KROWA A NOWY PARADYGMAT RYNKOWY
W Forbesie ukazał się mój felieton o nowej książce George Sorosa. Ale jakiś taki krótszy… Więc poniżej całość.
W szczególności przeprosiny dla Pana Premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego, bo rozwinięcie starego dowcipu o krowach w różnych systemach polityczno-gospodarczych (może nie dosłownie jak napisałem, ale coś podobnego) usłyszałem właśnie od niego – ale się ta informacja edytorowi nie zmieściła na stronie.
***
W książce „The New Paradigm for Financial Market”, George Soros twierdzi, że „wiara w nieomylność wolnego rynku to szkodliwa ideologia, która prowadzi do coraz ostrzejszych kryzysów…” Wtórują mu tak zwane „liberalne” media na całym świecie w entuzjastycznych recenzjach.
Szczególny podziw budzi fakt, że Soros krytykuje mechanizmy, dzięki którym zarobił fortunę. To już taka tradycja: jak Joseph Stiglitz został „alterglobalistą”, jego książki zaczęły się rozchodzić jak ciepłe bułeczki, w odróżnieniu od tych, które pisał z pozycji wolnorynkowych. Co ciekawe, Soros najwięcej i w najbardziej spektakularny sposób zrobił wówczas, gdy rząd brytyjski podejmował na „rynku finansowym” działania „interwencyjne” i próbował bronić funta przed spekulacyjną grą Sorosa. Więc może dlatego chwali takie działania i nawołuje do ich stosowania?
Ale jeszcze ważniejsze jest to, co on, i jego apologeci naprawdę mają na myśli mówiąc o „wolnym rynku”. Otóż nazywają tak istniejący obecnie system bankowo-finansowy z nadmierną ilością „wydrukowanych” przez poszczególne rządy pieniędzy. Jeśli ktoś wtopił w spekulacje miliardy dolarów, a rząd za pośrednictwem banku centralnego mu te miliardy oddał, to czy jest to wolny rynek? To są raczej wolne żarty, a nie wolny rynek.
Soros utrzymuje, że „rynki finansowe nie dążą do równowagi i nie można ich pozostawić samym sobie”, bo od czasu Wielkiego Kryzysu rynek zawsze stabilizuje państwo przez interwencje rządów lub banków centralnych”. Sztuczka polega na tym, że raz jest mowa o „rynku”, a raz o „rynku finansowym” – jakby to było to samo. A nie jest. Gdy Soros pisze, że „ekonomia teoretyczna jest oparta na iluzji, że rynek finansowy ma zawsze rację”, to ma rację, że „rynek finansowy” racji nie ma i myli się głęboko, że ekonomia teoretyczna opiera się na iluzji, że jest inaczej. No chyba, że poza „ekonomią teoretyczną” postawimy całą szkołę austriacką – jak próbował zrobić w swoim czasie Lord Keynes, krytykując „Traktat o pieniądzu i kredycie” Ludwiga von Misesa, którego nie znał, bo jak sam przyznał po latach po niemiecku rozumiał niewiele!!!
„Rynku finansowego” w ogóle nie ma!!! Rynek to prawo podaży i popytu! Mówić o rynku „finansowym”, to tak, jak mówić o sprawiedliwości „społecznej” lub demokracji „socjalistycznej”. Pieniądz to miernik wartości, a nie wartość sama w sobie. Jak pisał Miltona Friedmana „…pieniądz nie jest przedmiotem konsumpcji, ale stanowi tymczasowe ucieleśnienie siły nabywczej, które może zostać spożytkowane do zakupu innych dóbr i usług…” Jednak „rynki finansowe” działają tak, jakby istniały tylko one. Ogon zaczął machać psem. W efekcie gdy, przejściowo, późnym latem 2006 roku, zanim jeszcze zawalił się rynek nieruchomości w Stanach Zjednoczonych, potaniała ropa naftowa, prasa fachowa pisała o „złych wieściach dla sektora naftowego”. Już wielokrotnie obśmiewałem zjawisko, że jak drożeje skóra, to jest to zła wiadomość dla szewca, ale jak drożeje ropa, to jest dobra widomość dla „sektora naftowego” – a dokładniej dla „rynków finansowych” inwestujących w sektor naftowy. Dzieje się tak, bo sektor ów, od czasów jego prywatyzacji w latach 80-tych minionego wieku, to nie „nafciarze”, tylko finansiści. Dlatego przez bite 20 lat prawie w ogóle nie było w Europie żadnych inwestycji w infrastrukturę przesyłową i rafineryjną. Większe koncerny przejmowały za to aktywa mniejszych koncernów, co „rynki finansowe” przyjmowały z entuzjazmem i zwyżkami cen akcji tych koncernów.
Przypomina to do złudzenia stary dowcip o różnych modelach ustrojowych na przykładzie krów:
Kapitalistyczny model rynkowy – masz dwie krowy, sprzedajesz jedną i kupujesz byka, wkrótce masz pokaźne stadko i jesteś „zarobiony”.
Model socjalistyczny – masz dwie krowy, państwo zabiera ci jedną i oddaje sąsiadowi.
Model komunistyczny – masz dwie krowy, państwo zabiera obie i daje ci w zamian trochę mleka.
Model faszystowski – masz dwie krowy, państwo zabiera obie i sprzedaje ci trochę mleka.
Ostatnio Jan Krzysztof Bielecki opowiadał na jednej z konferencji o nowym modelu, który jak ulał pasuje do tego, co Soros nazywa „rynkiem finansowym” – masz dwie krowy, wnosisz je aportem do spółki zarejestrowanej w raju podatkowym i kupujesz kontrakty terminowe na mleko. Jak Ci jedna krowa zdycha publikujesz raport analityczny, że mleko może zdrożeć i podwyższasz kapitał akcyjny swojej spółki pokrywając go wcześniej nabytymi kontraktami, oczywiście według ich nowej, rynkowej, wyceny. Zanim zdechnie druga krowa emitujesz obligacje zamienne na akcje a pozyskane środki inwestujesz na rynku instrumentów pochodnych…A jak już cała ta konstrukcja się zawali, to czekasz, aż bank centralny wydrukuje więcej pieniędzy dla ratowania „rynku finansowego”, żebyś mógł zacząć dalej budować „struktury…”.
Czy tego typu operacje kapitałowe powinny doczekać się ściślejszej kontroli ze strony państwa? Pewnie tak, ale jest jedno małe „ale…”! Kto to jest „państwo”? Czy czasami nie jakiś bankier, który właśnie został premierem lub ministrem, ma kontrolować byłego premiera, który został bankierem, bo te dwa światy jakoś bardzo dziwnie się przenikają?
Państwo nie powinno zajmować się ani krowami ani mlekiem. Działania „regulacyjne”, do podjęcia których nawołuje Soros, w tym obszarze rynku są zupełnie niepotrzebne. Jak państwo je już podejmuje, to ceny mleka zazwyczaj zwyżkują – bo interwencja odbywa się przeważnie w obronie producentów żywności, która ma przecież znaczenie „strategiczne”. Czy zatem jakimś cudem interwencje państwa na „rynku finansowym” byłyby podejmowane w interesie konsumentów „finansowego mleka” – czyli kredytobiorców, czy może raczej, tak samo jak w przypadku mleka prawdziwego – w interesie jego producentów – czyli instytucji finansowych? To jest chyba retoryczne pytanie!
A jak wygląda ten nowy paradygmat Sorosa? Z tym jest pewien problem, bo nie został on zdefiniowany. W zasadzie można go „wyczytać” między wierszami: „1. Soros ma zawsze rację. 2. Jak Soros nie ma racji, patrz punkt 1.” Może dlatego Ian Morley w Financial Times z 13 czerwca pisze: „When you hear ‘new paradigm’ head for the hills…”