Robert Gwiazdowski

Gospodarka klasycznie

2010-03-10 18:40

EMERYTURY Z WĘGLOWODANÓW GIEŁDOWYCH

Przeczytałem, że „Minister Grad sprywatyzował (podkreślenie moje) Bogdankę”. Już się zaciekawiłem, jaki to inwestor zainteresował się lubelskim węglem, bo pomyślałem, że może jakiś poważny gracz zainteresuje się nie tylko lubelskim. Szybko się jednak okazało, że to OFE kupiły 46% akcji Bogdanki – i to właśnie była ta prywatyzacja. 

Minister Rostowski każe nam płacić składki „na OFE”, Minister Grad sprzedaje OFE akcje spółek, dzięki czemu Minister Rostowski ma na zasiłki dla bezrobotnych, którzy nie mogą znaleźć legalnego zatrudnienia z uwagi na wysokie koszty pracy – spowodowane między innymi przez składki  „na OFE”.

I wszyscy się cieszą.  Z prywatyzacji. Ze zwiększonych wpływów do budżetu. I z wysokich emerytur jakie będziemy mieć w przyszłości dzięki takim inwestycjom. I z tego, że „kurs Bogdanki zwyżkuje”.

Zwyżkuje też kurs innej spółki z sektora węglowodanów: Petrolinvestu. A nawet „eksplodował” (http://pb.pl/Default2.aspx) bo EBOR zainwestował (podkreślenie moje) w Petrolinvest. Dokładniej to EBOR pożyczył (podkreślenie moje) Petrolinvest 50 mln USD: (http://pb.pl/2/a/2010/03/10/Ziscil_sie_sen_szefa_Petrolinvestu)

Czyżby na „rynkach finansowych” doszło już do tego, że zwiększenie długu jest wiadomością, która pobudza inwestorów do intensywnych zakupów? Czy może raczej to, że jest to „convertible loan” czyli pożyczka zamienna na akcje, więc w zasadzie  bezzwrotna? Ale, jak się na tym znam, to kapitał jest w… pasywach?

Dług, nie dług, pasywa, nie pasywa, jest to dobra wiadomość dla akcjonariuszy, którzy wykazali się cierpliwością i nie wyprzedawali akcji Petrolinvest w połowie lutego. A zwłaszcza dla tego akcjonariusza, który kupił wówczas te akcje w transakcjach pakietowych po 13.80. Zyskał w ciągu miesiąca 75%. Może tak dobrze w nasze emerytury zainvestował któryś z OFE? Czy raczej OFE to „investowały” wówczas, gdy akcje  „chodziły” po 800 zł? Jak Państwo sądzicie?

W Bogdance to jest przynajmniej węgiel. Bo w przypadku „Kontraktu OTG” „na razie nie zostały odkryte żadne złoża węglowodanów”. Co prawda „w wypadku znalezienie podsolnego obiektu poszukiwawczego podobnego do pobliskiego złoża Karaczaganak wartość finansowa kontraktu będzie bardzo wysoka”, ale „jeżeli jakość zobrazowania sejsmicznego nie zostanie poprawiona, szansa sukcesu poszukiwawczego dla dowolnego obiektu podsolnego będzie bardzo niska, prawdopodobnie poniżej 1 do 10”.

Tylko kto by tam Panie czytał Prospekty Emisyjne. Zwłaszcza jak pracuje w OFE i nie musi się martwić, czy będą chętni na następne „investycje”.

Ale jak już jesteśmy przy Prospektach, to dla emerytów, którzy od wczoraj „śpią na węglu”, krótka informacja o jednym czynniku ryzyka: „prowadzenia restrykcyjnej polityki klimatycznej UE m.in. w zakresie emisji CO2”. „Produkcja energii elektrycznej z węgla wiąże się ze znaczącymi emisjami CO2. Ograniczanie emisji CO2 oraz wprowadzenie systemu obowiązkowych aukcji na pozwolenia do emisji może powodować duże trudności w zakresie konkurencyjności elektroenergetyki oraz podejmowania inwestycji w nowe moce wytwórcze. W konsekwencji trudności sektora elektroenergetycznego mogą powodować ograniczenie popytu na węgiel w ogóle lub na węgiel gorszej jakości. Może to negatywnie wpłynąć na sprzedaż węgla przez Spółkę, a w konsekwencji negatywnie wpłynąć na jej wyniki finansowe. Ryzyko to jest trudne do oszacowania i trudno podjąć jakiekolwiek działania zmierzające do jego ograniczenia”.

A jak UE stwierdzi, że ratowanie białych niedźwiedzi jest ważniejsze od życia fok, na które niedźwiedzie łatwiej mogą polować jak jest więcej lodu w Arktyce niż mniej, i w ramach walki z globalnym ociepleniem w ogóle zakaże spalania węgla??? Niemożliwe? Miejmy nadzieję. Podobnie jak na emerytury.

2010-03-10 14:40

PROTOKÓŁ ELEKTRONICZNY Z ŁÓŻKA

Już wiadomo, do czego służbą specjalnym mogą się przydać podsłuchy – o których pisałem dziś w poprzednim wpisie.

Jak informuje Dziennik Gazeta Prawna, Ministerstwo Finansów uznało, że wspólnie z dzieckiem może rozliczyć się tylko ten rodzic, który wychowuje je samotnie bez innych osób. Samotnym rodzicem jest osoba, która nie tylko wychowuje dziecko bez drugiego z rodziców, ale też nie pozostaje w żadnym związku partnerskim (podkreślenie moje): http://biznes.onet.pl/fiskus-sprawdzi-samotnych-rodzicow,19941,3189313,1,prasa-detal

A jak kontroler skarbowy zdefiniuje „pozostawanie w związku partnerskim”? Czy sprawdzi kto z kim mieszka? Mam znajomych, u których mieszka gosposia. Czy może o pozostawaniu „w związku partnerskim” decydować będzie coś innego? A jeśli tak, to co? Może uprawianie seksu? A jeśli tak, to z jaką częstotliwością? Jeden „numerek” z gosposią (nie mam oczywiście na myśli znajomych, u których mieszka gosposia)  już wystarczy, do uznania, że mamy do czynienia ze „związkiem partnerskim”? A na kim będzie spoczywał „ciężar przeprowadzenia dowodu” w postępowaniu podatkowym? Czy urząd będzie miał wykazać fakt istnienia „związku partnerskiego”, czy podatnik będzie musiał udowodnić brak istnienia takowego? Jeśli urząd to już wiadomo, do czego służyć będą środki kontroli operacyjnej posiadane przez służby specjalne. Jak nic – zainstalują nam „pluskwy” pod łóżkiem. Tylko, czy jako materiał dowodowy wystarczy sama fonia – bo te różne „ochy” i „achy” to mimo wszystko będzie jednak tylko „poszlaka”, czy też konieczna będzie i „wizja”?    

Te plany Ministerstwa Finansów tłumaczą kłopoty finansowo-techniczne z robieniem elektronicznego protokołu z rozprawy – o czym z kolei pisałem kilka dni temu. Bo będzie elektroniczny protokół z postępowania podatkowego! A z uwagi na ograniczenia środków nie można mieć przecież wszystkiego.

2010-03-10 10:50

CZY PODSŁUCHY SĄ W INTERESIE POLITYKÓW?

Przyjęty wczoraj przez rząd projekt nowelizacji kodeksu postępowania karnego i ośmiu ustaw dotyczących służb, które mają prawo stosowania podsłuchów powstał w ścisłej konsultacji z tymi służbami!

http://wyborcza.pl/1,75248,7644166,Sluzby_daly_przepis_na_podsluch.html

A jak „Rysiek” udzielał konsultacji w sprawie ustawy hazardowej, to służby podniosły „larum”. Czy jest jakaś logiczna różnica między tym, że ci którzy podsłuchują „konsultują” ustawy o podsłuchach, a tym że ci, którzy prowadzą biznes hazardowy „konsultują” ustawy o hazardzie? Czy może jest to różnica „aksjologiczna”?

Nie uwzględniono uwag przygotowanych przez działającą przy Ministrze Sprawiedliwości Komisję Kodyfikacyjną Prawa Karnego, której przewodniczy prof. Andrzej Zoll.

Komisja zwracała m.in. uwagę, że pominięcie sprawy podsłuchanych rozmów obrońców z klientami daje możliwość zapoznawania się z nimi przez prokuraturę, co może naruszać prawo do obrony. Jako, że zwykłem używać zazwyczaj ostrzejszych słów od Pana Profesora Zolla, to nazwę to inkwizycyjnym barbarzyństwem.

W opinii Komisji jest też zawarta wielce ciekawa uwaga, że w projekcie „dają znać o sobie interesy resortowe”. Dodajmy, że chodzi o „resorty” , które były tak zajęte podsłuchiwaniem (między innymi dziennikarzy), że nie zauważyły, że im zaginął szyfrant:

http://www.dziennik.pl/polityka/article374484/Znal_najtajniejsze_szyfry_Zniknal_bez_sladu.html,

czy że zatrudniły białoruskiego szpiega: http://wyborcza.pl/1,75248,7644265,Szpieg_w_raporcie_ABW.html,

a teraz zajmują się kontrolowaniem wydatków na „siatkę składaną wielokolorową, zestaw kręgli, mały materac, niskie płotki, bramkę gimnastyczną” dla sześciolatków: http://wyborcza.pl/1,75248,7644252,Szesciolatki_w_CBA.html

Państwo jest silne siłą swoich obywateli, a nie służb specjalnych. Państwo, którego obywatele nie szanują, nie stanie się państwem silnym przez to, że przyzna służbom specjalnym szczególne uprawnienia do inwigilacji obywateli i wyposaży je w odpowiedni do tego sprzęt.  A w słabym państwie prędzej czy później służby specjalne użyją praw i sprzętu, które otrzymały również przeciwko politykom, od których je otrzymały.

Jako że odwoływanie się do mądrości polityków, czy do poczucia odpowiedzialności za obywateli jest dość jałowe, więc odwołam się, zgodnie z „teorią interesu”, do Waszego interesu, Panie i Panowie Posłowie.

Zanim zagłosujecie nad projektami ustaw, które „konsultowały” służby specjalne, się zastanówcie, czy na pewno panujecie nad tymi służbami, czy może one nad Wami panują. A nawet jak myślicie, że panujecie, to weźcie pod uwagę i taki scenariusz: skoro służby mogły zatrudnić agenta Białorusi, to mogą zatrudnić również agenta … PiS. A kogo on będzie podsłuchiwał…?

2010-03-07 23:10

KOMANDOSI NAWALENI - CZYLI GRECJA I RYNKI FINANSOWE.

Dzieje się, oj dzieje, na rynkach finansowych…

Jak tylko „Niemiaszki” zaczęły kręcić nosem na ratowanie greckiego socjalizmu (bo muszą pilnować swojego) grecki wicepremier Theodoros Pangalos wypalił, że problemom finansowym jego kraju nie są winne rozdmuchane wydatki socjalne, tylko… niemiecka okupacja w czasie drugiej wojny światowej, podczas której skradziono greckie złoto, za co Grecja nie otrzymała od Niemiec odszkodowania. Znaczy się, w ramach reparacji wojennych teraz Niemcy powinni złoto oddać, a przynajmniej trochę euro?

W odpowiedzi Bild też odpalił salwę niczego, stwierdzając, że Grecja powinna sprzedać niektóre swoje wyspy, żeby mieć na spłatę długów. Josef Schlarmann, szefa działającego w ramach CDU/CSU Stowarzyszenia Średniej Przedsiębiorczości oraz Frank Schaeffler – finansowy ekspert FDP, powiedzieli Bildowi, że bankrut musi zamienić na pieniądze wszystko, co ma - by zaspokoić swych wierzycieli. Rząd grecki musi się radykalnie pozbyć udziałów w firmach i posprzedawać również nieruchomości, na przykład „niezamieszkałe wyspy”. O „zamieszkałych” wyspach jeszcze nie było mowy, ale może to tylko kwestia czasu?

Co się nie udało przy pomocy Wermachtu, może się teraz udać przy pomocy euro. Tym razem nie pomogą już kapitan Keith Mallory i kapral Dusty Miller – czyli „Komandosi z Nawarony” MacLean’a. Wcześniej co prawda pomogli „golden boys” z Goldman Sachs, ale to nie byli komandosi tylko raczej fałszerze. A weksel można sfałszować raz. Potem trzeba sfałszować inny weksel. Że grecki weksel został sfałszowany wyszło już na jaw – więc trudno go będzie indosować. Teraz czekamy kiedy wyjdzie na jaw jakieś następne fałszerstwo. Może w Hiszpanii? Nie miałem czasu poszukać co Goldman publikował na temat Hiszpanii i hiszpańskiego rynku w 1998 roku. Im większe bzdury, tym większe prawdopodobieństwo, że dług hiszpański też został „zoptymalizowany”.

A w tak zwanym „międzyczasie” okaże się, czy ten grecki weksel to był sola (i trzeba będzie sprzedać wyspy – mniejsza o to czy „niezamieszkałe”), czy może trasowany, a trasatem są europejscy (w szczególności niemieccy) podatnicy. Ale co będzie jak odmówią oni jego wykupienia?

(Dla nie wtajemniczonych: sola weksel, to weksel własny wystawcy weksla, w którym zobowiązuje się on, że zapłaci określoną sumę wekslową odbiorcy weksla (remitenta) lub na jego zlecenie. Weksel trasowany to weksel, w którym wystawca weksla (trasant) zobowiązuje się, że inna osoba (trasat) dokona zapłaty określonej sumy wekslowej na rzecz remitenta lub na jego zlecenie.)

„Amerykańscy” tym razem nie pomogą bo kłopoty mają sami z sobą coraz większe. W ciągu najbliższej dekady łączny deficyt budżetowy w USA będzie o 1,2 bln USD wyższy, niż zapowiedział w lutym prezydent Barack Obama - oceniło Kongresowe Biuro Budżetowe (CBO). Pan Prezydent Obama zapowiadał, że w obecnym roku fiskalnym (który w USA kończy się we wrześni) deficyt budżetowy wyniesie 1,6 bln USD (10,6% PKB). W latach 2011-2020 łączny deficyt miałby sięgnąć 8,6 bln USD – czyli 4,5% amerykańskiego PKB w tym okresie. Dług publiczny miałby się zwiększyć w tym czasie do 18,5 bln USD, czyli 77% PKB. CBO oceniło jednak, że Biały Dom przyjął zbyt optymistyczne założenia. Zdaniem CBO, w nadchodzącej dekadzie deficyt sięgnie 9,8 bln USD, co będzie odpowiadało 5,2% PKB. Dług publiczny w 2020 r. wynieść ma zaś 20,3 bln USD – czyli 90% PKB. Roczny koszt spłaty odsetek od tego zadłużenia będzie sięgał 900 mld dol.

Może więc bratnią pomoc przyniesie Grekom francuski Résistance? Prezydent Sarkozy zapowiedział właśnie, że „skoro stworzyliśmy euro, nie możemy pozwolić, żeby jakiś kraj upadł dlatego, że jest w strefie euro”. (http://in.reuters.com/article/businessNews/idINIndia-46705220100306). Bardzo to ciekawa teoria „upadłości”. Pan Prezydent Francuzów nie dopuszcza póki co myśli, że inne kraje też mogą upaść, nie dlatego, że są w strefie euro, lecz pomimo to? A jakby nie były, to byłoby im łatwiej nie upaść, niż wówczas, gdy są?

„Rynki finansowe” nie mają więc zbyt dużo powodów do radości. Pewnie dlatego dla osłody muszą sobie coraz wyższe premie wypłacać. Bo nie maja pewności, czy to już czasami nie ostatnia. Nie ustają więc w poszukiwaniu nowych rozwiązań.

Na zorganizowanej 3 marca przez Roosevelt Institute konferencji „Make Markets Be Markets” (http://makemarketsbemarkets.org/) poświęconej prezentacji raportu pod takimż tytułem (http://makemarketsbemarkets.org/report/MakeMarketsBeMarkets.pdf),

Jospeh Stieglitz stwierdził, że „banki nadal używają pożyczonych pieniędzy do ryzykownych operacji w celu krótkoterminowego zwiększenia własnych zysków, aby można było wypłacać wysokie dywidendy akcjonariuszom i pracownikom”. Dodajmy od siebie: że (i) pożyczają od rządu, (ii) pożyczają prawie za darmo, (iii) ci akcjonariusze, którym wypłacają dywidendy to najczęściej inne „instytucje finansowe” lub członkowie zarządów, którzy korzystają z opcji menadżerskich (czyli „rynki finansowe”).

Absolutnie wypada zgodzić się z tezą jednego z panelistów – Franka Portnoy’a z Uniwersytetu San Diego – że „bilanse większości banków z Wall Street to fikcja”. Diagnoza trafna. Ale jakie lekarstwo zalecają amerykańscy doktorzy ekonomii na tę „wstydliwą chorobę”? Dość oczywiste: „należy zaostrzyć regulację banków”. Czegoż można byłoby się spodziewać po konferencji zatytułowanej „MAKE Markets Be Markets”? Jakbyśmy zorganizowali konferencję pod tytułem „LET Markets be Markets” to może przyszłoby nam do głowy, że związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy „kryzys – rozdawanie środków płatniczych” jest dużo ściślejszy, niż „kryzys – brak regulacji”.

Co do samych „regulacji”, to oczywiście wolałbym mieć kontrolę nad kimś, komu daję „środki płatnicze”, gdybym nie miał do niego zaufania. Ale jakby nie miał zaufana, to bym mu nic nie pożyczył.

Używanie w tym kontekście słowa „MAKE” jest więc absolutnie zrozumiałe, ale po co od razu mieszać do tego „MARKETS”?

A zwolennikom zwiększania regulacji gorąco polecam książkę Harry’ego Markopolosa, który opisuje jak przez dziewięć lat próbował przekonać bądź co bądź państwową instytucję regulacyjną i kontrolną – Komisję Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) – że zwroty z inwestycji, jakie zapewniał Bernard Maddoff, są matematycznie niemożliwe. Markopolos opisuje spotkanie, jakie w maju 2000 roku odbył z wysokim rangą urzędnikiem pionu nadzoru. „Bardzo szybko stało się jasne, że nie zrozumiał on nic z rozmowy oprócz słów „dzień dobry”. Dlatego „posyłanie prawników do nadzorowania rynków kapitałowych to jak posyłanie kurczaków, by polowały na lisy” – konkluduje Markopolos. („No One Would Listen: A True Financial Thriller”. Wydawnictwo Wiley, 354 str., 27.95 USD)

2010-03-06 1:40

JAK ZAKOPYWALIŚMY RURĘ

Sukces! „Zakopaliśmy rurę! Gazociąg Północny nie zablokuje Świnoujścia!” Inwestorzy gazociągu Nord Stream muszą zmienić trasę rury i zakopać ją, by nie zablokowała dostępu do portu w Świnoujściu - zdecydował niemiecki Federalny Urząd Żeglugi i Hydrografii.

http://wyborcza.pl/1,75248,7619376,Zakopalismy_rure__Gazociag_Polnocny_nie_zablokuje.html

Sukces? Przecież Gazociągu Północnego miało go w ogóle nie być!? Bo zagrażał bezpieczeństwu energetycznemu Polski”:

http://www.mg.gov.pl/Gospodarka/Ropa+i+gaz/Projekty+infrastrukturalne/gazociag+pln.htm

to „bomba ekologiczna”: http://serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,68586,2914530.html, i „cel dla terrorystów”  http://wyborcza.pl/1,86733,3613057.html.

Martwiliśmy się nawet o samych Rosjan i Niemców, podkreślając, że Gazociąg Północny „jest nieopłacalny”: http://wiadomosci.onet.pl/5666434,5,1,1,relacjetv.html, choć tak naprawdę używaliśmy argumentu „nieopłacalności” żeby wykazać „polityczny” charakter inwestycji.
Permanentnie protestował przeciwko Gazociągowi rząd PiS, a Minister Obrony Narodowej Radek Sikorski porównał nawet Gazociąg do paktu Ribbentrop Mołotow:

http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/gazociag;polnocny;-;niemcy;nie;sa;solidarne,93,0,155485.html

Protestował Pan Prezydent Lech Kaczyński  http://wyborcza.pl/1,75477,2968577.html

Protestował sam Przewodniczący Parlamentu Europejskiego Prof. Jerzy Buzek:

http://www.money.pl/gospodarka/unia-europejska/wiadomosci/artykul/buzek;krytykuje;nord;stream,50,0,541746.html

Parlament Europejski zdecydowaną większością głosów przyjął krytyczny raport którego inicjatorem i sprawozdawcą był Europoseł Marcin Libicki, o wpływie Gazociągu Północnego na środowisko Bałtyku:

http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/25329,pe_przyjal_krytyczny_raport_o_gazociagu_polnocnym.html.

Jak doradca ds. międzynarodowych premiera Kazimierza Marcinkiewicza Ryszard Schnepf stwierdził, że w ocenie doradców polskiego premiera nie jest już możliwe przekonanie Niemców i Rosjan do rezygnacji z kontrowersyjnej inwestycji, która ma ominąć nasz kraj. To wyleciał z roboty: http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Sekretarz-stanu-Ryszard-Schnepf-podaje-sie-do-dymisji,wid,8308384,wiadomosc.html?ticaid=19c10&_ticrsn=5,

bo „Polska nie była zainteresowana odnogą od Gazociągu Północnego” http://wyborcza.pl/1,75248,3049882.html

Jak się rząd PiS z opozycją PO zamienili rolami, to nadal trwały protesty. Pan Premier Donald Tusk stwierdził, że „Gazociąg Północny MUSI budzić opór”:

http://www.tvn24.pl/0,1627498,0,1,gazociag-polnocny-musi-budzic-opor,wiadomosc.html,

bo narusza „zasadę solidarności”:

http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/34676,tusk_gazociag_polnocny_narusza_zasade_solidarnosci_w_ue.html

Po prostu istny POPiS. „PiS i PO razem przeciwko Rosji” cieszyli się dziennikarze:

http://www.rp.pl/artykul/391326.html

Strategia była taka, że „Musimy rozpocząć wyścig, czy zanim zostanie zbudowany rurociąg bałtycki zdołamy zdywersyfikować zaopatrzenie Polski w gaz, czy nie - zapowiedział w grudniu 2005 roku ówczesny Minister Gospodarki Piotr Woźniak:

http://wiadomosci.onet.pl/1300434,2677,kioskart.html

Na wyścig wybrano kierunek północny. Wiceminister gospodarki Piotr Naimski stwierdził, że polska polityka nie zakłada budowy drugiej nitki gazociągu jamalskiego, ani budowy łączników z gazociągami, np. z Niemiec:

http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33182,4004609.html

 

Na szczęście dla PiS, PiS przegrała wybory, więc dziś może twierdzić, że to „wina rządu PO i Tuska”, że nie wygraliśmy wyścig:

http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103087,7591765,_Niekorzystna_umowa_gazowa_to_wina_rzadu_Tuska___Naimski.html

Wielkie nadzieje, jak w 1939, pokładaliśmy w „sojusznikach”:

http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,6715410,Gazociag_Polnocny_budzi_irytacje_nad_Baltykiem.html

Wskrzesiliśmy nawet Rzeczpospolitą Obojga Narodów - Polska z Litwą miały „zawalczyć razem przeciwko rurze”: http://wyborcza.pl/1,86723,3930460.html

Szczególnie liczono na Szwedów:

http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,6008202,Szwecja_zatrzymuje_Gazociag_Polnocny.html,

bo Szwedzi „boją się bałtyckiej rury”:

http://wyborcza.pl/1,86750,3740115.html.

Szwedzi mięli „wznieść schody” Gazociągowi Północnemu i nawet konsultować się z Polską w tej sprawie:

http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,6235563,Szwedzkie_schody_dla_gazociagu.html

Ale potem się okazało, że „szwedzki minister ma interes w sprzyjaniu Gazpromowi” http://wyborcza.pl/1,86750,3701418.html

Rurę mieli zatrzymać Estończycy:

http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,7214339,Estonczycy_zatrzymaja_budowe_Gazociagu_Polnocnego_.html,

a potem Finowie: http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,4840940.html.

Cieszyliśmy się jak dzieci, że udało nam się „odsunąć” Gazociąg:

http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33181,4422815.html,

a potem, że się on „opóźniał”:

http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,6075674,Gazociag_Polnocny_znow_sie_opoznia.html,

że był „w zawieszeniu” w Szwecji:

http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,6739002,Gazociag_Polnocny_w_zawieszeniu_w_Szwecji.html,

że „stanął” w Finlandii:

http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,5717371,Gazociag_Polnocny_staje_w_Finlandii.html,

Ale w materiale zatytułowanym „Finowie blokują Gazociąg Północny” okazało się, że to… czterech (!!!) Finów „blokuje”:

http://www.tvp.info/informacje/biznes/finowie-blokuja-gazociag-polnocny

I nawet nie pomogło, że „Szwedzi i Finowie krytykowali swoje rządy za zgodę na Gazociąg Północny”:
http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,7231819,Szwedzi_i_Finowie_krytykuja_swoje_rzady_za_zgode_na.html.
Trochę się zmartwiłem, że rządy Szwecji i Finlandii są niedemokratyczne, skoro nie biorą pod uwagę opinii swoich obywateli. Ale jak wynika z tekstu pod tym „mocnym” tytułem, Szwedów było dwóch: socjaldemokratyczni politycy Urban Ahlin i Anders Ygeman, a Finów nie wiadomo ilu, ale na pewno najpopularniejszy fiński dziennik „Helsingin Sanomat”.
Potem pojawiła się nadzieja, że same „Niemcy przejrzeją na oczy”:

http://wyborcza.pl/1,86117,6178771.html

Jak jednak „Niemcy” jako takie nie przejrzały na oczy, została nam wiara tylko w niektórych, „dobrych” Niemców, a dokładniej w niemieckich ekologów:

http://www.dziennik.pl/gospodarka/article546596/Ekolodzy_powstrzymaja_Gazociag_Polnocny.html

No i w końcu „Gazprom miał pokonać rynek”:

http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33211,5501954.html

Była nawet nadzieja, że Gazociąg „zostanie bez gazu”:

http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,7226784,Gazociag_Polnocny_zostanie_bez_gazu_.html.

A jak się okazało, że gaz do Gazociągu jednak będzie, to powstała nadzieja, że nie będzie pieniędzy na jego zbudowanie.

http://www.tvn24.pl/12692,1600248,0,1,gazpromowi-brak-pieniedzy-na-nord-stream,wiadomosc.html 

Cieszyliśmy się, że eksport Gazpromu maleje, a koszty inwestycji rosną:
http://www.rp.pl/artykul/67299,261162_Eksport_Gazpromu_maleje__a_koszty_inwestycji_rosna.html
w nadziei, że urosną tak bardzo, że w końcu  nie starczy pieniędzy:
http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33207,3666541.html
Potem powiało nadzieją, że banki nie dadzą pieniędzy. Konsorcjum budującemu Gazociąg Północny kredytu miał nie udzielić Europejski Bank Inwestycyjny, bo Marta Gajęcka, wiceprezes banku, powiedziała, że się temu sprzeciwi:
http://biznes.onet.pl/nord-stream-bez-pieniedzy-z-ebi,18567,3169401,1,prasa-detal

Ale szybko się okazało, że Nord Stream nie zamierza i nigdy nie zamierzał ubiegać się o kredyt w EBI:

http://wiadomosci.onet.pl/2123733,10,item.html

No i teraz od trąbiliśmy sukces, że „udało się zakopać rurę”. Tak się osiąga sukcesy w międzynarodowej polityce gospodarczej.

Jednak nie wszystko stracone. W walecznych sercach tli się wiara.

Jarosław Kaczyński stwierdził, że „istnieje możliwość zatrzymania budowy Gazociągu Północnego:

http://www.bankier.pl/wiadomosc/J-Kaczynski-istnieje-mozliwosc-zatrzymania-budowy-Gazociagu-Pln-1797363.html
Politycy PiS uważają, że trzeba „zablokować” budowę gazociągu. http://gazownictwo.wnp.pl/pis-trzeba-zablokowac-budowe-gazociagu-polnocnego,100131_1_0_0.html

Mam taki pomysł: słynne Porsche Cayene Agenta „Tomka” trzeba przerobić na łódź podwodną jaką miał Agent Bond, James Bond. Gazociąg będzie można wówczas wysadzić, a winę zrzucić na terrorystów i powiedzieć „a przecież mówiliśmy”.

2010-03-04 0:10

DOBRA I ZŁA WIADOMOŚĆ

Dobra wiadomość jest taka, że Trybunał Konstytucyjny orzekł, iż „zbieranie przez służby specjalne danych o połączeniach telefonicznych i internetowych jest niezgodne z Konstytucją”.

Zła wiadomość jest taka, że to niemiecki Trybunał Konstytucyjny.

Więc jakby ktoś się pytał, co to jest „pyrrusowe zwycięstwo”, to możemy powiedzieć, że takie jak Polski nad Niemcami w II wojnie światowej.

2010-03-03 3:30

O WOLNOŚĆ I SPRAWIEDLIWOŚĆ (I EFEKTYWNOŚĆ). CZYLI JAK PROTOKOŁOWAĆ ROZPRAWY.

Mój wpis o nagrywaniu rozpraw wywołał wiele ciekawych (i nieciekawych) komentarzy. Jako że większość była zdecydowania bardzo ciekawa i bardzo rzeczowa, postanowiłem „pociągnąć  temat”. W końcu dotyczy poza wolnością sprawy najważniejszej – wymiaru sprawiedliwości, który tejże wolności może nas pozbawić. Więc podatki, czy stadiony, o których ostatnio pisałem, przy temacie wolności i sprawiedliwości to nie „Pan Pikuś”, tylko  „mały pikuś”. 

Pan Sędzia Bartłomiej Przymusiński – rzecznik Stowarzyszenia Iustitia, którego wypowiedź w TOK FM popchnęła mnie do napisania komentarza, przesłał mi maila (i pozwolił opublikować):

„Przeczytałem Pańską krytyczną wypowiedź nt. stanowiska Iustitii co do protokołu elektronicznego. Zapewniam Pana, że nie jest ono motywowane chęcią ukrycia rzeczywistego przebiegu postępowania, lecz poważnymi problemami praktycznymi jakie to rozwiązanie spowoduje. Przede wszystkim nagranie będzie jedynym zapisem rozprawy (tylko prezes sądu będzie mógł w wyjątkowej sytuacji zarządzić jego przekład na pismo). Nie stanowiłoby to może problemu, gdybym równocześnie prowadził 5-10 spraw, bo wtedy jestem w stanie polegać na własnej pamięci. W ekstremalnych sytuacjach sędziowie mają jednak i po 600 spraw i muszą przed każdą rozprawą „odświeżyć” swoją pamięć - czytanie zajmuje znacznie mniej czasu niż słuchanie. (…) Proszę zrozumieć, że ten projekt to „gadżet”, który niesie z sobą poważne ryzyko utrudnienia warunków wykonywania naszych zadań. Czy nie należałoby utworzyć zespołu roboczego, w którym z Ministerstwem omówilibyśmy te nasze obawy, zamiast wprowadzać projekt „na szybko”?”

Co do zespołu roboczego pełna zgoda. Ale powinien on się składać nie tylko z urzędników z Ministerstwa i Sędziów. Może dopuścicie państwo też adwokatów i teoretyków prawa (znających procedury amerykańskie – jest paru takich na uniwersytetach). Przy okazji mail Pana Sędziego skłonił mnie do odpowiedzi paru anonimowym komentatorom z blogu – jak rozumiem zainteresowanym Sędziom.

Zacznę od dwóch deklaracji. Pierwsza dotyczy zasad. Ja się nie „czepiam” Sędziów i Sądów jako takich. Mam wśród Sędziów wielu znajomych i bardzo cenię ich profesjonalizm. Dla wszystkich, którzy przeczytali tylko ostatni wpis o protokole elektronicznym i poczuli się oburzeni zachęta, żeby przeczytali wpisy poprzednie. Myślę, że się Państwu spodobają, tak jak się chyba spodobało moje stanowisko w sprawie Państwa wynagrodzeń i emerytur, bo jakoś nie było do tego zastrzeżeń. Deklaracja druga dotyczy już konkretnie protokołu elektronicznego. On sam oczywiście niczego nie rozwiąże. Jeśli zmiany zaczniemy na protokole elektronicznym i na nim skończymy, bez koniecznych zmian w procedurach, to będzie gorzej, a nie lepiej. A moim skromnym (albo może lepiej „nieskromnym”) zdaniem parę rzeczy można i trzeba zrobić, bo są do tego powody i powinny się znaleźć środki. Nie możemy się poddać „Friedmanowskiej „Tyranii Status quo”

„Zaniepokojony” podał w swoim komentarzu link do wpisu na forum sędziów umieszczonego przez „Marred”:

http://sedziowie.kei.pl/phpBB2/viewtopic.php?p=161757#161757

prosząc o mój z kolei komentarz.

To jest ta sama analiza, do której odsyła w swoim komentarzu „Johnson”. Jeden z sędziów, nazwijmy go w tym miejscu Pan Sędzia DJ (dlaczego DJ okaże się za moment) pisze, że nagrywa „od 2003 roku, kiedy to weszła w życie zmiana art. 147§3 kpk, zezwalająca przy nagrywaniu na ograniczenie protokołu jedynie do najważniejszych stwierdzeń stron”. Zaczął nagrywać „gdy po pierwszym terminie bardzo skomplikowanej sprawy gospodarczej, na którym słuchaliśmy między innymi świadka, specjalistę od smarów, otrzymałem półtorej stronicowy wniosek o sprostowanie protokołu. Z uwagi na specyfikę języka nie dającego się nijak na dłużej opanować świadka, wniosek był nie do zweryfikowania”

Innych argumentów dostarcza „Mancipi”, która „jako młody aplikant jest posyłana na różnego rodzaju sprawy” i, co prawda, „nie ma nic przeciwko dotychczasowemu protokołowi poza tym ze też chciałaby widzieć jego podgląd już podczas rozprawy, tak jak ma sędzia”, pisząc jednak że:

1) pierwszy rok aplikacji, rzucona do wydziału karnego (jest aplikantem radcowskim) ma sporządzać protokół przez cały dzień. Tylko jakoś nikt wcześniej nie pomyślał że nie ma pojęcia jak. Jako że szybko pisze to przynajmniej udało jej się zapisywać wszystko i znosić złośliwe uwagi sędzi (…)

2) duży, skomplikowany proces gospodarczy w SO, sędzia za bardzo nie skupia się na tym co dzieje się na sali, robi jakieś swoje notatki (widocznie nie wierzył w protokół i słusznie) co jest w protokole nie wiadomo, bo tworzy go pani ok 60, która pisze co uważa. 10 zdań świadka = jedno zdanie w protokole. Rozprawa trwała 4 godz., przesłuchano 6 osób i 30 razy proszono o zaprotokołowanie”.

Czy zatem możemy zacząć od klo kluzji, że warto podjąć wysiłek, żeby jednak nagrywać?

Jak się co do tego zgodzimy, to reszta jest problemem technicznym. Jak poważnym – opisuje Pan Sędzia DJ. Ale, jak słusznie zauważył Joseph Schumpeter w artykule  Die Krise des Steuerstaads z 1918 roku, „każdy problem społeczny i faktycznie każdy problem gospodarczy jest w ostatecznym rachunku problemem finansowym”. Bo skoro można było wylądować na Księżycu (aczkolwiek spory odsetek Amerykanów nadal w to nie wierzy), to ja jakoś nie mogę uwierzyć, że nie można uporać się z problemami technicznymi związanymi z nagrywaniem rozpraw sądowych.

Pan Sędzia DJ pisze: „Prezes sypnął groszem, jak dobrze pamiętam ok. 1.500 złotych. I ruszyliśmy”, po czym opisuje używaną przez siebie rozwiązania techniczne i liczne problemy – w głównej mierze techniczne, wynikające z… braku gotówki.  Używa 5 mikrofonów, ale niestety nie może ich bezpośrednio podłączyć do komputera, „gdyż wymagałoby to zainstalowania specjalnej karty dźwiękowej – zważywszy na jej cenę możemy być pewni, że żaden minister nie zakupi ich dla każdego komputera w każdej sali w kraju”. Więc natychmiast mamy problem: „żeby nagranie było późnej w całości czytelne i użyteczne, musimy panować osobno nad każdym z sygnałów każdego mikrofonu”.  Dalej Pan Sędzia DJ opisuje stosowane przez siebie rozwiązania, które mają tę wadę, że „sędzia przeradza się jednocześnie w DJ’a” (no i już wiadomo dlaczego nazwałem Pana Sędziego ”Sędzią DJ”). Teoretycznie mógłby Go zastąpić ktoś inny, ale kto? Informatyk sądowy? Nie da rady, bo trzeba by przypisać po jednym, na stałe, do każdej sali sądowej. Sal mamy kilka tysięcy, zatem sami policzcie ilu informatyków nam brak”.

No więc znowu: problem kasy. Ale Sądy Arbitrażowe nie żyją z dotacji budżetowych tylko z „wpisów”. Sądy powszechne też mogą i powinny żyć z wpisów. Jakby były dobrze wyposażone, sprawnie funkcjonowały, mniej spraw sądowych (o bardzo wysokich wpisach) trafiałoby do sądów arbitrażowych, a więcej do powszechnych. Bo, jak pisałem poprzednio, nie tylko niektóre wyroki sądów powszechnych wzbudzają moje zdumienie. Arbitrażowych  też. Tylko że sądy powszechne muszą pracować tak, jak arbitrażowe, bo żaden koncern nie będzie czekał 10 lat na prawomocne rozstrzygnięcie. A protokół elektroniczny znacznie to ułatwi. Wymierzanie sprawiedliwości było dla władców dochodowe nawet w Średniowieczu. Dopiero w socjalizmie być przestało. Więc zacznijmy od pozostawienia w sądach wpisów wnoszonych przez strony i zróbmy kilka małych przesunięć budżetowych.  N a jednej z kolumn nowego gmachu Sądu najwyższego widnieje inskrypcja będąca cytatem z Cycerona: „Cedant arma toga”. No właśnie: „Niech oręż ustąpi przed togą”. Z bodajże dziewięciu służb specjalnych, które mogą nas podsłuchiwać i nagrywać, zostawmy cztery. Nie starczy? U każdego operatora telekomunikacyjnego zatrudnione są tabuny „ludzi służb”. Niech idą pracować do sądów. Operatorzy telekomunikacyjni będą mieć niższe koszty działalności, jak nie będą musieli płacić tylu, tak wysokich pensji  – ergo będą płacić wyższe podatki – ergo będzie więcej na dobry sprzęt do nagrywania na salach sądowych. Co prawda protestował będzie Agent „Tomek”, bo nie dostanie w sądzie rejonowym do dyspozycji Porsche i Harleya, ale to bardzo dobrze dla idei państwa prawa. Podobno „państwo policyjne to takie, w którym policjant zarabia więcej od nauczyciela”. Ja bym dodał, że to również takie, „w którym „tajniak” zarabia więcej od sędziego”  i/lub ma do dyspozycji lepszy sprzęt.

Jak dobrze poszukamy, to się środki na odpowiednie wyposażenie sal sądowych znajdą. A sądząc po jakości nagrań, do których co chwila „docierają” dziennikarze „śledczy” Pan Sędzia DJ nie powinien mieć kłopotów z nagraniem „wysokiego dryblasa” któremu głowa wystaje nad mikrofon, czy „babuleńki”, której głos się łamie. Zawsze można użyć takiego samolociku, jakiego CBA używało podczas „akcji w Ministerstwie Rolnictwa”.

A co poza problemami technicznymi, które dają się rozwiązać przy pomocy „kasy”? Mamy jeszcze problemy logistyczne.  „Gdy nagrywane będzie również video, pliki będą ogrooomne” – pisze Pan Sędzia DJ. Tylko po co tworzyć pliki video? Mamy dokumentować, co sędziowie, strony, ich pełnomocnicy i świadkowie powiedzieli, a nie jak wyglądali.  W dzisiejszym protokole też się nie pisze, jak kto był ubrany i jak gestykulował. Zacznijmy od nagrywania dźwięku. Nagrywanie obrazu to rzeczywiście ministerialna „fanaberia”.

Pan Sędzia DJ stwierdza, że „bezsprzecznie (…) rozprawa przebiega znacznie szybciej, płynnej, nabiera innego życia. Sędzia nikomu nie przerywa, by podyktować kolejny fragment wypowiedzi, pojawia się autentyczna kontradyktoryjność – strony zaczynają walczyć, prokuratorzy stają się wyjątkowo aktywni, są jakoś dziwnie przygotowani. W jednej ze spraw, powtórne (!) głosy stron, po powtórnym zamknięciu przewodu sądowego, trwały ponad 1,5 godziny ! Jest fajnie. Wszystkim się podoba. Wszyscy są pod wrażeniem.”

Skoro „bezsprzecznie” rozprawa przebiega szybciej, to może warto przezwyciężyć problemy, które nas dziś ograniczają.

„Niestety schody pojawiają się później (…) Przepisanie trwa wieki…” – pisze Pan Sędzia DJ

Tylko PO CO PRZEPISYWAĆ nagranie w całości? Przypomnijmy: proces jest kontradyktoryjny. Jak strona powołuje się na coś, co zostało powiedziane podczas rozprawy, to sama ma to wykazać. Jak? Prosto: poprzez własne stwierdzenia zawarte w piśmie procesowym. Jak druga strona twierdzi inaczej, to wówczas Sąd sprawdza nagranie. Podstawą wyrokowania powinny być pisma procesowe stron! Protokół powinien być tylko dowodem dotyczącym prawdziwości, że stwierdzenia, na które powołują się strony rzeczywiście padły podczas rozprawy.

To uchroni też sędziego przed „dostaniem zawału”, o co obawia się Pan Sędzia DJ, gdy zacznie to wszystko czytać”. Jak nie zapamiętał spraw najistotniejszych, które rzutują na treść jego rozstrzygnięcia, to może sobie odsłuchać (nawet wtedy, jak „tłucze kotleta” – które to stwierdzenie tak bardzo rozsierdziło „Igę”, „Nilwri” i „Mancipi”, do czego odniosę się za chwileczkę.)

Na razie odpowiedź na pytanie „Nilwri”: Czy zdarzało się Panu w jednej sprawie słuchać większą ilość świadków w dodatku na kilku różnych terminach w odstępach tygodniowych, miesięcznych (i to dlatego, że wszyscy świadkowie nie stawili się na jeden termin)? Jestem przekonany, że nie. Ale jeśli się mylę to jak Pan sobie przypominał zeznania tych wcześniejszych świadków - odsłuchując nagrań ich zeznań? Korzystając ze swoich notatek zawierających szczególnie ważne zdania świadków? Jak profesjonalny pełnomocnik ma się zapoznać z zeznaniami świadków, przy których przesłuchaniu nie był (klient zbyt późno uznał, że profesjonalna pomoc jest potrzebna)? Jak ma sporządzić wtedy środek zaskarżenia?” Jakbym naprawdę był złośliwy i nie miał szacunku dla Sądów i Sędziów – co sugeruje „Nilwri” to bym odpisał: „biedni ci Amerykanie, że muszą sobie z tym wszystkim dawać jakoś radę”. Ale złośliwy nie jestem, szacunku mam wiele, (zwłaszcza dla zawodu Sędziego choć nie dla wszystkich Sędziów) więc przyznam, że „Nilwri” racji trochę ma. Jakbym miał słuchać świadków co dwa miesiące, to pewnie bym zapomniał co mówili. Więc dlatego warto to zrobić tak, jak robią w swoich sądach Amerykanie, a co podchwyciły Sądy Arbitrażowe: jak się proces zaczyna, to wyznaczamy rozprawy dzień po dniu – aż się postępowanie dowodowe skończy. To rozwiąże problem, o którym napisał mi w mailu pan Sędzia Przymusiński. Bo równocześnie prowadził będzie nie więcej niż owe 5-10 spraw” więc będzie „w stanie polegać na własnej pamięci”.

Piotr Sokół pisze w swoim komentarzu: „Sędziemu nie jest potrzebny protokół. Jest potrzebne aby sprawa mogła przetoczyć sie w ciągu kilku-kilkunastu dni nie przedzielana innymi sprawami!!!” No właśnie! Nie można tak? A to niby dlaczego? Bo świadek nie przyjdzie? W sprawach cywilnych obecność świadka w Sądzie to nie jest sprawa Sądu, tylko strony, która zgłasza dowód z przesłuchania świadka! Nie przyszedł? Co za szkoda. Ale tylko dla tej strony, co go chciała przesłuchać. Pełnomocnika sobie strona nie ustanowiła, bo „zbyt późno uznała, że profesjonalna pomoc jest potrzebna”? A jak kran pęknie to sobie „strona” weźmie hydraulika, czy sama będzie „walczyć”? Przecież woda może cały dom zalać i szkód więcej narobić, niż sąsiad, którego się pozywa bo ciągnikiem płot rozwalił.

Pan Sędzia DJ pisze, że „rozwiązaniem mogłaby być zmiana filozofii naszego postępowania karnego (o postępowaniu cywilnym nie wypowiadam się bo nie mam tu zbyt dużych doświadczeń praktycznych), odejście od pewnych dogmatów zwanych zasadami, ale w jakim kierunku, to już temat na osobną dyskusję, osobne przemyślenia.” A ja pozwoliłem sobie na skoncentrowanie się wokół spraw cywilnych, w których elektroniczny protokół bardzo by się przydał. W sprawie cywilnej Sędzia ROZSTRZYGA SPÓR między stronami, a nie poszukuje „prawdy obiektywnej” więc nie trzeba w tym przypadku nawet „zmieniać filozofii” tylko raczej zmienić trochę „przyzwyczajenia”. No i trochę bardziej KPC. Ale postulatów w tym zakresie jakoś nie słychać.

Z kolei „Iga” ma trochę racji, gdy wytyka mi, że nie podkreśliłem, że „sędziowie nie sprzeciwiają się samemu protokołowi elektronicznemu”. Powinienem podkreślić. Ale nie ma racji gdy pisze, że „nagranie nie może jednak zastąpić tradycyjnego protokołu w formie pisemnej”. Tylko po co nagrywać rozprawę w jej dzisiejszej formie? Z przerywaniem świadkom i nagrywaniem tego, co sędzia dyktuje protokolantowi? Czy żeby sprawdzić, które z dziesięciu zdań świadka „pani lat 60” umieściła w protokole?

„I chodzi nie tylko o nie utrudnianie pracy sędziom, ale i respektowanie praw stron i ich pełnomocników, którzy również będą musieli poświęcić wiele czasu na odsłuchiwanie nagrań” – pisze „Iga”. Tu się nie zgadzam, bo rozprawę można prowadzić „po amerykańsku” – jak opisałem powyżej.

Do czego przyda się jeszcze elektroniczny protokół? „Ropuch” uważa, że pisząc jakoby „sędziowie bali się utracić kontroli nad protokołem sugeruję że nie dość, że jest on osobiście zainteresowany wynikiem sprawy, to jeszcze  w tym celu dopuszcza się nieprawdy, bo odpisując protokół, który nie odzwierciedla przebiegu rozprawy właśnie to robi”.

W odpowiedzi taka scenka: rozprawa w sprawie wzbudzającej spore emocje (zatrzymania, areszty tymczasowe, publikacje prasowe itp). Pełnomocnik strony stwierdza, że „ówczesny zarząd spółki, który skierował sprawę do prokuratury, doskonale znał sprawę, bo akceptował faktury”. Sędzia Przewodniczący pyta: „Ile faktur?”. Pełnomocnik odpowiada: „Wszystkie cztery”. Sędzia stwierdza: „Tylko jedną”. Po rozprawie pełnomocnik wertuje skrupulatnie akta sprawy. Faktury są cztery. Na wszystkich podpisy ówczesnego zarządu. Pełnomocnik pisze do Sądu wniosek o uzupełnienie protokołu rozprawy o zacytowaną powyżej wymianę zdań pomiędzy pełnomocnikiem a Sędzią Przewodniczącym. Sąd odpowiada: „takich stwierdzeń się nie umieszcza w protokole”. Dlaczego to ważne? Dlatego, że w innej sprawie, która prowadzona jest przez służby specjalne, a której nie ma w aktach sprawy bo jeszcze nie trafiła do Sądu, z trzech faktur podpisana została przez zarząd rzeczywiście tylko jedna. Skąd wiedział o tym Pan Sędzia? I jak udowodnić, że wiedział?

Nie sugeruję wcale, że był „osobiście zainteresowany wynikiem sprawy”. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że „tajniacy” mu opowiadali na jakimś nieformalnym nawet spotkaniu, podczas którego mógł wręcz nie wiedzieć, że rozmawia z tajniakami, jakich to „przestępców” sprawę ma rozstrzygnąć, o której „piszą media” (wybiórczo poinformowane wcześniej przez tych samych „tajniaków”, o niektórych tylko faktach i dokumentach, a nie o wszystkich).

Czy taki jeden przykład wystarczy? Jak nie, to może jeszcze jeden: tak zwana sprawa „aresztowa”. Na zarzut obrońcy podejrzanego, że Sąd niezbyt wnikliwie zapoznał się ze wszystkimi dowodami, co może rzutować na treść rozstrzygnięcia, Wysoki Sąd łaskaw jest stwierdzić: „więzienia też są dla ludzi” (!!!). Łatwo chyba zgadnąć, że Sąd nie umieścił tego swojego stwierdzenia w protokole rozprawy.

A teraz sprawa „tłuczenia kotletów”. „Nilwri” wypominanie „kotletów” uważa „za brak szacunku do ludzi, do tego co robią” i uznaje za „pogardę do sędziów”. No „chyba, że uważam to za swój szczególnie trafny merytoryczny argument”. Owszem uważam! Jakby nie uważał, to bym nie napisał. Mogłem napisać o „karmieniu piersią”, tylko czy byłoby lepiej? Kotlety sam czasami tłukę, a piersią nie karmię.

Oto scenka ze sprawy „aresztowej”: akta z prokuratury trafiają do Sądu, gdy pani sędzi (tym razem z premedytacją z małej litery) nie ma („pojechała nakarmić dzieci” – jak się „wymsknęło” pracownicy sekretariatu w rozmowie z żoną  podejrzanego). W pół godziny po powrocie pani sędzi do Sądu zaczyna się rozprawa. Trwa ponad godzinę. Po przerwie trwającej siedem minut, pani sędzia prezentuje postanowienie z siedmiostronicowym (!) uzasadnieniem! W siedem minut siedmiu stron pani sędzia nie napisała. Mamy przyjąć, że zaczęła pisać uzasadnienie po powrocie do Sądu i przed rozpoczęciem rozprawy? Byłoby to nieładne zachowanie.  Ale nawet gdyby z tych trzydziestu minut między powrotem do Sądu a rozpoczęciem rozprawy dwadzieścia osiem poświęciła na pisanie uzasadnienia i potem jeszcze sześć i pół w przerwie trwającej siedem minut, to przez trzydzieści cztery i pół minuty też nie napisałaby siedmiu stron uzasadnienia. Takiego „sędziego” można zatrudnić w charakterze stenotypistki w prokuraturze. Nie oznacza to wcale mojej „pogardy”, gdyż ja raczej pobłażliwy jestem i frywolny i nie zwykłem ludźmi gardzić w ogóle. Ale bywam złośliwy, gdy mam powody. „Chyba, że uważacie, że nie jest to szczególnie trafny merytoryczny argument” stanowiący uzasadnienie mojej złośliwości? (BTW: Sąd II instancji areszt uchylił).

Mniej pryncypialna w sprawie „bicia kotletów” była „Iga”, która odesłała mnie do „unijnej dyrektywy o prawie do wypoczynku” z następującym komentarzem: „najwyraźniej jeszcze nie jest Panu znana, ale skoro jest Pan prawnikiem to w końcu ją Pan znajdzie”. Pani „Igo”/Pani Sędzio? – nie zamierzam szukać. Pozwolę sobie postawić tezę, że Pani też nie zna wszystkich dyrektyw unijnych. Jako prawnicy wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za inflację prawa. To my odpowiadamy za to, że nikt nie zna dziś wszystkich regulacji i nie ma szansy ich poznać. Znamienne jest tylko to, że zwróciła Pani uwagę właśnie na „prawo do wypoczynku”. A ja twardo obstaję przy swoim, że dużo ważniejsze jest prawo do wolności sprawiedliwości. I skoro są ludzie, którzy chcą się wymiarem sprawiedliwości parać, i uważają, że są godni sprawiedliwość innym wymierzać, to ośmielę się stwierdzić, że ta sprawiedliwość powinna być dla nich ważniejsza niż wypoczynek – nawet jak jest gwarantowany dyrektywą unijną. Bo przecież można pracować na poczcie i po ośmiu godzinach oddawać się błogiemu wypoczynkowi, bez konieczności myślenia o listach, które się ostemplowało. I żeby uprzedzić zarzuty: nie ma tu żadnej „pogardy” dla pracujących na poczcie ani dla ich pracy.

2010-02-27 13:10

MIŚ PL 2012. SERIA II. ODCINEK 8

No i proszę… Dwa i pół roku pisania o naszym Misiu 2012 w „drugim obiegu” (bo taki charakter ma dziś Internet) nie poszło całkiem na marne.

Inauguracja serii „Misia” miała miejsce już w maju 2007:

http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=153

W dwóch seriach i razem osiemnastu ich odcinkach relacjonowałem i obśmiewałem budowy stadionów na EURO 2012.

Wczoraj zwróciła na problem uwagę Gazeta Wyborcza: (http://wyborcza.pl/1,75248,7603706,Diabli_biora_Stadion_City.html) stwierdzając, że „po Euro 2012 w stolicy pozostanie problem - Stadion Narodowy za 1,6 mld zł. Na jego utrzymanie Polacy będą łożyć miliony zł rocznie”

Informacja ta nie jest, niestety, prawdziwa. Nie 1,6 mld zł, tylko prawie 2 mld zł wydamy na stadion. „GW” uległa propagandzie Ministerstwa Sportu i spółki PL 2012 i nie liczy VAT, bo „VAT można odliczyć”. A kto niby odliczy? Inwestor – czyli spółka Pl 2012. A skąd ta spółka ma pieniądze? Ma je z kasy państwowej. A budżet, który finansuje spółkę Pl 2012 to sobie ten VAT od czego odliczy???

„Wszystko sprowadzi się do wybudowania za pieniądze podatników najdroższego na świecie „studia telewizyjnego” dla UEFA, która zgarnie za wyłączne prawo do sygnału ok. 1 mld euro. My zostaniemy z gołym stadionem i rachunkami” – powiedział Gazecie Michał Borowski, były Naczelny Architekt Warszawy za prezydentury (warszawskiej) Pana Lecha Kaczyńskiego, inicjator konkursu na „Stadion City” i szef Narodowego Centrum Sportu (NCS) do lipca 2008 r.

Święta prawda. Szkoda tylko, że zaczyna się upowszechniać dopiero dziś.

A miało być tak pięknie. „Stadion City miało być unikalną częścią Pragi, a sam stadion stanowić centralny obiekt całego założenia, żyjący 24 godziny na dobę, otoczony przestrzenią publiczną i różnymi funkcjami: hala widowiskowa, wystawy, kongresy, hotele, centrum handlowe, biura” I wszystko to „za pieniądze inwestorów”. Już się zacząłem zastanawiać czy rzeczywiście tak wielu chętnych inwestorów postanowiło się przenieść z bankrutującego Dubaju w okolice Portu Praskiego, a jeśli tak, to dlaczego Minister Drzewiecki „blokował tę inwestycję”.

Pewnej podpowiedzi dostarcza takie zdanie, które się wyrwało przedstawicielowi jednej z agencji zajmujących się nieruchomościami. „Wartość terenów pod zabudowę komercyjną to jakieś 130 mln euro” - stwierdził Alex Kloszewski z firmy międzynarodowych doradców ds. nieruchomości Colliers International.

I przyszło mi do głowy pytanie: Czy Skarb Państwa, planował inwestorom tereny te sprzedać? A jeśli tak to w jakim trybie? Czy może plan był taki, żeby przeznaczyć je pod zabudowę komercyjna jakoś inaczej – co w dużej mierze wyjaśniałoby zamieszanie, które się zrobiło w związku z „Stadion City”

Kolejne zdanie zaczyna napawać mnie przekonaniem, że chodziło o ten drugi scenariusz. Otóż: „Koncepcja Stadion City została blisko dwa lata temu wyłoniona w jednym z największych konkursów urbanistycznych po II wojnie. Budżet sięgający pół mln zł, trzech organizatorów: NCS, czyli powołana przez resort sportu spółka skarbu państwa, stołeczny ratusz i PKP.” Konkurs był po to „by wyłonić architekta, który dostanie zlecenie na narysowanie całego nowego kwartału Warszawy. To oznacza, że architekt wytycza granice działek, przypisuje im konkretne funkcje, przesądza (podkreślenie moje) gdzie komercja, gdzie przestrzeń publiczna. Miało powstać szczegółowe opracowanie pokonkursowe - jako podstawa i gotowy „wsad” do planu zagospodarowania przestrzennego. Plan uniemożliwia wolnoamerykankę w gospodarowaniu gruntami, chroni teren przed przypadkową zabudową i zapewnia przejrzystość, bo proces jego uchwalania podlega kontroli publicznej”.

Może więc chodziło o to, który to architekt „przesądzi” gdzie co ma powstać na terenach wartych 130 mln euro, żeby Radni Warszawy, którzy sprawują swoje funkcje, bo ktoś ich wpisał na listy wyborcze, oczywiście pod „kontrolą publiczną”, bo każdy z nas może się udać na posiedzenie Rady Warszawy, demokratycznie mogli taki plan przegłosować?

Jedno z praw Murphy’ego powiada, że „jak coś może pójść źle, to na pewno pójdzie”. Dokładam do tego „rozwinięcie Gwiazdowskiego”: „jak w coś jest zaangażowany rząd, prawdopodobieństwo, że pójdzie źle, rośnie w postępie geometrycznym”.

2010-02-27 12:30

PROTOKÓŁ ROZPRAWY I WYNAGRODZENIE SĘDZIEGO

Stowarzyszenie Sędziów Orzekających Iustitia zaprotestowało właśnie przeciwko pomysłom elektronicznego protokołowania rozpraw. „Nie sprzeciwiamy się samemu „elektronicznemu protokołowi”. Ale proponowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości” zapisy, są nie do przyjęcia” – powiedział w Radiu Tok Fm Bartłomiej Przymusiński, rzecznik prasowy Stowarzyszenia.

Sprzeciw sędziów budzi rezygnacja z tradycyjnego protokołowania zeznań. Ministerstwo Sprawiedliwości proponuje by pozostała tylko jego forma skrócona. Reszta będzie rejestrowana kamerami i mikrofonami. „Możemy sobie robić notatki, ale to przecież mija się z celem. Gdy przesłuchuje się świadka, trzeba zwracać uwagę na to co mówi, ale też jak mówi, gestykuluje, jak reaguje na zadawane pytania - nie ma możliwości by w tym czasie notować”- tłumaczy Pan Sędzia Przymusiński.

I dodaje: „dziś na zapoznanie się z protokołami, które dyktuje sędzia - wystarcza czasem kilka minut. Odtwarzanie nagrań rozpraw - na przykład przy pisaniu uzasadnienia wyroku trwać będzie godziny”.

Ciekawy jestem bardzo, czy Pan Sędzia widział kiedyś rozprawę, z której sporządzany jest protokół elektroniczny. Nie mówię już o Ameryce. Wystarczyłoby w jakimś sądzie arbitrażowym. I to nawet nie w takim jak ICC w Paryżu, ale choćby takim jak Sąd Arbitrażowy przy KIK w Warszawie. Nie chwalę oczywiście wszystkich  wyroków tego sądu, gdyż niektóre z nich wzbudzały moje najwyższe zdumienie, ale właśnie o ekonomikę rozprawy i możliwość ustalenia, jak są wątpliwości, co zostało przez świadka, czy stronę powiedziane, a co nie dzięki protokołowi elektronicznemu. Bo to właśnie on pozwala „zwracać uwagę na to co mówi świadek, jak mówi, gestykuluje, jak reaguje na zadawane pytania”. Jak sędzia prawie KAŻDE zdanie świadka musi przerywać, żeby je podyktować do protokołu, to świadka dekoncentruje, wybija z rytmu – i to właśnie wówczas  nie sposób zwracać uwagi na naturalne zachowania świadka. A jak Pan Sędzia Przymusiński stwierdza, że „ niema możliwości by w tym czasie notować”  to się zastanawiam o co chodzi? Jako arbiter w protokołowanym elektronicznie procesie nigdy nie miałem najmniejszych problemów z zanotowaniem szczególnie istotnego stwierdzenia świadka, czy strony i nie zauważyłem, żeby koledzy arbitrzy też mięli.

Argument jest tak infantylny, że skłania do przypuszczeń, iż jest tylko „przykrywką” dla argumentów niewypowiedzianych wprost.

Otóż protokół elektroniczny odbiera sędziemu i jego protokolantowi władze nad protokołem!!! Dziś jest tak, że protokolant ze zdania wypowiedzianego przez świadka, czy stronę, protokołuje co sam zrozumie, albo co mu wyraźnie podyktuje sędzia, przerywając świadkowi zeznania, żeby mieć czas na podyktowanie do protokołu, co zostało powiedziane w poprzednim zdaniu. I zapewniam, że dyktując sędzia nie obserwuje świadka, nie „ zwraca uwagi na to co mówi, jak mówi i gestykuluje” (bo mu właśnie przerwał) gdyż w tym czasie zwraca się do protokolanta. W najlepszych sądach arbitrażowych poza „recordingiem” rozprawa jest także protokołowana przez zawodowego stenotypistę – protokołowane jest więc każde słowo z rozprawy. W Polsce protokolantem jest najczęściej młody praktykant, bez żadnego doświadczenia prawniczego, który zapisuje „słowo w słowo” co mu podyktował sędzia, a jak sędzia nie dyktuje, to „coś tam sobie” zapisuje zgodnie z własną inwencją i rozumieniem „świata i świadka”.

Potwierdza to Pan Sędzia Przymusiński, mówiąc: „teraz dyktujemy osobie protokołującej najważniejsze rzeczy, trafiające w sedno sprawy, które nam wyjaśniają jej podłoże, sens. Pomijamy dygresje zeznających, niczego najczęściej nie wnoszące”. Tylko „nic nie wnosząca dygresja” w zeznaniach jednego świadka może stać się kluczowa dla sprawy po wysłuchaniu „dygresji” jakiegoś innego świadka, na którejś z następnych rozpraw! Stąd częste „awantury” o wpisanie czegoś do protokołu rozprawy, bo adwokat (dobry adwokat) zadając jakieś pytania świadkowi, już wie jakie będą kolejne pytania zadawane temu świadkowi i następnym świadkom, a sędzia tego nie wiem. Więc coś co dla sędziego wydaje się „dygresją” może mieć kluczowe znaczenia dla spraw.

Dlatego kolejna rozprawa zaczyna się najczęściej od zgłaszania wniosków o uzupełnienie protokołu z poprzedniej rozprawy. Ale skoro nie była ona nagrywana, to o tym, co zostało powiedziane (bardzo często kilka miesięcy wcześniej – bo z taką częstotliwością rozpraw  

A już zupełnie mnie powalił następujący argument: „są osoby, dla których już wizyta w sądzie jest bardzo stresująca. Co będzie gdy tego dojdą kamery i mikrofony? Z drugiej strony mogą się znaleźć tacy, których już sama świadomość, że ich  zeznania są nagrywane, pobudzi do „występów”. Zamienią salę sądową w teatr”. Trzeba zatrudnić technika, który tak ustawi mikrofony i kamery, że świadkowie w ogóle nie zwrócą na nie uwagi. A jak jakiś świadek na widok „sitka” reagował będzie jak polityk, to zawsze można go „ostudzić” konkretnymi pytaniami. Trzeba je tylko umieć zadać. Ale rozumiem, że sędziowie, którzy decydują o tak ważnych dla ludzi sprawach w odróżnieniu od wielu dziennikarzy mają umiejętność zadawania takich właśnie pytań.

„Może i skróci czas trwania rozpraw, ale wydłuży pracę sądów”. Bo „dziś na zapoznanie się z protokołami, które dyktuje sędzia wystarcza czasem kilka minut. Odtwarzanie nagrań rozpraw - na przykład przy pisaniu uzasadnienia wyroku - trwać będzie godziny”.  Jak tak się stanie to już będzie pewien sukces. Bo podobno dziś poważnym problemem organizacyjnym, wydłużającym kolejki w sądach, jest brak sal rozpraw. Jak rozprawy będą krótsze, to można będzie ich więcej przeprowadzić. A Pani Sędzia (ten zawód jest dość sfeminizowany) po dniu rozpraw, zamiast spieszyć się do domu, żeby „tłuc kotlety” na obiad dla dzieci odbieranych ze szkoły po drodze z sądu do domu, posiedzi troszkę dłużej żeby wysłuchać nagrań z rozprawy napisać dobre (i bardziej obiektywne) uzasadnienie wyroku.

W zamian całkowicie zgadzam się innymi z postulatami zgłaszanymi przez Stowarzyszenie Iustitia w sprawie wynagrodzenia sędziów, a nawet bronię – jak w poprzednim wpisie – ich prawa do państwowej emerytury i przechodzenia w stan spoczynku. Ten zawód powinien być dobrze wynagradzany. Wówczas kotlety będzie mógł tłuc mąż, który pójdzie sobie na urlop „tacierzyński” bo Pani Sędzia ze swojej pensji spokojnie utrzyma rodzinę. A zresztą, skoro zawód sędziego, jak postuluję od lat powinien być, jak w Ameryce, ukoronowaniem kariery prawniczej, to będą to już kotlety dla wnuków.

2010-02-26 1:50

FOR ZUS

W Gazecie Wyborczej Pan Dr Wiktor Wojciechowski -z SGH i Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR) w artykule z cyklu poświęconego  debacie na temat systemu emerytalnego i „reformy” KRUS postawił tezę: „Im szybciej członkowie rodzin rolniczych będą przenoszeni z KRUS do ZUS, tym wyższe oszczędności dla wszystkich podatników i większe szanse na skok cywilizacyjny na wsi.”

http://wyborcza.pl/1,75515,7601274,Drogie_emerytury__Jak_zlikwidowac_KRUS_.html

A jak doszedł do tej konkluzji?

Punktem wyjścia jest teza: „Wbrew temu, co twierdzi pani prof. Józefina Hrynkiewicz ( “KRUS jest dobry, a nie zły ” “Gazeta ” 10 lutego) przesunięcie najbogatszych (podkreślenie moje)  rolników z KRUS do ZUS przyczyniłoby się do uzyskania znacznych (podkreślenie moje) oszczędności w finansach publicznych”.

Jako, że mam zwyczaj zastanawiać się co czytam przyszło mi do głowy kilka pytań.

Pytanie 1: Jak mówimy o „znacznych oszczędnościach w finansach publicznych” to znaczy jak wysokich? Rozumiem, że to zależy od odpowiedzi na pytanie 2: jak mamy przesuwać do ZUS  „najbogatszych”, to znaczy których??? Czy możemy się zgodzić, że to ci, którzy mają gospodarstwa powyżej 20 ha? Chyba nie możemy, bo kilka akapitów dalej Pan Wojciechowski snuje wizję oszczędności, do których by doszło: „gdyby taka reforma objęła również połowę rolników, którzy posiadają mniejsze gospodarstwa, tj. od 10 do 20 hektarów (stanowią 13,2 proc. wszystkich gospodarstw rolnych)” A jeszcze dalej pisze, że „docelowo (podkreślenie moje) wszystkie osoby, dla których prowadzenie działalności rolniczej jest głównym źródłem utrzymania, powinny być przeniesione do powszechnego systemu emerytalnego”. W związku z tym nasunęło mi się pytanie 3: to w końcu „najbogatszych”, czy „wszystkich”? A skoro „docelowo”  wszyscy powinni być przeniesieni do ZUS, to automatycznie trzeba postawić pytanie 4: „docelowo” to znaczy w jakiej perspektywie czasowej: 3 lata, czy 30 lat?

Chyba raczej 30 bo Pan Wojciechowski pisze (całkiem słusznie), że „zwiększenie zatrudnienia mieszkańców wsi w przemyśle lub usługach można w dużym stopniu osiągnąć dzięki poprawie jakości infrastruktury transportowej. (…) Dobrze rozwinięty system komunikacji autobusowej lub kolejowej sprzyja wysokiej mobilności pracowników”.

Jeśli uznamy, że poprawa infrastruktury jest warunkiem sine qua non zmian na polskiej wsi, to trudno sobie wyobrazić, żeby nastąpiła ona w krótkiej perspektywie. A byłoby sporą nieuczciwością wykonać jedynie „krok w dobrą stronę” i zlikwidować KRUS, choć nie b Edzie komunikacji ani autobusowej, ani kolejowej, która pozwoliłaby na „zwiększenie zatrudnienia mieszkańców wsi w przemyśle lub usługach”.

Postulaty Pana Dr Wojciechowskiego są następujące: „Po pierwsze, już dzisiaj do powszechnego systemu emerytalnego powinni zostać przesunięci wszyscy (podkreślenie moje) rolnicy posiadający największe (podkreślenie moje) gospodarstwa rolne”. Jest tu zatem odpowiedź iście dialektyczna na pytanie numer 3: „wszyscy” posiadający „największe gospodarstwa” Ale natychmiast wracamy do tematu związanego z pytaniem numer 2: „największe” gospodarstwa to znaczy jak duże?

„Powinny trafić tam również (to znaczy do ZUS – przyp. mój) osoby ubezpieczone w KRUS, dla których głównym (podkreślenie moje) źródłem utrzymania jest działalność pozarolnicza”.  Więc mam pytanie 5: „główność” zmierzymy jak?  Dochodem? To jak zmierzymy dochód z działalności rolniczej? Przychód ze sprzedaży płodów rolnych? Czy przychód pomniejszony o koszty? Jak koszty, to jakie? Tu z lubością powtórzę moje ulubione pytanie do zwolenników obejmowania rolników podatkiem dochodowym o stawkę amortyzacji konia? Pan Dr Wojciechowski pisze bowiem, że „w dalszej kolejności, sukcesywnie, do ZUS należy przesuwać osoby, które prowadzą mniejsze (podkreślenie moje) gospodarstwa rolne”. Warto więc zadać pytanie 6: „mniejsze” to znaczy jak małe? Bo tak się składa, że w „mniejszych” – czyli takich poniżej 10 ha, siłą pociągową do dziś bywa koń!

Zdaniem Dr Wojciechowskiego: „wysiłek aktywizacyjny należy koncentrować na osobach mieszkających na wsi, które mają nie więcej niż ok. 40 lat. Z tego powodu KRUS powinien być całkowicie zamknięty dla młodych, którzy rozpoczynają pracę zawodową. Nie wpuszczając ich do KRUS, wzmocniono by ich chęć do pracy w sektorach pozarolniczych”. Może by wzmocniony ich „chęć” do pracy, ale czy wzmocniono by chęć przedsiębiorców do ich legalnego zatrudniania, skoro pozapłacowe koszty pracy (składki płacone do ZUS) są tak wysokie, że generują bezrobocie. Skąd to wiem? Sam z siebie, ale uzbroiły mnie dodatkowo w argumenty publikacje autorów z… FOR.

Kolega Pana Dr Wojciechowskiego, Pan Dr Artur Rzońca (aktualnie członek RPP) napisał w „Rzepie” artykuł: „Dlaczego i jak obniżyć opodatkowanie dochodów z pracy”. Wiem, bo było to w czasach kiedy jeszcze czytałem „Rzepę”, ale można go znaleźć poprzez link na stronie http://www.for.org.pl: http://www.rp.pl/artykul/19423,168963_Dlaczego_i_jak_obnizyc_opodatkowanie_dochodow_z_pracy_.html

Pan Dr Rzońca napisał: „Aby podtrzymać szybki rozwój, musimy podnieść odsetek pracujących (…) Aby więcej ludzi pracowało, zatrudnianie musi stać się dla firm bardziej opłacalne (…) Dla spełnienia tych warunków trzeba by zmniejszyć klin, jaki między koszty pracy ponoszone przez firmy a siłę nabywczą pobieranych przez pracowników wpychają podatki, z których część jest nazywana składkami” (podkreślenie moje) !!! Ja generalnie dużo czytam, więc przeczytałem też kiedyś taką publikację: „Jak podatki mogą nas przybliżyć do cudu gospodarczego”. Chyba nietrudno zgadnąć po moim sarkastycznym tonie, że jest to publikacja wydana prze… FOR.

http://www.for.org.pl/upload/File/raporty/Raport_Jak_podatki_moga_nas_przyblizyc_do_cudu_gospodarczego_FINAL.pdf

A w niej jest Rozdział 3 zatytułowany: „Jak mogłaby wyglądać duża reforma podatkowa?” Otóż „duża reforma podatkowa powinna obejmować (…) obniżenie szeroko pojętego opodatkowania dochodów z pracy” (podkreślenie moje). Już chciałem wytknąć kolegom z FOR, że powinni uzgodnić ze sobą „doktrynę”, bo jak rolnicy poszliby do legalnej pracy w mieście (zakładając, że przy tak wysokich podatkach, „których część jest nazywana składkami” ktoś chciałby ich zatrudnić), to „szeroko pojęte opodatkowanie” ich pracy wzrośnie, a nie zmaleje, ale przypomniała mi się jeszcze jedna publikacja FOR pod tytułem „Skąd bierze się bezrobocie”: http://www.for.org.pl/upload/File/Zeszyt-bezrobocie.pdf.

I stwierdziłem, że Pan Dr Wojciechowski powinien uzgodnić doktrynę sam ze sobą. Bo, jak i tym razem łatwo się domyśleć z mojego coraz bardziej sarkastycznego tonu, to Dr Wojciechowski jest autorem powyższej publikacji, w której czytamy: „do najważniejszych czynników odpowiedzialnych za niską skłonność pracodawców do tworzenia nowych miejsc pracy należą wysokie pozapłacowe koszty pracy, (podkreślenie moje) czyli klin podatkowy”. I dalej: „wzrost zatrudnienia i towarzyszący mu spadek bezrobocia są dodatkowo ograniczanie przez wysokie pozapłacowe koszty pracy”( podkreślenie moje). I jeszcze dalej (żeby nie wyglądało, że coś wyrwałem z kontekstu): „klin podatkowy, to wszelkie obowiązkowe obciążenia w postaci podatków i składek ubezpieczeniowych (podkreślenie moje), które stanowią różnicę pomiędzy całkowitymi kosztami pracy, jakie ponosi pracodawca, a wynagrodzeniem na rękę, które ostatecznie otrzymuje pracownik”.

Więc skoro „klin podatkowy”, czyli „wysokie pozapłacowe koszty pracy”, elementem których są „składki ubezpieczeniowe”, należy „do najważniejszych czynników odpowiedzialnych za niską skłonność pracodawców do tworzenia nowych miejsc pracy”, to przypuszczenie, że nawet jak powstanie ta „komunikacja autobusowa i kolejowa”, to nie zniknie sama z siebie „niska skłonność pracodawców do tworzenia nowych miejsc pracy” w miastach dla ludności wiejskiej, skoro wśród ludności miejskiej bezrobocie rejestrowane przekracza 12%.

Dr Wojciechowski postuluje „wprowadzenie przejściowych bonusów dla osób objętych dzisiaj KRUS z mniejszych gospodarstw, które zdecydują się na podjęcie pracy poza rolnictwem. Mogłoby to polegać np. na współfinansowaniu przez państwo części składek emerytalnych potrącanych z wynagrodzenia brutto. W efekcie, wyższa płaca „na rękę” wzmacniałaby bodźce rolników i członków ich rodzin do podejmowania pracy niezwiązanej z rolnictwem”. A czy „wyższa płaca na rękę” pracownika podwyższyłaby „niską skłonność pracodawców do tworzenia nowych miejsc pracy” z uwagi na „wysokie pozapłacowe koszty pracy”? Pozwolę sobie zauważyć, że „skłonność pracodawców do tworzenia nowych miejsc pracy” wynika, co słusznie zauważył Pan Dr Wojciechowski w innej swojej publikacji cytowanej powyżej, z kosztu, jaki ponosi pracodawca, a nie z tego, ile „na rękę” otrzymuje pracownik.

I na koniec jeszcze jedna uwaga, typowo prawnicza. Pan Dr Wojciechowski pisze, że „bierności w eliminowaniu patologii z polskiego systemu ubezpieczeń rolniczych nie można tłumaczyć brakiem analogicznych zmian w innych krajach UE, ani tym, że podobne patologie występują w Polsce w systemie emerytur mundurowych, górniczych, a także emerytur sędziów (podkreślenie moje) i prokuratorów. Pełna zgoda, co do emerytur mundurowych, górniczych i prokuratorskich. Ale możliwość przejścia w stan spoczynku – czyli na emeryturę państwową jest jednym z instrumentów budowania niezawisłości sędziów. Jeszcze długo to potrwa, zanim sędziowie będą sędziami, ale proszę emerytury sędziego nie traktować tak, jak policjanta, czy prokuratora. Bo w przypadku prokuratorów jest dokładnie odwrotnie niż w przypadku sędziów. Perspektywa utrata emerytury państwowej na skutek wydalenia z prokuratury może skłonić prokuratora do większej uległości wobec przełożonych, więc lepiej, żeby w ogóle nie miał takiej perspektywy na widoku. Natomiast sędziego z zawodu wydalić nie można, więc możliwość przejścia przez niego w stan spoczynku i pobierania emerytury państwowej zwiększa szanse, że powie on tym, którzy będą go próbowali naciskać: „p…. idę na emeryturę”.

P.S. Nie jestem ubezpieczony w KRUS, płacę składki na ZUS i wcale nie życzę tego samego rolnikom. I nie mam też zamiaru zakończyć kariery prawniczej jako sędzia.