Robert Gwiazdowski

Gospodarka klasycznie

Archiwum: czerwiec 2008

2008-06-27 10:10

KROWA A NOWY PARADYGMAT RYNKOWY

W Forbesie ukazał się mój felieton o nowej książce George Sorosa. Ale jakiś taki krótszy… Więc poniżej całość.

W szczególności przeprosiny dla Pana Premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego, bo rozwinięcie starego dowcipu o krowach w różnych systemach polityczno-gospodarczych (może nie dosłownie jak napisałem, ale coś podobnego) usłyszałem właśnie od niego – ale się ta informacja edytorowi nie zmieściła na stronie.

***

W książce „The New Paradigm for Financial Market”, George Soros twierdzi, że „wiara w nieomylność wolnego rynku to szkodliwa ideologia, która prowadzi do coraz ostrzejszych kryzysów…” Wtórują mu tak zwane „liberalne” media na całym świecie w entuzjastycznych recenzjach.

Szczególny podziw budzi fakt, że Soros krytykuje mechanizmy, dzięki którym zarobił fortunę. To już taka tradycja: jak Joseph Stiglitz został „alterglobalistą”, jego książki zaczęły się rozchodzić jak ciepłe bułeczki, w odróżnieniu od tych, które pisał z pozycji wolnorynkowych. Co ciekawe, Soros najwięcej i w najbardziej spektakularny sposób zrobił wówczas, gdy rząd brytyjski podejmował na „rynku finansowym” działania „interwencyjne” i próbował bronić funta przed spekulacyjną grą Sorosa. Więc może dlatego chwali takie działania i nawołuje do ich stosowania?

Ale jeszcze ważniejsze jest to, co on, i jego apologeci naprawdę mają na myśli mówiąc o „wolnym rynku”. Otóż nazywają tak istniejący obecnie system bankowo-finansowy z nadmierną ilością „wydrukowanych” przez poszczególne rządy pieniędzy. Jeśli ktoś wtopił w spekulacje miliardy dolarów, a rząd za pośrednictwem banku centralnego mu te miliardy oddał, to czy jest to wolny rynek? To są raczej wolne żarty, a nie wolny rynek.

Soros utrzymuje, że „rynki finansowe nie dążą do równowagi i nie można ich pozostawić samym sobie”, bo od czasu Wielkiego Kryzysu rynek zawsze stabilizuje państwo przez interwencje rządów lub banków centralnych”. Sztuczka polega na tym, że raz jest mowa o „rynku”, a raz o „rynku finansowym” – jakby to było to samo. A nie jest. Gdy Soros pisze, że „ekonomia teoretyczna jest oparta na iluzji, że rynek finansowy ma zawsze rację”, to ma rację, że „rynek finansowy” racji nie ma i myli się głęboko, że ekonomia teoretyczna opiera się na iluzji, że jest inaczej. No chyba, że poza „ekonomią teoretyczną” postawimy całą szkołę austriacką – jak próbował zrobić w swoim czasie Lord Keynes, krytykując „Traktat o pieniądzu i kredycie” Ludwiga von Misesa, którego nie znał, bo jak sam przyznał po latach po niemiecku rozumiał niewiele!!!

„Rynku finansowego” w ogóle nie ma!!! Rynek to prawo podaży i popytu! Mówić o rynku „finansowym”, to tak, jak mówić o sprawiedliwości „społecznej” lub demokracji „socjalistycznej”. Pieniądz to miernik wartości, a nie wartość sama w sobie. Jak pisał Miltona Friedmana „…pieniądz nie jest przedmiotem konsumpcji, ale stanowi tymczasowe ucieleśnienie siły nabywczej, które może zostać spożytkowane do zakupu innych dóbr i usług…” Jednak „rynki finansowe” działają tak, jakby istniały tylko one. Ogon zaczął machać psem. W efekcie gdy, przejściowo, późnym latem 2006 roku, zanim jeszcze zawalił się rynek nieruchomości w Stanach Zjednoczonych, potaniała ropa naftowa, prasa fachowa pisała o „złych wieściach dla sektora naftowego”. Już wielokrotnie obśmiewałem zjawisko, że jak drożeje skóra, to jest to zła wiadomość dla szewca, ale jak drożeje ropa, to jest dobra widomość dla „sektora naftowego” – a dokładniej dla „rynków finansowych” inwestujących w sektor naftowy. Dzieje się tak, bo sektor ów, od czasów jego prywatyzacji w latach 80-tych minionego wieku, to nie „nafciarze”, tylko finansiści. Dlatego przez bite 20 lat prawie w ogóle nie było w Europie żadnych inwestycji w infrastrukturę przesyłową i rafineryjną. Większe koncerny przejmowały za to aktywa mniejszych koncernów, co „rynki finansowe” przyjmowały z entuzjazmem i zwyżkami cen akcji tych koncernów.

Przypomina to do złudzenia stary dowcip o różnych modelach ustrojowych na przykładzie krów:

Kapitalistyczny model rynkowy – masz dwie krowy, sprzedajesz jedną i kupujesz byka, wkrótce masz pokaźne stadko i jesteś „zarobiony”.

Model socjalistyczny – masz dwie krowy, państwo zabiera ci jedną i oddaje sąsiadowi.

Model komunistyczny – masz dwie krowy, państwo zabiera obie i daje ci w zamian trochę mleka.

Model faszystowski – masz dwie krowy, państwo zabiera obie i sprzedaje ci trochę mleka.

Ostatnio Jan Krzysztof Bielecki opowiadał na jednej z konferencji o nowym modelu, który jak ulał pasuje do tego, co Soros nazywa „rynkiem finansowym” – masz dwie krowy, wnosisz je aportem do spółki zarejestrowanej w raju podatkowym i kupujesz kontrakty terminowe na mleko. Jak Ci jedna krowa zdycha publikujesz raport analityczny, że mleko może zdrożeć i podwyższasz kapitał akcyjny swojej spółki pokrywając go wcześniej nabytymi kontraktami, oczywiście według ich nowej, rynkowej, wyceny. Zanim zdechnie druga krowa emitujesz obligacje zamienne na akcje a pozyskane środki inwestujesz na rynku instrumentów pochodnych…A jak już cała ta konstrukcja się zawali, to czekasz, aż bank centralny wydrukuje więcej pieniędzy dla ratowania „rynku finansowego”, żebyś mógł zacząć dalej budować „struktury…”.

Czy tego typu operacje kapitałowe powinny doczekać się ściślejszej kontroli ze strony państwa? Pewnie tak, ale jest jedno małe „ale…”! Kto to jest „państwo”? Czy czasami nie jakiś bankier, który właśnie został premierem lub ministrem, ma kontrolować byłego premiera, który został bankierem, bo te dwa światy jakoś bardzo dziwnie się przenikają?

Państwo nie powinno zajmować się ani krowami ani mlekiem. Działania „regulacyjne”, do podjęcia których nawołuje Soros, w tym obszarze rynku są zupełnie niepotrzebne. Jak państwo je już podejmuje, to ceny mleka zazwyczaj zwyżkują – bo interwencja odbywa się przeważnie w obronie producentów żywności, która ma przecież znaczenie „strategiczne”. Czy zatem jakimś cudem interwencje państwa na „rynku finansowym” byłyby podejmowane w interesie konsumentów „finansowego mleka” – czyli kredytobiorców, czy może raczej, tak samo jak w przypadku mleka prawdziwego – w interesie jego producentów – czyli instytucji finansowych? To jest chyba retoryczne pytanie!

A jak wygląda ten nowy paradygmat Sorosa? Z tym jest pewien problem, bo nie został on zdefiniowany. W zasadzie można go „wyczytać” między wierszami: „1. Soros ma zawsze rację. 2. Jak Soros nie ma racji, patrz punkt 1.” Może dlatego Ian Morley w Financial Times z 13 czerwca pisze: „When you hear ‘new paradigm’ head for the hills…”

 


2008-06-25 19:40

DESZCZ MYŚLI

Rada miejska Tunbridge Wells w hrabstwie Kent zabroniła urzędnikom posługiwania się zwrotem „burza mózgów” i zamiast niego zaleciła używanie słów „deszcz myśli”, uznając, że powszechnie używane powiedzenie może obrażać epileptyków i osoby chore umysłowo.

Decyzja radnych zbulwersowała nawet przedstawicieli stowarzyszenia osób chorych na epilepsję, którego rzeczniczka zapewnia, że uznanie słów „burza mózgów” za obraźliwe dla epileptyków jest obraźliwe dla epileptyków.

W Polsce „deszcz myśli” organizowany jest co chwilkę przy różnych okazjach. Ostatnio postanowił go zorganizować Minister Rostowski na temat tego, czy należy zmienić Konstytucję przed przystąpieniem do strefy euro, czy jeszcze przed przystąpieniem do ERM2.

Art. 227 Konstytucji stanowi, iż „centralnym bankiem państwa jest Narodowy Bank Polski. Przysługuje mu wyłączne prawo emisji pieniądza oraz ustalania i realizowania polityki pieniężnej” i że NBP „odpowiada za wartość polskiego pieniądza”.

Ciekawe, co im z tej deszczówki nakapie.


2008-06-24 12:00

EKSPERT “OPOZYCYJNY “

Nie zwykłem oglądać programów telewizyjnych, w których występuję, więc nie oglądałem też wczorajszego „Lis na żywo”, w którym moje wypowiedzi stanowiły ilustrację do odpytywania Pana Premiera Tuska na okoliczność porzucenia przez PO liberalnych pomysłów.

Podobno Pan Premier nazwał mnie „opozycyjnym ekspertem”. I słusznie. Pro-rządowy to ja zwykle bywam przez pierwsze trzy miesiące po wyborach, czekając aż zwycięzcy wyjmą z szuflad te projekty ustaw, których mieli całe mnóstwo w okresie kampanii wyborczej. Ale jak dotąd zawsze się okazywało, że szuflady były puste.

Rządowi Tuska dałem jeszcze mniej czasu, bo do kogo mieć większe pretensje, że nie realizuje liberalnego programu zmian? Do SLD, albo do PiS-u, czy może jednak do „liberalnej” PO?

Na pytanie, czy marzy mi się powrót do władzy J. Kaczyńskiego i dlatego krytykuje Tuska odpowiadam, że absolutnie mi się nie marzy. Wręcz przeciwnie. J. Kaczyński nie dość że źle rządził, to jeszcze permanentnie naruszał moje poczucie estetyki. Ale nie chcę, aby ktokolwiek myślał, że Tusk realizuje program liberalny. Bo wyborcy dość szybko zaczną mieć dość takiego liberalizmu – jak to miało miejsce po krótkim okresie rządów Kongresu Liberalno-Demokratycznego. I znowu liberałowie bedę mogli wyjść z podziemia za 15 lat. Bo jak to, co robi Minister Rostowski jest liberalizmem, to ja już wolę, żeby może Leszek Miller obniżył podatki przedsiębiorcom, a z Rywinem gdzieś tam kręcił na boku jakąś nową ustawę medialną. Co więcej, sądzę, że przedsiębiorcy, w odróżnieniu od Michnika, się chętnie zrzucą na te głupie 17,5 mln USD w zamian za likwidację podatku dochodowego.


2008-06-23 18:40

JELENIE NA RYKOWISKU

Usłyszałem niedawno, od jednego z obrońców podatku dochodowego (nota bene liniowego) że „bez kontroli dochodów państwo byłoby rzucone na żer międzynarodowym grupom przestępczym”! Ale międzynarodowe grupy przestępcze raczej nie ujawniają w ogóle swoich przychodów, ani tym bardziej dochodów (czyli różnicy między przychodem, a poniesionym kosztem w celu uzyskania tego przychodu – nota bene znaczne „koszty” ich działalności to łapówki umożliwiające uzyskiwanie przychodów).

I kto jest tym przestępcą? Terroryści? Zgoda! I kto jeszcze? Może handlarze bronią? A poza tym? Handlarze narkotyków? Przecież oni żyją z tego, że państwa z nimi walczą – to jest jedyne uzasadnienie wysokości marż detalicznych w „przemyśle” narkotykowym. A może przemytnicy? Przecież jeszcze w czasie drugiej wojny światowej uchodzili oni za bohaterów. Podstawa ich działania to dostarczanie ludziom towaru tańszego, od tego, który dostępny jest „legalnie” po opłaceniu haraczu podatkowego na rzecz państwa.

Kontrola „dochodów” służy państwu do inwigilowania Bogu ducha winnych podatników – a nie terrorystów. Ci pozostają poza kontrolą państwa. Zorganizowane międzynarodowe grupy przestępcze rozwijały się w najlepsze, mimo, że obowiązuje „kontrola dochodów”. Czy to oznacza, że gdyby nie było „kontroli dochodów”, to terroryzm byłby większy??? Jak nie było podatku dochodowego to terrorystów w o ogóle nie było. A więc terroryzm nie pozostaje w żadnych funkcjonalnych związkach z podatkiem dochodowym.

Przestępczość pozostaje w ścisłym związku z cłami. Jak przemyt kontenera alkoholu lub papierosów na początku lat dziewięćdziesiątych przynosił niebotyczne zyski, to zwykli przemytnicy z uzyskanych zysków zaczęli się zbroić. To polityka celna w dużym stopniu przyczyniła się do rozwoju mafii w Polsce – a może wręcz ją wygenerowała. Słabe państwo, a takim była Polska 18 lat temu, nie może wprowadzać wysokich ceł, jeśli jego służby nie potrafią zapobiegać przemytowi, a często z przemytnikami wręcz współpracują. Kreatorzy transformacji gospodarczej nie mieli może wpływu na działalność tajnych służb, policji, czy służb celnych, ale za to mieli wpływ na wysokość stawek celnych. I swoją działalnością przysłużyli się przemytnikom!

Zniesienie kontroli „dochodów” nie oznacza zniesienia kontroli przychodów. Ale przychody są bardzo zróżnicowane. Po co w ogóle kontrolować przychody z pracy najemnej??? Można zrezygnować nawet z kontroli przychodów mikro przedsiębiorstw. A już na pewno z kontroli emerytów i rencistów.

Jeżeli ktoś ma tylko emeryturę i rentę, otrzymuje ją na konto i na tym kończy się jego przygoda z fiskusem. Żeby jednak mogło tak być trzeba najpierw progresję – bo przecież emeryt może poza emeryturą mieć inne źródła przychodu. Jak progresja ma być elementem „spłaszczania” dochodów, to emeryci muszą też być „inwigilowani”. Zacznijmy więc od jej likwidacji. Potem zlikwidujmy podatek dochodowy w diabły.

To co rząd Platformy robi z podatkami, a właściwie to czego nie robi, jest chyba ostatecznym dowodem na to, że walka o władzę nie odbywa się po to, żeby realizować jakiś program, w który się wierzy, lecz tylko po to, żeby zdobyć tę cholerną władzę.

Zamiast koniecznej, radykalnej zmiany systemu podatkowego mamy kolejne zabiegi kosmetyczne. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że, jak pisał Roman Rybarski już u zarania II Rzeczpospolitej, zagadnienia podatkowe są par excellence zagadnieniami polityczno-społecznymi, nie każdy rozważa je więc z pełnym spokojem i obiektywizmem. „Po jednej stronie jest często krótkowzroczny egoizm, po drugiej demagogia skarbowa, sprzeczna z wiekowym doświadczeniem”, a dla niektórych ludzi podatek jest po prostu „sposobem załatwiania porachunków społecznych.” Za każdym razem przy okazji debat podatkowych politycy zabiegający o podatników – wyborców odprawiają „tańce godowe” niczym jelenie na rykowisku, starając się pokazać łaniom – podatnikom, że im „zrobią dobrze”. Z góry wiadomo co zrobią łanie. Oddadzą się jeleniom, którzy w kolejnym sezonie godowo – wyborczym, znowu będą ryczeć na tej samej polanie.


2008-06-15 15:00

FAJNY DOWCIP SŁYSZAŁEM…

Wnuczek oddaje babci dowód i mówi: przepraszam… :)


2008-06-14 20:50

SPOSÓB NA IRLANDIĘ

Po klęsce „Traktatu Reformującego” w Irlandii natychmiast odezwały się gromkie głosy „autorytetów”.

Premier Tusk stwierdził, że „referendum w Irlandii nie dyskwalifikuje traktatu” a „Europa raczej znajdzie jakiś sposób na wprowadzenie go w życie”.

Jeden „sposób” podpowiedział Jacek Saryusz-Wolski, Przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Parlamentu Europejskiego: „trzeba będzie głosować jeszcze raz”!!!  Ciekawe za którym razem się uda??? Więc żeby niepotrzebnie nie wydawać pieniędzy na referenda lepiej posłuchać innego autorytetu i Irlandczyków po prostu olać. Jak powiedział Prezydent Włoch: „nie do pomyślenia jest, by decyzja nieco ponad połowy wyborców jednego kraju, który reprezentuje mniej niż 1% ludności Unii Europejskiej mogła zatrzymać niezbędny i proces reform”.

Proponuję żeby w kolejnej wersji Traktatu wpisać zakaz robienia jakichkolwiek referendów, bo to pieniądze wyrzucone w błoto. Albo zapytać paru członków byłych partii komunistycznych, którzy dziś popierają „Traktat Reformujący” jak należy liczyć głosy.

A swoją drogą ciekawe dlaczego nikt z „autorytetów” nie zastanawia się, jakie byłyby wyniki ogólnoeuropejskiego referendum w sprawie „Traktatu Reformującego”. Oczywiście przy zachodnio-, a nie wschodnioeuropejskim sposobie liczenia głosów.


2008-06-13 17:30

DZIEŃ WOLNOŚCI PODATKOWEJ 2008

Jutro mamy dzień wolności podatkowej. Obliczamy go na podstawie udziału wydatków publicznych w Produkcie Krajowym Brutto. Relacja ta najlepiej pokazuje skalę rzeczywistego obciążenia statystycznego podatnika, gdyż państwo nie ma żadnych innych pieniędzy niż te, które nam odbierze. Gdybyśmy od 1 stycznia oddawali państwu wszystko co zarobiliśmy na pokrycie swoich zobowiązań przypadających w tym roku, to od jutra moglibyśmy wszystko zostawiać dla siebie. Pracujemy więc pół roku na państwo i rząd.

Trzeba jednak przyznać, że w tym roku świętujemy rekordowo wcześnie. W zeszłym roku, podobnie jak w latach 1999-2000 świętowaliśmy dwa dni później – 16 czerwca. Najgorzej było w roku 1999 – dzień wolności podatkowej przypadł 6 lipca.

Przy okazji dzisiejszej konferencji Pan prof. Jacek Blikle przykładem swojej firmy zilustrował kilka absurdów systemu podatkowego.

Od kilkunastu już lat jesteśmy świadkami stopniowego obniżania stopy podatku CIT, co niezmiennie odbywa się przy dźwięku fanfar i w świetle kamer telewizyjnych. W roku 1992 mieliśmy stopę 40%, w roku 1997 już 38%, w roku 2000 ― 30%, a dziś mamy 19%. Jednakże, w jakiś czas po ogłoszeniu kolejnego obniżenia stopy podatku CIT, już bez fanfar i kamer przeprowadza się prosty a skuteczny zabieg zwiększenia listy tzw. kosztów nie będących kosztami uzyskania przychodu. Wbrew swojej nazwie (corporate income tax, co przekłada się na podatek od zysku brutto) podstawą do naliczenia podatku CIT nie jest wcale zysk brutto, ale tenże zysk powiększony o koszty nie będące kosztami uzyskania przychodu. W ślad za zmniejszaniem stopy podatku CIT podążało więc wydłużanie listy kosztów niepodatkowych rekompensujących tę „stratę”. Niższą stopę stosowano do wyższej podstawy. Zresztą tę listę wydłuża się i modyfikuje również w okresach, kiedy stopa CIT nie maleje. Tak się też stało w roku 2007, gdy z 62 pozycji urosła ona do ponad 70.

Przy tak definiowanym podatku CIT firma może mieć stratę, a mimo to zapłaci podatek. I tak się właśnie stało w firmie A. Blikle w roku 2007. Przy stracie w wysokości 156 tys. zł zapłaciła podatek w wysokości 90 tys. zł. Rzeczywista stopa podatku CIT wyniosła więc 173%!

Warto też zwrócić uwagę na kuriozalność wielu kosztów nie będących kosztami podatkowymi. Oto kilka przykładów.

Pierwszy z nich to obowiązkowa składka na PFRON (Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych) – będącej w rzeczy samej podatkiem! – należy zapłacić podatek CIT.

Drugi przypadek to koszty zaniechanych inwestycji, co jest oczywistym i akceptowalnym ryzykiem gospodarczym. Koszty zaniechanej inwestycji trzeba jednak opodatkować. Płaci się więc podatek zarówno wówczas, jak się osiągnie sukces, jak i wówczas, gdy się poniesie inwestycyjną porażkę. W takim przypadku pojawia się też obowiązek zwrotu odliczonego VAT, bowiem takie odliczenie nie należy się od kosztów nie będących kosztami uzyskania przychodu.

Trzeci przykład, to koszty związane z nieodpłatnym przekazywaniem instytucjom charytatywnym żywności nadającej się do konsumpcji, ale nie nadającej się do sprzedaży, na przykład ze względu na bliski termin graniczny rekomendacji do spożycia. Tych darowizn można przekazać do 10% dochodów. Od pozostałej wartości płaci się podatek. Gdyby tę żywność wyrzucić do śmietnika podatku nie trzeba byłoby płacić. Ten właśnie mechanizm doprowadził do bankructwa pewnego piekarza, który niesprzedany chleb oddawał biednym. A stało się tak nie tylko z powodu podatku VAT, ale też i CIT.

Przypuśćmy, że piekarz sprzedał chleba za 1.000 zł. i rozdał za 100 zł. Przypuśćmy dalej, że wszystkie koszty piekarza wyniosły 950 zł. Rozdany chleb fiskus nakazuje potraktować jako sprzedany w tzw. „sprzedaży wewnętrznej”, więc wartość sprzedaży powiększa się o 100 zł. Jednakże fiskus godzi się na zapisanie tych samych 100 zł. w koszty wytworzenia tego chleba. Ten koszt, kompensuje przychód, nie ma więc wpływu na zysk brutto. Niestety nie jest to „koszt podatkowy”, należy go więc doliczyć do zysku brutto w celu wyliczenia podstawy opodatkowania. Cały rachunek wygląda więc jak w poniższej tabelce:

 

przychód/koszt

kwota zł

sprzedaż chleba

1.000

sprzedaż wewnętrzna

100

przychody razem

1.100

koszty działalności

950

koszty sprzedaży wewnętrznej

100

zysk brutto

50

koszt niepodatkowy

100

podstawa opodatkowania

150

podatek CIT 19%

28,50

udział podatku CIT w zysku brutto

57%

 

Tak więc piekarz zapłaci faktycznie 57% podatku CIT, mimo że jego stawka wynosi 19%.

Czwarty przypadek omówiony przez Prof. Blikle brzmi całkiem niewinnie, a jednak jednorazowo pozbawił polskie przedsiębiorstwa lekko licząc około miliarda złotych. Zabieg polegał na tym, że do listy kosztów niepodatkowych dodano koszt niezapłaconych składek ZUS. Na pozór taki zapis jest całkiem logiczny: skoro składka nie została zapłacona, to nie powinna być kosztem podatkowym. I byłby całkiem logiczny gdyby napisano „niezapłaconych w terminie składek ZUS”. Rzecz w tym, że zgodnie z zasadą memoriałową przed wprowadzeniem nowelizacji składka od wynagrodzeń za grudzień stawała się kosztem podatkowym w grudniu, choć płacona była w styczniu. Teraz w grudniu nie jest kosztem podatkowym, w związku z tym od jej wysokości trzeba zapłacić podatek. Składka stanie się kosztem podatkowym w styczniu, więc od niej nie płacimy podatku, zapłacimy jednak podatek od składki za luty. Państwo jednorazowo pożyczyło od wszystkich firm podatek od miesięcznej składki ZUS, który co prawda w następnym miesiącu oddaje, ale niezwłocznie pobiera nowy. Jest to więc dla państwa nie oprocentowany kredyt rolowany z miesiąca na miesiąc. Zostanie zwrócony ― oczywiście bez odsetek ― gdy firma zakończy działalność.

Dodatkowym negatywnym dla firm aspektem manipulacji z kosztami niepodatkowymi jest fakt, że nadal są one kosztami księgowymi. Obniżają więc zysk brutto, co ma niebagatelne znaczenie dla wizerunku firmy, choćby w rozmowie z bankiem o kredycie. Ciekawe, że żaden z wymienionych tu przypadków kosztów niepodatkowych nie znajdował się w ustawie z roku 1989.


2008-06-13 16:00

VOTUM ZAUFANIA

A w Sejmie awantura o Ministra Rostowskiego.

Moim zdaniem to bardzo dobry główny księgowy państwa. A że niczego dobrego nie powinni spodziewać się po nim podatnicy, to całkiem inna sprawa. Już zresztą o tym pisałem. Przecież objął on swoje stanowisko nie po to, żeby podatnikom było lepiej, tylko po to, żeby Pan Premier mógł zostać „Panem Prezydentem”. I jako skarbnik Komitetu Wyborczego Donalda Tuska, w który przekształciła się Rada Ministrów na pierwszym swoim posiedzeniu, sprawuje się bardzo dobrze. :)


2008-06-13 15:40

EIRE, EIRE, EIRE…!!!

Irlandia uratowała Europę (na razie) przed dyktatem biurokratów z Brukseli.

Obywatele jedynego państwa, którym bojący się wyborców politycy pozwolili wypowiedzieć się  w sprawie traktatu reformującego w drodze referendum pokazali im „gest Kozakiewicza”.  Podobno irlandzcy politycy „nie potrafili wytłumaczyć rodakom na czym polegają dobrodziejstwa traktatu”!!! A kto by potrafił??? Może argumenty za mógłby „wyczarować” David Copperfield??? Właśnie dlatego, że argumentów za taką formą traktatu nie ma, w innych krajach politycy nie zdecydowali się zapytać o zdanie wyborców. Więc Irlandia była ostatnim bastionem dla zdrowego rozsądku!

Absolutnie jestem za dalszą integracją europejską. Tylko może niech ktoś w końcu napisze Europie Konstytucję zrozumiałą dla obywateli. A debata nad jej ratyfikacją niech się toczy taka, jaką w Stanach Zjednoczonych prowadzili dwa wieki temu z okładem Federaliści i Antyfederaliści.

W takiej debacie chętnie wezmę udział. Zresztą nie trzeba będzie wymyślać wielu nowych argumentów. Wystarczy przetłumaczyć parę tekstów The Founding Fathers: Alexandra Hamiltona, czy Jamesa Madisona.


2008-06-08 22:50

POLSKA, BIAŁOCZERWONI

Po raz kolejny okazało się jakie znaczenie mają inwestycje w kapitał ludzki i jaki potencjał mamy w tej dziedzinie. Kubica i Podolski byli bezapelacyjnymi bohaterami dzisiejszego wieczoru. Szkoda tylko, że Kubica wygrał dla BMW, a Podolski strzelał bramki dla reprezentacji Niemiec. O ile jednak trudno sobie wyobrazić, żeby Kubica mógł startować w Polonezie, o tyle brak Podolskiego w polskiej drużynie to tylko i wyłącznie wina „działaczy” piłkarskich, którzy zajęci ligowymi przekrętami w ogóle nie byli zainteresowani jego ściągnięciem do reprezentacji. Podobnie jak polscy politycy zajęci swoimi przekrętami nie interesują się Polakami, którzy pracują na zwiększenie PKB w innych krajach.

Ale zawsze mieliśmy i mamy wspaniałych ludzi i fatalnych „działaczy” – zarówno piłkarskich, jak i politycznych.