Robert Gwiazdowski

Gospodarka klasycznie

Archiwum: luty 2009

2009-02-26 0:00

DONIESIENIA Z AUSTRII

New York Times poinformował i kłopotach banków austriackich. Oczywiście w kontekście „złej” sytuacji  gospodarczej krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

„Dynamiczny rozwój, dzięki któremu Polska, Węgry i inne dawne satelity sowieckie stały się jednymi z najatrakcyjniejszych rynków w Europie, jest na granicy załamania, rodząc obawy o nowe zagrożenia dla globalnego systemu finansowego, mogące odbić się rykoszetem na Stanach Zjednoczonych”.

Obstawiam, że w tym zdaniu chodzi o opcje. Kilka tygodni temu mowa była o 5-15 miliardach PLN. Nic to, że skala błędy gigantyczna. Bo oto dowiedzieliśmy się, że chodzi o… 200 mld PLN. Pewnie „rykoszet” polega na tym, że polskie banki sprzedawały opcje oferowane przez amerykańskie instytucje finansowe, które teraz nie bardzo wiedzą jak się ta zabawa w inwestycyjnym kasynie skończy.

Ale sytuacja gospodarcza w naszym regionie jest tylko przyczynkiem do prawdziwego zmartwienia NYT.  Bo po kilku ogólnikach na temat spadku produkcji samochodów w Polsce następuje przejście do… austriackiego systemu bankowego, który „jest bardzo uzależniony od wschodnich sąsiadów”. Podobno sytuacja bardzo przypomina kryzys z lat 30. Punktem zwrotnym był wówczas upadek wiedeńskiego banku Creditanstalt. NYT nie przewiduje, co prawda, powtórki wydarzeń, ale jest pełen niepokoju.

Banki austriackie mają w naszym regionie pozycje szczególną. Pewnie dlatego, że doświadczenia przed rokiem  1989 też miały … szczególne. Jak wieść gminna niesie, Wiedeń, jako stolica neutralnej Austrii, był do upadku „Żelaznej Kurtyny” centrum operacji finansowych wszystkich służb specjalnych z państw obozu socjalistycznego. „Rozeznanie rynku” banki austriackie miały więc najlepsze. I skrupulatnie to wykorzystały. Nie ma więc co troszczyć się o sytuację austriackich banków.

Ważniejsza jest sytuacja austriackich przedsiębiorców. Mam właśnie okazję obserwować sytuację w austriackim sektorze turystycznym. Z powodu „globalnego ocieplenia”  spadło w Alpach o wiele więcej śniegu niż w ubiegłym roku. Hotele „pękają w szwach”. Przyczyniają się do tego także rodacy, gdyż język polski słychać dość powszechnie.

W hotelu, w którym się zatrzymałem, masażystką jest dziewczyna, która przez pięć lat pracowała, nomen omen, w banku. Odeszła z niego ponad dwa lata temu, bo ją, jak mówi „znudziło wciskanie ludziom kitu”. Na pytanie, czy nie odczuwa skutków kryzysu odpowiada ze  śmiechem, że owszem, odczuwa:

W knajpie na stoku pracuje dziewczyna z Polski. To już jej czwarty sezon. Pierwszy „na czarno”. Austria nie zdecydowała się bowiem „otworzyć” rynku pracy. Oczywiście z powodów politycznych. W efekcie właściciel schroniska nie dostał pozwolenie na pracę dla cudzoziemców – w tym dla Ewy. Zarabia więcej niż w zeszłym roku i w dodatku bez podatku. No bo oczywiście Austriacy, w obronie interesów których, rząd austriacki zdecydował o „zamknięciu granic” nie przyjadą do schroniska „zmywać gary”. Szef nie zmniejszył jej bynajmniej wynagrodzenia. A napiwki zbiera coraz większe. W pierwszym sezonie swojej pracy Ewa spotkała się z pewną nieufnością. Pracowała w kuchni. Ale wysyp turystów i choroba jednej z córek właściciela spowodowały, że zaczęła pracować jako kelnerka. Ilość napiwków, które dostała sprawiły, że już nie wróciła „na zmywak”. Polski pracownik jest dobrym pracownikiem.

Poza Claudią, która zamiast wciskać klientom kredyty hipoteczne, roni masaże, w hotelu pomaga ewidentnie małoletnia córka właścicieli. Taka u nich tradycja. Hotel to przedsiębiorstwo  rodzinne. Właściciele kryzysu się nie obawiają. Dziadkowie prowadzili z powodzeniem ten rodzinny biznes, gdy tak zwane „obłożenie” było znacznie niższe niż obecnie. Nawet, jak mniej turystów będzie przyjeżdżać dadzą sobie radę. O problemach austriackich banków nie słyszeli. NYT nie czytają…


2009-02-21 13:20

PSY, KOTY, WIEDŹMY I OPCJE WALUTOWE

Rządząca koalicja, po licznych sukcesach w Komisji przyjazne Państwo, postanowiła zająć się psami i kotami. Ma powstać ich ogólnonarodowy spis, a ich właściciele, w ramach swej miłości do zwierząt, mają im wszczepić chipy (nie mylić z chipsami – choć w niektórych regionach Polski powstanie pewnie problem: solone czy nie). I będą musieli je wykastrować? Ciekawe, czy wszystkie, czy tylko samce? Sądząc po potocznej nazwie dla tego projektu pewnie tylko samce. Ale moim zdaniem taka ustawa naruszy równość płci psów i kotów, a po drugie nie wiem, czy jest zgodna z ustawą o ochronie zwierząt?

Dla pań posłanek, które wpadły na ten pomysł przypomnę stary dowcip o wiedźmie i złotej rybce:

Siedziała stara wiedźma nad brzegiem rzeki przed rozpadającą się chałupą i łowiła ryby. Nagle złapała złotą rybkę. Puść mnie na wolność - powiedziała złota rybka, a spełnię twe trzy życzenia.

Dobrze – zgodziła się stara wiedźma.

Po pierwsze chcę się zamienić w śliczną księżniczkę.

Złota rybka natychmiast spełniła to życzenie.

Na to wiedźma (teraz już śliczna księżniczka) - po drugie chcę, żeby ta stara chałupa zamieniła się w piękny pałac.

Czary mary i życzenie się spełniło.

Po trzecie chcę, żeby ten kocur zamienił się w pięknego księcia.

Czary mary i stanął przed nią piękny książę i powiedział tak: no widzisz głupia wiedźmo! Po co kazałaś mnie wykastrować?!

 

Dlaczego o tym piszę? Już, niestety, nie będą musiał bronić swojego psa przed idiotami. Dobrze, że nie doczekał takiego przejawu miłości do zwierząt. Pisze o tym dlatego, że projekt tej ustawy jest równie celowy, jak projekt ustawy o unieważnieniu opcji. Oba pokazuję pewien sposób myślenia: zakazać, nakazać, unieważnić, wykastrować. To wszystko co naszym politykom potrafi przyjść do mgłowy.

 

P.S. Pozdrawienia z Alp. Teraz przez kilka dni, będzie mniej komentarzy, ale ten musiałem jeszcze napisać: z pamięci dla mojego psa!!!


2009-02-20 15:40

OBNIŻANIE PROWIZJI OFE - CZYLI GONIMY KRÓLICZKA

Ministerstwo Pracy zdecydowało się na szybsze obniżenie górnej ustawowej stawki dopuszczalnej prowizji pobieranej przez OFE do 3,5%

Media doniosły, że to „ogromna różnica”, bo dzisiaj fundusze składkę uszczuplają o 7%. Ma to spowodować „znaczący wzrost emerytur”.

Zgodnie z obowiązującymi przepisami opłaty miały zacząć maleć sukcesywnie i dopiero w 2014 roku dojść do 3,5%. Propozycjami resortu pracy rząd ma się zająć na najbliższym posiedzeniu. Potem nowelizacja trafi do parlamentu. Opozycja już zapowiada, że będzie „za”.

OFE natomiast zapowiadają, że zaskarżą ustawę zmniejszającą prowizje do Trybunału Konstytucyjnego albo nawet do Strasburga. „Nie fair jest zmieniać zasady w czasie gry. Może to podważyć zaufanie rynków finansowych do naszego kraju”.

PKPP (Polska Konfederacja Przedsiębiorców Prywatnych) „Lewiatan” uważa, że obniżenie opłat będzie niebezpieczne dla systemu emerytalnego, gdyż może doprowadzić do wyeliminowania części towarzystw z rynku, a co za tym idzie do ograniczenia konkurencji między nimi.

Nasunęły mi się trzy uwagi:

1.       Czy „rynki finansowe” mają do nas jeszcze jakieś zaufanie, które mogłoby zostać „podważone”, bo jak czytam analizy przygotowywane przez przedstawicieli międzynarodowych „rynków finansowych” jesteśmy w sytuacji nie wiele lepszej niż Ukraina. Zresztą ja do rynków finansowych nie mam żadnego zaufania – więc w razie czego „będziemy kwita”.

2.       W PKPP Lewiatan może być zrzeszonych nie więcej niż 15 OFE, których prowizje rząd planuje obniżyć. A ilu jest zrzeszonych przedsiębiorców z innych branż, z których składek płacona jest prowizja? Pewnie to co sami przedsiębiorcy, którzy niczego nie rozumiejąc kupowali opcje od banków, które przy okazji są jednocześnie akcjonariuszami towarzystw emerytalnych.

3.       Jak rząd chciał obniżyć prowizje pobierane przez OFE, to powinien to zrobić „pakietowo” – przy okazji uchwalania ustawy o emeryturach kapitałowych, która została napisana pod dyktando OFE i potencjalnych interesariuszy z zakładów emerytalnych. Teraz to sobie króliczka możemy co najwyżej pogonić…


2009-02-18 19:00

TROSKLIWY NYT

Wzruszyła mnie troska z jaką New York Times podszedł dziś do problemu deprecjacji polskiej waluty stwierdzając, że w Europie Środkowej powstaje nowa linia podziału, która tym razem ma charakter gospodarczy, a nie polityczny: dzieli państwa na te, które mają już euro i na te, które go jeszcze nie mają. Zdaniem NYT reperkusje tego nowego podziału „już są bolesne, a potencjalnie mogą być katastrofalne”. Oczywiście dla tych państw, które euro jeszcze nie mają bo „rozpaczliwie potrzebuje pomocy, gdyż ich firmy i gospodarki są miotane wahaniami i spadkami kursów własnej waluty”.

NYT chwali Europejski Bank Centralny, który, podobnie jak amerykański FED, pompuje do „systemu finansowego” pieniądze, udzielając kredytów „zabezpieczonych poręczeniem” (cokolwiek to znaczy). „Posiadanie obligacji rządowych w innych walutach niż euro straciło w związku z tym swą atrakcyjność dla instytucji finansowych strefy euro, przyczyniając się do ich wyprzedaży - powiedział dziennikarzom NYT Zsolt Darvas z ośrodka badawczego Breughel w Brukseli.

Zdaniem NYT, kryzys docierał do Europy Środkowej powoli, gdyż operujące tam banki miały niewiele złych aktywów, ale bankructwo Lehman Brothers pociągnęło za sobą falę kryzysową również w tej części Europy.

Jest to taka sama prawda jak kolejne zdanie, że „Polska straciła okazję szybkiego przygotowania się do przyjęcia euro zaraz po przystąpieniu do UE, gdyż ówczesny „nacjonalistyczno-konserwatywny” rząd, kierowany przez Lecha (sic!!!) Kaczyńskiego, był bardzo sceptyczny wobec euro”.

Zdaje się, że niektórzy dziennikarze NYT mają takie samo pojęcie o gospodarce, jak o polskiej polityce.

Po pierwsze, po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej jeszcze przez 17 miesięcy rządził rząd „internacjonalistyczno-socjalistyczny” kierowany przez „Aleksandra Millera”, czyli nie wiele krócej, niż kolejny „nacjonalistyczno-konserwatywny” rząd „Lecha Kaczyńskiego”, który z kolei rządził nie wiele dłużej niż obecny „liberalno-ludowy” rząd „Waldemara Tuska”.

Po drugie, banki mające siedzibę w Polsce wcale nie są w złej sytuacji z powodu bankructwa Lehman Brothers – problemy mogą mieć dlatego, że polskim przedsiębiorcom „wciskały” (jako pośrednicy) opcje walutowe oferowane przez nadal działające banki amerykańskie, których właścicielami stali się w tak zwanym „międzyczasie” amerykańscy podatnicy.

Po trzecie, jak już wprowadzimy sobie euro, to nadal będziemy mieć problem z jego kursem wobec amerykańskiego dolara, nie mówiąc już o walutach chińskiej i hinduskiej – bez względu na to, jak się one nazywają. Bo z powodu bankructwa Lehman Brothers to akurat banki ze strefy euro mają większe problemy niż banki ze strefy złotego.

Im więcej takich publikacji, tym bardziej narzuca się podobieństwo z rokiem 1992 gdy Soros przed atakiem na brytyjskiego funta sponsorował podobne publikacje o gospodarce brytyjskiej.


2009-02-18 14:00

TRANSPARENCY

Przysłuchując się dyskusji o wprowadzeniu euro, opcjach walutowych, interwencji rządu w celu obrony złotego, odnoszę nieodparte wrażenie, że zamiast ekonomistów, analityków, ekspertów itp., powinna się wypowiedzieć Transparency International. Niektórzy, nie mając dostępu do istotnych informacji spekulują hipotezami. Po co? Żeby zasugerować, że wiedzą, mimo że nie wiedzą. Inni, mający taki dostęp (choćby do informacji szczątkowych) spekulują tymi informacjami. Po co? Żeby zrealizować cele własne lub utrudnić innym realizację ich celów.

Stacje telewizyjne w swoich relacjach z posiedzeń Rady Ministrów zajmującej się kryzysem na rynkach finansowych pokazały obrazki, na których widać, że poza konstytucyjnymi ministrami kręci się tam jakaś kupa ludzi z „rynków finansowych”. Czy aby nie mieli racji starożytni Rzymianie, gdy mówili „nemo iudex in causa sua”? Mam wrażenie, że ustawa o lobbingu powinna dotyczyć nie tylko prac Parlamentu, ale i Rady Ministrów!

Skoro co chwila ktoś radzi rządowi, że powinniśmy jako podatnicy (rząd pieniędzy żadnych nie ma) zrobić zrzutkę a to na poprawienie płynności „rynków finansowych”, a to na „gwarancje” dla kredytów międzybankowych, a to na gwarancje na spłatę „opcji” (wczoraj usłyszałem taki pomysł w jednej ze stacji radiowych), a to na „unieważnienie” opcji (bankom trzeba będzie wypłacić odszkodowania – zwłaszcza zagranicznym, bo nasze często tylko pośredniczyły w handlu) to może powinniśmy przeprowadzić w końcu profesjonalny due diligence, żeby się dowiedzieć jak naprawdę wygląda sytuacja na rynkach finansowych.

Komisja Nadzoru Finansowego pewnie dysponuje statystykami: na jaką kwotę opiewają opcje, w jakim procencie mają je na swoich książkach banki mające siedziby w Polsce, a w jakim były one jedynie pośrednikami oferującymi produkty finansowe banków zagranicznych, w jakim są to produkty banków „matek”, a w jakim nie powiązanych kapitałowo z polskim systemem bankowym instytucji międzynarodowych? Wbrew pozorom to ważne. Polska firma z polskim bankiem może sobie negocjować: na przykład nowy kredyt na większy procent, w zamian za odstąpienie od natychmiastowej realizacji umów opcyjnych, itp. Liczne rozmowy na ten temat były prowadzone. Do czasu, gdy Pan Premier Waldemar Pawlak zapowiedział, że rząd opcje „unieważni”. Wówczas wszyscy „wzięli na wstrzymanie”. A długi rosły, bo kurs PLN pikował.

Chciałbym się też dowiedzieć, zanim rząd zacznie wydawać moje pieniądze, jakie lokaty polskie banki mają za granicą w spółkach „matkach” i na jakich warunkach. Czy aby zarządy polskich banków nie powinny złożyć publicznych oświadczeń, czy te lokaty, ich zdaniem, są całkowicie bezpieczne?

Krótko mówiąc, panowie bankowcy: spodnie w dół i proszę pokazać te instrumenty (pochodne oczywiście, pochodne), które macie, skoro ciągle się o coś od podatników upominacie.


2009-02-17 23:20

ATAK NA FUNTA A KURS WYMIANY PLN

Historia jest najlepszą nauczycielka życia: uczy nas, że jeszcze nigdy, nikogo, niczego nie nauczyła.

Pan Premier Donald Tusk zapowiedział interwencję w celu obrony złotego, jak kurs PLN/EUR spadnie do 5 zł. Dokładnie Pan Premier stwierdził, że rząd będzie wówczas sprzedawał euro z zaliczki, jaka już wpłynęła do Polski z Unii Europejskiej. Premier Wladimir Putin też ostatnio interweniował w celu obrony rubla. Z wiadomym skutkiem: 200 mld USD „w plecy”. Oczywiście sprzedaż EUR z dotacji unijnych, to co innego niż klasyczna interwencja banku centralnego, ale ciekawe na ile starczy tych 7 mld EUR do podtrzymywania kursu PLN na poziomie poniżej 5 PLN za EUR? Jeśli ktoś spekuluje polską walutą, a wiele na to wskazuje, to nie na długo.

W 1990 roku Wielka Brytania przystąpiła do Europejskiego Mechanizmu Walutowego (ERM). Punktem odniesienia dla brytyjskiego funta stała się marka niemiecka.

Brytyjski funt został wyceniony na 2,95 DM. ERM wymagał aby kurs funta wahał się w granicach +/- 6%. Oznaczało to, że jeśli funt spadnie do poziomu 2,778 DM konieczna będzie interwencja Banku Anglii.

Gospodarka Wielkiej Brytanii była wówczas w innej fazie cyklu niż niemiecka. W Niemczech szybciej rosła inflacja więc Niemiecki Bank Centralny podniósł stopy procentowe do poziomu 8,75%. Bank Anglii został w ten sposób zmuszony do podniesienia również swoich stóp, aby utrzymać kurs GB/DEM na wymaganym przez ERM poziomie, choć gospodarka znajdowała się w fazie istotnego spowolnienia wzrostu.

Od połowy 1992 roku fundusz Quantum George Sorosa zaciągał liczne pożyczki w funtach brytyjskich, a gdy we wrześniu Soros udzielał licznych – jak niektórzy potem twierdzili „sponsorowanych” – wywiadów, że funt jest przewartościowany, Quantum zaczął wymieniać funty na inne waluty. Kurs funta gwałtownie „powędrował na południe” – jak twierdza w swoim slangu analitycy giełdowi.

Bank Anglii rzucił do obrony funta własne rezerwy walutowe, wyprzedając na potęgę niemieckie marki i skupując funty. Rano, 16 września 1992 roku, podniósł stopy o 2 punkty procentowe (z 10% do 12%) a po południu zapowiedział kolejną podwyżkę nawet do 15%, ale o godzinie 19 wieczorem ogłosił kapitulację – funt został zdewaluowany z 2,78 DM do 2,2 DM i wypadł z ERM. Soros odkupił tańsze funty, spłacił kredyty zaciągnięte w funtach i miał jeszcze te klika miliardów w innych walutach, które mu zostały po ich wcześniejszym zakupie za przewartościowane funty. W USD uzbierało mu się tego ponad miliard!

Tak coś czuję, że scenariusz się powtarza. W zeszłym tygodniu całe City pozamykało pozycje na polskiej walucie a przez prasę zagraniczną przetoczyły się komentarze, że po krachu na Ukrainie to samo czeka Polskę, bo jest „w tym samym koszyku”. Ciekawe dlaczego Czechy nie są w tym samym koszyku??? Może mają mniej opcji i mniejsze rezerwy walutowe, nad którymi nie warto się „pochylać”? Dziwne te komentarze i dziwne to zachowanie PLN.

Gdy w 2004 roku kurs wynosił 4,95 PLN/EUR nie odbywały się dramatyczne posiedzenia Rady Ministrów. Czy coś się wówczas złego stało? Więc skąd przeświadczenie, że jak po 5 latach ten kurs byłby niższy o 10% to stałoby się coś strasznego? Może Pan Premier Leszek Miller miał wówczas na głowie Rywina i nie miał czasu na zajmowanie się sprawami, na które wpływu żadnego mieć nie mógł? Więc może ktoś by się przeszedł do kogoś z żądaniem 17,5 mln USD, na przykład za ustawę o unieważnieniu opcji walutowych i będziemy mieć z głowy problem interwencji na rynku walutowym?


2009-02-17 11:00

SPOŁECZNA GOSPODARKA RYNKOWA I RZĄDY PRAWA

„Kiedy słowa tracą znaczenie, ludzie tracą wolność”

Ta sentencja Konfucjusza przypomniała mi się przy okazji debat na temat „neoliberalizmu” i „społecznej gospodarki rynkowej”, która miałaby wyplenić grzechy neoliberalizmu.

Więc dla przypomnienia: niemiecki ordoliberalizm, który uważany jest za ważną doktrynę dla społecznej gospodarki rynkowej nazywany był i nadal bywa „neoliberalizmem”. Wszystko zależy od definicji. Za „nieliberalne” uważane były te wszystkie poglądy ekonomiczno-spoółeczno-politytczne, które nawiązywały do idei klasycznego liberalizmu i broniły wolności przed socjalizmem, marksizmem, faszyzmem i keynesizmem. Zestawienie keynesizmu z faszystami nie ma oczywiście na celu sugerowanie ani związków, ani podobieństw między nimi. Tak to było historycznie.

Ordoliberalizm ukształtował się w latach 30 i 40 XX wieku. Wywodzi się ze szkoły freiburskiej – czyli grupy uczonych skupionych wokół Waltera Euckena, który kierował katedrą ekonomii politycznej na uniwersytecie we Frieburgu, kształtując jeszcze przed II wojna światową stanowisko metodologiczne tej szkoły. Eucken próbował przezwyciężyć spór o istotę metody badawczej w ekonomii między szkołą historyczną i austriacką. Carl Menger, Ludwig von Mises i Friedrich Hayek przyjęli, w pewnym sensie, tradycję szkoły klasycznej, która zakładała, że ekonomia to nauka teoretyczna, formułująca prawa podobne do praw fizyki, które mają powszechne zastosowanie. Natomiast szkoła historyczna zajmowała się albo prostą rejestracją faktów gospodarczych, bez żadnej próby ich uogólnienia, albo sprowadzała ekonomię do nauki o poznaniu obiektywnych prawach historii – jak to miało miejsce w przypadku marksizmu.

Eucken starał się zespolić fakty historyczne i dane statystyczne z myśleniem teoretycznym o licznych, specyficznych uwarunkowaniach historycznych, społecznych i politycznych realnej gospodarki, które prowadziło go do wyodrębnienia wielu różnych jej typów. Tak jak z liter alfabetu można ułożyć różne wyrazy, tak analizując konkretne, różniące się znacznie między sobą zjawiska gospodarcze można odnaleźć w nich te same elementy (jak litery) różnie uporządkowane.

Żyjąc w państwie faszystowskim Eucken „przemycał” obronę wolnego rynku w swojej metodologii, ale dopuszczał działania państwa jako regulatora i obrońcy mechanizmów rynkowych.

Ci liberałowie niemieccy, którzy przebywali na emigracji formułowali swoje poglądy bardziej radykalnie od Euckena. Szczególnie Wilhelm Röpke. Jego książka Civitas Humana z 1944 roku była próbą połączenia liberalizmu i katolickiej nauki społecznej. To właśnie z niej można wywieść ideę społecznej gospodarki rynkowej. Röpke był „ostrożnym katastrofistą”. Podzielał obawy Spenglera o dążeniu kultury zachodniej do upadku, ale widział dla niej pewien ratunek. Zagrożenie wypływało ze sprzeniewierzenia się liberalnemu dziedzictwu, początek któremu dała Magna Charta Libertatum z 1215 roku. Racjonalizm i scjentyzm Rewolucji Francuskiej doprowadziły jednak do zastąpienia wolności indywidualnej siłą mas. Röpke nazwał to proletaryzacją. Jego zdaniem stoimy przed alternatywą: albo wszyscy tej proletaryzacji ulegniemy (gwałtownie – jak w Rosji, lub stopniowo – jak w wielu innych krajach) albo przekształcimy proletariuszy w posiadaczy. Röpke powtórzył za encykliką „Quadragesimo Anno” Piusa XI wezwanie do „redemptio proletariorum”. Niezależność majątkowa jest nie tylko fundamentem wolności, ale i wszelkich cnót obywatelskich, gdyż człowiek biedny jest podatny na demagogię. Dlatego ordoliberałowie propagowali konieczność wspierania przez państwo rozwoju klasy średniej – choćby przez preferencyjne kredyty dla tych, którzy chcą założyć własne przedsiębiorstwa.

Nie było jednak wśród nich jednomyślności co do zakresu ingerencji państwa w gospodarkę. Największym zwolennikiem takich interwencji był Wilhelm Röpke. Niechętnie zapatrywali się na taką interwencję Franz Böhm, Ludwig Erhard i Alfred Müller-Armack.

Powstaje jednak pytanie, czy kierując się metodologią Euckena można przyjąć, że ordiliberalizm niemiecki można przeszczepić na inny grunt. Czy, używając poetyki Euckena, z liberalnych i katolickich liter da się w innych niż niemieckie warunkach ułożyć takie same słowa?

Moim zdaniem nie. Gdyż nie da się ułożyć słowa podstawowego: „Rechtstaat”. Sensowna interwencja państwa jest możliwa (choć wcale nie konieczna) tylko w takim państwie, w którym wóz Drzymały mógł stać w spokoju bo takie były przepisy prawa. Czy w Kongresówce ruski żandarm by się nimi przejmował? Drzymałę zesłaliby na Sybir.

Zsada rule of law, będąc doktryną metaprawną, określającą cechy, jakimi prawo powinno się odznaczać, stanowi ona ograniczenie władzy państwa, mając większą moc od aktów prawa pozytywnego. Normy prawne, aby pozostawały w zgodzie z rule of law i zabezpieczały wolność, muszą być ogólne, abstrakcyjne i stosowalne na równi do wszystkich. Gdy jesteśmy posłuszni prawom spełniającym powyższe warunki, nie jesteśmy podporządkowani arbitralnej woli innego człowieka, a zatem jesteśmy wolni - twierdził Hayek. Jego zdaniem nic tak dobrze nie odróżnia warunków istniejących w wolnym kraju od panujących pod rządami władzy arbitralnej, jak przestrzeganie zasady rule of law. Każde prawo ogranicza do pewnego stopnia wolność osobistą, ale pod rządami prawa władza nie ma możliwości udaremniania wysiłków jednostki poprzez różnego rodzaju działania podejmowane ad hoc. Różnica pomiędzy systemem, wewnątrz którego działalnością produkcyjną kieruje „niewidzialna ręka” rynku, a sytuacją, w której działalnością gospodarczą kieruje centralna władza państwowa, jest właśnie szczególnym przykładem bardziej ogólnej różnicy pomiędzy rządami prawa i rządami arbitralnymi. W pierwszym przypadku rząd ogranicza się do ustalenia reguł gry, pozostawiając jednostkom decyzję, co do sposobu jej prowadzenia. Reguły te mają charakter czysto formalny i nie są ukierunkowane na potrzeby poszczególnych ludzi. Sama treść przepisu nie jest szczególnie istotna: nie ma bowiem znaczenia, czy wszyscy jeździmy samochodami po lewej, czy po prawej stronie jezdni, jeżeli tylko wszyscy postępujemy tak samo. Ważny jest fakt, że przepis ten pozwala nam przewidzieć zachowanie innych, dzięki temu, że odnosi się do wszystkich takich samych sytuacji. W drugim przypadku władza musi arbitralnie rozstrzygać kwestie szczegółowe, na które nie można znaleźć odpowiedzi wyłącznie przy pomocy zasad formalnych. „Różnica między tymi dwoma rodzajami reguł jest taka sama - pisał Hayek - jak między ustanowieniem prawa drogowego, a poleceniem ludziom dokąd mają jechać”.


2009-02-13 13:30

WĘDRUJĄCY SUKCES

Pan Profesor Grzegorz W. Kołodko napisał list do Pana Premiera Donalda Tuska. Pan Profesor napisał bo mu żal. Jak ktoś by chciał, proszę zrobić pewien eksperyment: Tam gdzie Pan Profesor pisze „neoliberalizm” - wstawić „kapitalizm”, a tam gdzie „neoliberałowie” - wstawić „burżuazja”. Reszta będzie wyśmienicie pasowała.

Cytaty z Pana Profesora na czarno. Mój komentarz na czerwono.

Żal niewytworzonego dochodu, co pozbawia polskie rodziny szansy na osiągnięcie relatywnie wyższego poziomu życia i ogranicza naszym przedsiębiorcom możliwości dalej idącej ekspansji” (Zgadzam się w stu procentach. Mi też jest żal tej szansy, z której nie skorzystaliśmy po 1989 roku i zmarnowaliśmy kapitał nadziei, który drzemał w Polakach.)

Dokładnie dwadzieścia lat temu — 6 lutego 1989 roku - zasiedliśmy (ja nie zasiadałem – liberałów nie zaproszono) do Okrągłego Stołu. Wówczas założenie, że w nowych warunkach politycznych i systemowych średnie tempo wzrostu przez następne pokolenie wynosić będzie zaledwie 3 proc., było nie do zaakceptowania, bo przecież nawet w przeszłości produkcja rosła dużo szybciej. Oczekiwano więcej. I słusznie, bo mogło to być nawet 5 proc. średniorocznie. (A dlaczego tylko 5%? Moim zdaniem mogło być więcej. Skoro inne kraje mogły osiągnąć wyższe tempo to my tym bardziej bo mamy potencjał, którego inni nie mają. Ten potencjał to kapitał ludzki. Młodzi, wykształceni ludzie, którym chce się chcieć, którzy potrafią rzucić się „za wodę” – jechać do Wielkiej Brytanii byleby pracować!!!)

Podczas gdy latach rządów zdominowanych przez nurt neoliberalny (Co to jest nurt „neoliberalny”? Jakieś nazwiska i DOKTRYNA!!! Nie parę sloganów, tylko doktryna w znaczeniu, jakie pojęciu temu nadaje NAUKA!!!) - w trakcie dziesięciu lat, 1990-93, 1998-2001 i 2008-09- PKB wzrasta w sumie o 7 proc. (!), w ośmioleciu 1994-97 i 2002-05 aż o 45 proc. (??? 1. Ciekawe, jak Pan Profesor uzyskał taki fantastyczny wynik za lata 94-7 i 02-05? Mi się tak nie zsumowało. 2. Czy wzrost gospodarczy w 1994 wziął się z tego, co zrobiono zaraz po wyborach 1993 roku? A jeśli tak, to co to było takiego???) Wtedy bowiem właściwie określone były cele, a reformy strukturalne (JAKIE??? JAKIE??? JAKIE???) podporządkowane były wymogom szybkiego i zrównoważonego rozwoju. Polityka gospodarcza opierała się na poprawnej (a może jakiś rzeczownik, zamiast kolejnego przymiotnika?) teorii ekonomicznej, a nie na dogmatach.

To wtedy, w 1996 roku, jako wicepremier i minister finansów RP podpisałem akt przystąpienia Polski do Organizacji Rozwoju Gospodarczego i Współpracy, OECD, co było skutkiem jakościowego postępu w sferze budowy instytucji. (Za to brawo!!!) To wtedy, w latach 2002-03, doprowadziliśmy do zwieńczenia sukcesem negocjacji w sprawie pełnej integracji z Unią Europejską. (Jak demagogia, to demagogia: ja bym wynegocjował lepszy Traktat Akcesyjny. I niech Pan Profesor udowodni, że ten wynegocjowany był najlepszy)

Dochód nie wytworzony jest stracony raz na zawsze. (YES!, YES!, YES!!!) W roku 2009 nasz PKB jest tylko o 80 proc. wyższy niż w roku 1989 (Niestety, jest to zatrważająca prawda!!!) , choć przy uprawianiu przez całe minione dwudziestolecie skutecznej polityki- jak tej realizowanej podczas “Strategii dla Polski ” - mógł już być o 160 proc. większy. (Dlaczego tylko 160%? Przy liberalnej strategii mógł być dużo większy).

Wystarczyło uniknąć serii poważnych błędów w polityce gospodarczej na początku lat 90., wskutek czego PKB spadł o prawie 20 proc. i powstało masowe, przekraczające 3 miliony bezrobocie, oraz u końca lat 90., kiedy to tempo wzrostu w rezultacie niepotrzebnego przechłodzenia gospodarki sprowadzono z rekordowego w minionym ćwierćwieczu 7,5 proc. w II kwartale 1997 roku do śladowych 0,2 proc. w IV kwartale 2001 roku, a bezrobocie zwiększyło się o ponad milion. (To prawda! Trzeba było nie popełniać takich błędów jak: podwyższanie składek ubezpieczeniowych, wprowadzanie stromej progresji podatkowej, ograniczanie swobody gospodarczej, uprzywilejowanie policji podatkowej kosztem podatnika, udzielanie dyskrecjonalnych zwolnień podatkowych dla wybranych podatników, zaniechanie prywatyzacji, rozrost biurokracji rządowej, zaniechanie reformy finansów publicznych, nie wprowadzenie budżetu zadaniowego, utrzymywanie kontroli cen niektórych towarów - zwłaszcza węgla i energii elektrycznej, co uniemożliwiło prowadzenie racjonalnego rachunku ekonomicznego, bo jest on możliwy tylko wówczas, gdy zasoby mają swoją cenę).

Rzeczą zdumiewającą jest, że polscy neoliberałowie nie potrafią przyznać, że dwakroć - po 1993 i 2001 roku - trzeba było wyprowadzić gospodarkę z zapaści, do jakiej ich polityka doprowadziła (O jakich „neoliberałach” mowa? Bo ja się nie przyznaję do tego, żeby po 1993 i 2001 roku realizowana była moja polityka). Zamiast wyciągnąć praktyczne wnioski, upierają się przy swoim, bardziej z doktrynerskich niż merytorycznych pozycji. (Tak! Upieram się, że należy: zmniejszyć koszty pracy, dokończyć prywatyzację itp…)

A wystarczyło przez całe dwudziestolecie wytrwale kroczyć ścieżką szybkiego i zrównoważonego wzrostu (owszem, wystarczyło) tworząc sukcesywnie coraz bardziej dojrzałe instytucje społecznej gospodarki rynkowej (A co jest instytucją „społecznej gospodarki rynkowej? Abolicja podatkowa? Deklaracje majątkowe o złotych plombach w szóstkach – jakie miały zostać wprowadzone w 2002 roku? Przed czym uchronił nas Pan Prezydent Aleksander Kwaśniewski wetując głupawe ustawy? Nie ważne z jakiego powodu. Może ktoś nie chciał składać takich deklaracji. Ale skutek był pozytywny dla wszystkich. Bo moim zdaniem należałoby budować instytucje gospodarki rynkowej nie analizując, czy są one „społeczne”. Jak, na przykład, sprawnie funkcjonujący wymiar sprawiedliwości!) Uniemożliwiły to jednak okresowo biorące górę idee i praktyki neoliberalne (Jakie? Bo moim zdaniem te, o których wspomniałem powyżej: barbarzyńskie składki ubezpieczeniowe, progresja podatkowa, itp.). Czyżby miały być przeforsowane trzeci już raz?  (Nie daj Boże! – aczkolwiek rząd już podwyższył akcyzę i wspomina o konieczności podwyższania kolejnych podatków).

Jeszcze dwa lata temu, w I kwartale 2007 roku, tempo wzrostu przekraczało 7 proc., a teraz osiągnięciem ma być 1,7 proc.! Gdyby cały czas należycie podchodzić do polityki rozwoju, to tempo to - zważywszy już na światowy kryzys gospodarczy - mogło spaść do jakichś 5 proc. Gdyby jeszcze wczesną jesienią Rząd, zamiast zapewniać o odporności na kryzys, podjął odpowiednie działania interwencyjne (Jakie działania są „odpowiednie”? Może wspomniane „deklaracje majątkowe” dla jednych i abolicja podatkowa dla drugich), bylibyśmy w mniej skomplikowanej sytuacji.

Gdyby teraz posłuchał Pan Premier także innych niż neoliberalne rad (To Panu Premierowi Donaldowi Tuskowi doradzają jacyś „neoliberałowie”? Chętnie poznałbym nazwiska? Może znowu odwiedził nas Pan Profesor Jeffrey Sachs, który przyznał ostatnio, że „w głębi był zawsze socjaldemokratą”?), przyrost PKB w tym roku mógłby wciąż jeszcze wynieść około 3,5 proc., a w roku następnym przyspieszyć. (A jakie recepty ma Pan Profesor na ten wzrost? Ja mam następujące: radykalnie obniżyć koszty pracy, dokończyć prywatyzację, zlikwidować 2/3 ministerstw, przywrócić wolność gospodarczą, jak za Wilczka, itp.) A tak to tracimy w latach 2008-09 co najmniej 1800 złotych średnio na osobę, 7 tysięcy na każdą rodzinę. I to bezpowrotnie. A utracić możemy dużo więcej, idzie bowiem - też po raz trzeci - wręcz ku stagnacji i recesji.  (Tutaj zgoda!)

Bez pilnego podjęcia radykalnych działań w końcu roku śladowe tempo wzrostu oscylować może wokół zera… (Znowu prawda!) Czy tak to już być musi, że neoliberalne rządy w Polsce zawsze będą kojarzone z recesją, stagnacją, spowolnieniem? Gorzej nawet - z narastaniem bezrobocia, obszarów ubóstwa i emigracji zarobkowej? (Niestety będą – ale głównie dlatego, że rzekomo „neoliberalne” rządy realizują w praktyce socjalistyczną politykę gospodarczą – więc efekt musi być żałosny)

Skoro jeszcze przed uchwaleniem budżetu mówi się o konieczności jego nowelizacji, czyli urealnienia, dowodzi to wadliwego sterowania finansami publicznymi. (Absolutnie ma Pan Profesor rację!) Jak można w dwa tygodnie po podpisaniu budżetu przez Prezydenta RP przyznać, że przewidywane dochody zostały przeszacowane o 17 miliardów złotych? (To rzeczywiście zdumiewające) Chyba że znowu mamy do czynienia z “czystą polityką ” i po to lansuje się tezę o konieczności cięcia wydatków, aby wytłumić głosy rozsądku domagające się ożywiającego gospodarkę zwiększenia nakładów. (A skąd wziąć pieniążki na zwiększenie nakładów? Chętnie bym sobie nowy samochodzik kupił. To powinno ożywić przemysł samochodowy. No i oczywiście jakąś rezydencję – bo podobno sektor budowlany też jest w potrzebie)

Dobrze, że chociaż przy tej okazji w zapomnienie, miejmy nadzieję, idzie fatalny pomysł z tzw. podatkiem liniowym, który zawsze służy redystrybucji dochodów od niżej uposażonych grup ludności do jej bogatszych warstw. (Pan Profesor jako akademik płaci podatek progresywny, ale tylko od połowy przychodu, bo ma 50% kosztów uzyskania. A od wynagrodzeń z Banku Światowego przez lata nie płacił w ogóle podatku w Polsce. Więc jest to całkowicie zrozumiałe, że ktoś musi zapłacić odpowiednio więcej – za Pana Profesora) Już wkrótce Rząd stanąć może w obliczu konieczności podniesienia podatków, aby mieć środki na finansowanie niezbędnych wydatków publicznych. (Niestety tak pewnie będzie, bo przecież muszą być pieniądze na pensje dla rosnącej rzeszy pracowników administracji) Wskazuje na to także narastanie potrzeb płatniczych Państwa, których obsługa, zważywszy na złe zarządzanie długiem publicznym, wkrótce znaleźć może się w krytycznej sytuacji (To tak zwana „oczywista oczywistość).

Doktryna neoliberalna wyklucza światły interwencjonizm („światły interwencjonizm” nie wiem dlaczego kojarzy mi się ze światłym absolutyzmem – na przykład Katarzyny Wielkiej. To ja już wolę nasze poczciwe liberum veto), chociaż bynajmniej nie wyklucza nieracjonalnych cięć wydatków, co przecież też jest interwencją. (Nie wydawanie pieniędzy, których się nie ma szczególną formą „interwencjonizmu”?)

Z nadmierną ostrożnością podchodzi Pan Premier do pożądanych działań interwencyjnych polegających na koniecznej w obecnych warunkach ekspansji fiskalnej. W innych krajach zrozumiano to w obliczu kompromitacji neoliberalizmu, bo czymże jest obecny kryzys finansowo-gospodarczy i jego rozlewanie się po świecie, jak nie totalnym obnażeniem marności tej koncepcji gospodarki rynkowej?  (Panie Premierze, proszę śmiało. Można złożyć w mennicy zamówienie – niech drukuje. Już sam fakt, że będzie drukowała – a więc generowała popyt na prąd  będzie musiała zatrudnić drukarzy, którzy otrzymają wynagrodzenia i zwiększą tym samym popyt wewnętrzny, będzie rzeczą pozytywną. A jak już ci drukarze wydrukują te pieniążki i je Pan Premier rozda wyborcom przed wyborami prezydenckimi, to dokona Pan w końcu tego zapowiadanego cudu gospodarczego i będzie jak Messner. Albo nawet i Rakowski. W jednej osobie.)

W 2009 roku deficyt budżetowy krajów bogatych rośnie skokowo z 2 do około 6 proc. PKB, a w grupie krajów tzw. wyłaniających się rynków z nadwyżki przechodzi się do deficytu około 3 proc. W większości przypadków jest to następstwem podejmowanej /ex ante/ świadomej i celowej decyzji rządów. Czy raz jeszcze mamy być negatywnym wyjątkiem, który nie potrafi pragmatycznie dostosować się do szoków zewnętrznych? Czy nie może wziąć góry zdrowy, ekonomiczny rozsądek? (No i w końcu wiemy skąd będą pieniążki. Przyniesie je nam wszystkim Pan Deficyt. A w dłuższej perspektywie czasu wszyscy będziemy martwi – jak powiedział John Keynes)

Zamiast agresywnie nakręcać koniunkturę poprzez zwiększanie wewnętrznego popytu - ludności i przedsiębiorców, konsumentów i inwestorów (Rozumiem, że „agresywnie” należy wykorzystywać mennicę państwową? Czy może chodzi o jakiś inny rodzaj „agresji”? A jeśli tak, to jaki?) Rząd zasłania się parawanem światowego kryzysu. Fakt, on nie pomaga. Ale faktem jest i to, że realizowana polityka gospodarcza otwiera mu polskie drzwi na oścież. Co więcej, zaniechanie niezbędnych działań interwencyjnych teraz - jak najszybciej - doprowadzić może do drastycznego pogorszenie się sytuacji gospodarstw domowych, przedsiębiorstw i Państwa, erodując sporo z naszych osiągnięć ostatniego dwudziestolecia.

Panie Premierze, jeśli nie jest Pan pewien, z jakich instrumentów polityki gospodarczej korzystać, bo sytuacja rzeczywiście jest trudna, to niech Pan pyta! (Tu się zgadzam. Tylko niech pan Premier pyta nie tylko „neoliberałów” i Profesora Kołodko. Może spektrum tych, których Pan Premier powinien zapytać powinno być nieco szersze?) W Polsce nie brakuje światłych ekonomistów (Niestety tu się nie zgodzę. Który z polskich ekonomistów ma jakieś cytowania w naukowych czasopismach rangi światowej?) Pański poprzednik zlikwidował Radę Strategii Społeczno-Gospodarczej, która z pożytkiem funkcjonowała w latach 1994-2005. Tych, co czasami myślą inaczej, nie trzeba się obawiać. Ich warto słuchać. (To prawda! Ja, na przykład, myślę ciągle „inaczej”, ale pewnie zdaniem Pana Profesora nie warto mnie słuchać)

To nie jest czas ideologii. To czas pragmatyzmu. Bezrobocie wynosiło już “tylko ” 8,8 proc., ale znów rośnie i jest dwucyfrowe, a w końcu roku przekraczać będzie 12 proc. i nadal będzie się zwiększać (Niestety to prawda. Dlaczego? Bo „praca” to największa pozycja kosztowa, którą najłatwiej zredukować). Coraz więcej gospodarstw domowych i firm ma problemy ze spłatą kredytów. (Jak im pomóc? Skoro mamy „unieważnić” opcje, to może „unieważnimy” też kredyty?)

Trzeba traktować deficyt budżetowy jako aktywny środek polityki gospodarczej, a nie jako jej cel. Rzecz nie w samej wielkości deficytu, ale przede wszystkim w strukturze generowanych jego zmianami wydatków. Powinny one mieć charakter prorozwojowy. Pożądane zatem jest nie zmniejszanie, ale bezinflacyjne zwiększenie deficytu o około 6-7 miliardów złotych w stosunku do ustawowych założeń. (Kto pożyczy nam pieniążki na „bezinflacyjne” zwiększenie deficytu?)

Trzeba podjąć wespół z NBP działania - modyfikując mechanizm kursowy i interweniując na rynku walutowym - stabilizujące kurs wokół 4 złotych za euro, bo to jest poziom strategicznie korzystny dla polskiej gospodarki. (Pan Prezydent Władimir Putin – czy może chwilowo Pan Premier Putin – właśnie posłuchał Pana Profesora Kołodko i „interweniował na rynku walutowym. Ma jakieś 200 mld USD w plecy)

W szczególności warto zwiększyć potencjał instytucji, na które Rząd ma wpływ — Banku Gospodarstwa Krajowego, PKO BP i Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych. Warto maksymalnie, kwotą co najmniej 2,5 miliarda złotych, dokapitalizować BGK, pod warunkiem wszak, że istotnie zwiększony zostanie zakres obsługi przezeń sektora finansów publicznych.  (Tak warto! Na dokapitalizowanie BGK były już pomysły, gdy Pan Profesor Grzegorz Kołodko był Wicepremierem. Szkoda, że ich nie zrealizowano.)

Dodatkowe środki powinny być wykorzystane przez BGK - we współpracy sieciowej z bankami spółdzielczymi i Bankiem Pocztowym - do zwiększenia akcji kredytowej dla małych i średnich przedsiębiorstw oraz na rynku mieszkaniowym. W tym celu wskazane jest dokapitalizowanie również PKO BP (o miliard złotych, ale także poprzez aport w postaci akcji spółek Skarbu Państwa, tzw. resztówek) po to, by przy swojej ogromnej sieci aktywnie rozwinął kredytowanie przedsiębiorstw. (PKO BO bardzo aktywnie działa na rynku kredytowym. I niech to robi nadal. Jeśli może „zwiększyć akcję kredytową” – niech zwiększa. Ale niech nie rozdaje kredytów bezrobotnym – jak to robiły banki hipoteczne w USA)

Niezależnie od odpowiedniej antykryzysowej i prorozwojowej gry dostępnymi instrumentami makroekonomicznymi (bardzo podoba mi się słowo „gra” – czy ma to być taka sama gra, jaką popisali się dyrektorzy finansowi wielu firm „grając na opcjach”?) sięgać trzeba również do narzędzi polityki mikroekonomicznej. W szczególności na lata 2009-10 należy zastosować podwyższone odpisy amortyzacyjne dla przedsiębiorstw. Przyczyniłoby się to do poprawy ich płynności finansowej, a w konsekwencji do zmniejszenia ryzyka gospodarczego- tak jak jest ono obecnie postrzegane przez banki. (Słuszna rada. Ja bym tylko zrobił pewną modyfikację: należy zastosować podwyższone odpisy amortyzacyjne. No bo jeśli w latach 2009-2010 to dlaczego nie później. A może po prostu przestać oszukiwać przedsiębiorców i uznać za koszt uzyskania przychodu to, co oni rzeczywiście wydali???? Czy to już zbyt radykalny pomysł na rok 2011 i dalsze???)

W ślad za tym spadłoby ryzyko kredytowe i wzrósł dopływ pieniądza do przedsiębiorstw z banków komercyjnych. Spowodowany takim posunięciem ubytek wpływów budżetowych byłby szybko - i z nawiązką - skompensowany wyższym poziomem aktywności produkcyjnej i zatrudnienia, a więc koniec końców także przychodami fiskusa. Wszystko to nie tylko bezpośrednio ożywi koniunkturę, ale da oczywiste efekty mnożnikowe, chroniąc przy okazji istniejące i tworząc nowe miejsca pracy. W sumie z czasem poprawi się sytuacja budżetowa. (No właśnie. Więc dlaczego z tego rezygnować w roku 2011???)

Do zwiększenia płynności sektora finansowego i podaży pieniądza kredytowego przyczynić może się także obniżenie przez NBP rezerwy obowiązkowej banków komercyjnych, o co należy zabiegać. Bank centralny pójdzie na to bardziej niż na dalsze, skądinąd niezbędne, głębokie cięcia stóp procentowych, do czego ma awersję. Jednakże obecnie to nie fizyczny brak środków jest zasadniczą barierą dla podaży pieniądza kredytowego do gospodarki, ale nadmierne ryzyko ich angażowania. Można je niwelować poprzez udzielanie na jeszcze większą niż dotychczas skalę gwarancji rządowych, które bynajmniej nie pociągają za sobą automatycznie wypłat środków budżetowych. (Kiedyś, w czasach które Pan Profesor stawia z wzór, rząd udzielił już takich poręczeń – na przykład Laboratorium Frakcjonowania Osocza. Wcale nie rządzili wówczas „neoliberałowie”).

Proponowany tu pakiet antykryzysowy powinien umożliwić:

1) Podniesienie poziomu konkurencyjności polskich przedsiębiorstw. (YES!, YES!, YES!!! HOW? HOW? HOW???)

2) Utrzymanie inflacji w ryzach, na poziomie celu wyznaczonego przez NBP. (YES!, YES!, YES!!! HOW? HOW? HOW???)

3) Odpowiednio wysoki, prorozwojowy poziom wewnętrznych oszczędności i inwestycji. (YES!, YES!, YES!!! HOW? HOW? HOW???)

4) Tempo wzrostu około 3,5 proc. w 2009 roku i co najmniej 5 proc. w roku 2010 i w latach następnych. (YES!, YES!, YES!!! HOW? HOW? HOW???) I w rezultacie prowadzić do:

5) Bezrobocia na poziomie jednocyfrowym i dalszego jego spadku. (YES!, YES!, YES!!! HOW? HOW? HOW???)

6) Ograniczenia marginesu wykluczenia społecznego. (YES!, YES!, YES!!! HOW? HOW? HOW???)

7) Poprawy warunków życia. (YES!, YES!, YES!!! HOW? HOW? HOW???)

8 ) Stabilizacji liczby ludności. (NO!, NO!, NO!!! Liczba ludności powinna się zwiększać, a nie “stabilizować ” ktoś musi spłacic te kredyty, co to je zaciągniemy, żeby mieć “bezinflacyjny deficyt “)


P.S. Przeczytałem “Wędrujący świat “. I jestem pod wrażeniem. Przede wszystkim sprawności językowej Pana Profesora. I wielu słusznych diagnoz dotyczących otaczającej nas rzeczywistości, z których wiele podzielam. Ale nie zgadzam się z zalecanym lekarstwem. Jak ktoś ma gorączkę, to wcale nie należy go “na trzy zdrowaśki do pieca “!


2009-02-12 16:00

MSP PRYWATYZUJE

Minister Skarbu Aleksander Grad ogłosił nowy plan prywatyzacji. Mimo zapaści na rynkach finansowych Pan Minister chce sprzedawać państwowe spółki. W większości z pominięciem giełdy, ale z udziałem inwestorów strategicznych. Przychody będą niższe niż planował.

Oczywiście opozycja i związkowcy są przeciwko. Ich zdaniem prywatyzacja w dzisiejszej sytuacji to „zdrada stanu”.

Ciekawe o jaką „sytuację” chodzi? Bo na przykład cena akcji PKO BP jest dziś na poziomie BARDZO UDANEGO debiutu z 2004 roku. Czy należałoby na Pana Ministra Jacka Sochę nasłać jakiegoś zdolnego prokuratora, który postawi mu zarzut, że nie wstrzymał się ze sprzedażą akcji PKO BP do lipca 2007 roku, gdy ich cena była absolutnie przewartościowana na skutek „pompowania” bańki na rynkach finansowych, czym naraził Skarb Państwa na „straty znacznej wartości”?

Ale jeśli podtrzymamy powszechny entuzjazm z roku 2004 uznając, że Pan Minister Socha zrobił jednak dobrze sprzedając wówczas akcje PKO BP, to dlaczego mamy przyjąć, że dziś jest zły czas na sprzedaż akcji koncernów energetycznych? Taka bańka jak z lipca 2007 nie prędko się powtórzy.

Więc niech Pan Minister sprzedaje. Oby jak największe pakiety akcji – z premią za kontrolę. Osiągnie Pan Minister jeszcze jeden ważny cel. Po następnych wyborach dzisiejsza opozycja na pewno nie będzie mogła wymienić prezesów sprywatyzowanych spółek. I to już będzie sukces sam w sobie. Albo nawet, używając terminologii marksistowskiej, „dla siebie”.


2009-02-12 9:30

DAS KAPITAL

W Necie „chodzi” taki cytat:

„Owners of capital will stimulate working class to buy more and more of expensive goods, houses and technology, pushing them to take more and more expensive credits, until their debt becomes unbearable. The unpaid debt will lead to bankruptcy of banks, which will have to be nationalized, and State will have to take the road which will eventually lead to communism”

(„Posiadacze kapitału będą oddziaływać na klasę robotniczą, aby kupowała coraz więcej drogich dóbr, domów i technologii zmuszając ją do zaciągania coraz więcej drogich kredytów, aż w pewnym momencie długi staną się niemożliwe do spłacenia. Niespłacone długi będą prowadzić do bankructw banków, które trzeba będzie nacjonalizować i państwo  wejdzie na drogę, która w końcu doprowadzi do komunizmu”)

Karol Marks 1867.

Z 1867 roku pochodzi I tom „Kapitału” Marksa. Z polskiego wydania nie pamiętam takiego cytatu (a czytałem). W Library of Congress i paru innych bibliotekach Internetowych jego poszukiwanie przyniosło wynik: „search found no results”

Ale jak to fajnie mówią Włosi: „Se non e vero, e ben trovato” („Jeśli to nie prawda, to ładnie wymyślona”). A może jednak „e vero”? Może ktoś znajdzie u Marksa ten cytacik?