Na szczęście jeszcze nie wszyscy Yankesi zwariowali. Na nieszczęście są w mniejszości.
Nicholas Colas z BNYConvergEx Group, chyba jako odtrutka na Krugmana, stwierdził w CNBS, że bańska obligacji rośnie szybciej niż dotcomów!
Przez prawie dwa lata amerykańskie fundusze inwestujące w obligacje zanotowały napływ 550 mld USD, czyli (uwzględniając inflację) o 50 mld USD więcej, niż w czasie bańki internetowej napłynęło do funduszy inwestujących w dotcomy.
To już tylko kwestia czasu, gdy i ta bańka – tak bardzo zachwycająca Paula Krugmana – pęknie. Japońska bańka obligacyjna była pompowana przez lat prawie 20. I pękła. Ale jak mawiał „guru” Keynes, „w dłuższej perspektywie czasu wszyscy będziemy martwi”. Tylko co z naszymi dzieciakami?
Jak wynika z opublikowanych właśnie stenogramów z sierpniowego posiedzenia FOMC, który zdecydował o „reinwestowaniu przychodów z zapadających papierów opartych na kredytach hipotecznych na rynku papierów skarbowych”, (http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=814) „jastrzębie” nie chciały nawet tak łagodnego komunikatu obawiając się, że „rynki niewłaściwie odczytają ten sygnał”.
Jak „rynki” przeczytały stenogram z posiedzenia FOMC, to się „rozczarowały” i indeksy „zanurkowały” – albo używając języka „rynków” – „powędrowały na południe”. Rynki oczekiwały przecież mocnego „wsparcia” ze strony FED. To rozczarowanie akurat rozumiem. Ale następnego dnia indeksy „zapikowały na północ”! W zasadzie bez powodu. Musiały widocznie uznać, że dzień wcześniej „rozczarowały” się za bardzo albo wręcz niepotrzebnie i dla odmiany „popadły w entuzjazm”.
Moim zdaniem „rynki” są pijane. Dostały za dużo kasy – tak samo jak niektórzy piją za dużo wódki. Efekt na giełdach jest więc taki sam, jak na polskich drogach w sobotnie popołudnie: pijacy przewalają się od „płota do płota” żeby się czegoś przytrzymać.
„Jastrzębie” z FOMC mają rację – podobnie jak Colas z BNYConvergEx. Ale tezy rozsądne zazwyczaj są wypierane przez nierozsądne, albo wręcz głupie. Jednak to, że były głupie, okazuje się dopiero po czasie. Ale niektórzy potrafią zaprzeczyć nawet faktom.
Znamienne, co Pani Christina Romer stwierdziła w swoim pożegnalnym wystąpieniu. „Nie rozumieliśmy tej recesji” – powiedziała odchodząca doradczyni ekonomiczna Prezydenta Obamy. Pełna zgoda. Tylko nie właściwy jest czas przeszły. Nie rozumieliście i nie rozumiecie. Świadczy o tym teza, że „polityka gospodarcza USA była właściwą odpowiedzią na kryzys, jednak ekipa ekonomiczna nie zdołała się zorientować, jak głęboka będzie zapaść, przez co przyjęty pakiet był zbyt mały, (podkreślenie moje) by powstrzymać wzrost bezrobocia”. Jak „trylionik” to za mało, to ile by trzeba było tych „trylioników”? Skoro „recesja była podróżą w nieznane” to droga wysłana paroma „trylionikami” papierków z podobiznami prezydentów USA prowadzi w „znane” – czyli w gąszcz. Więc zamiast zatrudniać doradców, którzy nie wiedzieli gdzie podróżują, powinien Pan Prezydent Obama zatrudnić paru, którzy na dźwięk słowa na „r” nie dostają apopleksji.
Pani Romer uważa, że „zrozumiała” „ciężką i głęboką recesję lat 1981 – 1982”. Jej zdaniem „była ona spowodowana zacieśnieniem polityki FED, który walczył z inflacją”. A „kiedy wzrost cen spowolnił, FED ponownie obniżył stopy i wszystko wróciło do normy”!!! Wpływu deregulacji i obniżki podatków wprowadzonej przez Reagana, Pani Romer w ogóle nie dostrzega. Tak po prostu: „FED zacieśnił politykę” a potem „ponownie obniżył stopy i wszystko wróciło do normy”!!!
Więc króciutki wykładzik dla studentów Pani Romer:
Radosna twórczość gospodarcza z początku drugiej połowy XX wieku zaowocowała pod koniec lat 70 nie tylko horrendalnymi podatkami (83% w Wielkiej Brytanii, 72% we Włoszech, 70% w USA), ale także stagnacją gospodarczą, inflacją i bezrobociem, choć podejmowane były działania interwencjonistyczne, gorąco zalecane przez kolegów „w wierze” Pani Romer, Pana Krugmana, czy Pana Stiglitza. W Stanach Zjednoczonych wydatki rządu federalnego wzrosły z 17,9% GNP w roku 1965 do 22,2% w roku 1980. W kwotach pieniężnych nastąpiło zwiększenie wydatków z 204 mld USD w roku 1970 do 602 mld USD w roku 1980. Najbardziej widoczny był wzrost kwoty prostego transferu - czyli działalności redystrybucyjnej. Rządowe zakupy dóbr i usług (w tym wojskowych) wzrosły z 97 do 190 mld USD (jedynie dwukrotnie) podczas gdy transfery w ramach różnych programów pomocy społecznej zwiększyły się z 55 do 234 mld USD (a więc ponad cztery i pół raza) [W. Bieńkowski, Reaganomika i jej wpływ na konkurencyjność gospodarki amerykańskiej, Warszawa 1995] W okresie pięćdziesięciu lat, od początków prezydentury Franklina Delano Roosvelta, dochody rządu federalnego wzrosły 160 razy, a federalne wydatki na programy społeczne 270 razy. Federal Register, publikacja zawierająca wszystkie regulacje i przepisy federalne, której pierwszy rocznik z 1936 roku zawierał 2.411 stron, w roku 1980 liczył już 87.011 stron, i to o wiele mniejszego druku (A. Rabushka, Od Adama Smitha do Bogactwa Ameryki, Warszawa 1996). Była to zresztą powszechna praktyka, a nie jedynie specjalność amerykańska. Równocześnie w państwach, które nasilały działalność interwencjonistyczną w gospodarkę, nastąpił spadek tempa wzrostu GNP oraz spadek realnego GNP na głowę zatrudnionego. W niektórych krajach inflacja przekroczyła 10%, co z ich punktu widzenia było wielkością przerażającą, a poziom bezrobocia przekroczył 6%. Kolejne posunięcia kolejnych ekip rządowych w państwach będących lokomotywami gospodarki światowej jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja, czy Szwecja zmierzające do nakręcenia koniunktury na keynesowski sposób, poprzez zwiększenie popytu za sprawą zwiększenia podaży pieniądza, przynosiły efekty odwrotne od zamierzonych. Ich rezultatem było stosunkowo niewielkie ożywienie kosztem znacznego zwiększenia inflacji. Państwo coraz więcej kosztowało podatników. W Stanach Zjednoczonych wielkość obciążeń podatkowych wzrosła w latach 1960-1980 z 27% GNP do 31% GNP, a wysokość przeciętnej stopy podatkowej dla dochodów krańcowych z 25% do 37%. Jeszcze szybciej rosła ilość osób płacących najwyższe podatki z powodu przesuwania ich dochodów za sprawą inflacji w wyższe progi podatkowe. Udział osób objętych najwyższym podatkiem wzrósł w latach siedemdziesiątych czterokrotnie. „W efekcie - jak pisze Bieńkowski - nastąpiły dwa negatywne zjawiska jednocześnie. Po pierwsze, ogólny, przeciętny poziom opodatkowania dochodów osobistych przekroczył poziom opłacalny (według teorii optymalnego opodatkowania suma podatków nie powinna przekroczyć 1/3 dochodów). Po drugie, skala wysokich podatków krańcowych zaczęła działać coraz bardziej antymotywacyjnie…” W rezultacie wszystkie wskaźniki ekonomiczne znacznie się pogorszyły. Tempo wzrostu gospodarczego spadło najpierw w latach 1960-70 do około 2% a następnie w latach 1975-80 praktycznie do 0%, a tempo wzrostu gospodarczego wynosiło 2%. A wzrost realnego dochodu narodowego na jednego zatrudnionego spadł w latach 70-tych do 0,1% rocznie. W kulminacyjnym okresie zjawisk kryzysowych, czyli w latach 1975-1980 bezrobocie wzrosło do poziomu 6,8%, inflacja osiągnęła poziom 7,10% (na przełomie lat 1979/1980 przejściowo sięgnęła 13% w skali rocznej). Inflacja 13% w USA to było coś niewyobrażalnego. I właśnie dopiero wtedy FED „zacieśnił politykę” – proszę Pani Romer.
Jako że zwiększanie obciążeń podatkowych zawiodło Amerykę w ślepy zaułek, a drenaż kieszeni podatników spowodował jedynie to, iż oszczędności netto w latach 1970-1980 spadły do poziomu 6,1% GNP, co spowodowało zmniejszenie zarówno konsumpcji, jak i inwestycji, przyrost których pod koniec lat 70 wynosił już tylko 3% GNP rocznie, Reagan doprowadził do obniżenia marginalnych stawek podatkowych z 70% do 28%. I proszę sobie wyobrazić, że zwiększył się procentowy udział podatków płaconych przez najbogatszych w ogólnej kwocie wpływów podatkowych! O ile w 1982 roku 5% najzamożniejszych obywateli dostarczało budżetowi 35,4% wpływów z podatku dochodowego od osób fizycznych, to w roku 1990 ich udział wyniósł już 44%. Udział płacony przez najbogatszych podatników stanowiących 1% ogółu amerykańskiej populacji wzrósł z 17,9% do 25,6%. Natomiast dolne 50% podatników zmniejszyło w tym samym czasie swój udział w ogólnej kwocie płaconych podatków z 7,4% do 5,7%!!! Jak to możliwe? Te dane powodują, że zwolenników interwencji trafia natychmiast szlak. I zaczynają bredzić coś w stylu, że za czasów liberalizmu to „Murzynów bili”.
Ci wstrętni liberałowie twierdzą, że polityka państwa polegająca na bieżącej stabilizacji koniunktury poprzez bezpośrednie oddziaływanie na procesy gospodarcze jest bez sensu między innymi z powodu opóźnienia efektów działania interwencjonizmu państwowego.
A co mówi Pan Romer? „Jeszcze zanim pakiet został przyjęty, bezrobocie nie wnosiło już 8%, jak w trakcie prac nad nim, ale sięgnęło 9,5%”.
No właśnie! Próby antycyklicznego, administracyjnego oddziaływania na gospodarkę stanowią same w sobie poważne źródło zakłóceń. Opóźnienia między ewentualnym zaistnieniem przyczyny podjęcia pewnych działań korygujących, a uświadomieniem sobie takiej potrzeby przez decydentów, przygotowaniem niezbędnych działań, podjęciem decyzji o ich wprowadzeniu oraz między momentem wcielenia ich w życie, a wystąpieniem skutków, są na tyle znaczne, że działania takie okazują się zazwyczaj nieadekwatne do sytuacji, która w międzyczasie zdążyła się zmienić. Dlatego Friedman proponował rozwiązania automatycznie stabilizujące koniunkturę. Nie zapobiegają one fluktuacjom gospodarczym, ale likwidują źródło niepewności, jakim jest zmieniający się i trudny do przewidzenia kierunek oddziaływania państwa. Pozwalają także na podejmowanie długookresowych decyzji opartych na racjonalniejszych przesłankach. Wszystkie znane metody selektywnej interwencji na administracyjnie określonych odcinkach gospodarki okazywały się nieskuteczne. A już zwłaszcza działania mające zapobiec fluktuacjom w sektorach inwestycji i konsumpcji dóbr trwałego użytku, uznawanych przez Keynesistów za najbardziej niestabilne elementy popytu globalnego. Twierdzenia takie oparte są na statystycznym złudzeniu, gdyż zmiany wielkości popytu w jednym dziale mogą być zwykłym przejawem ogólnej tendencji w kształtowaniu popytu globalnego. Skutki oddziaływania na wybrany segment rynku są automatycznie niwelowane przez zmiany w innych działach, które dokonują się w przeciwnym kierunku. W ten sposób nie zmienia się wielkość popytu globalnego, lecz zachodzi całkiem przypadkowa realokacja zasobów. To przypadki rządzą światem. Dlatego w epoce pieniądza fiducjarnego polityka gospodarcza musi koncentrować się na regulowaniu masy pieniądza znajdującej się w obiegu a nie na drukowaniu pieniędzy w celu „ożywienia popytu”. Zdaniem Friedmana niezbędne do tego jest:
a) wprowadzenie zasady stuprocentowego pokrycia wkładów prowadzące do oddzielenia funkcji depozytowych banków handlowych od funkcji kredytowych, które zostałyby przejęte przez inne instytucje finansowe;
b) ograniczenie uprawnień oddziaływania banku centralnego na obieg pieniężny jedynie do operacji na otwartym rynku;
c) eliminacja stopy redyskonta;
d) ograniczenie możliwości manipulowania przez bank centralny stopą obowiązkowych rezerw bankowych.
Sprowadzenie polityki monetarnej do regulowania, jedynie poprzez operacje na otwartym rynku, ilości znajdujących się w obiegu pieniędzy, zmusza do dokonania wyboru pomiędzy metodą antycyklicznego sterowania wielkościami pieniężnymi, a stosowaniem trwałych reguł niezależnych od aktualnej koniunktury. Pierwsza oznacza podporządkowanie operacji na otwartym rynku celom bieżącej stabilizacji gospodarczej. Druga polega na długofalowym określeniu tempa wzrostu podaży pieniądza i utrzymywania go niezależnie od aktualnego stanu sytuacji. Koncepcja ta nosi u Friedmana miano monetary rule.
Czy to się komuś podoba, czy nie, nie jesteśmy w stanie zrealizować wszystkich celów jakie chcielibyśmy osiągnąć. Ekonomia wyklucza taki obraz świata, w którym „każdy posiadałby pod ręką złotą rybkę, spełniającą wszystkie jego życzenia – bo, jak powszechnie wiadomo – złota rybka spełnia tylko trzy. Te, których nie zrealizujemy są kosztem alternatywnym dla zrealizowanych. Kosztem dokonanego zakupu nie jest suma pieniędzy na ten zakup wydana, lecz inne dobro, które mogło być za te pieniądze kupione.
Koszt w ekonomi wolnorynkowej:
a) jest określony w momencie wyboru,
b) jest ponoszony wyłącznie przez tego, kto podejmuje decyzję,
c) ma charakter subiektywny – nie może go sprecyzować ktoś inny,
d) jest oparty na przewidywaniach dotyczących przyszłości – co się bardziej może opłacać,
e) jest czymś, co nigdy nie jest realizowane, gdyż dokonując wyboru pozostawiamy pewną alternatywę niezrealizowaną. (Tomasz Mickiewicz, Wybór w gospodarce, Lublin 1996)
Tak zdefiniowanymi kosztami politycy się w ogóle nie przejmują. To nie oni ponoszą koszty podejmowanych przez siebie decyzji, narzucając pewne wybory całemu społeczeństwu i nie mogą subiektywnie ocenić kosztów tym, którzy je w rzeczywistości ponoszą. I ciągle mają nadzieję, że będą mogli zrealizować jeszcze więcej swoich wzniosłych celów w przyszłości. Amen.
