Robert Gwiazdowski

Gospodarka klasycznie

Archiwum: grudzień 2008

2008-12-31 13:20

HAPPY NEW YEAR

Na nadchodzący Nowy Rok 2009

życzenia wielu udanych inwestycji finansowych

przesyła wszystkim

Bernard „Berni” Madoff

:)


2008-12-29 12:20

SZKODLIWA KONKURENCJA

Jak wynika z badań zaprezentowanych przez Panią Profesor Zofię Bolkowską z Wyższej Szkoły Zarządzania i Prawa, aż 60% przedstawicieli branży budowlanej za główną barierę rozwoju uważa… konkurencję. W szczególności dotyczy to budownictwa mieszkaniowego. Na drugim miejscu wśród barier rozwoju są wysokie koszty zatrudnienia (57% wskazań).

To zrozumiałe, że marzeniem każdego przedsiębiorcy działającego na rynku jest zostanie monopolistą. Gdyby nie było konkurencji to sektor budowlany, zwłaszcza mieszkaniowy, mógłby rozwijać się tak dynamicznie jak w latach 70-tych i 80-tych minionego wieku. Więc co się dziwić, że jacyś liberałowie promujący wolny rynek i zwalczający branżowe  przywileje co najwyżej mogą się dorobić gęby chciwców, którzy doprowadzili do upadku światowy rynek finansowy?


2008-12-28 1:10

FINANSOWE ELDORADA

W programach EKG w radio TOK FM prowadzonych przez redaktora Tadeusza Mosza pada do uczestników pytanie „co mnie dziwi”? Wciąż odpowiadam, że mnie to już nic nie zdziwi – chyba że rządzący zrobią coś rozsądnego. I ciągle powtarzam, że to żadna kokieteria, tylko próba oswojenia ponurej rzeczywistości. Aż tu wpadła mi do ręki przedświąteczna Gazeta Wyborcza z tekstem o tym, jak dziennikarze agencji Associated Press próbowali się dowiedzieć jak 21 amerykańskich banków wydało pieniądze otrzymane z planu Paulsona. A wydali już podobno połowę z 700 mld USD.

Konkretnej odpowiedzi nie udzielił ani jeden bank, a przedstawiciele niektórych stwierdzili wręcz, że nie wiedzą na co wydano te miliardy.

Thomas Kelly banku z JP Morgan, który zasłyną ostatnio tym, żer mu się pomyliły dolary z euro, oświadczył: „trochę pożyczyliśmy, trochę nie, w zasadzie nie księgowaliśmy tych kwot”!

Barry Koling z SunTrust Banks stwierdził zaś bez ogródek: „jeden dolar wpływa, drugi wypływa, nie śledzimy tego”!

No i nie tylko się zdziwiłem, ale mnie wręcz zatkało! To z pewnością za sprawą „neoliberalizmu” w tym „dzikim kapitalizmie” w porządnych instytucjach finansowych na Wall Street nie trzeba w ogóle księgować jakiś głupich 350 mld USD. To jest dopiero Eldorado.


2008-12-27 1:40

ŚWIĘTA, ŚWIĘTA I PO ŚWIĘTACH… A TERAZ TRZEBA POPŁACIĆ PODATKI

Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia Gazeta Prawa słusznie przypomniała o obowiązkach podatkowych.

Jak Święty Mikołaj przyniósł ładne prezenty pod choinkę, to warto sprawdzić jaka jest wartość zostawionych przez niego upominków.

Co prawda najbliższa rodzina (czyli małżonek, zstępni, wstępni, pasierbowie, rodzeństwo, ojczym i macocha) korzysta ze zwolnienia od podatku od darowizn, ale do tej grupy nie zalicza się Święty Mikołaj. Od niego możemy otrzymać przez pięć lat prezenty o wartości co najwyżej 4.902 zł.

Jeśli chcemy podjąć ryzyku uchylenia się od zobowiązania podatkowego, możemy twierdzić, że Mikołaj nie istnieje i to pewnie mąż/żona zostawili prezent pod choinką. Może być tylko pewien kłopot z przekonaniem męża, żeby wziął na siebie prezenty od jakiegoś Mikołaja.

Ale i tak, gdy wartość prezentu, łącznie z tymi, które otrzymaliśmy od jednej osoby w ciągu minionych pięciu lat (i to nie tylko pod choinkę) przekroczy 9.637 złotych, to trzeba zgłosić fakt otrzymania tych prezentów do właściwego urzędu skarbowego. Gwiazdka, Mikołajki, urodziny, imieniny i jeszcze Dzień Dziecka, albo Walentynki, to jest razem 25 prezentów. Żeby nie trzeba było ich zgłaszać, średnia wartość każdego z nich nie może przekroczyć 385 zł. Konieczność zgłoszenia jest jednak niczym w porównaniu z koniecznością zapłacenia podatku. I to jest niewątpliwie zasługa Pani Minister Zyty Gilowskiej, która doprowadziła do likwidacji tego podatku w przypadku najbliższych. Ale uwaga! Pani minister znosiła ten podatek gdy zasiadała w „prorodzinnym” rządzie PiS. Warunkiem zwolnienia jest więc ślub. Nie musi być kościelny. Wystarczy cywilny. Pod tym względem lepiej mają dzieci. Nie muszą być „ślubne” by korzystały ze zwolnienia od podatku od prezentów od rodziców.

Jak ślubu nie mamy, to statystycznie na każdy z prezentów z wymienionych wyżej okazji nie może przypaść w ciągu pięciu lat więcej niż 196 złotych. Więc razem z kwiatami „bez okazji” a właściwie to najczęściej z „okazji przeprosin” trudno się utrzymać w limicie.

Pewnym rozwiązaniem może być częstsza zmiana osoby obdarowywanej. Pod tym względem lepsza jest żona – od darowizn nie trzeba płacić podatków. A jakby nawet było trzeba, to pewnie i tak wychodziłoby taniej zapłacić podatki niż brać rozwód.

Odpowiedzialność z tytułu podatku jest solidarna. Urząd Skarbowy może dochodzić należności zarówno od darczyńcy, jak i od obdarowanego. Ale nie radziłbym liczyć na to, że podatek zostanie ściągnięty od Świętego Mikołaja. Gdzie go będzie, w jakiejś tam  Laponii, Generalny Inspektor Kontroli Skarbowej ścigał?

 


2008-12-23 11:50

CHOINKA I PRYSZNIC NA ŚWIĘTA

Zestaw podpowiedzi, jak spędzić „zrównoważone święta” opracowała Polska Zielona Sieć (PZS) - ogólnopolski związek organizacji na rzecz zrównoważonego rozwoju i budowania społeczeństwa obywatelskiego. Ekolodzy podpowiadają, że odwieczny dylemat: choinka sztuczna czy prawdziwa, należy rozstrzygnąć na korzyść żywego drzewka, które ulega biodegradacji, podczas gdy sztuczna choinka, nawet wyrzucana raz na 10 lat będzie się rozkładała przez stulecia. Produkcja sztucznych drzewek pochłania przy tym ogromne ilości energii, a drzewka naturalne pochodzą z zasobów odnawialnych.

Przy kupowaniu jedzenia na świąteczny stół ekolodzy radzą pamiętać o odległości, jaką pokonuje żywność zanim trafi na talerz. Im więcej „food Miles”, tym większe koszty transportu i szkód jakie on wyrządza (z powodu zużycia paliwa, emisji szkodliwych substancji… etc., etc.), a mniejsze wartości odżywcze. Dlatego warto hołdować zasadzie „mniej egzotyki - więcej tradycji” i kupować karpia.

Zachwalaną przez ekologów zasadą, jest zachowanie umiaru. W świecie zdominowanym przez konsumpcjonizm społeczeństwa wydają na dobra i usługi więcej pieniędzy niż mają. Kredyty kształtują twoją przyszłość - twierdzą ekolodzy. Tylko jaką? - pytają.

Po przeczytaniu tego wezwania doszedłem do wniosku, że nawet z niektórymi ekologami łatwiej byłoby się dogadać niż z różnymi „liberalnymi” „kapitalistami” z „rynków finansowych”, którzy uparcie opowiadają, że należy „ożywić popyt konsumpcyjny”.

Ekolodzy kojarzyli mi się dotąd raczej z organizatorami happeningów pod hipermarketami, którzy w miniony weekend biegali przebrani za karpie i namawiali ludzi, żeby raczej przeszli na wegetarianizm, bo ryby „też ludzie”, a z choinek w domach zrezygnowali w ogóle.

Ale widać ekolog ekologowi nie równy - podobnie jak liberał liberałowi.

Tutaj mały advertising: sztucznej „szmatki” w charakterze choinki nigdy bym sobie w domu nie postawił - bo sztuczna i nie pachnie, a nie dlatego, że nie ulega biodegradacji. O tym argumencie w przypadku choinki nie pomyślałem w ogóle. Aczkolwiek to ten właśnie argument sprawia, że od lat, jak tylko mogę, nie biorę w sklepach plastikowych reklamówek. Nie powiem, że nie używam ich nigdy, ale od „zawsze” to zużycie ograniczam.

Nie wyobrażam sobie Wigilii przy turbocie i krewetkach. Wolę karpia i śledzie. Nie dlatego, że trzeba zużyć sporo mniej ropy, żeby je na mój stół dostarczyć, ale dlatego, że tego dnia mi jakoś zdecydowanie bardziej smakują. To się chyba nazywa „tradycja”. Z tego samego powodu musi być na Wigilię makowiec, choć niektórzy sadzenia maku chcieliby mi zabronić, bo go ktoś go może „ćpać”. Ja „ćpam” makowiec w ten jeden wieczór w roku i żeby móc to robić nadal gotów jestem po mak jeździć do Afganistanu zwiększając zużycie ropy. Bo do tego, żeby się człowiek zachowywał „normalnie” nie potrzebna jest żadna ideologia. Ideologie służą raczej temu, żeby się ludzie zachowywali nienormalnie.

Wbrew temu co się może wydawać niektórym ekologom, wolnorynkowo nastawiony liberał nie wydłubuje karpiom oczu, zanim je wypatroszy (na żywo oczywiście). I nie robi tego tylko na Wigilię, z obawy że coś mu powiedzą ludzkim głosem.

Przy okazji chciałbym zgodzić się z autorkami spotów reklamowych (współ)finansowanych przeze mnie jako podatnika za pośrednictwem Ministerstwa Ochrony Środowiska o oszczędzaniu wody i energii elektrycznej, że winko przy kolacji lepiej pić przy świecach niż przy jarzeniówce. Ale jak się idzie pod prysznic we dwoje, to się tam będzie znacznie dłużej, niż jakby dwoje poszło po kolei w pojedynkę. Oczywiście jak się jest we dwoje po prysznicem, może mieć wrażenie, że czas „płynie szybciej”, ale to iluzja. Czas zawsze „płynie tak samo”.

Wszystkim, nawet ekologom i ludziom z „rynków finansowych” (i nawet „Berniemu” Madoffowi) życzę wspaniale pachnącej naturalnej choinki, kolacji Wigilijnej w gronie tych, których kochacie, smacznego karpia, cudownego smaku wina i wielu minut uniesień pod prysznicem. Tych ostatnich - przez cały rok, bez względu na zużycie wody… Przyjemności „kosztują”… A poza tym taki prysznic może mieć dobry wpływ na strukturę demograficzną i losy systemu emerytalnego, a więc na całą gospodarkę razem z sektorem finansowym :)


2008-12-22 3:00

THANKS IDIOTS…

Andrew Lahde, który w wieku lat 37 ogłosił przejście na emeryturę (nie z II Filara) po tym, gdy jego mały fundusz  hedgingowy Lahde Capital Management z Santa Monica w Kalifornii w ciągu jedynego roku swojej działalności przyniósł zwrot z kapitału w wysokości 866%, w liście pożegnalnym do inwestorów napisał, że zyski osiągnął dzięki idiotom „których rodzice płacili za studia w Yale, czy MBA na Harvardzie. Ci ludzie, często niewarci edukacji, którą otrzymali, zajmowali wysokie stanowiska w AIG, Bear Stearns, Lehman Brothers i na wszystkich szczeblach administracji rządowej. Dzięki temu było mi łatwiej znaleźć ludzi na tyle głupich, by obstawiali odwrotnie niż ja. Boże, błogosław Amerykę.”

Jeszcze ciekawsze od słów Lahde były miny ekspertów w studio CNBC (pewnie po Harvardzie) gdy ich słuchali.

http://www.youtube.com/watch?v=yxFu-0cnJ2o

A pełen tekst listu tu: http://www.bankersball.com/2008/10/19/andrew-lahde-letter-goodbye-idiot-bankers/


2008-12-18 16:50

LOKOMOTYWA

Znowu mi się Tuwim przypomniał. Już drugi raz w związku z kryzysem finansowym. Tym razem „Lokomotywa”. Gospodarcza oczywiście. Przyszła mi do głowy taka „częstochowska” rymowanka:

No i stanęła lokomotywa. Ciężka, ogromna i pot z niej spływa – z derywatów oliwa. W panice rynki są finansowe - widmem deflacji straszyć gotowe.

Co prawda nie ma jeszcze żadnych symptomów deflacji, ale za to są oznaki „obniżenia oczekiwań inflacyjnych”. „Miernik oczekiwań inflacyjnych” – czyli różnica w rentowności konwencjonalnych i indeksowanych amerykańskich obligacji skarbowych – spadł do 14 punktów bazowych, a rentowność 10-letnich obligacji jest są na takim samym poziomie, na jakim były obligacje japoński w 1996, czyli w sześć lat po tym, jak rozpoczął się tam kryzys. A skoro niższe są „oczekiwania inflacyjne” to w przyszłości może nam grozić deflacja, wic już teraz należy podjąć działania zapobiegawcze. Deflacja uniemożliwia bowiem osiągnięcie, przy pomocy konwencjonalnych metod polityki monetarnej, ujemnych stóp procentowych. Im szybsza deflacja, tym wyższe stopy procentowe. A już najgorsza jest „deflacja długu” – czyli rosnąca, wraz ze spadkiem cen, realna wartość zadłużenia. W USA, gdzie zadłużenie brutto sektora prywatnego wzrosło ze 118% PKB w 1978 roku do 290% w 2008. „Deflacja długu” może spowodować „spiralę masowej niewypłacalności, spadek popytu i jeszcze większą deflację”.

Jak walczyć z taką przerażającą groźbą? Oczywiście przy pomocy najlepszego instrumentu znanego zwolennikom ekonomii popytowej – czyli stóp procentowych.

FED może obniżyć długoterminowe stopy procentowe, skupując tyle długoterminowych obligacji rządowych, ile będzie chciał. Może utrzymywać krótkoterminowe stopy procentowych na niskim poziomie przez długi czas. Może udzielać bezpośrednich pożyczek. Może kupować dowolne aktywa po dowolnej cenie i w dowolnych ilościach. I może finansować rząd na dowolną skalę, według własnego „widzimisię”. Albo rząd może utrzymywać deficyt dowolnej wielkości, finansując go poprzez emisję krótkoterminowych obligacji, które FED będzie skupował aby utrzymywać stopy procentowe na niskim poziomie.

Tylko co to da? Po ostatniej obniżce stóp procentowych przez FED euforia na Wall Street trwała kilka godzin. Potem znowu nastąpiły zniżki. Co zatem jest potrzebne „rynkom finansowym”, żeby „ożyły”? Jak stopy procentowe zejdą do zera to polityka monetarna i fiskalna zleją się w jedno. Skończy się wówczas rola FED jako organu kształtującego politykę monetarną.

O ironio, gdy Alan Greenspan przyznał niedawno podczas przesłuchania w Kongresie, że się pomylił obniżając stopy procentowe, cały świat obiegły komentarze, że potwierdził upadek liberalizmu i kapitalizmu! Czy należy rozumieć, że wówczas obniżki stóp procentowych były złe, a teraz są dobre? I jak się je raz obniża to jest to upadek kapitalizmu, a jak się je obniża drugim razem to jest to triumf interwencjonizmu?

Ja nie wiem, jakie powinny być stopy procentowe. Ale niektórzy uważają, że wiedzą. Tylko jaka gwarancja, że się nie mylą? Gwarancji nie ma żadnej. Jest tylko wiara. Ale nawet najżarliwsza wiara nie chroni ludzi od błędów. Zwłaszcza wiara w to, że przy pomocy stóp procentowych można skutecznie wpływać na poziom cen i tym samym kształtować popyt na poziomie właściwym do utrzymywania wysokiego tempa wzrostu gospodarczego.

Co będzie musiał zrobić FED, gdy stopy procentowe obniży już do zera, a „rynki finansowe” nie odżyją? I znowu Tuwim: „Para – buch. Koła – w ruch”. Maszyn drukarskich oczywiście. Zamiast ekonomistów trzeba będzie w FED zatrudnić drukarzy.

Ale zaraz! Czy myśmy już tego rozwiązania przypadkiem nie testowali? Jak już, niepomni doświadczeń z lat 60-70-tych, o których pisałem 22.11.2008 we wpisie „Podatki w górę”, komentując zamiar Gordona Browna podwyższenia podatków w Wielkiej Brytanii, „uratujemy” świat przed groźbą deflacji przy pomocy inflacji, FED będzie musiał sprzedawać aktywa, które teraz kupuje, by wyssać z rynku nadmiar pieniądza, który stworzył. A rząd będzie musiał zredukować deficyt. W przeciwnym wypadku, używając „slangu ekonomicznego”, „oczekiwania deflacyjne mogą zamienić się w oczekiwania inflacji powyżej jej celu”.

Ale póki co ekonomiści, którzy nigdy w życiu nie byli w żadnej fabryce, mają nadzieję, że dzięki ich zabiegom gospodarcza lokomotywa „szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem, i kręci się, kręci się koło za kołem, i biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej, i dudni, i stuka, łomoce i pędzi”. Ale pytanie: „A co to to, co to to, kto to tak pcha? Że pędzi, że wali, że bucha, buch-buch?” Odpowiedź prosta: „To para gorąca wprawiła to w ruch, to para, co z kotła rurami do tłoków, a tłoki kołami ruszają z dwóch boków i gnają, i pchają, i pociąg się toczy, bo para te tłoki wciąż tłoczy i tłoczy”.

Za „parę” robią pieniądze. Tylko gdzie „to tak gna”? Czy aby nie kończą się tory???

 


2008-12-17 18:10

CZAR CZTERECH KÓŁEK

Czytam właśnie o kryzysie w przemyśle motoryzacyjnym. A niedawno miałem okazję przejechać się Mercedesem. Rok produkcji… 1980! Ponad milion kilometrów „na liczniku”. 12 sek. do „setki”. „Paczka sześćdziesiąt” – „wyciągana” spokojniutko. Klima – co prawda manualna – ale działa bez zarzutu. Skóra – jak na domowej kanapie i prawie bez pęknięć!

Takie samochody chciało się kupować. Po samochodach produkowanych dziś, za 28 lat nie pozostanie nawet wspomnienie. Nie będzie się chciało ich wspominać, bo psuć się zaczyną natychmiast po skończeniu gwarancji.

Więc proszę się nie dziwić, drodzy producenci samochodów, kryzysowi. Maniakalnie przypominam Richarda Weaver’a – „Idee mają konsekwencje”. Takie są konsekwencje idei, że samochód nie powinien być dobry – bo wtedy musi być drogi – i przez to ludzie nie kupują nowych samochodów, bo nie mają takiej potrzeby (skoro ich stare świetnie się spisują) ani pieniędzy (skoro nowe są drogie).

Jak powiadał Keynes, podobno wszystko można wyprodukować, pod warunkiem, że ktoś to kupi – nawet kiepskie samochody. Zwłaszcza jak sprzedają w kredycie. Ale stymulowanie popytu kiedyś przestaje przynosić efekt … Jak każda stymulacja :)


2008-12-16 12:50

RESZTÓWKI

Po UniCredit, który odmówił odkupienia od Skarbu Państwa pozostającego własnością „społeczną” pakietu akcji PeKaO SA (tak zwane „resztówki”), podobnie postąpił Vattenfall, który zrezygnował z odkupienia „resztówek” w Górnośląskim Zakładzie Energetycznym i Elektrociepłowniach Warszawskich.

Oczywiście „resztówki” nie są inwestorom potrzebne do efektywnego zarządzania spółkami. Skarbowi Państwa nic nie dają z punktu widzenia wpływu na te spółki. Więc po co, uparcie, przez lata, Skarb Państwa te „resztówki” „chomikował”?

Ciekawe jest wyjaśnienie Vattenfalla. Powodem wycofania oferty nabycia „resztówek” są działania Urzędu Regulacji Energetyki wspieranego przez rząd. URE usiłuje utrzymać na niskim poziomie ceny prądu dla gospodarstw domowych (ceny dla firm są od stycznia 2008 r. całkowicie wolne). Prezes URE ogłosił, że nie zaakceptuje cenników dla firm dostarczających prąd do domów, jeśli kupowały energię na rynku hurtowym po cenie wyższej niż 135 zł za megawatogodzinę. Cenniki mają być zatwierdzone w połowie stycznia. Tymczasem megawatogodzina kosztuje dziś na rynku powyżej 200 zł.

Straty na dostarczaniu energii odbiorcom indywidualnym koncerny energetyczne mogą sobie „odbić” podwyższając ceny dla odbiorców przemysłowych. Oczywiście wpłynie to na podwyżkę cen detaliczne ich produktów, za co i tak w efekcie zapłacą konsumenci. Ale to oczywiście będzie wina „rynku” i kapitalistów. „Dobry” rząd nie pozwoli na podwyżkę cen energii, którą odbiorcy-wyborcy zobaczyliby bezpośrednio na rachunku za prąd.

Tak to jest, jak się robi komercjalizację, restrukturyzację, koncentrację, prywatyzację i Bóg wie co jeszcze, a nie robi się deregulacji. Rynek jest, albo go nie ma – twierdził Friedrich Hayek. Nie można być „trochę w ciąży i trochę nie być”. Jak jest rynek to można zwalać winę na rynek. Zresztą nie trzeba winy „zwalać” bo obrońcy rynku zdają sobie sprawę z jego niedoskonałości. Ale jak widać przykład komercjalizacji restrukturyzacji i prywatyzacji Przedsiębiorstwa Państwowego Polska Poczta Telegraf i Telefon niczego nikogo nie nauczył. Ale gwoli sprawiedliwości dodać trzeba, że francuski minister skarbu zezwolił przynajmniej na kupno przez France Telecom „resztówek” TP SA od polskiego ministra skarbu.

Niech może MSP wniesie w końcu te „resztówki” do, na przykład, Agencji Restrukturyzacji Przemysłu, która może je łatwiej sprzedać niż Skarb Państwa (takie mamy mądre przepisy). I niech je sprzeda. Oczywiście najlepiej na aukcji w Internecie.

 


2008-12-16 12:50

PIRAMIDA MADOFFA

Rozszerza się lista tych, którzy stracili, “inwestując ” w fundusz Bernarda Madoffa. Znalazł się na niej Steven Spielberg.

Ale moim zdaniem o wiele ciekawsza byłaby lista tych, którzy zarobili. Bo przecież taki jest urok każdej piramidy finansowej, że niektórzy zarabiają. Nieprawdaż?