klimatyzacji bo później robiło się chłodniej. A mimo to zmieniono w Indianie prawo stanowe i teraz już wszystkie hrabstwa muszą stosować czas letni! Ale, „jak fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów”.

Czas letni ma jednak swoich gorących orędowników. Należy do nich branża sportowa i rekreacyjna. Przedstawiciele przemysłu golfowego oświadczyli, że jeden miesiąc czasu letniego przynosi rocznie 400 mln dolarów z dodatkowej sprzedaży sprzętu i opłat za grę.

Największe „zyski” kryją się jednak gdzie indziej. W sztokholmskim Karolinska Institute podczas analizy przypadków zawałów serca zauważono, że ich liczba wzrastała o 5% w pierwszym tygodniu po wprowadzeniu czasu letniego, prawdopodobnie na skutek zakłócenia wzorców snu i rytmów biologicznych. I to jest dopiero oszczędność – jak się policzy o ile mniej państwo musi wydawać na emerytury i „bezpłatną” opiekę medyczną!

Skorzystają też na zmianie czasu prawnicy. Niektórzy doszli do wniosku, i podzielili się tym wnioskiem ze światem na łamach „Gazety Prawnej”, że osoby, które pracowały dzisiaj w nocy, będą pracować o jedną godzinę krócej, przez co nie wypracuje obowiązującego go w danym okresie rozliczeniowym wymiaru czasu pracy. Faktycznie będzie pracował siedem, a nie osiem godzin. Osoba wykonująca pracę na trzeciej zmianie od 22.00 w sobotę do 6.00 rano w niedzielę, w marcu przepracuje 175 godzin, choć pracownicy zatrudnieni w innych godzinach będą musieli przepracować 176 godzin. Jednak na podstawie art. 81 kodeksu pracy za nieprzepracowaną godzinę pracownik powinien otrzymać wynagrodzenie przestojowe. Pracodawca ma bowiem obowiązek wypłaty wynagrodzenia pracownikowi za czas jej niewykonywania, jeśli w tym czasie pracownik był gotowy do jej świadczenia i nie z własnej winy nie mógł jej wykonywać. Szkoda, że nie ma przepisu aby pracodawca mógł nie płacić pracownikowi, gdy był gotowy do zaoferowania pracy pracownikowi, ale nie z własnej winy jej nie mógł mu zaoferować!

Najlepszą konsekwencją zmiany czasu było to, że we wrześniu 1999 roku w Izraelu bomba zegarowa wybuchła przedwcześnie i zabiła terrorystów zamiast niewinnych ludzi.


2009-03-23 12:10

STANDARD MOODYS

 

Amerykańskie agencje ratingowe, które w połowie ubiegłego roku nadawały najwyższe ratingi amerykańskim bankom inwestycyjnym i ubezpieczycielom jak Lehman Brothers czy AIG oraz emitowanym prze nie instrumentom finansowym, będą teraz nadawały ratingi papierom emitowanym w ramach programu naprawczego realizowanego przez FED. Robota dość prosta – te papiery nie będą niedługo nic warte, ale agencje otrzymają za swoją żmudną pracę około 1 mld USD.

Każda emisja obligacji planowana przez FED w ramach programu Term Asset-Backed Securities Loan Facility (TALF) musi mieć rating co najmniej dwóch agencji, których zwyczajowe wynagrodzenie wynosi około 100 tys. USD za każde 100 mln USD papierów, które oceniają. Wszystko oczywiście zgodnie z prawem – tak jak u nas. Tymczasem Frank Partnoy, profesor prawa na Uniwersytecie San Diego, autor „F.I.A.S.C.O.: Blood in the Water on Wall Street” i Jerome S. Fons, były dyrektor zarządzający w Moody’s, twierdza, nie bez racji, że raporty Standard & Poor’s i Moody’s są bezwartościowe i powinny być ignorowane. „Nikt nie mylił się bardziej niż Moody’s i S&P” – napisali w „The New York Times”.

Skąd się to wzięło? Z przymusu! Papiery FED  muszą mieć rating co najmniej dwóch agencji. Inni, którzy nie muszą, też się o rating starają, bo inwestorzy tego oczekiwali. Inwestorzy przecież też musieli mieć „podkładkę”.

Ale gdy się już okazało, że te ratingi są tyle samo warte co audyty Enronu, Lehmana i innych, zamiast się opamiętać oczekuje się nowych ratingów. Zgroza!

Publikację ratingów kredytów towarowych rozpoczęła już w roku 1849, na całkowicie komercyjnych zasadach, Bradstreet Improved Commercial Agency. Zapotrzebowanie na takie raringi wzrosło w latach Wielkiego Kryzysu w związku z coraz większym natężeniem tak zwanych „szumów informacyjnych”. Ale rating musiał być coś wart, żeby byli chętni na jego zakup. Potem ustawodawca tak skomplikował prawo podatkowe i w efekcie również rachunkowe, że statystyczny obywatel nie jest w stanie się połapać w niuansach bilansów większości spółek. Nałożono więc na nie wszystkie przymus prowadzenia niezależnego audytu a na niektóre dodatkowo otrzymywania ratingów. W sektorze audytorskim liczy się Big 4, a w sektorze ratingowym amerykańskie Big 3 – „Uznawane w Całym Kraju Statystyczne Agencjie Ratingowe ” (Nationally Recognized Statistical Rating Organization). Dwie z nich: Standard & Poor ′s oraz Moody ′s Investors Service mają po 40% rynku. Trzecia – Fitch Ratings –  ma 14% rynku. A jak się ma razem 94% ciągle rosnącego rynku, na którym klienci stoją pod drzwiami w kolejce, to jakość oferowanych usług jest prawie tak samo dobra jak w OFE.

Żeby było śmieszniej trzeba pamiętać, że status „Nationally Recognized…” nadawany jest przez United States Securites and Exchange Commission. A potem taka „Nationally Recognized” Agency nadaje rating papierom emitowanym przez kolegów chłopców z SEC zasiadających aktualnie w FED.

Oczywiście dostęp do informacji jest dziś niesłychanie ważny. A przede wszystkim szybkość tego dostępu. Ale ci, którzy czytają ratingi i tak nic z nich nie rozumieją. Ale za to agencje ratingowe mają dostęp do informacji o kapitalnym znaczeniu. Oficjalnie przerobić ich z pożytkiem dla odbiorców nie potrafią – jak pokazały wspomniane przykłady Lehmana i AIG. Ciekawe czy przynajmniej na własny użytek mają one jakąś wersję Beta swoich ratingów z prawdziwą oceną badanych firm, instytucji i emitowanych przez nie instrumentów finansowych, którą ktoś może do czegoś wykorzystać z pożytkiem przynajmniej dla siebie samego? Czy te całe badania są zupełnie nieprzydatne dla nikogo i nawet ci, którzy je prowadzą nie mają pojęcia jak wygląda rzeczywistość? Z wyjątkiem oczywiście pojęcia o realnej wartości swoich faktury za nierealne usługi.

Niech sobie ludzie i firmy zarabiają jak najwięcej. Wtedy więcej wydają - z czego korzystają inni, jak pisał Adam Smith. Albo więcej oszczędzają - też z korzyścią dla innych, którzy chcą pożyczać. Ale bez przymusu korzystania z ich usług!


2009-03-23 1:30

PREZES ZOELLICK JEST ZANIEPOKOJONY. JA TEŻ.

„Jestem zaniepokojony sytuacją w Europie Środkowo-Wschodniej”  powiedział w wywiadzie dla włoskiego dziennika „Corriere della Sera”, Prezes Banku Światowego Robert Zoellick. Dodał jednak, że w obliczu obecnego kryzysu Europa musi pozostać zjednoczona, bo „historia uczy, że stawia opór albo upada cała razem”, dlatego Bank Światowy „prowadzi rozmowy z zachodnimi bankami, by nie wycofywały pieniędzy z Europy Środkowo- Wschodniej”, w której działa 12 wielkich banków: włoskich, niemieckich, austriackich, francuskich i szwedzkich.  Ciekawe co Pan Prezes Zoellick miał na myśli mówiąc o „wycofywaniu” pieniędzy? Czyżby chodziło mu o to, że na przykład GE Money „wycofał” z BPH prawie 900 mln PLN tytułem wynagrodzenia za różne konsultacje i know-how? Ja bym doradził znacznie taniej, ale nie kupiłem kontrolnego pakietu akcji BPH więc siedzę cicho. Dopóki, dopóty bankowcy z GE Money i BPH, tudzież z pozostałych „rodzinnych” tandemów „matka-córka” nie domagają się od podatników zrzutek na jakieś gwarancje. Przy okazji dodam, że moje pytanie sprzed kilku miesięcy jaka jest wielkość depozytów banków polskich na rachunkach u ich „matek” pozostaje bez odpowiedzi. Więc jestem coraz bardziej przekonany, że kłopot mogły by mieć zagraniczne „matki”, gdyby ich polskie „córki” chciały „wycofać” swoje lokaty z powrotem do Polski. Ale pewnie nie wycofają, bo pensja Pana Prezesa Jana Krzysztofa Bieleckiego w PKO SA (4,5 mln PLN) była w 2008 roku znacznie niższa od pensji włoskiego Wiceprezesa Luigi Lovaglio (6 mln PLN). I to pokazuje właściwa hierarchię ważności. Coś mi się wydaje, że to Pan Wiceprezes Lovaglio decyduje o tym gdzie PKO SA lokuje swoje depozyty.

Ja osobiście jestem bardziej zaniepokojony sytuacją w USA, niż Prezes Zoellick sytuacją w Europie Środkowo-Wschodniej. Premie dla zarządu PKO SA oznaczają bowiem, że jeden z najważniejszych banków działających w Polsce znajduje się w dobrej sytuacji – bo nie musiał przecież brać pieniędzy od rządu, jak amerykański AIG, żeby mieć na te wypłaty, więc na pewno to Amerykanie mają więcej problemów niż my.

Na szczęście Pan Prezes Zoellick dodał, że „kluczowym punktem”, nad którym obecnie pracuje Bank Światowy jest przede wszystkim wsparcie dla sektora bankowego i „to dotyczy także Włoch”.  Czyżby Włochy leżały w Europie Środkowo-Wschodniej? Czy może jednak chodzi o to, że trzeba wesprzeć banki włoskie, niemieckie, czy jakie tam jeszcze, które Pan Prezes Zoellick raczył wymienić, żeby nie musiały „wycofywać” pieniędzy z Europy Środkowo-Wschodniej w opisany powyżej sposób?  


2009-03-20 15:00

TAXATION WITH REPRESENTATION

Izba Reprezentantów amerykańskiego Kongresu stosunkiem głosów 328 do 93 przyjęła ustawę przewidującą opodatkowanie stawką 90% premii wypłaconych po 31 grudnia 2008 roku pracownikom zatrudnionym w spółkach, które otrzymały od rządu pomoc w wysokości powyżej 5 mld USD, a wynagrodzenie których przekracza 250 tys. USD rocznie.

Pewnie czcigodni Kongresmani chorowali jak w szkołach były lekcje o amerykańskim konstytucjonalizmie i powodach , dla których wybuchła amerykańska rewolucja.

Chyba prorocze były słowa, jakie skierowali do członków Narodowej Komisji do spraw Wzrostu Gospodarczego i Reformy Podatkowej (National Commission on Economic Growth and Tax Reform) powołanej przez 104 Kongres Stanów Zjednoczonych lider ówczesnej większości republikańskiej w Senacie - Bob Dole i przewodniczący Izby Reprezentantów - Newt Gingrich. Przypominając historyczne zdanie: ”no taxation without representation”, stwierdzili, „że u progu XXI wieku Amerykanie patrzą na system podatkowy (…) dochodzą do wniosku, że możliwość opodatkowania z udziałem przedstawicieli narodu również nie była zbyt dobrym pomysłem”.  Co właśnie Izba Reprezentantów udowodniła.

Pisałem niedawno, że rząd zanim dał pieniądze powinien dokładnie sprawdzić dlaczego daje i po co daje (o ile w ogóle ma dawać, bo nie powinien). Ale jak już dał, to parlament nie może uchwalać ustaw działających wstecz, żeby załatwić jakąś sprawę – bez względu na to, jak bardzo jest ona kontrowersyjna. Norma prawna to ogólna i abstrakcyjna reguła postępowania, skierowana do nieoznaczonego adresata. Jak się tę regułę łamie, to potem uchwala się ustawy norymberskie. Przecież zostały one uchwalone w demokratyczny sposób, przez większość parlamentarną.

Jack Kemp, Przewodniczący Narodowej Komisji do spraw Wzrostu Gospodarczego i Reformy Podatkowej, podkreślił, że jednym z celów jakie przyświecały jej pracom było to, aby „poinformować cały świat, w szczególności nowo powstające demokracje, że celem polityki podatkowej jest wzrost dochodu, a nie redystrybucja dobrobytu”. Inny członek Komisji, John Gardner zauważył, że „w przełomowych momentach historii pojawiają się ożywiające wybuchy energii i motywacji, nadzieja, zapał i wyobrażenia, które pozwalają ludziom uwolnić się z  więzów, które normalnie krępują ich pełne możliwości. Drzwi są otwarte, a uwięziony w klatce orzeł wznosi się w powietrze. Ten orzeł, symbol naszego narodu, reprezentuje duch kreatywności, talenty i aspiracje. Zadaniem tej Komisji i zamierzeniem naszych zaleceń jest otworzenie drzwi i pomoc w uwolnieniu orła w każdym z nas”.

Dziś Amerykańscy Kongresmani wyrywają swojemu orłowi lotki. Kraj, który przez lata był „ziemią obiecaną” dla zwolenników wolności, zapomina o swojej historii. Kiepsko to się skończy, nie tylko dla tego kraju, ale i dla innych.

Skoro już Amerykanie wkroczyli na tę drogę to teraz ich prokuratorzy powinni się uczyć od naszych, żeby uznać, jak zajdzie taka potrzeba, iż przekazując pomoc dla AIG, rząd wykazał się rażącą „niegospodarnością” i brakiem troski o „mienie społeczne”. Nie jestem co prawda pewien, czy są już w amerykańskim prawie na to jakieś „parafki”, ale jeśli nie ma, to się uchwali z mocą wsteczną. Precedens już jest!

 

 


2009-03-18 19:10

NADUŻYCIE WŁADZY

Przez media przemknęła dziś informacja, że prokuratura w Opolu wyjaśnia sprawę nadużycia władzy przez funkcjonariuszy publicznych prowadzących postępowanie przeciwko Markowi Dochnalowi.

Więc pozwolę sobie przypomnieć, co pisałem w recenzji „8 punktów Jana Rokity” na temat oddzielenia prokuratury od ministerstwa sprawiedliwości w styczniu 2007 roku http://www.blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=80

„Jestem za, bo (takie oddzielenie) nie pozwoli, a przynajmniej utrudni, zamknięcie do aresztu księgowej Dochnala, na dwa tygodnie przed wyznaczonym terminem porodu, żeby „nie mataczyła” (…) Nawet gdyby była podejrzewana o najgorsze zbrodnie, to jej dziecko na pewno nie zasłużyło na to by rodzić się w szpitalnym więzieniu. Zamknięto ją, żeby po prostu „skruszała”, w nadziei, że przed porodem skruszeje szybciej (…) Dlatego w kwestii sądownictwa projekt Rokity jest absolutnie nie wystarczający, bo milczy na temat instytucji sędziego śledczego, a jest ona koniecznym elementem reformy stosowania prawa”.

Nie znam ani tej Pani, ani tej sprawy, ale nie trzeba jej znać w ogóle, żeby po samym fakcie zamknięcia kobiety w dziewiątym miesiącu ciąży w areszcie śledczym móc powiedzieć, że wobec niej nadużyto władzy w sposób ewidentny i nie ma po co wydawać pieniędzy podatników na prowadzenie jakiegokolwiek postępowania wyjaśniającego. Zresztą władzy nadużyto również w stosunku do dziecka, bo przypomnę, że rządził wówczas rząd, którego przedstawiciele uznają życie od momentu poczęcia. Więc za co posadzili dziecko?


2009-03-18 13:50

LENOVO I OGRODNIK - CZYLI JAK SIĘ BUDUJE WSPÓŁCZESNY KAPITALIZM

Spółka Lenovo Poland budująca montownię komputerów w Legnickim Polu, wydała wczoraj oświadczenie: „W obliczu nowej sytuacji, w której zostało postawione Lenovo Poland, firma musi rozważyć istniejące alternatywy. Lenovo Poland poinformuje o dalszych krokach w stosownym czasie.”

W jakiej to „nowej sytuacja” została „postawiona” spółka Lenowo Poland i któż to ją postawił? Otóż okazało się, że zbankrutował developer, który budował dla Lenowo Poland ową montownię.

A któż to kazał Lenowo wybrać tego akurat developera?

Belgijska Immo Industry Group (IIG), „spółka działająca na rynku nieruchomości przemysłowych, budowanych pod konkretne potrzeby odbiorców” w 2007 roku „odnotowała ponad dwukrotny wzrost”, a w 2008 roku spodziewała się „dalszego, dynamicznego rozwoju” dzięki „filozofii inteligentnego podejścia do projektów”, zapewniając „zoptymalizowane pod względem kosztowym rozwiązania spełniające najwyższe standardy” pod nadzorem „specjalistów działających zarówno na szczeblu lokalnym, jak i ogólnoeuropejskim”  we współpracy z zależną spółką wykonawczą zapewniając „kontrolę działań poprzez pełną integrację pionową”.

Błędy inwestycyjne się zdarzają. Zarówno firmie „działającej na rynku nieruchomości przemysłowych” jak i w „branży komputerowej”. Pierwsza może, na przykład, zaoferować za swoje usługi zbyt niską cenę – żeby tylko „złapać kontrakt” a jak „złapie ich za dużo” to bankrutuje, a druga może produkować złe komputery i sprzedawać je poniżej kosztów – wtedy też zbankrutuje – albo źle zabezpieczyć swoje interesy w kontrakcie na budowę montowni swoich komputerów – i mieć przez to gorszy wynik finansowy – a czasem może nawet też zbankrutować.

Ale tak się dzieje tylko w nieludzkim kapitalizmie. W państwie prawa budującym społeczną gospodarkę rynkową po otrzymaniu komunikatu że inwestor „rozważy sytuację” zbiera się międzyresortowy zespół do spraw wspierania inwestycji zagranicznych i natychmiast przyjmuje „propozycję wsparcia przygotowaną na wniosek inwestora” i wnioskuje do Rady Ministrów o podwyższenie planowanej pomocy publicznej dla inwestora.

Świetnie się złożyło, bo również wczoraj znajomy, wspominał, że jego „developer” chce z nim „pogadać”, bo płaci kredyt w „franiach” i ma kłopoty z płynnością. Mogłem mu doradzić, żeby poinformował Radę Ministrów, że „w obliczu nowej sytuacji, w której został postawiony musi rozważyć istniejące alternatywy” i oczekuje podjęcia przez Rząd Rzeczpospolitej Polskiej stosownych działań. W przeciwnym razie wywali „developera” z placu budowy i nie zatrudni ogrodnika, żeby zajął się ogrodem skoro budowa zostanie przerwana, ani pani do sprzątania domu, który nie zostanie zbudowany i nie będzie czego sprzątać. Narazi to budżet na konieczność wypłaty dodatkowych zasiłków dla bezrobotnych, jednocześnie pozbawiając go wpływów podatkowych od „developera”, ogrodnika i gosposi.

Że jest to nie istotne dla polskiej gospodarki? Pewnie jeszcze z dziesięć osób w podobnej sytuacji się znajdzie. To razem zatrudnią więcej ogrodników i gosposi niż  Lenovo Poland pracowników w swojej montowni.

 


2009-03-16 19:20

TOKSYCZNE AKTYWA AIG

American International Group (AIG), który otrzymał ponad 170 mld USD od amerykańskiego rządu na ratunek przed bankructwem, wypłacił właśnie swoim dyrektorom premie w łącznej wysokości 165 mln USD.

Doradca ekonomiczny prezydenta, Lawrence Summers, stwierdził, że „premie są oburzające”, ale „rząd niewiele może zrobić”, ponieważ „AIG jest zobowiązany wypłacić premie na podstawie kontraktów z pracownikami”. Minister skarbu Timothy Geithner wysłał jednak list do AIG domagając się renegocjacji umów.

Uprzejmie informuję, że „renegocjować” umowy trzeba było przed przelaniem pieniędzy, a nie po. Gdyby rząd amerykański nie udzielił „pomocy” finansowej AIG, to jego dyrektorzy swoje roszczenia mogliby zgłosić do masy upadłości, więc ich skłonność do „renegocjacji” była znacznie większa w październiku ubiegłego roku, niż dziś.

AIG uważa, że jeśli wysokość premii dla pracowników „będzie przedmiotem ciągłych i arbitralnych zmian dokonywanych przez Ministerstwo Skarbu”, utrudni to zatrzymanie „najbardziej utalentowanych pracowników”. Talent to oni wykazali rzeczywiście ogromny. Może powinien ich przejąć jakiś „zły bank”? Pojawiają się bowiem coraz częściej pomysły utworzenia przez rząd banku, który przejmie „złe” („toksyczne”) aktywa od banków komercyjnych.

Jednym z najbardziej „toksycznych aktywów” w różnych instytucjach finansowych są niektórzy ludzie. Choćby autorzy powyższego określenia. Uczyli się pewnie nowomowy od twórców „demokracji socjalistycznej” i „sprawiedliwości społecznej”.

 

P.S.

A teraz się pochwalę, że od dziś mogę podpisywać to co piszę tak:

dr hab. nauk prawnych

Robert Gwiazdowski J


2009-03-15 21:10

LOGIKI TROSZECZKĘ

W sobotnio-niedzielnej prasie sporo artykułów o tym, że „rynek nie jest w stanie skutecznie zaspakajać potrzeb ludzkich”. Zgoda! Nie jest w stanie. Przede wszystkim dlatego, że „potrzeby” ludzkie są nieograniczone. Jakbyśmy mogli wehikułem czasu przenieść się 150 lat wstecz i pokazać ówczesnej biedocie i jej rewolucyjnej awangardzie zdjęcia biedoty dzisiejszej mieszkającej w budynkach z centralnym ogrzewaniem, instalacją wodno-kanalizacyjną, energią elektryczną, gazem, telefonem i telewizorem i się zapytali czy wystarczyłby im taki poziom życia, to co by odpowiedzieli?

Ale abstrahując nawet od sporu o prawdziwość tezy, że rynek rzeczywiście jest pod tym względem nieskuteczny, nie można a contrario uznać, że państwo jest w stanie skutecznie zaspakajać ludzkie potrzeby. Sugestia taka zawiera w sobie poważny błąd logiczny, gdyż w sądach uzasadnianych pośrednio, czyli wnioskowanych z innych sadów przyjętych wcześniej za prawdziwe, do uznania poprawności wniosku nie wystarczy potwierdzenie prawdziwości przesłanki.

W sposób zamierzony, bądź nie, rzecznicy tego typu myślenia mylą logiczny stosunek wynikania oparty na relacji racji i następstwa ze stosunkiem wnioskowania opartego na relacji przesłanki i wniosku. Tylko w pierwszym przypadku mamy do czynienia ze zdaniami, które łączy obiektywny stosunek wynikania. W drugim przypadku mamy do czynienia z subiektywnym aktem wnioskowania, podczas którego jakieś zdanie uznane za prawdziwe jest podstawą do uznania za prawdziwe również zdania drugiego. Nie oznacza to jednak, że zdanie drugie w sposób logiczny wynika ze zdania pierwszego. Nie występuje tu bowiem żadna logiczna implikacja.

Jak nauczał Pan Profesor Zygmunt Ziembiński „ze zdania p wynika zdanie q wtedy i tylko wtedy, gdy: 1) implikacja zbudowana ze zdania p jako poprzednika i ze zdania q jako następnika jest prawdziwa, oraz gdy 2) prawdziwość tej implikacji opiera się na jakimś związku między tym, co głosi zdanie p, a tym, co głosi zdanie q.” Wykluczone jest, mocą definicji implikacji, aby racja mogła być prawdziwa, a następstwo fałszywe. W implikacji „nie tylko nie jest tak, że pierwsze zdanie jest prawdziwe, a drugie fałszywe, lecz nie może być tak, aby pierwsze było prawdziwe, a drugie fałszywe”. Jednak musi istnieć jakiś związek pomiędzy tymi zdaniami. Związek między tym, co głosi zdanie p, a tym co głosi zdanie q, które wynika ze zdania p może mieć charakter bardzo różnorodny. Może to być związek przyczynowy, strukturalny, tetyczny, analityczny, czy wreszcie logiczny. Tymczasem nie ma żadnego związku między twierdzeniem, że rynek nie może skutecznie zaspokoić ludzkich potrzeb, a zdaniem, że państwo może to uczynić, lub przynajmniej, że może to uczynić lepiej niż rynek.

c.b.d.o.


2009-03-14 14:30

OD HOBBESA DO SMITHA I Z POWROTEM W ŁAPKI LEWIATANA

Im bardziej ewidentne stają się prawdziwe przyczyny krachu na „rynkach finansowych”, tym głośniej krzyczą wzywając na pomoc „państwo” zarówno zaciekli do niedawna obrońcy tych „rynków”, jak i zagorzali przeciwnicy prawdziwego wolnego rynku.

Ten spór już się kiedyś toczył. Był to spór dwóch wizji świata: Tomasza Hobbesa i Adama Smitha.

Dla Hobbesa działania państwa stanowiły najlepsze antidotum dla anarchii spowodowanej rywalizacją między ludźmi. Dla Smitha rywalizacja ta nie miała żadnych negatywnych konsekwencji - stanowiła podwalinę rozwoju gospodarczego. Dla Hobbesa wręcz przeciwnie - jedynym ratunkiem dla złych z natury ludzi było państwo. Jego zdaniem, walka między ludźmi nie ogranicza się wcale do bezpośredniej agresji jednych przeciwko drugim. Jej przejawem jest także szkodliwe oddziaływanie na przyrodę, aby w ten pośredni sposób godzić w dobro innych ludzi. Stan natury, w którym ludzie rywalizują ze sobą jest więc stanem anarchii i stałego zagrożenia. Jedynym środkiem zaradczym jest zrzeczenie się przez ludzi praw, które mieli w stanie natury i oddanie ich, w drodze umowy społecznej zawieranej przez „każdego z każdym”, w ręce suwerena - państwa nazywanego przez Hobbesa Lewiatanem. Choć państwo nie jest organizacją idealną, to stanowi ono dla ludzi wybawienie od zła stanu natury. Jego podstawową funkcją jest zapewnienie bezpieczeństwa każdej jednostce. Jednakże państwo winno się także troszczyć o to, „iżby obywatele byli obficie zaopatrzeni we wszelkie dobra potrzebne nie tylko do podtrzymania życia, lecz również dające zadowolenie z niego”. Takie stanowisko otwierało drogę do przyjęcia, że władca nie tylko powinien zapewnić ludziom bezpieczeństwo, ale także troszczyć się o ich pomyślność i, co gorsze, że tylko państwo może tę pomyślność ludziom zagwarantować. Oni sami nie są do tego zdolni, gdyż bez państwa znajdują się w stanie permanentnego chaosu. Nie mogą więc obejść się bez państwa i jego pomocy we wszystkich sferach swojego życia.

Leo Strauss uwypuklił jeszcze jedną złą przysługę, jaką filozofii politycznej zrobił Hobbes. Zerwał on bowiem z tradycją praw naturalnych i przeformował je na prawa podmiotowe, które nie wypływają z obiektywnego porządku, lecz z absolutnie subiektywnych ludzkich roszczeń. W pogoni za ich urzeczywistnieniem, człowiek łatwo może zwrócić się ku totalitarnemu państwu. Straussowska krytyka Hobbes ′a znalazła wsparcie Roberta Nisbeta. Wskazywał on podobieństwa w myśleniu Bodina, Hobbesa, Rousseau i Benthama, uznających, że społeczeństwo stanowi agregat atomów połączonych przez państwo. Za ich sprawą, wiek dziewiętnasty, choć mógł być wiekiem rozwoju wolności, stał się wiekiem narodzin ery człowieka masowego, a bez mas nie możliwy byłby współczesny totalitaryzm.

We wszystkich podręcznikach znajdziemy tezę, że filozofia Hobbesa stanowiła uzasadnienie dla zagrożonego nowymi ideami absolutyzmu.

Całkowicie odmiennego zdania od Hobbesa był Smith. Uważał on, że ludzie, choć rywalizują między sobą, dla realizacji własnego dobra muszą wchodzić z innymi w interakcje i dokonywać wymiany towarów i/lub usług. Mimo, że kierują się przy tym własnymi egoistycznymi pobudkami, to zasady funkcjonowania rynku, na którym dokonuje się wymiana, sprawiają, że egoistycznie nastawione jednostki zaspakajają nie tylko własne interesy, ale także interesy innych uczestników wymiany. Człowiek w ujęciu Smitha jest to homo oeconomicus. Najlepszą gwarancją ochrony jego praw jest więc działanie wolnego rynku. Rynek jest regulatorem ludzkich poczynań, a działania państwa, uważane przez Hobbesa za konieczne dla zachowania nie tylko pokoju, ale i dobrobytu, mogą przynieść ludziom, per saldo, więcej szkody niż pożytku. O ile punktem wyjścia całego systemu myśli Hobbesa była – jak pisał Konstanty Grzybowski –  „pesymistyczna antropologia polityczna”, o tyle punktem wyjścia ekonomicznej doktryny Smitha była filozoficzna idea harmonijnego porządku naturalnego danego ludziom przez Opatrzność – jak twierdzi Hubert Izdebski.

To w tych dwóch systemach filozoficznych znaleźć można uzasadnienie dwóch różnych koncepcji politycznych i ekonomicznych dotyczących roli państwa w życiu społeczeństw i jednostek.

Niestety, po okresie triumfu wolności powolutku wracamy w łapska Lewiatana, a ci, którzy się z nich wyrywają traktowani są jak pomyleńcy. Ale jeszcze troszeczkę i może ich też się Lewiatanowi rzuci na żer. W końcu, jak pisał piewca „prawdziwej” wolności – Jan Jakub Rousseau – tych którzy nie poddadzą się „woli powszechnej” co będzie najwyższym stadium wolności, trzeba w ich własnym, dobrze pojętym interesie „zmusić do wolności”.


2009-03-13 17:50

MILION BARACKÓW Z WASHINGTON POST

„Washington Post” twierdzi, że „sytuacja w Europie Wschodniej zagraża światowej gospodarce”! Moim zdaniem to sytuacja w Stanach Zjednoczonych bardziej zagraża światowej gospodarce niż sytuacja w Europie Wschodniej, która, zadaniem Washington Post, „do tej pory przeżywała wzrost gospodarczy dzięki kapitałowi importowanemu z Zachodu”. Ciekawe jak „Zachód” mógł „eksportować” coś, czego sam nie ma. Od lat nie jest bowiem „eksporterem” kapitału tylko jego „importerem”. Ze Wschodu właśnie. „Bliskiego” i „Dalekiego”. Zdaniem „Washington Post” Administracja Baracka Obamy podjęła ważny krok dla „uratowania” rynków wschodzących „proponując potrojenie zasobów MFW, który w tej chwili dysponuje około 250 mld USD. Z USA ma pochodzić 100 mld USD”. Ciekawe w takim razie skąd „ma pochodzić” reszta? Tyle mają tylko Chińczycy, Hindusi i Arabowie. Jeszcze ciekawsze skąd dokładnie „ma pochodzić” owe 100 mld USD przypadające na USA? Trzeba będzie pożyczyć. Albo wydrukować. Może niedługo zaczną drukować USD w nowym nominale 1.000.000 z podobizną Pana Prezydenta Baracka Obamy. Tylko, że nie jest nam do niczego potrzebny „import” tego typu „kapitału”.