Robert Gwiazdowski

Gospodarka klasycznie

Archiwum: listopad 2008

2008-11-30 14:40

EMERYTURY Z PRZECIEKU

Wszyskie portale internetowe obegła wiadomość co powieedział Pan Premier Donald Tusk na zamkniętym spotkaniu, które miało miejsce przed dwoma tygodniami. „Gdybym wiedział na czym będzie polegało moje rządzenie, nie pchałbym się, bo ani to pasjonujące, ani przyjemne. (…) Przez emerytury pomostowe wyłysieję i stracę 15 proc. (poparcia - red.), ale wezmę na siebie ten brud, którego inni nie chcieli dokończyć” - do takiego szczerego sformułowania, na które zdobył się premier Donald Tusk  podczas posiedzenia prezydium Komisji Trójstronnej poświęconego kwestii emerytur pomostowych, które odbyło się 14 listopada, a obecni byli na nim  wicepremier Waldemar Pawlak, minister pracy Jolanta Fedak oraz kilku najważniejszych przedstawicieli pracodawców i związków zawodowych “dotarł ” “dotarł ” serwis internetowy tvp.info. Spotkanie było zamknięte dla prasy i obserwatorów, w związku z czym Tusk zaapelował o całkowitą szczerość. Nagrania dokonano podobno bez wiedzy szefa rządu.

„Przestańmy przez moment zakładać, że tu są ukryte kamery i mikrofony, i że to będzie gdzieś w mediach. Nie, nie będzie” - zaznaczył.

Ktoś, kto choć raz prowadził w życiu jakieś negocjacje i był na jakimś posiedzeniu Komisji Trójstronnej, wie, że te akurat słowa świadczą o tym, że „przeciek był kontrolowany”. Jakby miał nie być, to premier nie mówiłby o „ukrytych kamerach”. To zdanie tak pasuje do całej reszty jak „świni chomąto”.

A co do „brania na siebie brudu” to chciałbym zauważyć, że Pan Premier był Senatorem i nawet Wicemarszałkiem Senatu  i należał do większości parlamentarnej która nam ten „brud” uchwaliła w 1998 roku. Gwoli sprawiedliwości dodać trzeba, że nawet ówczesna opozycja była za reformą, a Pan Prezydent Aleksander Kwaśniewski, który rządowi AWS-UW, podstawiał nogę kiedy tylko mógł, nie skorzystał z przysługującego mu prawa zawetowania ustawy o systemie emerytalnym. Co do tego jak podatników zrobić w konia było porozumienie ponad podziałami. Tak jak dziś co do Planu Paulsona, Browna. Sarkozy’ego i jeszcze paru innych. Bo politycy mają o gospodarce jeszcze mniejsze pojęcie niż o polityce, którą tak namiętnie uprawiają i ciągle wierzą różnym finansistom, bankowcom i makroekonomistom, że można „zadekretować” dobrobyt przy pomocy jakichś ustaw. Bo od zabierania ludziom pieniędzy – wszystko jedno czy na OFE, czy na inne „rynki finansowe”, czyli na Plan Paulsona – dobrobytu nie przybędzie. Podobnie jak nie przybędzie go od przecieków informacyjnych.

 


2008-11-30 10:30

NO BRAINS

Naomi Klein, autorka bestsellera „No Logo”, odwiedziła Polskę. Ta wizyta, słowa które podczas niej padły, a w szczególności niezłomna wiara, że ma się racje, choć nie ma się pojęcia o faktach, które się komentuje,  przywiodły mi na pamięć wizyty, jakie na początku lat 90. XX wieku odbywał cyklicznie Jeffrey Sachs. Tyle że a rebours. Wówczas nie było Internetu, więc moje zastrzeżenia pod adresem doktryny Sachsa mogłem przekazywać znajomym i studentom. Jak napisałem na ten temat artykuł, to za pierwszym razem nie wydrukowali. Dziś, choć to jest być może niesprawiedliwe (społecznie) mogę podzielić się swoimi opiniami z nieco szerszym gronem zainteresowanych.

W wywiadzie dla Gazety Wyborczej Pani Klein stwierdziła miedzy innymi:

„Ruch Solidarności miał własne idee gospodarcze, które nie miały nic wspólnego z neoliberalizmem i reaganomiką. W latach 80. cały świat śledził te idee z zainteresowaniem, bo właśnie te elementy samorządności rysowały jakąś wizję “trzeciej drogi ” poza komunizmem i poza neoliberalizmem. I potem nagle w bardzo krótkim przedziale czasu te idee zostają porzucone - ludzie, którzy je dotąd głosili, albo je po prostu porzucili dosłownie z dnia na dzień, albo zamilkli. I tego naprawdę nie umiem zrozumieć. Jak to się stało? Czy może mi pan to jakoś wyjaśnić?”

Przeprowadzający wywiad Wojciech Orliński oczywiście nie wyjaśnił Nami. Więc może przypomnijmy, a raczej zapoznajmy Panią Klein, z listą 21 postulatów sierpniowych, bo napisała o nich w swojej książce, ale chyba ich nie czytała skoro mówi o „elementach samorządności, które  rysowały jakąś wizję trzeciej drogi”.

Zalegalizowanie niezależnych od partii i pracodawców związków zawodowych.
Zagwarantowanie prawa do strajku.
Przestrzeganie zagwarantowanej w Konstytucji PRL wolności słowa, druku i publikacji.
Przywrócenie do poprzednich praw ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976 i studentów wydalonych z uczelni za przekonania, zniesienie represji za przekonania.
Podanie w środkach masowego przekazu informacji o utworzeniu MKS oraz opublikowanie jego żądań.
Podjęcie realnych działań wyprowadzających kraj z kryzysu.
Wypłacenie strajkującym zarobków za strajk, jak za urlop wypoczynkowy, z funduszu Centralnej Rady Związków Zawodowych (CRZZ).
Podniesienie zasadniczej płacy o 2 tys. zł.
Zagwarantowanie wzrostu płac równolegle do wzrostu cen.
Realizowanie pełnego zaopatrzenia rynku. Eksport wyłącznie nadwyżek.
Zniesienie cen komercyjnych oraz sprzedaży za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym.
Wprowadzenie zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej oraz zniesienie przywilejów Milicji Obywatelskiej, Służby Bezpieczeństwa i aparatu partyjnego.
Wprowadzenie bonów żywnościowych na mięso.
Obniżenie wieku emerytalnego - dla kobiet do 50 lat, dla mężczyzn do 55, lub zapewnienie emerytur po przepracowaniu w PRL 30 lat dla kobiet i 35 dla mężczyzn.
Zrównanie rent i emerytur starego portfela.
Poprawienie warunków pracy służby zdrowia.
Zapewnienie odpowiedniej ilości miejsc w żłobkach i przedszkolach.
Wprowadzenie płatnych urlopów macierzyńskich przez 3 lata.
Skrócenie czasu oczekiwania na mieszkania.
Podniesienie diety z 40 do 100 złotych i dodatku za rozłąkę.
Wprowadzenie wszystkich sobót wolnych od pracy.
Symbolicznym „elementem trzeciej drogi” byłyby „bony żywnościowe na mięso”. Nie wiadomo tylko, kto miałby budować mieszkania, aby „skrócić czas oczekiwania na nie”, skoro na emerytury już byśmy szli w wieku lat 50/55? Zdaje się, że tego postulat, to Pan Premier Tusk z Panem Prezydentem Kaczyńskim nie realizują, zwłaszcza, że dodatkowo miałoby nastąpić „zrównanie rent i emerytur starego portfela”.

Z punktu widzenia ogarniętego przez komunistyczna ideologię wspierana przez sowieckie czołgi, najważniejsze były postulaty, które znalazły się na pierwszych miejscach listy: „zalegalizowanie niezależnych od partii i pracodawców związków zawodowych, zagwarantowanie prawa do strajku, przestrzeganie zagwarantowanej w Konstytucji PRL wolności słowa, druku i publikacji”.

A co do „reaganomiki”, to jej jeszcze nie było w 1980 roku!. Może trzeba też przypomnieć, albo raczej uświadomić Panią Klein, że jej wróg osobisty Nr 1 – Milton Friedman – nie współpracował z Prezydentem Reganem, choć należał do kręgu osób popierających politykę ekonomiczną Ronalda Reagana i pochlebnie wyrażał się o nowej szkole ekonomicznej supply-side economics, która stała się intelektualną podstawą „reaganomiki” („istotą ekonomii podaży jest po prostu porządna analiza ekonomiczna” oparta na przekonaniu, „że ludzie kierują swą aktywność tam, gdzie mogą osiągnąć większe korzyści, zaniechując działań przynoszących korzyści mniejsze i, że krzywe popytu pochylają się ujemnie, a podaży dodatnio”, choć „ekonomia podaży nie zawiera w sobie prawie nic więcej, wydaje się czymś nowym, ponieważ dawno zapomnieliśmy o dobrej ekonomii i uprawialiśmy złą; robimy to zresztą nadal”). Jednak „podażowy” nie odwdzięczali się Friedmanowi tym samym, odnosząc się sceptycznie do reprezentowanej przez niego szkoły, zarzucając jej zbytnie zaabsorbowanie tymi samymi elementami ekonomii, które służyły za główny instrument keynesistom. „W swym zafascynowaniu inflacją i deflacją  monetaryści i keynesiści łączyli swe siły także wówczas, gdy walczyli. Gromadząc się na dwóch końcach równania teorii ilościowej (MV=PT czyli pieniądz razy szybkość jego obiegu = wysokość cen razy ilość dokonywanych transakcji), wyobrażali sobie, że przeciągają intelektualną linę na centralnej arenie myśli ekonomicznej. Monetaryści uczepili się strony podaży pieniądza (MV), zaś keynesiści trwali uparcie przy globalnym popycie (PT) /…/ Przy całej gorączkowości ich konfliktu, byli oni tak mocno przywiązani do tego samego równania, że niewielu spostrzegło, iż ono samo ma znikome znaczenie dla większości zasadniczych problemów ekonomii” – pisał George Gilder, o którego książce „Bogactwo i ubóstwo” Ronald Reagan powiedział, że czyta jej kilka stron codziennie przed snem razem z Biblią.

W Polsce  mało kto wiedział czym jest „reaganomika” nawet wówczas gdy już istniała. Ale za to podczas wyborów prezydenckich w USA w 1984 roku na Uniwersytecie Warszawskim znaczek z napisem „My Friend Reagan” dorównywał popularności znaczkowi z napisem „Element Antysocjalistyczny”. Bo w tym czasie, gdy Naomi Klein, choć była jeszcze małą dziewczynka, z całą swoją rodziną latali (jak wynika z jej biografii) na manifestacje przeciwko amerykańskiemu imperializmowi, a w szczególności „gwiezdnym wojnom” i rozmieszczaniu w Europie rakiet Pershing, „Our Friend Reagan”, nazywał Związek Sowiecki po imieniu: „Imperium zła”. I za to go kochaliśmy wznosząc w Sylwestra, po jego wyborczym sukcesie toasty: „Żeby Pershingom nie zabrakło paliwa nad Polską”.

Ale o tym wszystkim Pani Klein wie mniej więcej tyle samo, ile Pan Sachs wiedział o problemach polskich przedsiębiorców, którzy po 1989 roku postanowili „wziąć swoje własne sprawy w swoje własne ręce”, a potem im te ręce skrępowano, bo Panu Sachs i ci, którym tak mądrze doradzał, patrzyli tylko, żeby się im słupki w jakimś arkuszu kalkulacyjnym zgadzały.


2008-11-29 0:40

PODATKI W GÓRĘ

Gordon Brown zapowiedział podwyższenie najwyższej stawki podatkowej do 45%. Oczywiście w imię sprawiedliwości społecznej. Najbogatsi muszą zapłacić, za nacjonalizację banków, bo to przecież ewidentnie ich wina, że doszło do takiego kryzysu. Ciekawe dlaczego Prime Minister nie chce przywrócić jeszcze bardziej sprawiedliwego podatku, jaki istniał w Wielkiej Brytanii w latach 70-tych „złotego wieku” państwa opiekuńczego. Najwyższa stawka wynosiła wówczas 83%. A przecież wszyscy wiedzą, że im wyższe podatki dla najbogatszych, tym lepiej. 83% to więcej niż 45%.  I to aż o 38 punktów procentowych („punkt procentowy” to jedno z ulubionych określeń „rynków finansowych”) A więc aż o 38 punktów procentowych byłaby większa sprawiedliwość. Oczywiście prawie nikt takiego podatku nie płacił, bo nie było takich wariatów. Ale za to jaka była sprawiedliwość społeczna!

Financial Times pisze dziś o drodze powrotnej od „liberal orthodoxies” do „old-fashioned state direction”.

Więc może przypomnijmy sobie te „stare dobre czasy”.

Po II Wojnie Światowej praktyka gospodarcza większości państw została zdominowana przez teorie interwencjonistyczne. Powszechnie zaakceptowali ją nie tylko politycy, ale także większość ekonomistów. Tym pierwszym trudno się zresztą dziwić. Dzięki nowej teorii mogli zawłaszczyć nowy obszar aktywności, wejść na pole dotąd dla działalności państwa, a więc i ich samych, zastrzeżone. W ten sposób rozszerzał się zakres ich uprawnień i możliwości. Działania, które kiedyś musiałyby spotkać się z naganą otrzymały powszechne przyzwolenie. Można powiedzieć, że dla większości polityków nowe teorie okazały się przysłowiową „gwiazdką z nieba”. Ekonomiści także poczuli się bardziej potrzebni. Wolny rynek mógł bowiem obejść się bez ich wielkiego udziału. Interwencjonizm, z natury o wiele bardziej skomplikowany, stwarzał większe możliwości budowania nowych modeli, tabel i wykresów. Jednakże radosna twórczość gospodarcza z początku drugiej połowy XX wieku zaowocowała pod koniec lat 70 nie tylko horrendalnymi podatkami (w Wielkiej Brytanii wspomniane już 83%, 72% we Włoszech, 91%!!! w USA), ale także stagnacją gospodarczą, inflacją i bezrobociem, choć podejmowane były działania interwencjonistyczne, gorąco zalecane przez ekonomistów ze szkoły keynesowskiej i wprowadzane w życie przez wielu polityków. Na przykład w Stanach Zjednoczonych wydatki rządu federalnego wzrosły z 17,9% GNP w roku 1965 do 22,2% w roku 1980. W kwotach pieniężnych nastąpiło zwiększenie wydatków z 204 mld USD w roku 1970 do 602 mld USD w roku 1980. Najbardziej widoczny był jednak wzrost kwoty prostego transferu - czyli działalności redystrybucyjnej. Rządowe zakupy dóbr i usług (w tym wojskowych) wzrosły z 97 do 190 mld USD (jedynie dwukrotnie) podczas gdy transfery w ramach różnych programów pomocy społecznej zwiększyły się z 55 do 234 mld USD (a więc ponad cztery i pół raza). „W okresie pięćdziesięciu lat, od początków prezydentury Franklina Delano Roosvelta, dochody rządu federalnego wzrosły 160 razy, a federalne wydatki na programy społeczne 270 razy. Federal Register, publikacja zawierająca wszystkie regulacje i przepisy federalne, której pierwszy rocznik z 1936 roku zawierał 2.411 stron, w roku 1980 liczył już 87.011 stron, i to o wiele mniejszego druku - pisze Alvin Rabushka”. Była to zresztą powszechna praktyka, a nie jedynie specjalność amerykańska. Równocześnie w państwach, które nasilały działalność interwencjonistyczną, nastąpił spadek tempa wzrostu GNP oraz spadek realnego GNP na głowę zatrudnionego. W niektórych krajach inflacja przekroczyła 10%, co z ich punktu widzenia było wielkością przerażającą, a poziom bezrobocia przekroczył 6%. Kolejne posunięcia kolejnych ekip rządowych w państwach będących liderami gospodarki światowej zmierzające do nakręcenia koniunktury na keynesowski sposób, poprzez zwiększenie popytu za sprawą zwiększenia podaży pieniądza, przynosiły efekty odwrotne od zamierzonych. Ich rezultatem było stosunkowo niewielkie ożywienie kosztem znacznego zwiększenia inflacji. Państwo coraz więcej kosztowało podatników. W Stanach Zjednoczonych wielkość obciążeń podatkowych wzrosła w latach 1960-1980 z 27% GNP do 31% GNP, a wysokość przeciętnej stopy podatkowej dla dochodów krańcowych z 25% do 37%. Jeszcze szybciej rosła ilość osób płacących najwyższe podatki z powodu przesuwania ich dochodów za sprawą inflacji w wyższe progi podatkowe. Udział osób objętych najwyższym podatkiem wzrósł w latach siedemdziesiątych czterokrotnie. „W efekcie - jak pisze Wojciech Bieńkowski - nastąpiły dwa negatywne zjawiska jednocześnie. Po pierwsze, ogólny, przeciętny poziom opodatkowania dochodów osobistych przekroczył poziom opłacalny (według teorii optymalnego opodatkowania suma podatków nie powinna przekroczyć 1/3 dochodów). Po drugie, skala wysokich podatków krańcowych zaczęła działać coraz bardziej antymotywacyjnie…” W rezultacie wszystkie wskaźniki ekonomiczne znacznie się pogorszyły. Tempo wzrostu gospodarczego spadło najpierw w latach 1960-70 do około 2% a następnie  w latach 1975-80 praktycznie do 0%. Natomiast wzrost realnego dochodu narodowego na jednego zatrudnionego spadł w latach 70-tych do 0,1%. W kulminacyjnym okresie zjawisk kryzysowych, czyli w latach 1975-1980 bezrobocie wzrosło do poziomu 6,8%, inflacja osiągnęła poziom 7,10% (na przełomie lat 1979/1980 przejściowo sięgnęła 13% w skali rocznej), a saldo obrotów w handlu międzynarodowym wyniosło w roku 1980 minus 34,30. Stanowiło to namacalny dowód, że zwiększanie obciążeń podatkowych prowadzi w ślepy zaułek. Drenaż kieszeni podatników spowodował jedynie to, iż oszczędności netto w latach 1970-1980 spadły do poziomu 6,1% GNP, co spowodowało zmniejszenie zarówno konsumpcji, jak i inwestycji, przyrost których pod koniec lat 70 wynosił już tylko 3% GNP.

Ale jak już ustaliliśmy historia jest świetną nauczycielka życia, bo uczy nas doskonale, że jeszcze nikogo, niczego, nigdy nie nauczyła.


2008-11-28 12:20

ROPA KASPIJSKA

Jak się skończyło szczytowanie w Baku, to pora pomyśleć o rzeczywistych możliwościach wykorzystania rurociągu Odessa-Brody i jego przedłużenia do Płocka i Gdańska..

Teoretycznie rurociągiem CPC przez port w Noworosyjsku mogłoby być tłoczone około 15-20 mln ton ropy, a dalej tankowcami do ukraińskiego portu Piwdiennyj koło Odessy, skąd ropa mogłaby być tłoczona rurociągiem do miejscowości Brody na Ukrainie (około 120 km od granicy z Polską) i dalej do Płocka i Gdańska a następnie przez Naftoport i Bałtyk do innych portów. I od razu powstają pytania: jak ma przebiegać trasa z Brodów do Płocka? Czy bezpośrednio, czy do Adamowa, a stamtąd już jest rurociąg do Płocka? I jak dalej z Płocka do Gdańska? Czy ma być nowy rurociąg, czy już istniejący Rurociąg Pomorski ma być wykorzystywany w tym celu? Ale jak do Adamowa, to znaczy, że zamiast „dywersyfikacji” – czyli dostaw ropy rosyjskiej i kaspijskiej – będziemy mieć tylko kaspijską. To jaka to będzie dywersyfikacja? Entuzjaści tego pomysłu twierdzą, że mamy już „prawie” gotowe trzy nitki rurociągu z Adamowa do Płocka, więc są to „moce” wystarczające i do transportu ropy rosyjskiej i kaspijskiej. Moim zdaniem nie są, bo Rosjanie, po zakończeniu budowy rurociągów na Wschód, będą mieć inny brake event point na dostarczanie swojej ropy na Zachód.  No i jeszcze taki niuans, że „trzecia nitka” jest jeszcze nie skończona, a pierwsza się „sypie” i nie wiadomo, czy w ogóle będzie się nadawała do remontu i ile ten remont będzie kosztował.

A tłoczenie ropy z Płocka do Gdańska Rurociągiem Pomorskim, to już kompletny „gwóźdź do trumny” dla „dywersyfikacji”, bo wykluczy możliwość tłoczenia ropy (na przykład Brend) do Płocka z Gdańska. A więc generalnie bzdura. Aby była dywersyfikacja musi być nitka druga. A koszt jej budowy trzeba wliczyć w biznes plan.

Według analiz przygotowywanych w roku 2002 dla zapewnienia opłacalności rurociągu OBP trzeba byłby tłoczyć nim 25 mln ton (przy założeniu nakładów CAPEX 451 mln USA w cenach z 2001 roku i taryfie poniżej 5 USD za transport 1 tony. Efektywność takiego projektu mierzona wskaźnikiem IRR wynosić miała prawie 18%. Pocieszyć się można jednak tym, że zakładana stopa zwrotu musiała być atrakcyjna w porównaniu do zaczynających robić wówczas furorę różnych obligacji hipotecznych. Więc dziś można zakładać obniżenie „wymagań inwestorów”. Do zapewnienia stopy zwrotu na poziomie 7,5-8,5% mogłoby wystarczyć tłocznie około 12 mln ton ropy. Jest to co prawda mniej niż łączne zdolności przepustowe portów Supsa i Batumi, ale wystarczającej ilości ropy i tak tam nie będzie. Teoretycznie jest co prawda możliwe aby około 20 mln ton ropy azerskiej dostarczyć do portów gruzińskich (Supsa i Batumi) nad Morzem Czarnym i przetransportować ją do portu Piwdiennyj k/Odessy. Ale w praktyce wymagałoby to wypowiedzenia kontraktów aktualnie obowiązujących. No i oczywiście zapłacenia stosownych odszkodowań.

Jak spojrzymy na zasoby ropy Kazachstanu, jego infrastrukturę przesyłową oraz powiązania z Rosją i Chinami to nieuchronnie dojdziemy do wniosku, że namawianie Kazachów do udziału w budowie „niezależnego” od Rosji kanału transportu ropy na północny-zachód jest skazane na niepowodzenie.  Z kolei Azerbejdżan wydobywa rocznie około połowy (32,5 mln ton) wydobycia Kazachstanu, ale za to jego zasoby są aż pięciokrotnie niższe.

Nad Morze Czarne Azerbejdżan może eksportować około 5 mln ton ropy rocznie omijającym Czeczenię rurociągiem Baku-Machaczkała-Noworosyjsk i około 10 mln ton rurociągiem Baku-Tbilisi-Supsa (BTS). Równolegle do rurociągu BTS funkcjonuje linia kolejowa Baku-Tbilisi-Batumi (25 km na południe od portu Supsa), którą ExxonMobil wykorzystuje do transportu około 9 mln ton ropy rocznie ze złóż azerskich. Zdolność przeładunkowa terminalu w Batumi ma osiągnąć około 12 mln ton rocznie.

Jest jeszcze rurociąg Baku-Tbilisi-Ceyhan (BTC) nad Morzem Śródziemnym, którym przetłoczono w 2007 roku około 23 mln ton ropy. W ciągu 4 lat ma on osiągnąć przepustowości 1 miliona baryłek dziennie (50 mln ton rocznie).

Można więc postawić dolary przeciwko orzechom, że w najbliższych latach wydobycie ropy w Azerbejdżanie nie wystarczy nawet do zapewnienia pełnej mocy przepustowej rurociągu Baku-Tbilisi-Ceyhan, a więc trudno uwierzyć w zapewnienia, że ropy starczy jeszcze na dociążenie rurociągu Odessa-Brody-Płock-Gdańsk. I nie ma szans, aby ropa z BTC mogła tankowcami trafić do rurociągu OBP z uwagi na ograniczoną przepustowość Cieśnin Tureckich z Morza Śródziemnego na Morze Czarne.

Szansą dla rurociągu OBP może być ewentualne dostarczania do niego ropy z Bliskiego Wschodu gdyby doszło do realizacji projektu budowy przez rurociągu Ceyhan-Samsun (z Morza Śródziemnego nad Morze Czarne). Ale to pieśń przyszłości.

Sytuacja może zmienić się za 7-10 lat. Jeżeli prognozy wydobycia ropy ogłaszane przez Kazachstan i Azerbejdżan okażą się realne, to kraje te będą poszukiwać zbytu dla rosnącej produkcji ropy naftowej innymi kanałami niż aktualnie wykorzystywane. I to może być pewna szansa dla rurociągu OBP.

Więc jak zawsze żywe jest Leninowskie pytanie: co robić (do tego czasu)?

Można próbować zmienić negatywne nastawienie Rosji do rurociągu OBP (jak sugerował to Prezydentowi Kaczyńskiemu Prezydent Nazarbajew), ale nasi politycy prędzej połkną żabę niż zaakceptują rosyjski udział w tym interesie

Prezydent Juszczenko ogłosił zamiar budowy w Brodach rafinerii do przerobu ropy kaspijskiej po wygaśnięciu kontraktu na tłoczenie rurociągiem Odessa-Brody (czyli raczej Brody-Odessa) rosyjskiej ropy do Odessy. Pod koniec 2005 roku powołano nawet w tym celu spółkę BrodAgroOil. Jednym z inicjatorów tego projektu jest były amerykański Sekretarz do spraw Energii - Spenser Abraham. Według wstępnych założeń rafineria taka o zdolności przerobowej 8 mln ton rocznie, miałaby kosztować około 2,5 mld USD.

Udział któregoś z Polskich koncernów w tym przedsięwzięciu, dzięki któremu można byłoby rentownie wykorzystać istniejący rurociąg Odessa-Brody byłby, moim zdaniem, lepszy niż kupno Możejek. Ale Orlen „zapakował” się w Możejki, więc zostaje Lotos, który jednak zastawił już „pół fabryki” pod kredyt na realizację programu inwestycyjnego „10+” i też za bardzo nie ma kasy aby wejść do takiego przedsięwzięcia.

Senator Richard Lugar w niedawnym wystąpieniu w amerykańskim Senacie (15.04.2008.) wezwał do sformułowania Trans-Atlantyckiej Polityki Energetycznej mającej na celu stworzenie przeciwwagi dla agresywnej rosyjskiej polityki gazowo-naftowej w odniesieniu do krajów UE. Jednym z pierwszych priorytetów takiej polityki powinno być zbudowanie korytarza energetycznego, którym będzie dostarczany gaz i ropa z regionu kaspijskiego i Centralnej Azji do Centralnej Europy (http//lugar.senate.gov/press). Byłaby to lepsza „tarcza antyrakietowa” niż ta, której podobno Prezydent Obama ma nie zbudować. Kłopot tylko w tym, że Senator Lugar jest Republikaninem. Jego zdolność do kreowani polityki rządu USA jest już znacznie mniejsza niż była wówczas, gdy nasi politycy koncentrowali się na bezpieczeństwie energetycznym kraju, rozumianym „po swojemu”.


2008-11-27 13:00

EKONOMIA IN VITRO

Jeden z głównych tematów, który przewija się od wczoraj przez media, oprócz oczywiście strzelaniny w Gruzji i raportu ABW (pieszczotliwie przezywanej „Abwerą”) w tej sprawie, to zapłodnienie in vitro. Pan Premier Tusk chce, aby było legalne i częściowo refundowane. Nie ma ustaw o wypłatach emerytur z drugiego filara, o zmianach przepisów podatkowych tylko się dyskutuje, „Komisja Palikowa” odbyła co prawda 100 posiedzeń, ale efektów jej prac nie ma jeszcze żadnych, ale za to mamy spór o, jak to się ładnie nazywa, „zapłodnienie pozaustrojowe”.

Nie ma ustaw o wypłatach emerytur z drugiego filara ani o zmianach przepisów podatkowych, „Komisja Palikota”, choć odbyła 100 posiedzeń, w niczym nie zdołała ulżyć przedsiębiorcom, ale za to mamy spór o, jak to się ładnie nazywa, „zapłodnienie pozaustrojowe”.

Z inicjatywą powołania przy premierze grupy ekspertów, którzy mieliby przygotować projekt odpowiedniej ustawy, wystąpił już w styczniu 2008 roku Jarosław Gowin. W skład jego zespołu weszli prawnicy, biolodzy, lekarze, etycy i teologowie.

Pan Jarosław Gowin rzucił pomysł, żeby prawo do skorzystania z metody in vitro miały tylko małżeństwa. Reakcja była natychmiastowa: czy małżeństwa homoseksualne zawarte, na przykład w Holandii, też powinny mieć takie prawo? A kobiety samotne??? A jak kobiety, to i mężczyźni – równouprawnienie musi być. W mediach wypowiedziały się już w tej sprawie chyba wszystkie największe autorytety. Nie wiem, czy Zespół Gowina spotykał się tak samo często, jak „Komisja palikowa”, ale z tym samym skutkiem.

Diabeł, którego nawet duchowni wchodzący w skład Zespołu Gowina nie wyświęcą, jak zawsze tkwi w szczegółach.  A ten drobny szczegół to… kasa. Kilka miesięcy temu awantura zaczęła się od tego, że pani minister zdrowia Ewa Kopacz opowiedziała się za „współfinansowaniem zapłodnienia in vitro ze środków publicznych”. To oznacza de facto, że ci panowie, którzy mogą, będą musieli zrobić zrzutkę, żeby ci, którzy normalnie nie mogą, też jednak mogli mieć dzieci. Albo trzeba będzie podwyższyć podatki, żeby NFZ miał z czego płacić za zapładnianie (in vitro oczywiście), albo dokonać jakiegoś przesunięcia środków budżetowych. Tylko komu wtedy zabrać?

No chyba, że zapłodnienia dokonywa będzie, wspominany już kilka razy, Pan Deficyt.

Jakby w Zespole Gowina był jakiś specjalista od finansów publicznych, mógłby zaproponować, żeby nie rozdawać pieniędzy na wódkę (pardon: wypłacać zasiłków społecznych) „za frico”, tylko za zapładnianie nie pozaustrojowe. Na pewno byłoby taniej, niż płacić z budżetu lekarzom za to wyręczanie Pana Boga.

Moje proroctwa sprzed lat zaczynają się powoli sprawdzać. Pytałem wówczas, gdzie są granice  redystrybucji? Jak mamy przekazywać w ramach sprawiedliwości społecznej przy pomocy progresji podatkowej pieniądze od tych, którzy mają więcej, do tych którzy mają mniej, to może ci, którzy mają ładniejsze żony, też będą się musieli dzielić nimi z sąsiadami? Przecież to jawna niesprawiedliwość, że ktoś ma żonę jak z żurnala, a ktoś inny nie ma. To może być jeszcze większy stres dla niektórych osobników, niż brak pieniędzy na wódkę.

Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak przyznać, że to nie pokrzywdzeni przez los ludzie nie mogący mieć dzieci wyskoczyli z pomysłem, żeby się podatnicy zrzucili na „zapładnianie pozaustrojowe”, tak samo jak nie robotnicy wymyślili komunizm. Zrobili to oczywiście w ich imieniu obrońcy „pokrzywdzonych”. W rolę bolszewików postanowili się wcielić niektórzy specjaliści od robienia skrobanek, którzy za pieniądze podatników chcą się przeistoczyć w specjalistów od zapładniania. In vitro oczywiście. No bo nie ma to jak się dorwać do publicznych pieniędzy! Bez względu na powód!


2008-11-27 10:40

MINISTER FINANSÓW O EURO?

Ludwik Dorn napisał na swoim blogu, że przed jednym z programów w TV Polsat, pani redaktor Dorota Gawryluk powiedziała mu, iż Minister Finansów, Pan Jacek Rostowski, stwierdził nieoficjalnie w kuluarach telewizyjnych, że „najbliższe lata nie są dobrym czasem na wchodzenie Polski do „węża walutowego”, czyli ERM 2”

Czy ktoś słyszał jakieś oficjalne dementi ze strony Pana Ministra Jacka Rostowskiego?

Ja się wcale nie dziwię, że Pan Minister powiedział Pani Redaktor to, co podobno powiedział. Ja się raczej dziwiłem, że oficjalnie mówił co innego.

Ale skoro już nawet Pan Minister Rostowski, co prawda „prywatnie”, ale jednak, jest sceptyczny wobec euro, to o co chodzi z tym euro???


2008-11-26 14:20

ZNOWU SORRY: TO BYŁ CARTER

Moja pamięć doprowadzi mnie kiedyś do zguby. Kiedyś dla zadawania szyku nauczyłem się na pamięć całego Kodeksu Cywilnego (nie mówiąc już o „XIII Księdze Pana Tadeusza”). To mnie nie zgubiło, wręcz przeciwnie, muszę wbić sobie do głowy, że nie można ufać nie tylko politykom i analitykom, ale nawet i znajomym. Jak coś czytam, to nie koniecznie musi to byc prawda.

Przeczytałem w artykule Janka Fijora „Nina, czyli pół prawdy” na http://liberalis.pl/2008/10/15/jan-m-fijor-ninja-pol-prawdy/, że: „CRA, czyli Community Reinvestment Act, jest to ustawa, przyjęta przez Kongres w 1997 roku za prezydentury Billa Clintona, której celem była ochrona kredytobiorców mniejszościowych, czyli ludności kolorowej, ubogiej, znajdującej się w złych warunkach materialnych, przed złym traktowaniem jej przez banki.”

A tymczasem za Clintona, i to nie w roku 1997 tylko w 1999, tylko trochę w tej ustawie „pomajstrowano”, a uchwalona została 22 lata wcześniej w roku 1977 za prezydentury Cartera.

Ale czy ja się jakoś szczególnie „czepiam” Clintona, jak przeczytałem w jednym z komentarzy? Czepiam się wszystkich polityków, bo czepiam się tych, którzy nastają na moją wolność i pieniądze. A politycy są na liście „nastających” na pierwszym miejscu.


2008-11-26 10:30

RUSSIAN ROULETTE: OFERTA DLA UNICREDIT ZAKUPU AKCJI LOTOSU

Bank UniCredit, który nie potrafił przewidzieć swoich własnych kłopotów i „łata dziury płynnościowe” depozytami spółek córek, obniżył docelową wycenę jednej akcji Grupy Lotos do zera.

Komisja Nadzoru Finansowego podjęła dochodzenie w tej sprawie. Skończy się pewnie, jak wszystkie dotychczasowe.

A ja mam ofertę dla UniCredit: kupię wszystkie wasze akcje Lotosu za złotówkę. Oczywiście nie każdą za złotówkę, ale wszystkie łącznie za jedna złotówkę. Skoro każda z nich jest warta „0”, to wszystkie razem też są warte „0” - więc jak sprzedacie je za złotówkę będziecie mieć 100% zysku. A przy takim zysku, jak dobrze pogłówkujecie, to może jakiś derywacik da się wypuścić na rynek???

Jeden ze sposobów rozwiązywania tak zwanego dead lock czyli konfliktu akcjonariuszy mających po 50% akcji jakiejś spółki, jest „Russian roulette”. Każdy z akcjonariuszy może zaoferować drugiemu, że odkupi od niego jego akcje za wskazaną cenę. Ale wówczas ten drugi ma wybór: może za zaproponowaną cenę swoje akcje sprzedać, albo samemu odkupić akcje oferenta za zaproponowaną przez niego cenę.

Możemy taką metodę zastosować do rekomendacji banków. Niech muszą sprzedać, albo kupić akcje spółki, dla której robią rekomendację za tyle, na ile ona opiewa.


2008-11-25 12:40

“GOSPODARKA, GŁUPCZE! “

W związku z jednym z komentarzy na temat sukcesów gospodarczych Prezydenta Clintona („zrównoważenie budżetu, NAFTA i parę innych rzeczy”) warto przypomnieć, że choć wygrał on w 1992 roku wybory prezydenckie pod hasłem: „Gospodarka, głupcze”, to:

1. North American Free Trade Agreement (NAFTA) podpisali w październiku 1992 roku Premier Kanady Brian Mulroney, Prezydent Meksyku Carlos Salinas de Gortari i Prezydent USA George Bush (senior). W czasie kampanii wyborczej w 1992 roku Bill Clinton był dość sceptyczny wobec tego traktatu. Podobnie zresztą jak jego żona w trakcie prawyborów 2008. Co ciekawe, w ubiegłym tygodniu George W. Bush (jr.) zapowiedział, że zgodzi się na szybsze uruchomienie Planu Paulsona i przekazanie części środków finansowych na wsparcie amerykańskich koncernów samochodowych, do czego wezwał go Prezydent-elekt Barak Obama, pod warunkiem, że Demokraci w Kongresie zgodzą się na rozszerzenie NAFTA na Kolumbię (jak widać historia kołem się toczy).

2. Zrównoważenie amerykańskiego budżetu za czasów Clintona było możliwe dzięki podniesieniu podatków w gospodarce rozwijającej się szybciej na skutek stworzenia strefy wolnego handlu obejmującej całą Amerykę Północną i Meksyk oraz wcześniejszemu obniżeniu podatków za Reagana. Wyższe podatki były płacone od dochodów osiągniętych dzięki wcześniejszemu obniżeniu podatków. To samo zjawisko mogliśmy zaobserwować w Polsce w latach w 2005-2007. Przystąpienie Polski do Unii Europejskiej – czyli strefy wolnego handlu – zbiegło się w czasie z obniżeniem podatków dla przedsiębiorców z 40% do 19%!!! Dlatego wpływy podatkowe po kilku latach były znacznie wyższe. Naśmiewałem się, gdy Pan Premier Jarosław Kaczyński chwalił się sukcesami gospodarczymi swojego rządu, bo wzrost gospodarczy (w odróżnieniu od gospodarczej zapaści!) nie następuje w cyklach miesięcznych.

3. Za prezydentury Billa Clintona w 1997 roku uchwalona został jeszcze słynna Community Reinvestment Act (CRA) która miała zapewnić sprawiedliwy dostęp Amerykanów do kredytów. No i właśnie zapewniła. To dzięki niej można było rozdawać kredyty na lewo i prawo z wiadomym skutkiem.

4. To wcale nie oznacza, że mam jakieś szczególne uznanie dla osiągnięć gospodarczych obu Bushów. Mimo że to senior podpisał NAFTA, to przegrał wybory w 1992 roku gdyż  czasie kampanii wyborczej w roku 1988 obiecał, że podatków nie podniesie, a podniósł. W sumie dla gospodarki zrobił więcej złego niż dobrego. Jnior zrobił złego jeszcze więcej bo próbował przekupić wyborców po swoim kontrowersyjnym dość zwycięstwie wyborczym w 2000 roku. A rozdawanie pieniędzy zawsze źle się kończy.


2008-11-24 22:10

POLITYKA I GOSPODARKA (ZA OCEANEM)

Wczoraj serwis huffingtonpost.com. donosił, że Barak Obama powoła na stanowisko sekretarza skarbu Wiliama Richardsona, gubernatora stanu Nowy Meksyk, mimo że Bank Rezerwy Federalnej usiłował narzucić Obamie własnego kandydata – dyrektora Banku Rezerwy w Nowym Jorku Timothy Leithnera. Część ekonomistów stwierdziła, że nominacja Geithnera „uspokoiłaby” sytuację na rynku finansowym. Podobno Obama nie miał zamiaru poddawać się i w poniedziałek miał ogłosić nominacje Richardsona. Nadszedł poniedziałek i okazało się, że wyścig wygrał jednak… Tim Leithner.

Lawrence Summers i Christin Romer otrzymali stanowiska doradców ekonomicznych prezydenta. Dyrektorem Biura ds. Zarządzania i Budżetu został Peter Orszak, a przewodniczącą prezydenckiego Zespołu Doradców Ekonomicznych profesor Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley Christina Romer.

Większość nominowanych przez Obamę osób to eksperci związani z byłym ministrem skarbu Robertem Rubinem, którzy pracowali z nim w czasach prezydentury Billa Clintona. A jak do tego dodamy jeszcze, że Sekretarzem Stanu została sama Pani Clinton, to trzeba poczekać, kiedy powstanie kolejna ustawa o sprawiedliwym dostępie Amerykanów do pieniędzy, na wzór słynnej Community Reinvestment Act z 1997 roku, która otworzyła bezrobotnym drogę do kredytów hipotecznych. A więc… czas na cuda (to jest, w wydaniu amerykańskim, na zmiany).

 

P.S. Moje zastrzeżenia do Prezydenta Clintona nie wynikają bynajmniej z jego zamiłowania do cygar, bo o gospodarczych kompetencjach jego następcy mam równie negatywne zdanie. Ale tak się przyjęło, że krytyka kogoś oznacza automatyczne poparcie kogoś innego. Żeby nie być o to posądzonym zauważę, że nie obniża się podatków, jak się idzie na wojnę, choć oczywiście lepsze są niższe podatki niż wysokie (ale to w czasach pokoju). Ale polityka ma swoje uroki nie tylko nad Wisłą ale i nad Potomakiem.