Robert Gwiazdowski

Gospodarka klasycznie

2010-09-02 16:50

KTO CZEGO NIE ROZUMIE O GOSPODARCE W OGÓLE A O AMERYKAŃSKIEJ W SZCZEGÓLE?

Na szczęście jeszcze nie wszyscy Yankesi zwariowali. Na nieszczęście są w mniejszości.

Nicholas Colas z BNYConvergEx Group, chyba jako odtrutka na Krugmana, stwierdził w CNBS, że bańska obligacji rośnie szybciej niż dotcomów!

Przez prawie dwa lata amerykańskie fundusze inwestujące w obligacje zanotowały napływ 550 mld USD, czyli (uwzględniając inflację) o 50 mld USD więcej, niż w czasie bańki internetowej napłynęło do funduszy inwestujących w dotcomy.

To już tylko kwestia czasu, gdy i ta bańka – tak bardzo zachwycająca Paula Krugmana –  pęknie. Japońska bańka obligacyjna była pompowana przez lat prawie 20. I pękła. Ale jak mawiał „guru” Keynes, „w dłuższej perspektywie czasu wszyscy będziemy martwi”. Tylko co z naszymi dzieciakami?

Jak wynika z opublikowanych właśnie stenogramów z sierpniowego posiedzenia FOMC, który zdecydował o „reinwestowaniu przychodów z zapadających papierów opartych na kredytach hipotecznych na rynku papierów skarbowych”, (http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=814) „jastrzębie” nie chciały nawet tak łagodnego komunikatu obawiając się, że „rynki niewłaściwie odczytają ten sygnał”.

Jak „rynki” przeczytały stenogram z posiedzenia FOMC, to się „rozczarowały” i indeksy „zanurkowały” – albo używając języka „rynków” – „powędrowały na południe”. Rynki oczekiwały przecież mocnego „wsparcia” ze strony FED. To rozczarowanie akurat rozumiem. Ale następnego dnia indeksy „zapikowały na północ”! W zasadzie bez powodu. Musiały widocznie uznać, że dzień wcześniej „rozczarowały” się za bardzo albo wręcz niepotrzebnie i dla odmiany „popadły w entuzjazm”.

Moim zdaniem „rynki” są pijane. Dostały za dużo kasy – tak samo jak niektórzy piją za dużo wódki. Efekt na giełdach jest więc taki sam, jak na polskich drogach w sobotnie popołudnie: pijacy przewalają się od „płota do płota” żeby się czegoś przytrzymać.

„Jastrzębie” z FOMC mają rację – podobnie jak Colas z BNYConvergEx. Ale tezy rozsądne zazwyczaj są wypierane przez nierozsądne, albo wręcz głupie. Jednak to, że były głupie, okazuje się dopiero po czasie. Ale niektórzy potrafią zaprzeczyć nawet faktom.

Znamienne, co Pani Christina Romer stwierdziła w swoim pożegnalnym wystąpieniu. „Nie rozumieliśmy tej recesji” – powiedziała odchodząca doradczyni ekonomiczna Prezydenta Obamy. Pełna zgoda. Tylko nie właściwy jest czas przeszły. Nie rozumieliście i nie rozumiecie. Świadczy o tym teza, że „polityka gospodarcza USA była właściwą odpowiedzią na kryzys, jednak ekipa ekonomiczna nie zdołała się zorientować, jak głęboka będzie zapaść, przez co przyjęty pakiet był zbyt mały, (podkreślenie moje) by powstrzymać wzrost bezrobocia”. Jak „trylionik” to za mało, to ile by trzeba było tych „trylioników”? Skoro „recesja była podróżą w nieznane” to droga wysłana paroma „trylionikami” papierków z podobiznami prezydentów USA prowadzi w „znane” – czyli w gąszcz. Więc zamiast zatrudniać doradców, którzy nie wiedzieli gdzie podróżują, powinien Pan Prezydent Obama zatrudnić paru, którzy na dźwięk słowa na „r” nie dostają apopleksji.

Pani Romer uważa, że „zrozumiała” „ciężką i głęboką recesję lat 1981 – 1982”. Jej zdaniem „była ona spowodowana zacieśnieniem polityki FED, który walczył z inflacją”. A „kiedy wzrost cen spowolnił, FED ponownie obniżył stopy i wszystko wróciło do normy”!!! Wpływu deregulacji i obniżki podatków wprowadzonej przez Reagana, Pani Romer w ogóle nie dostrzega. Tak po prostu: „FED zacieśnił politykę” a potem „ponownie obniżył stopy i wszystko wróciło do normy”!!!

Więc króciutki wykładzik dla studentów Pani Romer:

Radosna twórczość gospodarcza z początku drugiej połowy XX wieku zaowocowała pod koniec lat 70 nie tylko horrendalnymi podatkami (83% w Wielkiej Brytanii, 72% we Włoszech, 70% w USA), ale także stagnacją gospodarczą, inflacją i bezrobociem, choć podejmowane były działania interwencjonistyczne, gorąco zalecane przez kolegów „w wierze” Pani Romer, Pana Krugmana, czy Pana Stiglitza. W Stanach Zjednoczonych wydatki rządu federalnego wzrosły z 17,9% GNP w roku 1965 do 22,2% w roku 1980. W kwotach pieniężnych nastąpiło zwiększenie wydatków z 204 mld USD w roku 1970 do 602 mld USD w roku 1980. Najbardziej widoczny był wzrost kwoty prostego transferu - czyli działalności redystrybucyjnej. Rządowe zakupy dóbr i usług (w tym wojskowych) wzrosły z 97 do 190 mld USD (jedynie dwukrotnie) podczas gdy transfery w ramach różnych programów pomocy społecznej zwiększyły się z 55 do 234 mld USD (a więc ponad cztery i pół raza) [W. Bieńkowski, Reaganomika i jej wpływ na konkurencyjność gospodarki amerykańskiej, Warszawa 1995] W okresie pięćdziesięciu lat, od początków prezydentury Franklina Delano Roosvelta, dochody rządu federalnego wzrosły 160 razy, a federalne wydatki na programy społeczne 270 razy. Federal Register, publikacja zawierająca wszystkie regulacje i przepisy federalne, której pierwszy rocznik z 1936 roku zawierał 2.411 stron, w roku 1980 liczył już 87.011 stron, i to o wiele mniejszego druku (A. Rabushka, Od Adama Smitha do Bogactwa Ameryki, Warszawa 1996). Była to zresztą powszechna praktyka, a nie jedynie specjalność amerykańska. Równocześnie w państwach, które nasilały działalność interwencjonistyczną w gospodarkę, nastąpił spadek tempa wzrostu GNP oraz spadek realnego GNP na głowę zatrudnionego. W niektórych krajach inflacja przekroczyła 10%, co z ich punktu widzenia było wielkością przerażającą, a poziom bezrobocia przekroczył 6%. Kolejne posunięcia kolejnych ekip rządowych w państwach będących lokomotywami gospodarki światowej jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja, czy Szwecja zmierzające do nakręcenia koniunktury na keynesowski sposób, poprzez zwiększenie popytu za sprawą zwiększenia podaży pieniądza, przynosiły efekty odwrotne od zamierzonych. Ich rezultatem było stosunkowo niewielkie ożywienie kosztem znacznego zwiększenia inflacji. Państwo coraz więcej kosztowało podatników. W Stanach Zjednoczonych wielkość obciążeń podatkowych wzrosła w latach 1960-1980 z 27% GNP do 31% GNP, a wysokość przeciętnej stopy podatkowej dla dochodów krańcowych z 25% do 37%. Jeszcze szybciej rosła ilość osób płacących najwyższe podatki z powodu przesuwania ich dochodów za sprawą inflacji w wyższe progi podatkowe. Udział osób objętych najwyższym podatkiem wzrósł w latach siedemdziesiątych czterokrotnie. „W efekcie - jak pisze Bieńkowski - nastąpiły dwa negatywne zjawiska jednocześnie. Po pierwsze, ogólny, przeciętny poziom opodatkowania dochodów osobistych przekroczył poziom opłacalny (według teorii optymalnego opodatkowania suma podatków nie powinna przekroczyć 1/3 dochodów). Po drugie, skala wysokich podatków krańcowych zaczęła działać coraz bardziej antymotywacyjnie…” W rezultacie wszystkie wskaźniki ekonomiczne znacznie się pogorszyły. Tempo wzrostu gospodarczego spadło najpierw w latach 1960-70 do około 2% a następnie w latach 1975-80 praktycznie do 0%, a tempo wzrostu gospodarczego wynosiło 2%. A wzrost realnego dochodu narodowego na jednego zatrudnionego spadł w latach 70-tych do 0,1% rocznie. W kulminacyjnym okresie zjawisk kryzysowych, czyli w latach 1975-1980 bezrobocie wzrosło do poziomu 6,8%, inflacja osiągnęła poziom 7,10% (na przełomie lat 1979/1980 przejściowo sięgnęła 13% w skali rocznej). Inflacja 13% w USA to było coś niewyobrażalnego. I właśnie dopiero wtedy FED „zacieśnił politykę” – proszę Pani Romer.

Jako że zwiększanie obciążeń podatkowych zawiodło Amerykę w ślepy zaułek, a drenaż kieszeni podatników spowodował jedynie to, iż oszczędności netto w latach 1970-1980 spadły do poziomu 6,1% GNP, co spowodowało zmniejszenie zarówno konsumpcji, jak i inwestycji, przyrost których pod koniec lat 70 wynosił już tylko 3% GNP rocznie, Reagan doprowadził do obniżenia marginalnych stawek podatkowych z 70% do 28%. I proszę sobie wyobrazić, że zwiększył się  procentowy udział podatków płaconych przez najbogatszych w ogólnej kwocie wpływów podatkowych! O ile w 1982 roku 5% najzamożniejszych obywateli dostarczało budżetowi 35,4% wpływów z podatku dochodowego od osób fizycznych, to w roku 1990 ich udział wyniósł już 44%. Udział płacony przez najbogatszych podatników stanowiących 1% ogółu amerykańskiej populacji wzrósł z 17,9% do 25,6%. Natomiast dolne 50% podatników zmniejszyło w tym samym czasie swój udział w ogólnej kwocie płaconych podatków z 7,4% do 5,7%!!! Jak to możliwe? Te dane powodują, że zwolenników interwencji trafia natychmiast szlak. I zaczynają bredzić coś w stylu, że za czasów liberalizmu to „Murzynów bili”.

Ci wstrętni liberałowie twierdzą, że polityka państwa polegająca na bieżącej stabilizacji koniunktury poprzez bezpośrednie oddziaływanie na procesy gospodarcze jest bez sensu między innymi z powodu opóźnienia efektów działania interwencjonizmu państwowego.

A co mówi Pan Romer? „Jeszcze zanim pakiet został przyjęty, bezrobocie nie wnosiło już 8%, jak w trakcie prac nad nim, ale sięgnęło 9,5%”.

No właśnie! Próby antycyklicznego, administracyjnego oddziaływania na gospodarkę stanowią same w sobie poważne źródło zakłóceń. Opóźnienia między ewentualnym zaistnieniem przyczyny podjęcia pewnych działań korygujących, a uświadomieniem sobie takiej potrzeby przez decydentów, przygotowaniem niezbędnych działań, podjęciem decyzji o ich wprowadzeniu oraz między momentem wcielenia ich w życie, a wystąpieniem skutków, są na tyle znaczne, że działania takie okazują się zazwyczaj nieadekwatne do sytuacji, która w międzyczasie zdążyła się zmienić. Dlatego Friedman proponował rozwiązania automatycznie stabilizujące koniunkturę. Nie zapobiegają one fluktuacjom gospodarczym, ale likwidują źródło niepewności, jakim jest zmieniający się i trudny do przewidzenia kierunek oddziaływania państwa. Pozwalają także na podejmowanie długookresowych decyzji opartych na racjonalniejszych przesłankach. Wszystkie znane metody selektywnej interwencji na administracyjnie określonych odcinkach gospodarki okazywały się nieskuteczne. A już zwłaszcza działania mające zapobiec fluktuacjom w sektorach inwestycji i konsumpcji dóbr trwałego użytku, uznawanych przez Keynesistów za najbardziej niestabilne elementy popytu globalnego. Twierdzenia takie oparte są na statystycznym złudzeniu, gdyż zmiany wielkości popytu w jednym dziale mogą być zwykłym przejawem ogólnej tendencji w kształtowaniu popytu globalnego. Skutki oddziaływania na wybrany segment rynku są automatycznie niwelowane przez zmiany w innych działach, które dokonują się w przeciwnym kierunku. W ten sposób nie zmienia się wielkość popytu globalnego, lecz zachodzi całkiem przypadkowa realokacja zasobów. To przypadki rządzą światem. Dlatego w epoce pieniądza fiducjarnego polityka gospodarcza musi koncentrować się na regulowaniu masy pieniądza znajdującej się w obiegu a nie na drukowaniu pieniędzy w celu „ożywienia popytu”. Zdaniem Friedmana niezbędne do tego jest:

a)      wprowadzenie zasady stuprocentowego pokrycia wkładów prowadzące do oddzielenia funkcji depozytowych banków handlowych od funkcji kredytowych, które zostałyby przejęte przez inne instytucje finansowe;

b)      ograniczenie uprawnień oddziaływania banku centralnego na obieg pieniężny jedynie do operacji na otwartym rynku;

c)      eliminacja stopy redyskonta;

d)     ograniczenie  możliwości  manipulowania  przez bank centralny stopą obowiązkowych rezerw bankowych.

Sprowadzenie polityki monetarnej do regulowania, jedynie poprzez operacje na otwartym rynku, ilości znajdujących się w obiegu pieniędzy, zmusza do dokonania wyboru pomiędzy metodą antycyklicznego sterowania wielkościami pieniężnymi, a stosowaniem trwałych reguł niezależnych od aktualnej koniunktury. Pierwsza oznacza podporządkowanie operacji na otwartym rynku celom bieżącej stabilizacji gospodarczej. Druga polega na długofalowym określeniu tempa wzrostu podaży pieniądza i utrzymywania go niezależnie od aktualnego stanu sytuacji. Koncepcja ta nosi u Friedmana miano monetary rule.

Czy to się komuś podoba, czy nie, nie jesteśmy w stanie zrealizować wszystkich celów jakie chcielibyśmy osiągnąć. Ekonomia wyklucza taki obraz świata, w którym „każdy posiadałby pod ręką złotą rybkę, spełniającą wszystkie jego życzenia – bo, jak powszechnie wiadomo – złota rybka spełnia tylko trzy. Te, których nie zrealizujemy są kosztem alternatywnym dla zrealizowanych. Kosztem dokonanego zakupu nie jest suma pieniędzy na ten zakup wydana, lecz inne dobro, które mogło być za te pieniądze kupione.

Koszt w ekonomi wolnorynkowej:

a)      jest określony w momencie wyboru,

b)      jest ponoszony wyłącznie przez tego, kto podejmuje decyzję,

c)      ma charakter subiektywny – nie może go sprecyzować ktoś inny,

d)     jest oparty na przewidywaniach dotyczących przyszłości – co się bardziej może opłacać,

e)      jest czymś, co nigdy nie jest realizowane, gdyż dokonując wyboru pozostawiamy pewną alternatywę niezrealizowaną. (Tomasz Mickiewicz, Wybór w gospodarce, Lublin 1996)

Tak zdefiniowanymi kosztami politycy się w ogóle nie przejmują. To nie oni ponoszą koszty podejmowanych przez siebie decyzji, narzucając pewne wybory całemu społeczeństwu i nie mogą subiektywnie ocenić kosztów tym, którzy je w rzeczywistości ponoszą. I ciągle mają nadzieję, że będą mogli zrealizować jeszcze więcej swoich wzniosłych celów w przyszłości. Amen.

 

2010-09-01 18:00

MOŻE JAKIŚ NASTĘPNY TRYLIONIK?

Nie tylko u nas wesoło. Za Oceanem też. A może nawet jeszcze bardziej.

„Wszystko wskazuje na konieczność większych wydatków” – powiedział telewizji CNBC Paul Krugman – laureat Nagrody Nobla z ekonomii w 2008 roku.

Jego zdaniem „amerykańska gospodarka potrzebuje kolejnego programu stymulacyjnego, co najmniej takiej wielkości, jak uruchomiony przez Prezydenta Obamę w 2009 roku”.

Niebywale! Potrzebny następny bilion (po amerykańsku: trylion) dolarów?!

Skąd taki wniosek? Według Krugmana „rynek obligacji, na którym panuje hossa, sygnalizuje, że nie ma co obawiać się o wysokość deficytu”. A „kiedy rząd federalny może pożyczać tanio nie jest złym pomysłem pożyczanie!!!

Rząd federalny przy pomocy FED nadrukował dolarów, które wpompował w „rynki finansowe”. Owe „rynki” nie za bardzo wiedzą do czego te dolary teraz przepompować. Próbują więc napompować jakąś bańkę, ostatnio głównie żywnościową, ale kiepsko im to idzie, więc kupują obligacje. Rząd federalny „nadrukował” tyle, że teraz „tanio” może pożyczyć. Zwłaszcza, że nie ma wielkiej konkurencji. Chiny pożyczać nie muszą bo mają. Europa nie ma, ale nie chce – za co skrytykował ostatnio Europejczyków inny pupil Szwedzkiej Akademii Nauk rozdającej „ekonomiczne Noble” – Joseph Stiglitz.

http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=817

Co prawda niektóre europejskie rządy pożyczyć by jeszcze chciały, ale nie mogą, bo im już nie chcą pożyczać.

I dzięki temu wszystkiemu właśnie trwa „hossa” na rynku amerykańskich obligacji rządowych.

A Krugman radzi: niech rząd federalny pożyczy od rynków finansowych te dolary, które wcześniej wydrukował i im rozdał a w przyszłości pożyczki spłaci następnymi dolarami, które wydrukuje.

God Bless America.

 

 

 

 

2010-09-01 9:20

RZĄD WRACA DO POMYSŁU ATESTACJI STANOWISK PRACY

„Rząd wraca do pomysłu ograniczenia zatrudnienia w administracji publicznej”.

Czyż to nie piękny tytuł?

http://wyborcza.pl/1,75248,8315177,Administracja_do_ciecia_.html

To ten sam rząd, który w ciągu ostatnich 3 lat zwiększył zatrudnienie w administracji publicznej o ponad 10%.

Teraz ten rząd, jako że „po wyborach znikła blokada w postaci hamulcowego prezydenta Lecha Kaczyńskiego”, chce żeby Sejm ustawowo ograniczył możliwość zwiększania zatrudnienia w administracji publicznej przez rząd!!! Będzie ustawa o racjonalizacji zatrudnienia w administracji publicznej. Bo jak wiadomo powszechnie bez ustawy żadnej racjonalizacji nie da sie przeprowadzić! Niedługo doczekamy się więc ustawy o racjonalizacji kosztów produkcji. Były już takie – chyba na II albo III etapie Reformy Gospodarczej za czasów Pana Generała Jaruzelskiego. Był też „przegląd kadr”: i „atestacja stanowisk pracy”.

Nie bardzo tylko zrozumiałem wypowiedź Pana Posła Halickiego, jak ś.p. Prezydent Kaczyński „hamował” tę „atestację”? Pan Prezydent zwiększał jedynie zatrudnienie w Kancelarii Prezydenta. Ale w żaden sposób nie daje to wyniku 15 tys. nowych etatów, który osiągnął rząd!

Dowiedziałem się także z „GW”, że „wprowadzenie ustawy ograniczającej liczbę etatów w urzędach i agencjach rządowych było rozważane już kilka miesięcy temu. Jednak rząd wycofał się z tego pod presją urzędników”. (podkreślenie moje)

To w takim razie czy Pan Prezydent przeszkadzał rządowi, czy urzędnicy mu przeszkadzali? A jeśli jednak urzędnicy, to dlaczego konstytucyjni ministrowie boją się własnych urzędników i ulegają ich „presji”? Kilkanaście miesięcy temu były Wiceminister Gospodarki Pan Adam Szejnfeld, po klęsce projektu zmian w ustawie o „swobodzie” działalności gospodarczej ogłosił, że: „rząd chciał dobrze, ale urzędnicy z Ministerstwa Finansów nie pozwolili”. Ciekawe, czy teraz pozwolą?

 

2010-08-31 12:10

25 POSTULATÓW SIERPNIOWYCH

Z okazji wczorajszej awantury nazywanej „obchodami rocznicy podpisania porozumień sierpniowych”, jako członek NSZZ „Solidarność” (w 1985 roku rozpoczynając pracę zapisałem się do „podziemnych” struktur Solidarności na Uniwersytecie Warszawskim i do dziś się nie wypisałem, aczkolwiek w 1991 roku było to bardzo modne  – po rozpętaniu przez Wałęsę „wojny na górze” niektórzy ,„legitymacjami związkowymi”,  rzucali jak legitymacjami partyjnymi po wprowadzeniu przez Jaruzelskiego stanu wojennego) odniosłem wrażenie, że lista postulatów sierpniowych brzmiała tak:

Zalegalizowanie niezależnych od partii i pracodawców związków zawodowych.

Zagwarantowanie prawa do strajku.

Przestrzeganie zagwarantowanej w Konstytucji PRL wolności słowa, druku i publikacji.

Przywrócenie do poprzednich praw ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976 i studentów wydalonych z uczelni za przekonania, zniesienie represji za przekonania.

Podanie w środkach masowego przekazu informacji o utworzeniu MKS oraz opublikowanie jego żądań.

Podjęcie realnych działań wyprowadzających kraj z kryzysu.

Wypłacenie strajkującym zarobków za strajk, jak za urlop wypoczynkowy, z funduszu Centralnej Rady Związków Zawodowych (CRZZ).

Podniesienie zasadniczej płacy o 2 tys. zł.

Zagwarantowanie wzrostu płac równolegle do wzrostu cen.

Realizowanie pełnego zaopatrzenia rynku. Eksport wyłącznie nadwyżek.

Zniesienie cen komercyjnych oraz sprzedaży za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym.

Wprowadzenie zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej oraz zniesienie przywilejów Milicji Obywatelskiej, Służby Bezpieczeństwa i aparatu partyjnego.

Wprowadzenie bonów żywnościowych na mięso.

Obniżenie wieku emerytalnego - dla kobiet do 50 lat, dla mężczyzn do 55, lub zapewnienie emerytur po przepracowaniu w PRL 30 lat dla kobiet i 35 dla mężczyzn.

Zrównanie rent i emerytur starego portfela.

Poprawienie warunków pracy służby zdrowia.

Zapewnienie odpowiedniej ilości miejsc w żłobkach i przedszkolach.

Wprowadzenie płatnych urlopów macierzyńskich przez 3 lata.

Skrócenie czasu oczekiwania na mieszkania.

Podniesienie diety z 40 do 100 złotych i dodatku za rozłąkę.

Wprowadzenie wszystkich sobót wolnych od pracy.

Zapewnienie finansowania nierentownych stoczni i wszystkich innych zakładów przemysłowych realizujących politykę „pełnego zatrudnienia”.

Zagwarantowanie  wszystkim wynagrodzenia o „godziwej wartości” („fair value”).

Zapewnienie organizatorom  strajków absolutnej bezkarności.

Mianowanie Jarosława Kaczyńskiego dożywotnio I Sekretarzem KC PZPR.
W 2003 roku lista, ale tylko 21 postulatów, została wpisana na listę UNESCO Pamięć Świata. Postulaty nr 22-25 gdzieś się zapodziały i wczoraj zostały uroczyście przywrócone „pamięci historycznej”.

Nie udalo się zrealizować 12 i 14: doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji i obniżenia wieku emerytalnego do 50 i 55 lat - aczkolwiek niewiele brakowało, żeby ten akurat postulat został zrealizowany.

Dlaczego niektórzy tęsknią za tym co było? Bo ludzie na starość wypierają z pamięci to co było złe w ich młodości i żyją  miłymi wspomnieniami.  Żeby tylko nie stał się znów aktualny postulat nr 13 - jedyny, którego nie trzeba było realizować.

2010-08-30 15:00

OFE ZNIKNĄ

Rewolucji w emeryturach nie będzie. Jak przeczytałem w sobotniej GW „Premier Donald Tusk wyrzucił kosza propozycje minister pracy Jolanty Fedak, która chciała obniżyć składkę do funduszy emerytalnych i pozwolić przyszłym emerytom na powrót z OFE do ZUS”.

http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,8305844,Zmiany_w_systemie_emerytalnym__Dwa_subfundusze_zamiast.html

„Dla emerytów lepsza jest naprawa obecnego systemu emerytalnego niż budowanie nowego” – stwierdził  Pan Premier Donald Tusk.

Zmiany zostały przygotowane dla szefa doradców premiera Michała Boniego przez zespół prof. Marka Góry, jednego z twórców reformy emerytalnej z 1999 roku.

Podobno „minione 11 lat pokazało, że system emerytalny zdał egzamin” - przekonują autorzy projektu.

Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle – chciałoby się zapytać? Wiadomo. Plan był doskonały, ale trzeba go „ulepszyć”. Konieczne są zmiany, które „zmobilizują towarzystwa emerytalne do lepszego, a zarazem bezpiecznego pomnażania naszych pieniędzy”. Czyżby 15 miliardów złotych pobrane tytułem wynagrodzenia z zarządzanie „naszymi” aktywami nie działały wystarczająco mobilizująco???

Ja bym pożyczył z ZUS model inwestycyjny FRD (no bo skoro dla ratowania budżetu trzeba było pieniądze z FRD zabrać, żeby można było nie zabierać ich z OFE, to ZUS tego modelu już nie będzie do niczego potrzebował) i nawet mógłbym ZUS za to zapłacić i pobierał znacznie niższe wynagrodzenia niż OFE. Ale coraz bardziej dochodzę do wniosku, że to wcale nie polega na tym, żeby było tanio, tylko wręcz przeciwnie!!!

Plan zakłada, że OFE mają zniknąć!!!

Nie. Nie…! Proszę tylko sobie przypadkiem nie wyobrazić, że odzyskamy nasze pieniądze. Nie na tym  reforma polega. „Twórcy projektu reformy chcą, żeby nasze emerytalne oszczędności były docelowo inwestowane przez dwa subfundusze - dynamiczny i przedemerytalny.

Zmieni się sposób oceniania wyników inwestycyjnych. Dzisiaj OFE porównuje się między sobą i jeśli nie osiągną wymaganej minimalnej stopy zwrotu, muszą dopłacić różnicę swoim klientom. W przyszłości każdy subfundusz będzie oceniany osobno na podstawie referencyjnej stopy zwrotu, czyli miernika złożonego z giełdowych indeksów i oprocentowania obligacji. Pewnie „miernik referencyjny” stworzą twórcy reformy reformy emerytalnej.

Subfundusz dynamiczny będzie mógł inwestować więcej pieniędzy za granicą. Limit ma wzrosnąć z 5% do co najmniej 15%. Już słyszałem, że będą inwestować w Chinach! Może w Grecji? Przecież obligacje greckie są dziś świetnie oprocentowane! A chyba nikt nie ma wątpliwości, że „strefa euro” „uratuje” Grecję, a potem Hiszpanię, Portugalię Włochy i kto tam sie jeszcze do „ratowania” nawinie. Więc kupowanie dziś obligacji greckich, zgodnie z teorią „kupowania” w dołku to powinien być świetny interes! Przecież „na górce” się  nie kupuje. A czy czasami gospodarka chińska nie jest właśnie na górce? Może jeszcze nie jest, ale czy jesteśmy pewni, że za tą górką jest następna, a nie jakiś uskok?

Ale najciekawsza wieść jest taka, że „jeśli limity podniesiemy - tak jak przewiduje projekt reformy” to Komisja Europejska, która zaskarżyła Polskę do Europejskiego Trybunału Konstytucyjnego za ograniczenia dla OFE „może sprawę wycofać”. „W przeciwnym wypadku ETS oceni polskie przepisy i jeśli uzna, że są niezgodne z unijnymi, nakaże nam całkowite zniesienie ograniczeń”. Gdyby więc polski rząd „upierał się przy swoim, może nałożyć na nasz kraj surową karę finansową”. Skąd wiedza o wyrokach „Europejskiej Sprawiedliwości” i pewność, że ETS „nakaże nam całkowite zniesienie ograniczeń”, jeśli uzna je za sprzeczne z prawodawstwem UE?  Jeśli limity inwestycyjne są sprzeczne z prawodawstwem UE i ETS może „nakazać nam całkowite zniesienie ograniczeń”, to zauważę nieśmiało, iż limit 15% jest tak samo sprzeczny z tymże prawodawstwem jak i limit 5%!

2010-08-25 23:30

DROGA KIEŁBASA W OFE

Rok temu Pan Premier Putin zrugał sprzedawców w jednym z marketów, że mają kiełbasę za drogą:

http://www.tvn24.pl/12692,1607060,0,1,putin-zrobil-awanture-za-droga-kielbase,wiadomosc.html

Dziś Pan Premier Tusk zruga OFE, że też są za drogie.

I od razu wiadomość o „kiełbasie” Premiera Tuska „wyparła” z portali „informacyjnych” wiadomość o bilingach Pana Premiera Tuska.

Zważywszy, że chodzi o bilingi z okresu „afery hazardowej” przypomniał mi się wywiad, jakiego jeden z „bohaterów” afery – Pan Poseł Zbigniew Chlebowski – udzielił tygodnikowi Newsweek, mówiąc o lobbingu przy okazji obniżenia prowizji OFE:

http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/polska/chlebowski–dla-wielu-jestem-zagrozeniem,48331,6

Ale może to nie ma ze sobą żadnego związku.

W każdym razie nasze „drogie OFE” mają się poprawić i przedstawić Panu Premierowi  program, jak się będą poprawiać.

Ich wynagrodzenie ma zależeć od ich „wyników”.

Zważywszy, że w portfelach OFE prawie 70% stanowi polski dług, wystarczy, że wzrośnie „rentowność” polskich obligacji i bonów skarbowych i OFE będą mogły otrzymać wyższe wynagrodzenie. Im zatem bardziej „rentowność” polskich obligacji i bonów będzie się zbliżała do rentowności obligacji greckich, tym wynagrodzenie OFE będzie mogło być wyższe (sic) Czyż nie wspaniale??? Im gorzej tym lepiej!!! Dla OFE oczywiście. To już może lepiej nic nie zmieniać, bo dziś przynajmniej OFE mają dobrze bez względu na to, czy my mamy lepiej czy gorzej, więc nie s ą zainteresowane tym, żebyśmy mieli gorzej.

Jedno jest pewne: Pan Premier Tusk jest chyba ostatnim Premierem, który może wezwać OFE „na dywanik”. Za kilka lat OFE będą dysponować  środkami większymi niż budżet państwa i następny Premier będzie wzywany „na dywanik” przez OFE. No może, żeby było bardziej „dyplomatycznie” będzie mógł poprosić OFE o spotkanie w celu przedstawienia prośby rządu polskiego o dokonanie zakupu polskich obligacji ze środków, które rząd polski zabrał podatnikom i oddał OFE.

2010-08-24 17:00

NOBEL PRIZE-WINNING LOGICIAN

 „Nobel Prize-winning economist”, wielokrotnie cytowany przeze mnie (od czasu gdy został „alterglobalistą”) Pan Profesor Joseph Stiglitz, powiedział Bloombergowi, że ograniczenie przez rządy krajów euro „wysoko rentownych” (high-return) inwestycji jest zwykłą głupotą (really foolish).

http://www.bloomberg.com/news/2010-08-24/stiglitz-says-government-cuts-set-to-push-europe-into-double-dip-recession.html

Co prawda Pan Profesor nie wyjaśnił jakie to „wysoko-rentowe” inwestycje rządów miał na myśli, ale skoro modne i zasadne (bez sarkazmu) jest inwestowanie w kapitał ludzki, to można sobie wyobrazić takąż „wysoko-rentowną” inwestycję rządu Grecji w premie dla urzędników, którzy trzy razy w tygodniu punktualnie przychodzili do roboty.

Niepokój Pana Profesora wziął sie stąd, że w gospodarce strefy euro, która rozwijała się w drugim kwartale 2010 roku w tempie najszybszym od czterech lat, pojawiają się sygnały o spowolnieniu tempa wzrostu.

Pan Profesor nie zechciał się jednak podzielić z czytelnikami i widzami Bloomberga receptą na to, skąd rządy mają wziąć środki na te „wysoko-rentowne” inwestycje. Czyżby od tychże czytelników i widzów w postaci zwiększonych podatków? Bo przecież „zwiększanie płynności” przez banki emisyjne nie zaowocowało „trwałym wzrostem”!

Przede wszystkim jednak Pan Profesor nie wyjaśnił skąd, u licha, wziął się ten kryzys, skoro rządy nie przejmowały się dotąd poziomem deficytu, którym teraz zaczęły się przejmować? Zgodnie z logiką to ten kryzys w ogóle nie powinien sie zdarzyć. Ale przecież Pan Profesor nie został „Nobel Prize-winning logician” tylko „economist”.

 

2010-08-20 0:20

JAK DOBRZE BYĆ GURU

W lutym, we wpisie „Jak dobrze nie mieć euro…”  [http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=737] pokpiwałem sobie z „guru” rynków finansowych, który podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos pod koniec stycznia powiedział, że „kiedy stopy procentowe są niskie, powstają warunki do powstania bańki spekulacyjnej i w tym momencie właśnie się rozwijają. Pewnym kandydatem do takiego krachu jest teraz złoto”. Bo w raporcie opublikowanym 15 lutego Soros Fund Management ujawnił, że ponad dwukrotnie zwiększył inwestycję w SPDR Gold Trust – czyli największego funduszu ETF. Co prawda obowiązek raportowania stanu posiadania jest kwartalny, a raporty mogą być publikowane 45 dni po zakończeniu kwartału, więc informacje, które ujawnił Soros Fund Management mogły pochodzić sprzed Forum w Davos, co by oznaczało, że George Soros mógł powiedzieć, to co tam powiedział zachowując całkowitą konsekwencję, bo przez styczeń 2010 jego fundusz mógł znacząco zmniejszyć swoje zaangażowanie w Gold Trust. Pisałem wówczas, że z dużym zainteresowaniem przeczytam kolejny raport funduszu Sorosa o zaangażowaniu w złoto. No i proszę…  Według stanu na 30 czerwca Soros Fund Management posiadał akcje spółek giełdowych o wartości 5,1 mld USD, a więc o ponad 40%  mniej niż na koniec Q1. Natomiast  udział certyfikatów opartych na złocie w całości aktywów Sorosa wzrósł do 13%.

Ciekawe kiedy jakiś cytacik z „guru” znowu się pojawi?

2010-08-17 16:30

SCENARIUSZE DLA MOŻEJEK WYMYŚLI NOMURA

PKN Orlen poinformował, że wybrał bank Nomura jako doradcę w sprawie strategii dotyczącej rafinerii w Możejkach.

Czytelnicy tego bloga pamiętający stare wpisy o kupowaniu przez Orlen Możejek mogą się spodziewać z mojej strony komentarza: „nareszcie”!  Oczywiście Nomura „prochu nie wymyśli”. Bo co można wymyślić, jeśli Rosjanie nie wyremontują rurociągu, a Litwini nie sprzedadzą Orlenowi terminala w Kłajpedzie albo przynajmniej nie wyremontują linii kolejowej i nie zgodzą się na zmianę warunków kontraktów przeładunkowych? Albo sprzedać całość, albo część akcji - jak będzie kupiec, bo to wcale nie jest takie pewne, a już na pewno nie za takie pieniądze, jakie wydał Orlen.  

Może jeszcze podpowiem Japończykom, że Skarb Państwa zapowiada prywatyzację LOTOS-u. Więc może zamiast sprzedawać LOTOS jakiemuś znanemu inwestorowi krajowemu (bo to wiadomo polski kapitał), który potem odsprzeda go … „Francuzom”, podzielmy LOTOS między PGNiG (część wydobywcza) i Orlen (część rafineryjna) niech ją Orlen połączy z Możejkami i zrobi joint venture na tych aktywach bezpośrednio z Rosjanami. Takie same jakie już ma na aktywach petrochemicznych – bądź co bądź też z Rosjanami, bo przecież Basell stał się rosyjski. A Możejki z Gdańskiem byłby atrakcyjniejsze dla Rosjan, którzy mogliby zarówno szybko wyremontować rurociąg do Możejek, jak i zaproponować w rozliczeniu bezpośrednie kontrakty na dostawy ropy naftowej nie tylko do Możejek i Gdańska, ale i do Płocka. A Orlen, ku uciesze polityków i służb specjalnych, pozostałby pod ich kontrolą.   

Ale co ja będę wyręczał wielki bank inwestycyjny. Za wynagrodzenie, które weźmie z pewnością wymyśli ciekawsze scenariusze i weźmie pod uwagę fakt, że siedziba Grupy LOTOS znajduje się w… Gdańsku.

Póki co przeczytałem dziś, że  „przed czterema laty PKN kupił Możejki pod naciskiem polityków PiS”, a  „wycofanie się Orlenu z Litwy może sprowokować PiS do kolejnych ataków na rząd Tuska…”

Jako że z polityki energetycznej, którą prowadził ś.p. Pan Prezydent Kaczyński kpiłem sobie wielokrotnie, nie będę do tego wracał, zwłaszcza, że o zmarłych albo dobrze, albo wcale. Ale dla równowagi pozwolę sobie  przypomnieć, że większość Zarządu Orlenu, który decydował o zakupie Możejek była powołana za czasów premierostwa Marka Belki, doradcą Orlenu przy tej transakcji była znana międzynarodowa firma, której partnerem został minister, który ten Zarząd powołał, a kredytu udzielał bank, którego prezesem był szef Rady Gospodarczej Pana Premiera Tuska.

2010-08-11 16:30

„REINWESTYCJE” FED I „WIDZENIA PANA JACKA”

Wczoraj „rynki finansowe” wyczekiwały niecierpliwie na komunikat FOMC (Federal Open Market Committee). Wyczekiwały tak bardzo, że wszyscy pisali o tym wyczekiwaniu.

http://waluty.com.pl/a69455-rynek_czeka_na_posiedzenie_fomc.html

http://www.money.pl/gielda/komentarze/artykul/w;oczekiwaniu;na;fomc,73,0,653385.html

http://euro.bankier.pl/news/article.html?article_id=2190758&type_id=2%203%207%2015

Co prawda za sprawą FOMC „Open Market” jest coraz bardziej „Closed” ale ten niesłychanie ważny dla „inwestorów” komunikat, na który tak bardzo wyczekiwały „rynki”, i którym tak bardzo się ekscytowały, w końcu się pojawił. Brzmiał tak:

„The pace of recovery in output and employment has slowed in recent months. Household spending is increasing gradually, but remains constrained by high unemployment, modest income growth, lower housing wealth, and tight credit. Business spending on equipment and software is rising; however, investment in nonresidential structures continues to be weak and employers remain reluctant to add to payrolls. Housing starts remain at a depressed level”

Te wiekopomne obserwacje zrodziły następującą reakcję.

Jako że: „Committee anticipates a gradual return to higher levels of resource utilization in a context of price stability, although the pace of economic recovery is likely to be more modest in the near term than had been anticipated (…)”

Więc: „to help support the economic recovery in a context of price stability, the Committee will keep constant the Federal Reserve′s holdings of securities at their current level by reinvesting principal payments from agency debt and agency mortgage-backed securities in longer-term Treasury securities”.

http://www.federalreserve.gov/newsevents/press/monetary/20100810a.htm

Wydawałoby się, że poważni ludzie a się ekscytują takimi komunikatami…

FED będzie „reinwestował przychody z zapadających papierów opartych na kredytach hipotecznych na rynku papierów skarbowych”, bo „tempo odbudowy gospodarczej prawdopodobnie będzie bardziej umiarkowane w najbliższym czasie niż oczekiwano”.

„Principal payment” to rzeczywiście „przychód” ale taki coś nie świeży – bo to co prawda niby „płatność” („payment”) ale „głównej kwoty zadłużenia” („principal”). W księgowości FED jednak nie takie cuda się dzieją – podobnie jak w księgowości Najlepszego Ministra Finansów w Europie, który podobno wyliczył, że w przyszłym roku wzrost PKB będzie 4,4%. To chyba takie trochę „Widzenie Pana Jacka”, prawie jak Księdza Piotra w III Części „Dziadów”: „a imię jego czterdzieści i cztery”. Nikomu tylko nie przyszło do głowy przez prawie 178 lat zastanawiania się nad tym, że Mickiewicz miał na myśli wzrost gospodarczy rządu Donalda Tuska. Ale jak w Excelu wstawimy w pozycji „wzrost” 4,4 to w innych pozycjach nam się też poprawi. Proszę sobie wyobrazić co by było, jakby Pan Minister bawiąc się swoim komputerem, wpadł na pomysł, żeby wpisać „10”!