Robert Gwiazdowski

Gospodarka klasycznie

Archiwum: październik 2008

2008-10-29 17:00

ZUS LEPSZY OD OFE?

Z powodu bessy na giełdzie i wysokiej indeksacji oszczędności w I filarze ZUS prześcignął OFE pod względem tempa wzrostu wartości środków na emerytury - pisze „Parkiet”. Ale tytuł artykułu brzmi: „ZUS chwilowo, lepszy od OFE”. Ciekawe skąd ta pewność, że to „chwilowe”?

Straty OFE od początku roku sięgają 20%, co znacznie poprawia wizerunek ZUS – pisze „Parkiet”. Wizerunek ZUS jest tak fatalny, że żadne straty OFE nie są w stanie go poprawić. Straty OFE wpłyną tylko i wyłącznie na wizerunek OFE.

Przyszła sytuacja przeszłych emerytów zależeć będzie od sytuacji demograficznej i gospodarczej, a ni od żadnych oszczędności w OFE, czy w ZUS-ie z tego prostego powodu, że ich tam w ogóle nie ma!

Na indywidualnym rachunku w ZUS w 100% jest kwota roszczenia wobec własnych dzieci i wnuków.

Na rachunku w OFE w 60-70% jest także kwota roszczenia wobec państwa – czyli dzieci i wnuków – z tytułu obligacji, a w 30% kwota odpowiadająca wartości akcji wybranych spółek na GPW. A wartość ta będzie nieustannie podlegała fluktuacji i uzależniona będzie od tempa wzrostu gospodarczego, jakie osiągną… dzieci i wnuki emerytów!


2008-10-29 13:40

EURO I PRZECIĘTNY OBYWATEL

„Lech Kaczyński jest laikiem w sprawie euro. Ma poglądy przeciętnego obywatela” - stwierdził w TVN24 eurodeputowany SDPL Dariusz Rosati.

Jako przeciętny obywatel chciałbym zwrócić uwagę, że nie wiem, w czym dokładnie przyjęcie euro poprawi moją sytuację.

Niech sobie euro będzie, jak być musi, ale promowanie go przy pomocy argumentacji rodem z reklam proszków do prania – „wypiorą lepiej niż inne, zwykłe, proszki” – jest tylko i wyłącznie dowodem na to, że politycy traktują „przeciętnych obywateli” jak idiotów. Jednym z argumentów za przyjęciem euro jest przecież to, że Polakom będzie „łatwiej” podróżować po Europie!!!

Są jeszcze inne argumenty. Otóż w euro są niższe stopy procentowe! NIŻSZE od czego? Od tych, które mamy teraz w Polsce? Skoro niższe są lepsze, to może obniżmy nasze? Ale profesor Balcerowicz powiedział przecież wczoraj, że cały problem z krachem na rynkach finansowych wziął się z tego, że FED utrzymywał zbyt niskie stopy procentowe. To może niskie wcale nie są takie dobre? I kto wie najlepiej jakie powinny być? Wczoraj na przykład profesor Kołodko mówił, że on wie najlepiej. Ciekawe czy jeszcze lepiej od Rosatiego?

„Przeciętny obywatel” ma „gdzieś” jak się będą nazywały papierki stanowiące „legalny środek płatniczy”.


2008-10-29 9:30

PODATKI SĄ PRZERZUCALNE!!!

Z ekonomicznego punktu widzenia doniosłe znaczenie ma zjawisko przerzucalności podatków. Przerzucenie podatków należy do najpopularniejszych reakcji podatnika na opodatkowanie. „Bezpośrednim odruchem opodatkowanego jest zamiar podniesienia ceny towaru lub usług, które sprzedaje, co najmniej o wysokość straty wywołanej podatkiem” – pisał na początku XX wieku Adam Krzyżanowski. We współczesnych społeczeństwach demokratycznych fakt przerzucalności podatków nie jest jednak zbyt eksponowany, a przeciwnie jest on raczej skrywany. „Informacja ta – pisał JKM – powinna być utajniona przed społeczeństwem demokratycznym, w przeciwnym razie społeczeństwo większością głosów zażąda redukcji podatków”. Nie ma się co temu dziwić. W demokracji do władzy dochodzą często politycy przekonujący biedniejszą większość o konieczności opodatkowania jakiejś bogatszej mniejszości. Zważywszy jednak, że wszystkie podatki są przerzucalne, to głosowanie przez biednych za wyższym opodatkowaniem bogatych jest równoznaczne z opodatkowaniem samych siebie. Zrozumiawszy to, biedniejsza większość musiałaby zasadniczo zrewidować swoje preferencje wyborcze.

„Nauka o przerzucaniu podatków szuka odpowiedzi na pytanie, kto właściwie podatki płaci – pisał Krzyżanowski. Państwo obciąża pewne kategorie osób. Eo ipso wzbudza wśród opodatkowanych dążność umniejszenia ciężaru podatkowego”. Tenże autor zaobserwował, zdumiewające z dzisiejszej perspektyw, zjawisko zawyżania czasami przez niektórych przedsiębiorców własnego dochodu i płacenia w konsekwencji wyższego podatku, dla zwiększenia własnej wiarygodności kredytowej poprzez przedstawienie w korzystniejszym świetle swojej sytuacji majątkowej. Było to jednak możliwe wówczas, gdy stawki podatkowe były stosunkowo umiarkowane. Zabieg taki przestaje się bowiem opłacać, przy podatku przewyższającym ewentualne korzyści marketingowe. Świadczy to jednak dobitnie, że podatek traktowany jest jako koszt prowadzenia przedsiębiorstwa, którego poniesienie czasami się opłaca, a czasami nie.

Poglądy na temat przerzucalności podatków zmieniały się w różnym czasie rozwoju nauki skarbowości. W wieku osiemnastym przerzucanie podatków traktowano jako zjawisko czysto ekonomiczne. Gdy w wieku dziewiętnastym skarbowość wyodrębniła się jako odrębna nauka zapanowała tendencja rozważania problemu przerzucalności podatków z punktu widzenia czysto skarbowego, niezależnie od ogólnych metod ekonomicznych. Wreszcie w trzecim etapie, na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku podejście do tego zagadnienia przestało być czysto ekonomiczne lub czysto skarbowe. Wielu teoretyków usiłowało łączyć oba aspekty przerzucalności podatków. Koniec dwudziestego stulecia nie przyniósł już nowych teorii na temat przerzucalności podatków. Z dzisiejszej perspektywy można byłoby więc dodać do trzech epok wyróżnionych przez Romana Rybarskiego, epokę czwartą – braku pogłębionej refleksji na temat przerzucalności podatków. 

Fizjokraci, którzy jako pierwsi postawili w sposób pogłębiony teoretycznie zagadnienie przerzucalności podatków koncentrowali się na jego ekonomicznym aspekcie. Podkreślali oni, że nawet nałożenie podatków na takie klasy społeczne jak dzierżawcy ziemscy, czy kupcy lub przemysłowcy odbija się na zysku netto właścicieli ziemskich. Wszelkie bowiem podatki są przerzucane przez tych, którzy mają je zapłacić na jedyną klasę dysponującą czystym dochodem, bo tylko produkcja rolna taki dochód wytwarza. Ze swej nauki o przerzucaniu podatków wyciągnęli oni wniosek, że najlepszym rozwiązaniem podatkowym byłoby wprowadzenie podatku jedynego, który nałożony byłby na właścicieli ziemskich, skoro inne „klasy jałowe” i tak przerzucają na tę klasę swój własny ciężar podatkowy.

Adam Smith twierdził, że dochód może pochodzić tylko z renty gruntowej, z zysku kapitałowego lub z płacy. Każdy podatek musi więc być zapłacony z któregoś z tych trzech różnych źródeł. Jednakże „wiele podatków nie płaci się ostatecznie z tego funduszu lub źródła dochodu, które zamierzano nimi obciążyć”. Przerzuceniu, zdaniem Smitha, podlegają zarówno podatki od renty gruntowej, od czynszu z nieruchomości mieszkalnych, od zysków kapitałowych, od płac jak i od towarów konsumpcyjnych. Podatek gruntowy płaci co prawda dzierżawca ziemi, ale w sensie ekonomicznym obciąża on właściciela ziemskiego. Jeżeli bowiem zysk z produkcji rolnej jest constans, to podatek gruntowy płacony przez dzierżawcę powoduje nieuchronnie zmniejszenie wysokości płaconego przez niego właścicielowi ziemskiemu czynszu dzierżawnego. Jeżeli nawet zysk z produkcji rolnej się zwiększa, dzieje się to dzięki zaradności dzierżawcy, trudno zatem, aby zysk ten pokrywał zwiększający się ciężar opodatkowania z tytułu podatku gruntowego. A zatem, jak utrzymywali już fizjokraci, podatek gruntowy obciąża w praktyce właściciela ziemskiego. Z kolei czynsz mieszkalny jest w praktyce zyskiem z kapitału zainwestowanego w budowę. Dlatego przedsiębiorca budowlany – właściciel budynku – nie pokrywa podatku od tego kapitału, czyli od czynszu, lecz przerzuca go na najemcę w cenie najmu (komornego). Finansowania tego podatku odbywa się więc z dochodu najemcy z jednego z wymienionych wyżej źródeł: ziemi, kapitału lub pracy. W przypadku opodatkowania zysków z kapitału inwestycyjnego, wzrasta cena pozyskania tego kapitału. Sposób przerzucenia podatku od zysków kapitałowych zależy więc w pewnym stopniu od przeznaczenia kapitału. Jeżeli był on zainwestowany w rolnictwie to zwiększony przez podatek koszt jego pozyskania obniży czynsz dzierżawny, obciążając właściciela ziemskiego. Jeżeli był zainwestowany w przemyśle lub handlu to zwiększony przez podatek koszt jego pozyskania spowoduje podniesienie cen towarów, obciążając konsumentów. Z kolei opodatkowanie pracy zawsze powoduje wzrost ceny siły roboczej i podwyżkę płac. W pierwszej kolejności podatek od wynagrodzeń obciąża więc pracodawcę. Ale ten z kolei stara się przerzucić ciężar podatkowy na nabywców wytwarzanych przez siebie towarów. Ostatecznie podatki od płacy ponoszą więc konsumenci. Podobnie rzecz się ma z opodatkowaniem towarów konsumpcyjnych – ciężar tego podatku spoczywa na barkach konsumentów. Jednak w przypadku opodatkowania towarów pierwszej potrzeby przerzucenia podatku jest nieco bardziej skomplikowane. Jako że płacę roboczą reguluje popyt na pracę i przeciętna cena towarów niezbędnych do utrzymania robotników, każde podniesienie tej przeciętnej powoduje konieczność podniesienia także płacy w taki sposób, by robotnik po dawnemu mógł kupić artykuły pierwszej potrzeby w dotychczasowej ilości, o ile w tym samym czasie popyt na pracę nie wzrośnie i nie zmaleje. „W ten sposób – konkluduje Smith – podatek od artykułów pierwszej potrzeby działa dokładnie w ten sposób, co bezpośredni podatek od płacy roboczej”. Nieco inaczej rzecz się ma z podatkami od przedmiotów zbytku, wzrost ceny których nie powoduje konieczności podniesienia płacy robotniczej.

Z kolei David Ricardo w pracy Zasady ekonomii politycznej i opodatkowania, koncentruje się bardziej na zagadnieniach przemysłowych i dochodzi do nieco odmiennych wniosków od Smitha, który więcej miejsca poświęcał zagadnieniom własności, także ziemskiej. Ricardo stwierdził, że podatek od renty gruntowej nie spada wcale na właściciela ziemskiego, gdyż może być przerzucony na konsumentów produktów rolnych. Jego zdaniem zwiększona cena tych produktów podraża koszty utrzymania robotników, co w sposób nieuchronny musi prowadzić do zwiększenia ich płacy i w konsekwencji do zmniejszenia zysku przedsiębiorców. I to oni, a nie właściciele ziemscy ponoszą realny ciężar ewentualnego zwiększenia opodatkowania produktów rolnych. Ricardo zastrzega jednak, że przerzuceniu nie podlega cały podatek, pisząc, że „gdyby każdy handlowiec i każdy producent podnosił swoje ceny o sumę, którą musi zapłacić za podatek, to trwałoby to w nieskończoność”. Trudno nie zgodzić się z takim spostrzeżeniem. Ale jeszcze trudniej byłoby obliczyć, w jakim stopniu podatki są przerzucane i jaki ich procent płacony jest przez tych podatników, na których są one bezpośrednio nałożone, a jaki przez tych, na których są przerzucane. Nie sposób nie zgodzić się jednak i z tezą, iż intencją każdego podatnika jest przerzucenie na innych tak dużej części podatku, jak tylko okaże się to możliwe.

Istnienia zjawiska przerzucalności podatków pewien był również Jean-Baptiste Say. „Mylilibyśmy się gdybyśmy sądzili, że podatki obciążają definitywnie tych, co je płacą” – pisał. „Wielu z nich nie jest rzeczywistymi podatnikami; dla nich podatek jest tylko zaliczką, którą im się udaje otrzymać z powrotem, mniej lub więcej w całości, od konsumentów tych produktów, które wytwarzają”. Podkreślał także, że pośród wszystkich wytwórców tego samego produktu jedni mogą łatwiej niż inni uniknąć skutków podatku. Zależy to w dużym stopniu od charakteru towaru obciążonego podatkiem i od miejsca danego podatnika w procesie gospodarczym. „Podatki spadają na tych, którzy nie mogą się od nich obronić, ponieważ stanowią ciężar, od którego każdy się odsuwa jak tylko może, ale sposoby odsunięcia tego ciężaru różnią się nieskończenie w zależności od różnych rodzajów podatku i w zależności od funkcji, jakie spełniają w społeczeństwie”. Podatek konsumpcyjny dotyka każdego producenta tylko w stosunku do wysokości udziału, jaki bierze on w produkcji rzeczy obciążonej podatkiem. Jeśli zostanie wprowadzona opłata od wina, właściciele winnic będą nią bardzo dotknięci. Jeśli natomiast obciążone zostaną bardzo wysokim podatkiem koronki, rolnicy dostarczający lnu, prawie tego nie dostrzegą. Producenci natomiast i kupcy będą tym podatkiem dotknięci bardzo silnie.

Inny jest także rozkład skutków opodatkowania towarów pierwszej potrzeby i towarów zbytkowych na całą gospodarkę. Podatek nałożony na artykuły konsumpcyjne pierwszej potrzeby, wpływa w większym lub mniejszym stopniu na prawie wszystkie inne produkty – jest zatem pośrednio pobierany z dochodów wszystkich konsumentów. Jeśli jednak podaż produktów i popyt na nie pozostają te same mimo ustanowienia bądź podniesienia podatku, to ceny nie ulegają zmianie i konsument nie płaci najdrobniejszej nawet części podatku. Taki charakter miał przez lata podatek gruntowy. Ilość płodów rolnych, jakie rodzi ziemia pozostaje bowiem bez zmian, bez względu na wysokość podatku ją obciążającego. Ewentualne zmniejszenie podaży płodów rolnych przez wieki wywoływało zmniejszenie populacji konsumentów. Spadał wiec też popyt i relacja między podażą a popytem szybko wracała do równowagi.

Zarówno fizjokraci, jak Smith, Ricardo i Say koncentrowali się na ekonomicznym aspekcie przerzucalności podatków. Dopiero pisarze niemieccy stwierdzili, że możliwość przerzucania podatku zależy od natury danego podatku. Ich zdaniem jedne podatki są z definicji przerzucalne, jak podatki pośrednie, a inne nie – jak podatki dochodowe, gruntowe i podatki od kapitału. Podejście takie krytykuje Roman Rybarski. Jego zdaniem nie można z góry założyć, że jakiś podatek będzie przerzucony z uwagi na swój charakter, a inny nie. „Zagadnienie przerzucania podatku nie zależy bowiem od natury podatku, tylko od stosunków ekonomicznych”. Formułuje on kilka zasad przerzucalności podatków: przerzucanie jest łatwiejsze przy monopolu, trudniejsze zaś przy wolnej konkurencji; jest łatwiejsze w okresie dobrej koniunktury, trudniejsze w okresach depresji, gdy ceny spadają i popyt maleje; z uwagi na naturę podatku łatwiej przerzucić podatki pośrednie, gdy opodatkowany zostaje pewien akt gospodarczy, niż bezpośrednie, gdy opodatkowany zostaje dochód lub majątek; możliwość przerzucania podatku zależy od jego zasięgu - łatwiej przerzuca się podatki, gdy ich podmiot lub przedmiot jest ograniczony, trudniej, gdy podatki są bardziej powszechne; z uwagi na technikę opodatkowania trudniej jest przerzucić jakiś podatek szczególny, fragmentaryczny, jak na przykład podatek spadkowy - grupie spadkobierców nabywającym w spadku kamienice trudniej jest przerzucić podatek spadkowy na lokatorów niż wszystkim kamienicznikom podatek obrotowy z tytułu najmu mieszkań. Natomiast zdaniem Adama Krzyżanowskiego, przerzucanie podatków ułatwia ustrój prawny gwarantujący wolność współzawodnictwa, której odpowiednikiem materialnym jest gospodarcza łatwość wycofania pracy i kapitału za jednego przedsiębiorstwa i lokowania go w innym. Bardziej prawdopodobne i łatwiejsze jest, zdaniem tegoż autora, przerzucenie podatku, gdy jego nakładanie i ściąganie jest zbliżone do momentu sprzedaży towaru lub usługi i maleje wraz z wydłużaniem tego okresu. Dzieje się tak dlatego, że „podniesienie ceny produktu jest prawdopodobniejsze, gdy producent płaci podatek, uważany przezeń za część kosztów produkcji (…) Im bardziej przedmiot podatku jest oddalony od dobra, które z powodu opodatkowania ma doznać zwyżki w cenie, tym przerzucenie ceteris paribus jest trudniejsze”. Możliwość przerzucania podatku jest także zależna od stosunku ewentualnej zwyżki cen do dochodów konsumentów oraz charakteru dóbr, których podwyżka cen będzie dotyczyć. Jeżeli na skutek zwiększenia podatków wytwórcy podwyższają cenę towaru, którego nabycie stanowi drobną pozycję w budżecie konsumenta, wówczas prawdopodobieństwo zaakceptowania przez niego podwyżki będzie wyższe. Sytuacja ulegnie zmianie, gdy dojdzie do podwyżki cen towarów, na które konsument wydaje znaczną część swoich dochodów. „Odczuje silniej podrożenie chleba, niż igieł” – konkluduje Krzyżanowski. O możliwości przerzucenia podatku decyduje jednak struktura popytu i zamożność nabywców, niż charakter danego dobra. Popyt osób głodnych, ale zgoła pozbawionych środków nabywczych nie podniesie ceny podstawowych środków spożywczych. Natomiast bogactwo osób konsumujących szampana pozwala windować jego cenę. Samo zestawienie stosunku ceny towaru do zamożności podatnika nie pozwala wnioskować, iż łatwiej jest przerzucić podatek, który dotyczy dóbr tańszych, albo nawet stosunkowo drogich, które jednak są stosunkowo rzadko kupowane. Inaczej bowiem przyjmowane będą podwyżki artykułów tak zwanej pierwszej potrzeby, inaczej artykułów „akcyzowych”, jeżeli nabywcom pozostanie odpowiedni margines finansowy na zaspokojenie ich popytu. Wydaje się, że łatwiej przerzucić podatki w dobrach pierwszej potrzeby, jeżeli koszty ich zakupu nie stanowią większości wydatków danego konsumenta, a które w takiej sytuacji i tak znajdą swoich nabywców, niż w towarach luksusowych, od zakupu których można się łatwiej powstrzymać. Mogłoby się wydawać, że Adam Krzyżanowski czuł intuicyjnie ten problem, przeciwstawiając sobie akurat chleb i igły. Prezentował on całkowicie odmienną opinię niż Roman Rybarski odnośnie przerzucania podatków w okresach wzrostu i spadku koniunktury. O ile, zdaniem Rybarskiego, koniunktura zwyżkowa ułatwia przerzucanie podatków, gdyż wzrost cen jest łatwiej akceptowalny w atmosferze pewnego rodzaju euforii gospodarczej a trudniej go zaakceptować w okresie recesji, gdy dochody konsumentów maleją, o tyle zdaniem Krzyżanowskiego jest dokładnie na odwrót. „Popadają w sprzeczność ci, którzy dowodzą, że zwyżkowa koniunktura ułatwia, a zniżkowa utrudnia przerzucanie (…) rozumując wedle zasady post hoc, propeter hoc (…) i nie zadają sobie pytania, czy zwyżka cen nie doszłaby do skutku także i w razie utrzymania podatków na dotychczasowym poziomie”. Trudno jednoznacznie przyznać rację jednemu z tych poglądów. Przyglądając się kolejnym okresom hossy i bessy gospodarczej można dojść do wniosku, że przerzucanie podatków jest uwarunkowane wieloma czynnikami, a nie tylko jednym. Raz łatwiej jest przerzucić podatki w okresie wzrostu koniunktury, innym razem w okresie jej spadku w zależności od stopnia zmonopolizowania gospodarki, wysokości inflacji, wielkości zwyżki lub spadku. Trzeba jednak stwierdzić, że gdyby wszystkie pozostałe zmienne były takie same, to koniunktura wzrostowa bardziej sprzyja przerzucaniu, podatków niż spadająca. Kryzys gospodarczy zawsze jest związany ze spadkiem popytu, ewentualny wzrost cen spowodowany dodatkowym opodatkowaniem, popyt ten jeszcze bardziej ogranicza. Rację ma natomiast Krzyżanowski pisząc, że istotnym czynnikiem wpływającym na możliwość przerzucania podatku jest pomnażalność dóbr, których cena ma być podniesiona. Im dobra te są rzadsze, tym większa szansa na przerzucenie w ich cenie podatku, który trzeba zapłacić. Krzyżanowski uważa jednak, że nabywca niepomnażalnego, bardzo rzadkiego, płaci taki podatek „z kieszeni sprzedawcy”. Nie do końca można się z takim stwierdzeniem zgodzić. Byłoby ono prawdziwe, gdyby nabywca musiał zapłacić jakiś podatek majątkowy. Jeżeli oferuje za dane dobro, które jest jedyne w swoim rodzaju, najwyższą cenę, to ustalając ją bierze pod uwagę konieczność poniesienia tego podatku i nie zaoferuje ceny, która powiększona o podatek przekraczałaby jego zdolności płatnicze. Targuje więc cenę do poziomu, który w jak najmniejszym stopniu przewyższa ceny oferowane przez innych potencjalnych nabywców. Jednak w sytuacji, gdy to sprzedawca płaci podatek dochodowy, podatek ten jest z całą pewnością wkalkulowany w cenę sprzedawanego dobra. Najlepszym tego przykładem jest dzisiejsza opłata skarbowa od umów sprzedaży, którą w zdecydowanej większości transakcji pokrywa nabywca, a nie sprzedający, bez względu na to, jak bardzo unikatowe jest sprzedawane dobro.

Nie zgadza się także Krzyżanowski z twierdzeniem Rybarskiego, że monopol ułatwia przerzucenie podatków. „Monopol modyfikuje jedynie zagadnienie przerzucalności podatku w odniesieniu do dóbr tanio pomnażalnych”, zwiększenie produkcji których zmniejsza cenę jednostkową, dzięki rozłożeniu ogólnych kosztów wytwarzania na więcej jednostek wytworzonego dobra. W przypadku dóbr drogo pomnażalnych, zwiększenie produkcji których nie redukuje ogólnych kosztów wytwarzania, nie ma różnicy pomiędzy sytuacją monopolisty i wielu producentów. Ceny takich dóbr i tak zawsze zbliżają się do granicy popytu. Wytwórcy takich dóbr „są w stanie wydusić od spożywców cenę, odpowiadającą ich całkowitej zdolności konsumpcyjnej, także wtedy, gdy jest ich wielu”. Monopol powoduje takie wyśrubowanie ceny, że po podwyżce podatków na kolejną podwyżkę nie ma już miejsca na rynku z uwagi na barierę popytu, tylko w odniesieniu do dóbr drogo pomnażalnych. W przypadku dóbr tanio pomnażalnych zarówno monopolista, jak i członkowie kartelu producentów tworzących taki monopol, muszą się zawsze liczyć z ewentualnym pojawieniem się konkurencji, którą może zrodzić zbyt wysoka cena produkowanych i dostarczanych przez nich dóbr. Dlatego nie mogą dowolnie i w nieskończoność podnosić cen. A zatem nie monopol, czy wolna konkurencja, ma decydujące znaczenie dla przerzucania podatków, lecz malejący lub wzrastający koszt wytwarzania większej ilości dóbr, w których cenie mają być przerzucone podatki. „Najogólniej mówiąc – pisał Krzyżanowski – monopol jest czynnikiem utrudniającym przerzucanie, ale wpływ pomnażalności na ten proces gospodarczy jest silniejszy”. Z perspektywy dzisiejszej praktyki gospodarczej ze stanowiskiem takim trudno się zgodzić. Nawet w sytuacji istnienia monopolu ceny nigdy nie bywają aż tak wysokie, aby nie można już było ich jeszcze bardziej podwyższyć, co pokazuje dość prosty przykład podwyższania ceny paliw, po każdym wzroście podatku akcyzowego mimo posiadania dominującej pozycji ORLEN-u na naszym rynku paliw płynnych.

Całkowitą rację miał natomiast Krzyżanowski pisząc, że „ceny dóbr pomnażalnych są identyczne z wysokością kosztów produkcji tego najdroższego wytwórcy, którego produkcja jest jeszcze niezbędna gwoli zaspokojenia popytu”. W efekcie, przerzucenie ewentualnego podatku na nabywców dóbr pomnażalnych jest możliwe tylko w sytuacji, gdy popyt na dane dobra nie został jeszcze zaspokojony przy poprzednim poziomie cen. W przeciwnym wypadku podwyżka ceny prowadziłaby nieuchronnie do ograniczenia konsumpcji, a to z kolei musiałoby prowadzić do spadku cen, który niweczyłby wcześniejszą podwyżkę związaną z przerzuceniem podatku. W takiej sytuacji dochodzi najczęściej do przerzucenia opóźnionego. Producenci ograniczają produkcję, w wyniku czego równowaga podaży i popytu na dane dobro zaczyna kształtować się na innym, niższym poziomie ilościowym, co pozwala podwyższyć cenę danego dobra. Następuje więc przerzucenie podatku, ale odłożone w czasie, niestety przy jednoczesnym ograniczeniu produkcji. Dzieje się tak jednak tylko w przypadku pomnażania dóbr po wzrastających kosztach, gdy koszty wzrostu produkcji przewyższają koszt dotychczas najdroższego wytwórcy. Z inną sytuacją mamy do czynienia, gdy pomnażanie dób odbywa się po kosztach malejących, to znaczy, że wzrostowi produkcji towarzyszy spadek kosztów wytwarzania, a tym samym cen jednostkowych, jak to miało miejsce w ostatniej dekadzie dwudziestego wieku z komputerami. W przypadku wzrostu podatku na tego typu dobra możliwość jego przerzucenia jest dużo większa. Konsumenci zyskiwali bowiem dotąd na zniżce cen i dlatego łatwiej zaakceptują teraz podwyżkę. A z drugiej strony przy malejących kosztach produkcji danego dobra marża jednostkowa jest zazwyczaj już tak mała, że nie ma miejsca na poniesienie przez producenta jeszcze zwiększonego ciężaru podatkowego. Gdyby zaś nastąpiło ograniczenie produkcji wywołane przez podwyższenie podatków następowałaby natychmiastowa zwyżkę cen towarów, które dotąd taniały właśnie dzięki wzrostowi produkcji. Podwyżka cen na skutek zmniejszenia produkcji mogłaby więc okazać się większa, niż w przypadku przerzucenia podatku. „Cena każdego dobra ustala się na poziomie, odpowiadającym popytowi najsłabszego konsumenta i podaży najsłabszego wytwórcy. Każda cena zapewnia renty konsumenta silniejszym konsumentom, tym którzy byliby gotowi dać więcej i rentę producenta wytwórcom, wytwarzającym taniej” – konkludował Adam Krzyżanowski. 

Każda cena zapewnia zysk najsilniejszym konsumentom, którzy byliby skłonni zapłacić więcej za dane dobro i najlepszym producentom, którzy dane dobro wytwarzają najtaniej. Gdy mamy do czynienia z sytuację, w której wielu konsumentów gotowych byłoby zapłacić za dane dobro więcej, przerzucenie podatku jest stosunkowo łatwe. W sytuacji, gdy istnieją duże różnice kosztów ponoszonych przez poszczególnych producentów, a producenci produkujący najtaniej mają wolne moce przerobowe lub wejście na dany rynek nowego producenta mającego stosunkowo niskie koszty własne, przerzucenie podatku jest odpowiednio trudniejsze.

W większości przypadków teoretycy rozpatrywali dotąd możliwość przerzucenia jakiegoś konkretnego podatku. Tymczasem podatki jako takie, bez względu na to, czy obciążają majątek, dochód, obrót, pracę, czy kapitał rzutują na stosunki gospodarcze. Aby móc zapłacić jakikolwiek podatek, trzeba mieć z czego go zapłacić. Każdy podatnik uzyskujący jakiś dochód z takiego, czy innego źródła, po zwiększeniu jakichkolwiek obciążeń podatkowych, stara się w pierwszej kolejności zrekompensować stratę spowodowaną podwyższeniem podatku poprzez zwiększenie swoich przychodów z tego źródła, z którego ich zwiększenie jest najprostsze. Najczęściej odbywa się to poprzez podwyższenie ceny towaru lub usługi. Tak jak nie ma darmowych obiadów, tak też nie ma podatków, które nie byłyby koniec końców zapłacone przez ostatecznych konsumentów dóbr dostępnych na danym rynku.

Przerzucalne są nie tylko podatki pośrednie, ale także bezpośrednie, z podatkiem dochodowym na czele. Jak zauważył Andrzej Gomułowicz, „o ile jeszcze do niedawna doktryna podatkowa przerzucalnośc podatków odnosiła jedynie do opodatkowania pośredniego, o tyle obecnie trudno jest kwestionować tezę, iż dokonuje się również przerzucania ciężarów wynikających z opodatkowania bezpośredniego”. Konsument płaci de facto nie tylko cło i podatki importowe oraz VAT i akcyzę najbardziej rzutujące na cenę towaru, ale także podatek dochodowy, którym obłożony został sprzedawca. Stąd biorą się zawsze próby zwiększenia przychodu poprzez podwyżkę wynagrodzenia lub, w przypadku podatników prowadzących działalność gospodarczą, zwiększenie własnej marży. Nie należy do wyjątków sytuacja, w której wynagrodzenie dobrych i poszukiwanych pracowników opiewa na kwotę netto, co oznacza, że kwota brutto jest zwiększana wraz z każdym przekroczeniem progu podatkowego. W przypadku opodatkowania pracy kluczowe jest pytanie, czy w przypadku obłożenia podatkiem dochodowym płac pracowników, wymuszą oni podwyżki płac na przedsiębiorcach, a ci z kolei czy potrafią przerzucić wzrost kosztów z tytułu płac na ceny produktów i w ostateczności na konsumenta. W skali ogólnej zależy to oczywiście od stopnia elastyczności popytu i podaży siły roboczej, a w poszczególnych przypadkach od atrakcyjności danego pracownika.

W przypadku przedsiębiorców prowadzących działalność gospodarczą na własny rachunek sytuacja jest analogiczna. Jeżeli jakiś podatnik uzyskuje przychód w wysokości „100”, przy kosztach własnych „50”, co daje mu dochód w wysokości „50”, który jest opodatkowany stawką 10%, co oznacza zysk netto w wysokości „45”, to po zwiększeniu stawki podatkowej do 20% pierwszą reakcją będzie podwyższenie ceny towarów lub usług, aby zwiększyć przychód do kwoty „106.5”, co po opodatkowaniu przyniesie taki sam dochód netto („45”), jak przed zwiększeniem stawek podatkowych. Przed tego typu działaniem podatnika może powstrzymać jedynie bariera popytu. Jeżeli jednak podatnik na nią natrafi, to odbije się to również na przychodach państwa, czego najlepszym przykładem było podwyższanie ceł i podatków na samochody w latach 1991-1992. Choć stawki celne i podatkowe wzrosły wówczas do jednych z najwyższych w świecie, wpływy budżetowe z tytułu importu samochodów malały, gdyż radykalnie się on zmniejszył.

Przerzucanie podatku może być częściowe lub całkowite. Decydujące znaczenie ma w tym względzie ogólna sytuacja gospodarcza kraju oraz rynkowa pozycja danego podatnika, który podatki próbuje przerzucić.

W doktrynie wyróżnia się przerzucanie podatku „w przód lub wstecz”. Hurtownik w przykładzie Rybarskiego może podnieść cenę towaru dla detalistów, którzy z kolei zwiększą ceną płaconą ostatecznie przez konsumentów i wtedy mamy do czynienia z przerzuceniem podatku w przód, ku końcowi procesu produkcji. Krzyżanowski wprowadził w tym miejscu rozróżnienie przerzucalności pierwszego stopnia (bezpośrednie) na odbiorcę towarów lub usług i dalsze, gdy ten odbiorca przerzuca z kolei skutki podwyższonej ceny, jaką musiał zapłacić na kolejną grupę kontrahentów lub odbiorców finalnych. Hurtownik może też zażądać od swoich dostawców – producentów zwiększania rabatu i wtedy mamy do czynienia z podatkiem przerzuconym wstecz ku pierwszym etapom procesu produkcji. Na podstawie tego przykładu można stwierdzić, że chodzi nie o przerzucenie „czasowe”, ale przestrzenne. Przerzuca się podatki raczej „w bok” – na innego podatnika. Przy przerzuceniu podatku wprzód cena towaru rośnie, przy przerzuceniu wstecz – ulega obniżeniu. Jest to jednak możliwość czysto hipotetyczna, gdyż w dobie powszechnego opodatkowania dochodu i obrotu, zwyżka podatków dotyczy w tym samym stopniu, co hurtownika także jego dostawców. Przerzucanie odbywa się zatem w jedną stronę – na ostatecznego konsumenta poprzez zwiększenie ceny detalicznej. Zdaniem Witolda Modzelewskiego „przerzucanie polega na tym, że przy pomocy zmiany poziomu cen, wynagrodzeń lub innych kategorii ekonomicznych, na które podatnik ma lub może mieć wpływ, zwiększa on swoje przychody o całość lub część kwoty podatku (…) Ustawodawca podatkowy ma tylko niewielkie możliwości ograniczenia przerzucalności podatków. Może to jednak nastąpić przy pomocy instrumentów innych części prawa finansowego, a przede wszystkim poprzez prawne ograniczenia w swobodzie określania cen oraz prawną regulację wysokości wynagrodzeń i innych kosztów uzyskania przychodu”. Rzeczywiście można zwiększyć dochody (ale nie przychody) poprzez zmniejszenie kosztów (w tym kosztów wynagrodzenia). Nie jest to jednak „przerzucenie” podatku, lecz raczej „nadrobienie” podatku. Jako że już istnieje wynagrodzenie minimalne, a zmniejszanie wynagrodzeń wymaga wypowiedzenia warunków pracy i płacy, trudno sobie wyobrazić jeszcze jakieś inne rozwiązania prawne dotyczące możliwości ograniczenia wynagrodzeń w reakcji na podwyższenie podatku. Ustawodawca może ograniczyć przerzucalność podatków przy pomocy regulacji cen. Jest to jednak mechanizm znany i powszechnie stosowany w socjalistycznej gospodarce nakazowo-rozdzielczej. W gospodarce rynkowej, a takiej dotyczy analiza, gdyż podatki w socjalizmie to temat na zupełnie inne opracowanie, mechanizm regulacji cen może funkcjonować jako pewien wyłom w systemie, ale powszechne jego stosowanie jest trudne do wyobrażenia.

Najdziwniejsze jest to, że dziś ekonomiści zajmujący się podatkami na aspekt ich przerzucalności w ogóle, albo prawie w ogóle nie zwracają uwagi. A przecież „ekonomia jest nauką badającą wybory ludzkie. Człowiek to nie atom rządzony prawami mechaniki, bez własnego w tym udziału. Oryginalność człowieka na tle świata atomów, o której zapominają niekiedy twórcy przepisów podatkowych, polega na dokonywaniu przez niego nieustannych wyborów w oparciu o określonego przez niego cele. Fundamentem myślenia ekonomicznego jest przyjęcie założenia racjonalności działania uczestników wymiany, której podstawą jest zasada maksymalizacji. Oznacza ona, że przy wyznaczonym celu człowiek będzie się starał zminimalizować nakłady potrzebne dla jego osiągnięcia, a przy danych nakładach będzie się starał maksymalizować efekty swojego działania. Racjonalnie postępujący człowiek zgodnie z zasadą maksymalizacji stara się zminimalizować obciążenia podatkowe będące kosztem prowadzonej przez niego działalności. Można się więc spodziewać, że będzie się starał wykorzystywać wszystkie legalne możliwości unikania opodatkowania, a ewentualne działania zamierzające do uchylenia się od opodatkowania podejmie, lub nie, w zależności od kalkulacji potencjalnego zysku i ryzyka wykrycia nadużycia. Jeżeli potencjalny zysk jest duży, bo stawka podatkowa wysoka, a ryzyko niewysokie z uwagi na niewydolność aparatu skarbowego, to można się spodziewać, że podejmie działania ukierunkowane na zmniejszenie, choćby nielegalne, zobowiązań podatkowych.

Stratą nieobliczalną jest „ściśnienie możności rozwoju przedsiębiorstwa, tkwiące w zwyżce ceny, uskutecznionej gwoli przerzucenia podatku. Gdyby jej nie było, konsumpcja wzrastałaby szybciej, ewentualnie zmniejszałaby się w mniejszym stopniu. Zwyżka cen hamuje wzrost popytu. Obniża zyski wytwórcy. Zwyżka ceny o wysokość podatku wyrównuje damnum emergens, ale nie lucrum cessans. Nazywamy przerzuceniem całkowitym zwyżkę o wysokość podatku, pomijając stratę w procencie w myśl zasady: De minimis non curatur”. Tymczasem – jak pisał Krzyżanowski – „straty, które ponoszą przedsiębiorcy w razie przerzucenia podatku z powodu ujemnego wpływu zwyżki cen na zbyt produktów, a więc także na wysokość produkcji, bywają często pomijane, gdy chodzi o zdanie sprawy z całego obciążenia podatkowego. Jego wielkość nie jest równa kwotom wpłaconym do kas skarbowych z tytułu uiszczenia podatku. Te kwoty są widocznym obciążeniem podatkowym, obok którego istnieje niewidoczne i nieobliczalne, ukryte obciążenie. Przerzucone podatki są widoczną ofiarą ekonomiczną konsumentów, niewidoczną producentów, ponieważ podatki ograniczają ich możność zwiększenia wytwórczości”.

Jeżeli nie uda się przerzucenie podatku, dochodzi do jego kapitalizacji. Dobrym tego przykładem jest podatek spadkowy. Jego nałożenie nie wpływa na cenę poszczególnych składników majątkowych wchodzących w skład masy spadku, ani całego spadku jako takiego. Spadkobierca musi uiścić podatek spadkowy z własnego dochodu, albo zaciągnąć na ten cel pożyczkę. „W obu przypadkach nastąpi uszczuplenie kapitału przeznaczonego na cele wytwórcze – pisał Krzyżanowski. Wartości gospodarcze, które w ręku prywatnym były kapitałem, dostały się do kasy państwa. W ręku władz przestały być kapitałem. Władze nadają im przeważnie przeznaczenie konsumpcyjne. Wiadomo przecież, że państwo jest mało uzdolnione do wytwórczego zużycia dóbr.”


2008-10-29 9:10

O REAKCJACH PODATNIKÓW NA OPODATKOWANIE

Podatki, zwłaszcza wysokie, nie mogą pozostać bez wpływu na reakcje podatników. Jak zauważył Henry Hazlitt „podatki w nieunikniony sposób wpływają na postępowanie tych, od których są pobierane.” Reakcje podatników mają nie tylko podłoże czysto ekonomiczne. Bardzo często są uwarunkowane psychologicznie. Decydujące znaczenie ma dokonywana przez podatnika ocena jego zdolności do ponoszenia ciężaru podatkowego w kontekście jego własnej sytuacji ekonomicznej. Uwarunkowania ekonomiczne i psychologiczne rodzą zjawisko określane w doktrynie i potwierdzone w praktyce jako „przeciwreakcja” na nacisk fiskalny. Uwarunkowania ekonomiczne i psychologiczne wzajemnie ba siebie oddziałują: opodatkowanie napotyka granicę psychologiczną, gdy ciężar podatkowy rodzi dyskomfort ekonomiczny po stronie podatnika.

W doktrynie prawa podatkowego wyróżnia sześć różnych reakcji podatników:

1) dostosowanie się do podatku, czyli spełnienie obowiązku podatkowego

2) nadrobienie podatku

3) przerzucanie podatku

4) legalne unikanie podatku

5) nielegalne uchylanie się podatku

6) wycofanie się z działalności będącej przedmiotem opodatkowania.

Takie stanowisko zakłada, że podatnicy przyjmą zwiększenie podatków jak dopust Boży i ich podstawową reakcją jest „dostosowanie się do podatku”, co najwyżej rodzi tendencję do pracy cięższej i dłuższej dla utrzymania poziomu dochodu netto po jego opodatkowaniu lub „nadrobienia podatku” czyli dokonywania usprawnień w firmie prowadzących do obniżenia kosztów, zwiększenia produkcji lub sprzedaży po to, aby korzyści stąd płynące zrekompensowały wzrost obciążeń.

Nawet gdyby podatnicy zareagowali w taki sposób, to ich cięższa praca i tak przyniosłaby gorsze wyniki ekonomiczne i generalne zmniejszenie produkcji. Jeżeli bowiem jakiś przedsiębiorca operuje na skraju opłacalności z punktu widzenia marży jednostkowej, podwyższenie stawki podatkowej zmusza go do przejścia do szarej strefy lub zaniechania działalności gospodarczej. „Czy można powiedzieć – pytał już dwieście lat temu Jean-Baptiste Say – że konieczność uiszczenia podatku zmusza klasę ludzi pracujących do podwojenia wysiłków, co powoduje wzrost produkcji? Przede wszystkim należy zauważyć, że same wysiłki nie wystarczą, aby produkować; do tego potrzebne są jeszcze kapitały, a podatek jest tym, co utrudnia oszczędność, z której powstają kapitały”.

Naukowa teza o zmniejszaniu przez podatników kosztów w reakcji na zwiększenie podatków świadczy o całkowitym oderwaniu nauki od rzeczywistości gospodarczej.. Obniżenie kosztów zwiększa bowiem zysk brutto do opodatkowania. O wiele powszechniejsza jest więc reakcja odwrotna: zwiększania kosztów aby zmniejszyć dochód. Podejmowane są wówczas dość pochopne zakupy, które nie mają dostatecznego uzasadnienia ekonomicznego, a opierają się jedynie na kalkulacji podatkowej. Jeżeli zaś dany system podatkowy przewiduje też jakieś ulgi inwestycyjne, to skłonność dokonywania nie zawsze potrzebnych wydatków będzie tym większa.

Żadne usprawnienie produkcji nie zrekompensuje zresztą straty spowodowanej zwiększeniem stawek podatkowych. Podatnicy prowadzący małe i średnie przedsiębiorstwa w swej reakcji psychologicznej na opodatkowanie biorą pod uwagę wysokość podatku. Ich najpowszechniejszą reakcją na zwiększone stawki podatkowe w podatku dochodowym jest próba zwiększenia cen.

Podatnik ma najczęściej wybór pomiędzy przystosowaniem się do podatku poprzez wypełnienie obowiązku podatkowego lub też podjęcie próby jego przerzucenia, uniknięcia lub uchylenia się od opodatkowania. Ocena, która reakcja jest powszechniejsza dokonana może być w oparciu o modele teoretyczne odnoszące się do natury zachowań ludzkich i/lub poprzez empiryczną obserwację tych zachowań. Lionel Robbins stwierdził onegdaj, że ekonomia jest nauką badającą wybory ludzkie odnoszące się do relacji pomiędzy celami i rzadkimi środkami mającymi alternatywne zastosowania. Tak rozumiana ekonomia przyjmuje pewną koncepcję człowieka, wyraźnie odróżniającego się od świata przyrody, który jest zdeterminowany prawami fizyki. Oryginalność ludzi na tle świata przyrody polega na ich zdolności dokonywania wyborów w oparciu o określone przez nich samych cele. A wybory te dokonywane są zgodnie z zasadą maksymalizacji, która oznacza, że:

(i) człowiek zmierza do osiągnięcia postawionego sobie celu przy pomocy jak najmniejszego nakładu, wystarczającego do osiągnięcia tego celu, albo

(ii) przy danej ilości nakładu, człowiek stara się maksymalizować swoje cele.

W gospodarce celem prowadzonej działalności jest osiągnięcie zysku. Płacone podatki są zaś niezbędnym nakładem obciążającym zysk brutto. Można wiec postawić tezę, że człowiek będzie się raczej starał nakład ten zminimalizować. Zważywszy, że płacenie podatku powoduje uczucie przykrości, nie mogą dziwić reakcje podatników zmierzające do minimalizacji obciążeń podatkowych. Ten model teoretyczny potwierdzają także obserwacje empiryczne dotyczące zachowań podatników w reakcji na obciążenia podatkowe. Legalne unikanie podatku oznacza wykorzystywanie przepisów prawnych stwarzających możliwość zmniejszenia ciężaru podatkowego dzięki różnego rodzaju ulgom, zwolnieniom bądź wyłączeniom podatkowym. Możliwe jest także wykorzystywanie istniejących luk w prawie, o co tym łatwiej im bardziej skomplikowany jest system podatkowy z uwagi właśnie na owe liczne ulgi, zwolnienia i wyłączenia. Tego typu działanie frater legem pozostaje legalnym. Polega ono na „korzystaniu z okazji stwarzanych przez prawo dających preferencje pewnego rodzaju wydatkom czy inwestycjom – piszą Robert Hall i Alvin Rabushka. Problem polega na tym, dodają ci sami autorzy, „że wyższe stawki podatkowe skłaniają inwestorów do zajmowania się raczej podatkową stroną przedsięwzięcia niż jego przydatnością gospodarczą”.

Unikanie podatków to kosztowny interes. „Wiele największych umysłów z dziedziny prawa i księgowości nieustannie pracuje nad wyszukiwaniem luk w przepisach podatkowych. Następnie tworzą narzędzia inwestycyjne, aby te luki wykorzystać, trąca czas i pieniądze, aby sprzedać inwestycję opłacalna podatkowo potencjalnym inwestorom, a w końcu stoją na straży, broniąc ich przed interwencjami urzędów skarbowych. Nie można tego nazwać działalnością produktywną w sensie tworzenia czegoś o jakiejkolwiek wartości dla społeczeństwa. Ich jedynym celem pomoc pewnym podatnikom, aby zapłacili mniejszy podatek. Koszt rzeczywisty to towary i usługi, jakich mogliby ci utalentowani ludzie dostarczyć, gdyby nie poświęcali życia na przekopywanie systemu podatkowego” – piszą Robert Hall i Alvin Rabushka.

Nielegalne jest natomiast podejmowanie działań contra legem, czyli uchylanie się od podatków – „uprzejme określenie oszustwa”. Powinno to być rzeczą wstydliwą i powodem do ujmy. Niestety polityka podatkowa współczesnych państw, która ma coraz więcej wspólnego z wywłaszczaniem niektórych obywateli, a nie z opodatkowywaniem, sprawia, że uchylanie się od podatków staje się powodem do dumy i przechwalania się w towarzystwie. Dzieje się tak zawsze, gdy system podatkowy odbierany jest przez społeczeństwo jako niesprawiedliwy. Można powiedzieć, że tak odbierany jest właśnie polski system podatkowy, czego przejawem jest rozmiar szarej strefy oraz ilość wykrywanych nadużyć podatkowym w przedsiębiorstwach prowadzących zarejestrowaną działalność gospodarczą. Prawdą jest, że obowiązuje „zasada Andreja Wyszyńskiego”, stalinowskiego prokuratora, który powiadał: „dajcie mi człowieka, a znajdę mu parafkę”. W tak skomplikowanym i niejasnym systemie podatkowym, jaki obowiązuje w Polsce, na każdego podatnika można znaleźć „parafkę”. Wobec tego duża część wykrywanych nieprawidłowości podatkowych wcale nie musi być wynikiem oszustwa. Jednakże wiele z nich to rzeczywisty efekt działań zmierzających do ukrycia przychodu lub nielegalnego podwyższania kosztów. Ukrywanie przychodu może polegać na nie ujawnianiu majątku stanowiącego przedmiot opodatkowania, co jest najczęściej spotykane w przypadku podatku od spadków, nie wystawianie lub nie księgowanie faktur, najczęściej spotykane u przedstawicieli wolnych zawodów i wystawianie rachunków bez sprzedaży w celu obniżenia podatku VAT. Podwyższanie kosztów polega na zaliczaniu w koszt prowadzonej działalności gospodarczej wydatków osobistych właściciela, wspólnika lub członków władz spółek prawa handlowego, podwyższanie amortyzacji lub zaliczanie do kosztów zakupów środków trwałych, które powinny być amortyzowane, poprzez rozbijanie rachunku na kilka mniejszych części. Częstym sposobem zawyżania kosztów jest także księgowanie fikcyjnych lub wręcz fałszywych rachunków oraz dokonywanie transferów za granicę do tak zwanych rajów podatkowych jako zapłaty za fikcyjne usługi lub nawet towary. Służy do tego zawyżanie cen za towary zwolnione z cła. Gdy nie trzeba płacić w Polsce cła, albo gdy stawka celna jest stosunkowo niska, opłaca się kupić towar za pośrednictwem spółki zarejestrowanej w raju podatkowym, która odbiorcy polskiemu wystawia fakturę odpowiednio podwyższoną. Podatek VAT i tak podlega odliczeniu. Zatem nawet po zapłaceniu 10 czy 15% cła zysk w porównaniu z podatkiem dochodowym pozostaje znaczący. A jest on tym większy, gdy uda się nabyć jakiś towar z cła w ogóle zwolniony. W ten sposób dokonuje się transfer zysku przed jego opodatkowaniem. Postępują tak zarówno inwestorzy zagraniczni, którzy wykorzystują w tym celu swoje spółki zarejestrowane w tak zwanych rajach podatkowych, jak i przedsiębiorcy polscy, którzy dodatkowo naruszają nie tylko przepisy podatkowe, ale także dewizowe, gdyż udziały w spółkach zagranicznych przez lata obejmowali przeważnie bez informowania o tym Narodowego Banku Polskiego.

Według danych amerykańskiego programu mierzenia wypełniania obowiązków podatkowych przez podatnika aż 90% niezapłaconych podatków jest wynikiem „składania nieuczciwych zeznań z uczciwej działalności”. W Stanach Zjednoczonych 70% oszustw polega na zaniżaniu obrotu, 17% na zawyżaniu kosztów, 9% na zwykłym niezapłaceniu podatku, a tylko 4% na nie składaniu zeznań podatkowych. W Polsce proporcje te kształtują się inaczej. Z uwagi na marginalne znaczenie nielegalnych źródeł przychodów, takich jak handel bronią, czy narkotykami jeszcze większy procent oszustw jest nie tylko wynikiem składania fałszywych zeznań, ale także nie składania ich w ogóle. Zdecydowanie więcej jest też podejmowanych działań zmierzających do zawyżenia kosztów. Kontrole UKS i US kwestionują zazwyczaj nieprawidłowe koszty takie jak zawyżanie stawek amortyzacyjnych, czy zaliczanie w koszty działalności gospodarczej wydatków prywatnych.

Im silniejsza jest pokusa uchylania się od obowiązku podatkowego, tym większe prawdopodobieństwo, że wielu podatników ulegnie tej pokusie. A siła tej pokusy jest wypadkową stopnia skomplikowania systemu podatkowego i efektywności działania aparatu kontroli skarbowej, czyli jednym słowem ryzyka wpadki z jednej strony oraz rozmiaru spodziewanego zysku - czyli wysokości zobowiązania, którego próbuje się uniknąć, z drugiej strony. Zbyt wysokie podatki są więc same w sobie zachętą do tego, aby ich nie płacić. Jak pisał prawie siedemdziesiąt lat temu Roman Rybarski, „moralność podatku jest w odwrotnym stosunku do wysokości podatku; im podatki są wyższe, tym mniejsza jest moralność”. Czasami przy podwyższaniu podatku wzrost „defraudacji podatkowych” czyni podatek zupełnie iluzorycznym, nie opłaca się podwyżka, bo ludzie dochód zaczynają ukrywać Skomplikowanie przepisów podatkowych stanowi zaś doskonałe pole do działania dla osób podejmujących ryzyko ucieczki przed fiskusem.

Podatnicy, którzy nie chcą podejmować działań nielegalnych mogą jeszcze, całkowicie zgodnie z prawem, zaniechać opodatkowanej działalności. „Wprowadza się podwyższony podatek od elektryczności – wolno jest każdemu reagować w ten sposób, że się posługuje naftą. Wprowadza się podwyżkę innych artykułów konsumpcji – wolno jest zlikwidować konsumpcję” – pisał Roman Rybarski. Dziś wielu podatników reaguje podobnie, o czym świadczy choćby wzmożone zainteresowanie kierowców instalacją gazową do napędu samochodów po każdej podwyżce akcyzy na paliwa silnikowe. Czasami ustawodawca wprowadzając drakońskie podatki zmierza do takiego właśnie celu, jak najprawdopodobniej było na początku lat dziewięćdziesiątych z cłami na samochody osobowe, które miały zachęcić Fiata i General Motors do inwestycji w Polsce. Zdarza się jednak również, że reakcja podatników polegająca na ograniczeniu produkcji czy konsumpcji jest przez władzę wcale niezamierzona. Niestety, dla zdecydowanej większości polskich podatników z sektora małych i średnich przedsiębiorstw, taka reakcja na opodatkowanie nie wchodzi w grę – gdyż prowadzona przez nich działalność gospodarcza jest jedynym źródłem utrzymania. „Wycofanie się z działalności” może w ich przypadku oznaczać jedynie przeniesienie się do szarej strefy.

Reakcje podatników na obciążenia podatkowe są podyktowane subiektywnym postrzeganiem przez nich ciężaru podatkowego, który wyraża suma podatków zmniejszająca dochód podatnika, będąca różnicą między dochodem, który byłby do dyspozycji podatnika, gdyby nie trzeba było płacić podatku, a dochodem rzeczywistym, czyli tym, którym podatnik dysponuje po opłaceniu podatków. Rację miał Tomasz z Akwinu pisząc, że „gdy panujący wymuszają coś przy użyciu przemocy w sposób niewłaściwy, to jest to rabunek taki sam, jak rozbój na drodze”. A rabunkowi ludzie będą się zawsze sprzeciwiali.

Co więcej, niektóre instytucje podatkowe stwarzają w podatnikach poczucie niezadowolenia. Zdaniem Jamesa Buchanana do instytucji takich można zaliczyć progresję w opodatkowaniu dochodów osobistych, która wyzwala poczucie zbytniego obciążenia podatkowego związane ze skłonnością do myślenia podatników w kategoriach marginalnych stóp podatkowych. Progresja wywołuje bowiem przeświadczenie, że dobra i usługi publiczne dostępne są w ramach jakiegoś schematu „negatywnego dyskonta ilościowego”, to jest po jakiejś rosnącej cenie marginalnej.

Niezwykle istotnym elementem rzutującym na zachowania podatników są ich odczucia dotyczące wydawania ich pieniędzy. Jak pokazują badania Rzeczpospolitej, na dziesięciu Polaków sześciu nie ufa osobom odpowiedzialnym za dysponowania publicznymi, czyli swoimi, odebranymi im w formie podatków, pieniędzmi. Zdecydowanie zwiększa to dyskomfort podatnika i zwiększa skłonność do nie oddawania pieniędzy w ręce osób, do których nie ma się zaufania. Trzy czwarte badanych uważa, że ludzie wydający pieniądze publiczne nieuczciwie się bogacą. Zdecydowana mniejszość, bo tylko 26% sądzi, iż środki publiczne są wydawane dla pożytku ogółu obywateli. Zdaniem 3% respondentów dla dobra publicznego nie wydaje się ze środków publicznych nic, a prawie 9% uważa, że „prawie nic”. Według 29% badanych przeznacza się na ten cel mniejszą część wspólnych środków, a według 20% „mniej więcej połowę”. 13% respondentów nie ma na ten temat swojego zdania. A zatem aż 61% badanych ma wątpliwości co do sposobu wydawania co najmniej połowy środków budżetowych. Jak w takiej sytuacji mogą nie unikać, lub wręcz uchylać się od opodatkowania? Warto podkreślić, że badania te przeprowadzono w okresie apogeum popularności rządu Leszka Millera zaraz po wyborach parlamentarnych w roku 2001, gdy wyborcy mieli nadzieję, że nowy rząd położy kres ujawnionym zjawiskom korupcji z ostatniego okresu funkcjonowania rządu Jerzego Buzka. Po ujawnieniu kolejnych afer finansowych, gdy zaufanie do kolejnego rządu dramatycznie spadło, ilość podatników przekonanych, że ich podatki są defraudowane dramatycznie wzrosła. Badania CBOS z 4-7 kwietnia 2003 roku pokazały, że aż 87% Polaków sądzi, że politycy dbają przede wszystkim o własne interesy, 77% uważa, że politycy są nieuczciwi. Od roku 1993 z 22% do 6% zmniejszyła się liczba osób wierzących, że politycy to ideowcy, chcący zrobić coś dobrego dla kraju. Z 31% do 52% wzrosła liczba osób twierdzących, że polityka przyciąga ludzi ze względu na pieniądze. 75% respondentów uważa, że mimo politycznych różnic, politycy tworzą jedną zorganizowana sitwę. Przed tak ocenianym państwem podatnicy bronią się jak przed złodziejem – wszelkimi dostępnymi środkami.

 


2008-10-28 21:00

JESZCZE RAZ O KOSZTACH PRACY

W związku z komentarzami na temat wysokości realnego opodatkowania, pozwolę sobie zauważyć, że statystyczny podatnik Iksiński płaci w Polsce podatki w wysokości mniej więcej 48% swojego przychodu – tyle wynosi od lat stosunek PKB do wysokości wydatków publicznych, które przecież mogą być finansowane tylko i wyłącznie z kieszeni podatników. Jest to zresztą metodologia wyznaczania Dnia Wolności Podatkowej.

Ale jest jeszcze podatnik Igrekowski, który właśnie skończył szkołę i poszedł do pracy. Jego pracodawca wyliczył sobie, że na zatrudnienie Igrekowskiego może ponieść KOSZT BRUTTO 3,6 tys. PLN. Ale Igrekowski otrzyma z tego 2 tys. PLN. 1,6 tys. PLN pracodawca  (oczywiście tylko wtedy gdy zatrudnia Iksińskiego legalnie) zapłaci do urzędu skarbowego (zaliczka na PIT) i do ZUS (wszystkie obowiązkowe składki ubezpieczeniowe podstawą naliczania których jest wynagrodzenie Igrekowskiego).

Ale ekonomia to nauka o ludzkim działaniu – jak słusznie twierdzili „Austriacy” – o celach i pobudkach. Dlatego Igrekowski ma „gdzieś” ile płaci za jego pracę pracodawca. Dla niego istotne jest to, ile otrzymuje „do kieszeni”. Jak zestawimy owe 2 tys. PLN netto, które otrzymał on od swojego pracodawcy, z kwotą 1,6 tys. PLN, którą do budżetu odprowadził jego pracodawca, to jest to właśnie 80%.

Ale można jeszcze bardziej radykalnie. Igrekowski jest przecież ostatecznym płatnikiem podatku VAT – bo przecież pracodawca, który go zatrudnia, podobnie jak wszyscy inni przedsiębiorcy, nie płaci tego podatku, tylko go „odprowadza”. Znaczna część konsumpcji statystycznego Igrekowskiego to żywność opodatkowana pomniejszoną stawką VAT. Wydając 2 tys. PLN na konsumpcję Igrekowski zapłaci więc około 0,25-0,35 tys. PLN podatków pośrednich. A zatem za pracę, którą pracodawca wycenił na 3,6 tys. PLN, Igrekowski „generuje” własny popyt na dobra o wartości netto 1,65-1,75 tys. PLN. A zatem z wynagrodzenia za pracę Igrekowskiego w wysokości 3,6 tys. PLN państwo zabrało mu w postaci podatków bezpośrednich i pośrednich 1,85-1,95 tys. PLN – czyli około 53%. Ale jak policzymy „od dołu” czyli porównamy zdolność konsumpcyjną netto Igrekowskiego (1,65 tys. PLN) do tego co państwo zainkasowała z jego wynagrodzenia (1,95 tys. PLN) to wyjdzie 118%!!! A musimy jeszcze pamiętać, że większość podatków jest przerzucana. Dlatego w cenie dóbr za które płaci Igrekowski tkwią nie tylko podatki pośrednie obciążające ich sprzedaż, ale także podatki bezpośrednie stanowiące koszt sprzedawcy – jego podatek dochodowy oraz podatki dochodowe i składki ubezpieczeniowe jego pracowników! Dlatego śmiało można powiedzieć, że w owych 1,65-1,75 tys. PLN, które Igrekowski wydał na zakupione przez siebie dobra, około 0,2-0,3 tys. PLN to nie bezpośredni koszt wytwórcy tych dóbr, ani jego marża, tylko koszt płaconych przez niego podatków.

 


2008-10-28 8:40

BIAŁE KOŁNIERZYKI

Jak informuje „The London Paper”, a za nim WP, sklepy odzieżowe w londyńskim City odnotowały wzmożony popyt na białe męskie koszule. Jest to efekt odwrotu giełdowych dealerów od modnych w czasach boomu kredytowego kanarkowych, jaskrawych barw, kojarzonych z drapieżnością i chciwością.

Od czasu kryzysu, który na dobre rozgościł się w City w sierpniu, sieć Debehams odnotowała wzrost sprzedaży białych koszul o 50%. Inna sieć sklepów – Thomas Pink – otworzyła specjalny dział z białymi koszulami w jednej z najdroższych dzielnic brytyjskiej metropolii, Mayfair.

Zarówno producenci jak i sprzedawcy mają dla swoich klientów dobre rady. Menedżera firmy produkującej męskie koszule i szef działu zakupów w dziale męskiej odzieży radzą swoim klientom z City, że należy unikać koszul z taniego materiału (a jakże) i je często zmieniać (zwłaszcza teraz, bo się pewnie dealerzy bardziej pocą).

Jest to w sumie pocieszające, bo jak ich stać na nowe koszule i to jeszcze z drogich materiałów w sklepach z najdroższych dzielnic, to chyba znak, że Plan Paulsona zaczął przynosić już pierwsze pozytywne rezultaty :)

 


2008-10-27 22:30

JAKA W KOŃCU JEST TA KONDYCJA POLSKICH BANKÓW?

Od kilku tygodni słychać było zewsząd, że polskie banki są w doskonałej kondycji finansowej i nic im nie grozi. Słowem oaza spokoju na oceanie chaosu. Aż tu dzisiaj czytam, że „sytuacja jest poważna. NBP i rząd wspólnie muszą coś zrobić, nie ma czasu do stracenia” i że potrzebne są „rządowe gwarancje na kredyty międzybankowe”.

To aż tak dobrze jest?

Skoro wszystkie banki mają kasę, to skąd ten brak zaufania do siebie nawzajem? Może jakaś terapia grupowa dla zarządów?

Banki podobno nie pożyczają sobie nawzajem, bo im „matki” nie pozwoliły. Poczytajcie sobie Panowie Prezesi statuty własnych firm, kodeks spółek handlowych i prawo bankowe. Spółka „matka” to sobie może… Oczywiście może was wyrzucić z roboty i nic więcej, ale chyba jakieś “złote spadochrony ” to Wy macie? A skoro jesteście takimi menadżerami na schwał, to nie powinniście mieć najmniejszych problemów ze znalezieniem na rynku roboty.

Chyba, że ten brak zaufania wynika z przypuszczenia, że u „nich” może być tak samo „dobrze” jak u „nas”, więc lepiej bez gwarancji rządowych im nic nie pożyczać? A te 18,5% zysku w III kwartale 2008, który wypracowały banki, to zupełnie co innego niż realna forsa w kasie?


2008-10-26 23:30

BARYŁKĄ PO GOSPODARCE

W 2003 roku na Forum w Davos, M. Chodorkowski stwierdził, że fair price na ropę rosyjską powinno kształtować się na poziomie 23-25 $/b. W tym samym mniej więcej czasie szef OPEC utrzymywał, że fair price na lekką ropę arabską leży w przedziale 25-28 $/b. Czyli – co do zasady – górna granica widełek na ropę rosyjską jest dolną granicą widełek na ropę arabską przy rozpiętości 2-3 $/b dla każdej z nich.

Co się stało od 2003 roku? Zużycie ropy wzrosło – zwłaszcza w Chinach i Indiach. Ale nie na tyle, żeby uzasadniać skok cenowy do 147 $/b. Co prawda powiały jakieś huragany, terroryści wysadzili jakiś rurociąg, ale to w dalszym ciągu nie wyjaśniało tak gigantycznego wzrostu cen ropy z punktu widzenia prawa podaży i popytu. W czerwcu 2008 roku, gdy cena ropy doszła do 145 $/b większość kontraktów na NYMEX zawierana była nie na ropę, tylko na kontrakty terminowe na ropę. Co więcej, 80% transakcji nie było przeprowadzanych przez rafinerie, które ropę przerabiają, tylko przez „instytucje finansowe”. Te „instytucje” miały pakiety akcji w spółkach naftowych. A cena ropy naftowej z 30 czerwca plus tak zwany trend cenowy (jak cena rośnie, to niektórzy przyjmują za wartość całych zapasów cenę z baryłki z ostatniego dnia kwartału) to podstawa wyceny zapasów w wynikach spółek naftowych II kwartału.

To była ewidentna próba wykazywania wirtualnych zysków w jakimś nowym obszarze, bo już wiadomo było, że „balonik nieruchomościowy” pęka. Surowce i żywność nadawały się do tego najlepiej. Co prawda, niektórzy uważają, że ropa się kończy i dlatego jej ceny mogą tylko rosnąć (zgodnie z zasadą malejącej podaży) ale, po pierwsze są tacy naukowcy, którzy twierdzą, że ropa jest pochodzenia chemicznego, a nie organicznego, po drugie, zgodnie z przewidywaniami z lat 60-tych XX wieku dziś już jej w ogóle nie powinno być, a z czysto ekonomicznego punktu widzenia, to którzy gracze giełdowi podejmują decyzję w oparciu o założenia co będzie za 25 lat? Więc cena ropy z końca czerwca 2008 to raczej była czysta spekulacja, a nie efekt „peak oil”.

 


2008-10-26 21:00

MOJE C.V.

Zastanawiałem się, czy odpowiadać na zaczepki, ale tak, jak na samym początku pisania bloga, raz wyjaśniłem sprawę swojej ortografii, tak teraz, raz jeden, kilka słów o moim życiorysie zawodowym:

Nigdy nie był on żadną tajemnicą – jest w Internecie. Co więcej, uważam, że mam się czym chwalić. Nie mogę się tylko oprzeć, żeby napisać, że w kancelarii Smoktunowicz&Falandysz pracowałem do roku 2002, kiedy Mecenas Smoktunowicz postanowił zostać Senatorem RP. Niezależnym członkiem rad nadzorczych jestem zaś nie tylko w Polsacie Cyfrowym, ale jeszcze w paru innych spółkach.

Wiedzę mogę wykorzystywać jako poborca podatkowy albo jako doradca podatkowy :) Wybrałem to drugie bo jestem za niskimi podatkami :) A jakby któryś rząd zechciał mnie posłuchać i uprościć system podatkowy, to z głodu nie umrę, bo znam się jeszcze na kliku innych rzeczach.

Nigdzie nie zamierzam kandydować, nie muszę więc się „tłumaczyć” ani ze swoich klientów, ani z tego ile płacę alimentów lub w inny sposób schlebiać potencjalnym wyborcom żeby zechcieli na mnie zagłosować. Jak na razie niektórzy głosują „kliknięciami”, wchodząc kilka razy dziennie na mojego bloga i to pod różnymi nikami. Ciekawe czy z czystego masochizmu, skoro tak mnie nie lubią, czy raczej z obowiązku służbowego :)

Co do uwag pod adresem Centrum Adama Smitha, to jest to raczej “pospolite ruszenie ” [o czym świadczą choćby powtarzające się pytania o nie działającą stronę internetową :)] a nie “armia zaciężna “, choć był już taki czas, gdy niektórzy posłowie SLD na sali Sejmowej pytali się, czy nie finansuje nas CIA. Każdy z nas, mając własne źródło dochodu, ma na „konia” i „giermka” aby ruszyć na wojnę w sprawie, którą uważa za słuszną. Ciągle, niestety, przegrywamy z regularnym, dobrze opłacanym, wojskiem, ale nie mamy zamiaru rezygnować…

Zgodnie z ideą wolności można sobie pisać na moim blogu co się chce…


2008-10-25 12:00

DO “MAESTRO ” GREENSPANA I DZIENNIKARZY

W trakcie przesłuchania w Kongresie „Maestro” (taki tytuł nosiła jego biografia) Alan Greenspan stwierdził, że kierując Fed popełnił błąd „zakładając, że banki we własnym interesie będą same zdolne chronić swoich udziałowców i swoje aktywa”. „Myliliśmy się w bardzo wielu przypadkach” – dodał.  „Do dziś nie mogę zrozumieć, co się stało.”

Drogi Alanie!

Trzeba było się spytać liberałów, a nie używać liberalnego języka do uzasadniania nieliberalnej polityki. Jak u Orwella ministerstwo wojny nazywało się ministerstwem pokoju, a wy wolnym rynkiem nazywaliście podejmowane przez siebie dyskrecjonalne decyzje o cenie pieniądza – czyli wysokości stóp procentowych. Do dziś nie możesz zrozumieć co się stało, tak, jak wyznawcy nie mogli zrozumieć, że ziemia jest okrągła i to ona krąży dookoła słońca. Wystarczy przyjąć do wiadomości, że to nie papierowy pieniądz jest centrum gospodarczego wszechświata i wszystko będzie jasne.

Nie wiedziałeś biedaku, że „domy potanieją”? A od kiedy to, ceny podążają tylko w jedną stronę? Nawet „zaklinacze pieniądza” z Wall Street, w swoich szamańskich sztuczkach podobni do „zaklinaczy deszczu” z wyspy „Hula-Kula” nie potrafią tego sprawić.

And by the way: skoro podstawowym problemem jest to, że nieruchomości potaniały, to może zamiast pompować biliony do banków nich rządy, w ramach budowania „nowej polityki gospodarczej”, wprowadzą minimalne ceny metra kwadratowego! Skoro mamy „minimalne wynagrodzenia” (w Polsce nawet niedawno zostały one podwyższone), to dlaczego nie możemy mieć „minimalnej ceny metra kwadratowego” domu?

Szkoda tylko, że dziennikarze relacjonujący Twoje żałosne występy przed Kongresem pisali, że potwierdziłeś klęskę neoliberalizmu i wolnego rynku, mimo że stwierdziłeś, że to TY popełniłeś błąd. „Niewidzialna ręka wolnego rynku” stała się „widzialną ręką Alana Greenspana.”!

Drodzy dziennikarze!

Zanim weźmiecie się za pisanie o „kryzysie” na rynkach finansowych, który został spowodowany tym, że domy potaniały, przeczytajcie „Ekonomię polityczną” Misesa, „Nadużycie rozumu” Hayeka, czy „Tajniki bankowości” Rothbarda. A jak nie czytaliście tych książek, to może lepiej piszcie o tym co było i będzie w którymś odcinku jakiegoś „kultowego” serialu.