Chyba już nigdy nie zmądrzejemy. Po bankructwie „Braci Lehmańskich” w telewizorach na całym świecie pełno gadających głów tak zwanych „analityków finansowych”, którzy nie bardzo wiedzą co mówić. Więc plotą o kryzysie. A to nie kryzys. To rezultat – że pozwolę sobie sparafrazować nieodżałowanego Kisiela. Od czasu gdy wypowiedział on tę sentencję w odniesieniu do kryzysu w gospodarce socjalistycznej nic się nie zmieniło. Również w przypadku socjalizmu panującego na Giełdzie Nowojorskiej.
Oczywiście nie brakuje dziś deklaracji różnych guru „alterglobalizmu”, którzy obwieścili, że sprawdzają się właśnie ich przewidywania o kryzysie „neoliberalizmu” i gospodarki „wolnorynkowej”!!! Winą za „kryzys” obarczyli administrację Busha „za brak nadzoru” i nadmierną „liberalizację” rynków finansowych.
Karol Marks twierdził, że w kapitalizmie mamy do czynienia z kryzysem nadprodukcji. Więc ciśnie mi się pytanie: czegoż to mamy dziś za dużo? Instrumentów pochodnych, derywatów, futursów i innych takich. Tylko co one mają wspólnego z liberalizmem i wolnym rynkiem, na którym pieniądz jest jedynie miernikiem wartości a nie wartością samą w sobie? Karol Marks miał zdaje się rację w jednym: władzę bankierów powinna zmieść jakaś rewolucja. Ale na to się, niestety nie zanosi. Dziś ci, którzy nie zdążyli się „zapakować” w kredyty subprime – i bardzo tego żałowali – odgrywają rolę „mędrców”, którzy byli ostrożni i teraz zastąpią „skompromitowanych” menadżerów bankowych.
„…Nie pieniądz ale tylko reprezentowane przezeń dobra stanowią dochód jednostki albo społeczeństwa” – pisał Adam Smith w „Badaniach nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”. Ale to przecież było ponad 200 lat temu. Ten właśnie argument, że nie możemy się „cofnąć” w ekonomii do połowy osiemnastego wieku, pozwalał przez ostatnie lata przedstawicielom „rynków finansowych” ramię w ramię z przedstawicielami „alterglobalistów” i innych komunistów, dyskredytowć poglądy zarówno klasycznej szkoły manchesterskiej, jak i austriackiej (choć to już była połowa dwudziestego wieku) i pompować kolejne bański spekulacyjne w imię teorii, że wszystko można wyprodukować, pod warunkiem, że ktoś to kupi. Zgodnie z tą teorią tworzono różne „instrumenty pochodne”, żeby ludzie mogli „kupować”. Problem polega jednak na tym, że w dłuższej perspektywie w „realu” siła naszego popytu wynosi tyle, ile wartość dóbr lub usług przez nas dostarczonych na rynek, a nie tyle, ile ktoś nam zapisze w jakimś komputerze „świadectw udziałowych”.
P.S. Czy zwróciliście Państwo uwagę, że ofertę Bank of America nabycia akcji Merrill Lynch przyjął…. zarząd „Merrilla”. A taki naiwny „wolnorynkowy liberał” pewnie sądzi, że akcje to mają akcjonariusze – a zarządy to tylko zarządzają!
P.S. 2 Kilka dni temu poszedłem sobie na lunch robiąc przy okazji „prasówkę” i musiałem się bardzo starać, żeby nie słyszeć co facet przy stoliku obok wygadywał do kilku słuchających go osób na temat inwestycji w nowe „struktury” – czyli różne „strukturyzowane produkty finansowe”. Dotąd korzystały z nich jedynie „instytucje finansowe”. Tak, tak… Lehman and „consortes”. Dziś zaczęto je oferować klientom indywidualnym, żeby powstrzymać wycofywanie środków z funduszy inwestycyjnych. Są to „produkty”, które dają możliwość zarabiania na rynku kapitałowym z jednoczesnym ograniczeniem do minimum ewentualnej straty zainwestowanych pieniędzy (100% gwarancja kapitału). Ich specyfika polega na tym, że inwestor uczestniczy w zyskach zależnych od instrumentu bazowego (underlying), czyli instrumentu finansowego, na którym oparty jest dany produkt strukturyzowany. Mogą to być indeksy giełdowe, akcje wybranych spółek, ceny towarów rolnych, surowców, metali szlachetnych, walut obcych czy nawet – funduszy inwestycyjnych. Zrozumiałe? Nie? I właśnie o to chodzi. Nie trzeba rozumieć – trzeba inwestować ciesząc się, że nasze pieniądze są bezpieczne. Pewnie tak samo, jak inwestycje Lehmana. Produkty te zaczęły być oferowane klientom indywidualnym po tym, gdy spanikowane sytuacją na „rynkach finansowych” banki centralne dodrukowały setki miliardów dolarów, funtów i euro, żeby ratować płynność „instytucji finansowych”. A więc tak naprawdę, to gwarancja ochrony kapitału jest gwarancją straty jedynie tych kilku procent – tyle ile wynosi inflacja. Ale i to jest nie do końca prawdą, gdyż opiera się na przekonaniu, że jak znowu będzie „wtopa” podobna do tej, jaką odnotowaliśmy na subprimach, to banki centralne uruchomią „tani” pieniądz. A najciekawsze jest to, że zysk z tych inwestycji jest zależny od… uwaga! uwaga!… metody jego obliczania!!! Tych metod jest bardzo wiele, a ich nazwy dla niewtajemniczonych brzmią egzotycznie (np. autocall, lookback, opcja barierowa in/out, czy swing). Jedno mają wspólne: zysk zależy nie tylko od obiektywnych wartości, ale także od sposobu jego liczenia!!! Pełny Matrix!
Chyba Pan trochę przesadził strasząc ludzi strukturami. Jak dana osoba inwestuje w fundusz inwestycyjny “A” i ma powiedziane, że zarobi lub straci tyle ile wzrośnie lub spadnie jego jednostka uczestnictwa w okresie od jej nabycie do sprzedaży przez danego delikwenta to wszystko jest ok, tak? A jeżeli ten sam klient inwestuje w produkt strukturyzowany, dla którego “instrument bazowy (underling)” stanowi ten sam fundusz „A” i klient tak samo może zarobić na wzroście tego funduszu a jednocześnie ma zapewnioną gwarancje kapitału a jedynym ograniczeniem jest to, że produkt startuje i kończy się w danym momencie (dwa odczyty wartości funduszu, czyli ta straszna i niezrozumiała opcja call) to już takiej inwestycji należy się wystrzegać?
Proponuje Pan trzymać pieniądze w skarpecie? Czy po prostu nic nie zrozumiałem z Pana tekstu?
Nic nie zrozumiałeś Maks, bo taka była (celowo nieco humorystyczna) intencja Autora. A tak naprawdę tylko to jedno zdanie, cytat: “Nie pieniądz ale tylko reprezentowane przezeń dobra stanowią dochód jednostki albo społeczeństwa” jest w tym wszystkim ważne.
Nie chodzi o to, gdzie trzymać pieniądze. Chodzi o to, że pieniądze przestały mieć (reprezentować) realną wartość. Do tego doprowadziły rozmaite instrumenty pochodne, derywaty, lewary itp., nadymanie ponad wszelką miarę kolejnych rynków i ta cała spekulacja. A dziś… ludzie pakują pudła i płaczą. No właśnie: to nie kryzys, to rezultat.
Jest chyba jeszcze jedna sprawa, dziś w sytuacji w której na tzw. rynkach finansowych brak realnej gotówki a banki centralne nie dają rady pompować bo wciąż jest za mało … tzw. rynki finansowe próbują ściągnąć tą gotówkę od zwykłych ludzi w postaci udostępnienia różnej maści instrumentów pochodnych o których autor pisze. Które dotychczas nie były dostępne dla zwykłych śmiertelników a tylko dla wybrańców (instytucjonalnych) Ten Pan z restauracji o którym mowa wyżej był takim właśnie ‘naganiaczem’ do wyciągania pieniędzy z ze śmiertelników a pompowania ich do tego tzw rynku finansowego celem załatania dziury jaką wyrwały nie spłacane kredyty subprime
Panowie przecież banki centralne nie “dodrukowują” żadnych pieniędzy !! . Dokonują operacji REPO polegających na dostarczeniu bankom komercyjnym gotówki w zamian za papiery wartościowe (obligacje Treasury, papiery hipoteczne, itp). To są operacje JEDNODNIOWE - jutro trzeba będzie oddac gotówkę i przyjąć z powrotem papiery ! Max czas REPO który uruchomił FED to 28 dni. Dzisiejsze 50-mld REPO jest na 1 DZIEŃ.
Dodrukowanie pieniedzy będzie wtedy jak BEZTERMINOWO Fed będzie rozdawal gotówkę w zamian za byle g.. to jest struktury, hipoteki i co tam bankruci mają w aktywach itp. Tyle że to będzie krach absolutny i koniec dolara i Ameryki. To jest powtórka z 1929-1932 a nie z Zimbabwe…
Dobra to dlaczego dolar się ostatnio umacnia.
@KB: “Tyle że to będzie krach absolutny i koniec dolara i Ameryki”.
Nie bardzo rozumiem dlaczego to byłby krach. Teraz obywatele są zadłużeni w bankach komercyjnych, a potem będą zadłużeni w FED’zie. Duża część banków komercyjnych padnie. Zostaną, te, którym FED da pieniądze (pardon; udzieli pożyczki na 0% na 20 lat)
Co się dziej!!! Oto jak kilka mądrych zdań wywołuje zbędne emocje. Na komentarz Pana Gwiazdowskiego powinna zapanować cisza i zamyślenie. Dla przyzwoitości, jesli ktoś coś musi powiedzieć, to powinny to być retoryczne pytania o tym, jak bardzo pieniądz zmienił poczucie rzeczywistości ludzi, którym wydaje się że wiedzą na czym polega “ekonomia”. Tak naprawdę nie jesteśmy w stanie uniknąć tej paniki bo rynek jest rachunkiem wielkich liczb ( wielkich pieniędzy ) którego zasady arytmetyczne się nie imają Dlatego życie jest ciekawsze po odkryciu Einsteina. Nie ma jak się okazuje reguł. Więc jeżeli ktoś kupował te “restrukturaty” jako swieże bułki, to niech się nie dziwi dzisiaj, że świeżośc może być przykra jak zjedzenie ciepłego chleba. Nie bez kozery ci którzy wygrali na rynku kupowali akcje za 1 dolara nie mysląc o zyskach tylko o posiadaniu rzeczy o realnej wartości. Jeżeli bessa na giełdach przyszła z rynku nieruchomości, to wystarczy się zastanowić czy można w niedalekiej przyszłości kupić dom za przysłowiową złotówkę. Jeśli tak, to wróci koniunktura na nieruchomości. Coś się kupi a potem sprzeda. Jeśli nie to lepiej teraz nic nie robić, tylko czekać na nowe dolary z drukarni. I nie wymyślać nowych sposobów na stare choroby!!! Czas leczy rany, ranni zdrowieją a z perspektywy czasu więcej widać niż z perspektywy niezdrowych emocji. Tak tak Panie i Panowie. stary świat przypomina, że nie wszystko co nowe to lepsze, nauczmy się go cenić, zanim zabierzemy się do jego zmieniania, próbując go naprawić. Thor Hayerdahl musiał sam przepłynąć Ocean Spokojny, ażeby uwierzyć w bezmiar i słusznośc Natury. Rynek z pieniądzem czy bez zawsze pozostanie Niezmierzonym Oceanem Emocji wywołanych chęcią posiadania, nieważne w jaki sposób, ważne czego. Słuchaj wiatru. Ten powie ci dlaczego wieje i w którą stronę.
3 * TAK.
Przyczyną wszystkich problemów jest według mnie:
1. instrumenty pochodne i prymitywna spekulacja - jedne zabezpieczają przed spadkiem innych i tak w nieskończoność. Dają możliwość uzyskiwania ogromnych dźwigni które nie są poparte ani rzeczywistym produktem, ani usługą. To wirtualne wartości na których się zarabia lub traci - GOSPODARKA TO NIE LOTTO - o jej sile stanowi produkt, usługa, efektywność, konkurencyjność, innowacyjność - a nie wirtualne wartości ( np. akcje firm które zajmują się niczym a sensem ich istnienia jest emisja publiczna która dała założycielom dyskonto na 100 lat do przodu, i pozostawiła im kontrolę nad spółką - KTO TO WYCENIA I AKCEPTUJE ??? ) bo kupują szaraczki i TFI (czyli szaraczków pieniądze).
2. rozwój technologiczny - daje niespotykane dotąd możliwości “inwestowania” zjadaczom chleba których rolą jest pracować a nie “forexować”. Ludzie bez znajomości podstawowych zagadnień ekonomicznych i finansowych biorą sią za akcje, kontrakty, waluty, towary czyli LOTTO które w dużej skali ma wpływ na całokształt.
3. TFI - żyją z prowizji, muszą wydawać powierzone im pieniądze. Jeżeli ludzie wplacają oszczędności całego życie do TFI, do tego emerytury z ZUS - to przy ceteris gospodarce muszą rosnąć ceny w tym przypadku akcji (popyt- podaż). Robi się wydmuszka. I karmią ludzi głupotami że inwestować należy długookresowo, oczywiście ale jeżeli C/Z firmy która się nie rozwija jest 50 to stopa 2% to może lepiej na lokatę na 6%?
Ale nie nikt nie zwraca uwagi na stopy zwrotu tylko na spekulacyjny wzrost wartości.
SUMA SUMARUM WCZEŚNIEJ CZY PÓŹNIEJ BAŃKI PĘKAJĄ.
Bo każda piramida (łańcuszek szczęścia) ma swoją podstawę.
Zarabiają ci na wierzchołku, a tracą ci na dole (czyli wszystko w normie).
Płaczą zawsze ci którzy weszli za późno, śmieją się ci z góry.
P.S. Panie Maks gwarancję to mamy że trafimy na cmentarz. Nie ma w ekonomi przelewania z pustego w pusty portfel.
Uwielbiam pana Gwiazdowskiego
Gdyby to zależało ode mnie i moich znajomych, pan i pana znajomi już dawno stanęli by na czele FED i większości banków centralnych tego świata. Mogliby panowie do woli wprowadzać neoliberalne reformy i deregulować rynki :))) Boże! Jak ja bym chciał by najważniejsze decyzje podejmowali teraz tacy ludzie jak pan :)))) Trzy miesiące i byłoby po kapitalizmie :))))
Acha, jeszcze jedno. Marks jest czytany na wszystkich wydziałach ekonomicznych wszystkich, najlepszych uniwersytetów świata. Tylko pan Gwiazdowski go nie czyta, bo jest mądrzejszy :)))
Najbardziej absurdalne w tym wszystkim jest to do jakiego stopnia cały świat wierzył w instytucje amerykańskie i ich wspanialość i nieomylność (choć może to niekoniecznie tylko amerykańskie ?) Mam na myśli zwłaszcza agencje ratingowe, które oceniały papiery subprime na AAA jednocześnie kpiąc sobie np. z obligacji RP przez dawanie im ratingów na poziomach BBB… Przecież to jest jakaś kpina !
Co do myśli przewodniej : lepszy brak nadzoru i całkowita deregulacja niż zły nadzór i niewłaściwa regulacja ale chyba nie o to chodzi…powinno się dążyć do dobrego nadzoru i stosownej regulacji bo jest najlepsze z całej trójki ! A że aktualnie mamy bardzo zły nadzór w USA i złe regulacje…cóż…kompromitacja…
pozostaje tylko złotko i bank ziemski !
Jak oni mogą tak chamsko dodrukowywać!
FED ma 8100 ton złota,po 800$ za uncję wychodzi 250 mld,a lekką ręką chcą wydać 800mld na “złe kredyty”…
Jedyne co trzyma $ to, że jest walutą w której handluje się ropą.Ale w końcu i to nie starczy…
Dziś znalazłem ten blog w necie i cieszę się z odkrycia, wreszcie ktoś pisze troche prawdy…
dziękuję panie Robercie
Nie ustają gromy słane w kierunku posługiwania się finansową dźwignią, jako źródło wszelkiego zła. Warto jednak zwrócić uwagę, że wspomniana dźwignia nie dotyczy wy łącznie derywatów. Ona jest wszędzie. Zadłużające się przedsiębiorstwo posługuje się dźwignią, bank! udzielając więcej kredytów niż ma depozytów posługuje się dźwignią! Banki w oparciu o ten model funkcjonują od początku bankowości. Skoro mamy posługiwać się realnym kapitałem należy zakazać zaciągania długów przez przedsiębiorstwa a inwestycje będą finansować środkami własnymi (emisja akcji tez odpadnie, bo to silnie spekulacyjny instrument według wielu), więc pozostaje gotówka z zysków. Banki powinny pożyczać kwotę równą sumie depozytów itd - Wówczas problem znienawidzonego lewaru zniknie! Oczywiście jest kwestia tego, czy my - durnie potrafimy się posługiwać dźwignią, czyli racjonalnie zarządzać ryzykiem. By uniknąć katastrof w segmencie bankowym i nie zakazywać kreacji pieniądza oparto się tworząc pierwsze modele zarządzania ryzykiem na tzw. osadach we wkładach. To, że twórca CDO bawił się w mini bank, który pośredniczył w dostarczaniu strumieni pieniężnych z ABS`ów rolując po niższym koszcie sferę finansowania jest efektem głupoty. Relacje bank i kredytobiorca jest jak stare dobre małżeństwo, budowane latami - bank ufa kredytobiorcy, kredytobiorca ufa bankowi i jak to w każdym małżeństwie pozostaje doza rezerwy w tym zaufaniu (stąd nawet dla najlepszego klienta koszty finansowania są większe niż stopa wolna od ryzyka). Zabawa w transfer ryzyka kredytowego oparta o CDS, CDO i inne cudaki to była istna orgia oparta o wiele przypadkowych związków. Informacja o realnej wiarygodności kredytobiorcy ginęła w gąszczu informacji. No i dochodziło do sytuacji, gdzie pijak bezrobotny dostawał pieniądze na dom. Popełniono masę błędów przy posługiwaniu się tymi instrumentami, a jedyna nadzieja w tym, że wyjdziemy z tej ciemnoty, tak samo jak jest nadzieja, że energia nuklearna nie będzie postrzegana jako medium służące rozpieprzeniu niejednego miasta, ale jako źródło energii, która jest tania i efektywna w sektorze cywilnym. Już wiele nauczyliśmy się od czasów Czernobyla, nauczymy się i trochę o zarządzaniu ryzykiem finansowym. Nawołując do wyeliminowania lewaru z gospodarki, do usunięcia świetnych narzędzi do zarządzania ryzykiem jakimi są derywaty (nawet te kredytowe) jest porównywalne do haseł zlikwidowania wykorzystywania energii nuklearnej. A może od razu zaniechamy rozmów przez komórki, bo socjologowie biją na alarm, że nasze relacje się zmieniają.. niby na gorsze, może wyrzućmy telewizory, do których piloty bardziej unerwiają nam kciuki na drodze ewolucji, może wogóle chwyćmy maczugi i sierpy, by wpieprzać surowe mięso zamiast zużywać paliwa wytworzone przez naturę do podgrzania sobie posiłku - nie będzie wówczas zanieczyszczeń atmosfery.. Decydując się iść do przodu decydujemu się podjąć ryzyko, uczymy się na błędach i jedynym co możemy dobrze robić to je ograniczać. To, że czegoś nie rozumiemy nie jest podstawą do eliminowania, bo gdyby zrobić badania opinii publicznej nad znajomością zasad pracy silnika spalinowego i uznać, że jeżeli mniej niż 50% społeczeństwa będzie wiedzieć o co chodzi, wówczas administracyjnie zakazujemy posługiwania się pojazdami spalinowymi jako cholera wie jakie narzędzie szatana. CHyba nie muszę wspominać, że tak zakończyłaby się era motoryzacji?. Zbadajmy najpierw zabawki, którymi się chcemy bawić i musimy się liczyć, że musimy zacząć się mimo wszystko nimi bawić, żeby odkryć jak się nimi posługiwać dalej. To jest fascynujące, ale i ryzykowne. Tak samo jak dawno temu było ryzykowne podejście do płonącego drzewa po uderzeniu piorunu. Ktoś podszedł i ludzkość nauczyła się posługiwania ogniem. Byli też tacy, którzy nieźle się poparzyli.. Dopuszczając jednak do zarządzania bankiem (którego rola w gospodarce jest olbrzymia) ciamajdę, którego przodkowie podpalili własne tyłki przy wspomnianym drzewie jest lekkim nieporozumieniem…